1 marca 2017

[8] Wracaj do domu

Nie pozwolę ci

Następnego dnia w południe poszedłem do Kamila. Dość się nasłuchałem wczoraj tego, co razem z kolegami wyprawiał. Grupka nastolatków nie kryła się zupełnie, każdy w barze mógł słyszeć jakie mają plany, gdzie jadą i czym. Nie wierzyłem własnym uszom jak głupi byli.
Zapukałem do drzwi jednego z ładniejszych domów w okolicy, o ile nie najładniejszego i czekałem. Minutę, dwie. Ponawiałem pukanie i klikanie dzwonka, ale nadal nic. Czyżbym się spóźnił? Rodzice Kamila o tej porze byli w pracy, ale on sam powinien siedzieć w domu. Teoretycznie.
Wpatrzyłem się w biały klinkier, mając coraz gorsze podejrzenia. Jeśli chłopak pojedzie, co zrobię? Pójdę po niego? To niedorzeczne. Ale nie mogę pozwolić, by robił to samo co ja kiedyś. Nie po to odpychałem go od naszej grupki. On ma przyszłość, dobrze się uczy i może zajść daleko. Ma otwarte drzwi i obojętne jest czy wybierze medycynę, czy rzeźbę. Ważne, żeby się wyrwał z tego końca świata.
Nacisnąłem klamkę z nadzieją i szczerze zaskoczyło mnie, że drzwi nie stawiły oporu. Wszedłem do środka, rozglądając się po ładnym wnętrzu, białych ścianach i fioletowych dodatkach. Mama Kamila lubiła czystość.
Zajrzałem do salonu, kuchni i dopiero później ruszyłem do pokoju chłopaka. Wszystko tu krzyczało dobrą rodziną. Kwiaty w oknach, poukładane, zadbane buty w korytarzu, zapach jedzenia w kuchni. Pamiętałem jak nie raz przychodziłem tu z dziadkami w odwiedziny. Często z zapartym tchem czekałem na obiad zrobiony przez mamę Kamila, zawsze był ciepły, pomysłowy i pyszny. Później, gdy dziadkowie zmarli, przestaliśmy tu przychodzić, ale czasem Gośka przynosiła stąd zupę, czy coś takiego. Pamiętali o nas. Tyle, że my nie chcieliśmy pomocy, odcięliśmy się od nich, sądząc, że sobie poradzimy. Jak widać nie udało się nam.
Zapukałem na wszelki wypadek do pokoju Kamila i powoli wszedłem do środka.
— Co ty tu robisz? — usłyszałem z prawej strony.
Blondyn siedział na łóżku w towarzystwie bałaganu i z laptopem na kolanach. Miał na sobie tylko jakieś stare dresy, poprzecierane gdzieniegdzie. Jego pokój wyglądał, jakby przeszedł po nim huragan. Pootwierane szafki i wywalone z nich rzeczy kontrastowały z resztą domu, gdzie panował idealny porządek. Na ścianach gdzieniegdzie widniały obrazy. Jeden z nich, co mnie zszokowało, przedstawiał moją dawną paczkę. Ze mną i Piotrem w centrum. Zamrugałem zdezorientowany.
Kamil zamknął gwałtownie laptop i odłożył go na bok. Podszedł do mnie rozjuszony.
— Chcę pogadać — zdążyłem powiedzieć zanim mnie wypchnął na korytarz.
— Czego tu chcesz?! Pozwolił ci ktoś wejść?! — krzyczał, zatrzaskując za sobą drzwi pokoju i znowu mnie popychając, ty razem na ścianę.
— Kamil… — chwyciłem go za dłonie, gdy chciał mnie uderzyć. — Uspokój się.
— Nie chcę cię widzieć! Wynoś się! — krzyczał, próbując się wyrwać.
— Wiem o waszej dzisiejszej akcji.
Chłopak zamarł. Jego oczy zrobiły się wielkie, a usta zatrzymały w momencie, w którym znów miał wydać z siebie dźwięk. Tym razem na spokojnie wyplątał się z mojego uścisku, na co mu już pozwoliłem.
— Ci durnie wrzeszczeli o tym na cały pub. Byłbym zdziwiony, gdyby nie czekała tam na was policja — powiedziałem spokojnie.
— Zawsze tam o tym rozmawiamy. Jeszcze się nic nie stało — zauważył. — No chyba, że ty kogoś powiadomiłeś.
— Nie. Ale będę zmuszony, jeśli się nie wycofacie.
— Co ty bredzisz? — warknął. — Z niczego się nie wycofamy. Chcesz nas wydać?
— Nie. Chcę, żebyście tego nie robili.
— I myślisz, że mnie posłuchają? — prychnął. — Idę z nimi, ale nie mam tam prawa głosu.
— To zostań. Kamil, ja…
— Wynoś się — przerwał mi ostro. — Nie masz prawa mówić co mam robić. Niczego nie wiesz.
— Chcę tylko…
— Kurwa czego nie rozumiesz w słownie n i e?! — Uderzył mnie w pierś. — To, że mnie przeleciałeś, nie oznacza, że wolno ci teraz wtrącać się w moje życie. Nic się nie zmieniło, rozumiesz? — warknął, zbliżając się do mnie. Widziałem w jego oczach furię i żal. Bał się pozwolić, bym się zbliżył. Nie było szans, żeby choćby mnie wysłuchał. — N i c. A teraz spierdalaj, wiesz którędy — to powiedziawszy wszedł do swojego pokoju i trzasnął drzwiami.
Zamrugałem i pozwoliłem rękom opaść. Znane mi uczucie bezsilności kolejny raz opanowało moje wnętrze. Ze złością odepchnąłem się od ściany i ruszyłem do wyjścia. Przegrałem.
***

Łaziłem po wsi w te i nazad nie wiedząc co ze sobą zrobić. Miałem ochotę w coś uderzyć. Nienawidziłem tego uczucia, które towarzyszyło mi cały czas, odkąd wsadzili mnie do więzienia. Nienawidziłem bezsilności i tego, że nie mogłem niczego zmienić. Los po raz kolejny ze mnie zadrwił, nie dając mi nawet czasu na płytki oddech, a co dopiero mówić o wytchnieniu.
Spojrzałem w bok i przystanąłem zaskoczony. Nawet nie wiem kiedy zawędrowałem na koniec wsi, gdzie wznosił się dom Adriana. Numer dwudziesty trzeci, więc się nie mylę. Patrzyłem na rozwalający się budynek, zarośnięty trawą i nie wierzyłem. Oszukał mnie? W takim domu mieszkałby z żoną? Mógłby chociaż trawę skosić… Dałbym głowę, że mój i Gośki dom wyglądał lepiej.
Zaintrygowany ruszyłem do drzwi i zapukałem, bo dzwonka nie było. Nie czekałem długo, już po paru chwilach w drzwiach pojawił się Adrian. Czuć było od niego alkoholem, a za jego plecami dostrzegłem bałagan.
— Wszystko dobrze? — zapytałem widząc, że nie jest w najlepszym stanie.
— Chujowo — burknął. — Chciałeś coś?
Cóż. Wydawało się, że nie jest pijany, ale śmierdział okrutnie.
— Tak tylko przechodziłem…
Mężczyzna westchnął cierpiętniczo i obrócił się na pięcie, wchodząc do domu i zostawiając otwarte drzwi.
— To jak cię przywiało, to chociaż się ze mną napij — rzucił z wnętrza.
Poszedłem za nim do kuchni i usiadłem przy stole. Próbowałem nie zwracać uwagi na zapach i brud. Stół był czymś cały uświniony, a podłogi pewnie dawno nie widział sam właściciel.
— Gdzie twoja żona? — zapytałem cicho.
— U teściowej — usiadł naprzeciw mnie i sięgnął w tył do szafki po piwo. Podał mi jedno.
— Wybacz, ale dzisiaj nie mogę — powiedziałem. — W odwiedzinach jest?
— Nie. Wyprowadziła się. Przedwczoraj. — Wzruszył ramionami i zaczął pić. — Pokłóciliśmy się.
— Nie trudno mi to sobie wyobrazić — stwierdziłem szczerze.
— I tak długo wytrzymała.
Patrzyłem na niego, próbując coś wyczytać, dostrzec. Widziałem przed sobą wraka. Cienia osoby, którą niegdyś znałem.
— Uważa… — zaczął powoli. — Że jestem uzależniony od alkoholu. — Prychnął. — A to ci niespodzianka… — Spojrzał na mnie z rozbawieniem, które nie miało w sobie radości. — Piję odkąd Piotr się powiesił, a ona ożeniła się ze mną wiedząc o tym. Nie rozumiem czemu zaczęło jej to nagle przeszkadzać.
Nadal milczałem. Cisza mroziła nam kości i wcale się nie zdziwiłem, że długo tak nie wytrzymał.
— Nieprawda — mruknął. — Wiem dlaczego odeszła.
— Chcesz ją odzyskać?
— I co to zmieni? Lepiej dla niej, że tak zdecydowała. — Spojrzał na puszkę trzymaną w rękach z obrzydzeniem. — Wiesz, to już przestało pomagać. Ale i tak jest gorzej bez tego.
— Jaka ona jest? — zapytałem nagle ciekawy. Jego problemy jakimś cudem sprawiły, że sam przestałem myśleć. Było to miłe wytchnienie.
— Kto?
— Twoja żona.
— Chciałeś powiedzieć była żona. Papierek niczego nie zmienia. — Spojrzał w bok, a na jego twarzy pojawił się łagodniejszy wyraz. — Jest dobra, za dobra. I ma dziwną potrzebę ratowania świata. No ale niektórych… rzeczy… nie da się uratować. Nikt jej o tym nie powiedział, więc musiała się przekonać na mnie.
Uśmiechnąłem się mimowolnie. Wyobraziłem sobie drobną brunetkę – Adrian nie znosił blondynek – krzątającą się po kuchni i prawiącą morały temu pijakowi. Był to dość zabawny widok, bo pamiętałem, że Adrian nigdy nikogo nie słuchał.
— Czasem nie można kogoś uratować wbrew jego woli — stwierdziłem.
— Odezwał się mądry — prychnął. — Filozof od siedmiu boleści.
Nagle skrzywiłem się na myśl, że ja sam próbuję ratować Kamila wbrew niemu.
— Masz sprawny samochód? — zapytałem nagle, wpadając na pomysł.
— Mam, a co?
— Mogę pożyczyć?
— Tak, tylko po co? — Jego szczerze zdziwienie mnie rozbroiło. Jakby zapomniał, że poza naszą wsią jest reszta świata, dokąd można by chcieć wyruszyć.
— Do jeżdżenia, Adrian — odparłem z ironicznym uśmiechem. — W sumie potrzebny mi jest aż do jutra.
— Jedziesz na laski? — Ożywił się trochę, ale nagle jakby sobie przypomniał i wykrzywił twarz z obrzydzeniem. — O fak, nie chcę tego wiedzieć, cofam pytanie.
— Nie po to. — Moje usta drgnęły z mimowolnego rozbawienia.
Swoją drogą nagle coś sobie uświadomiłem. On ze mną normalnie rozmawiał mimo tego, że wiedział o mojej orientacji. Przez większość czasu miał to dupie, dopóki nie było o tym mowy, dopiero wtedy okazywał jak bardzo go to brzydzi.
— Chcę zepsuć plan miejscowym gówniarzom — wyjaśniłem. Miałem nadzieję, że będzie drążył temat, potrzebowałem się wygadać.
— Nudzi ci się? — powiedział z powątpieniem, ale i tak dostrzegłem błysk zainteresowania. — Komu?
— Kamilowi i jego kolegom. Wczoraj w barze słyszałem jak rozmawiali o kradzieży. Mają napaść na jakiś dom dzisiaj wieczorem.
— Debile — prychnął. — Za naszych czasów takie rzeczy omawiało się w ukryciu.
— To też mu powiedziałem. — Uśmiechnąłem się, rozluźniając trochę.
— Wydasz ich policji?
— Nie, ale chcę ich złapać na gorącym uczynku. — Mężczyzna uniósł w odpowiedzi brwi, więc kontynuowałem: — Pójdę za nimi i zmuszę do odwrotu.
— Chcesz się bawić w jakiegoś supermena? Zwariowałeś? Masz zawiasy, jak słyszałem, jeśli jakiś sąsiad wezwie policję, albo jeśli ktoś z baru powiadomi…
— To zwieję — mruknąłem.
— Jak ostatnio.
— Nie chcę ich wydać.
— Więzienie to miejsce dla takich jak my, nie ma co ukrywać. Jeśli chcesz im zrobić na złość to w ten sposób, a nie sam będziesz łaził po okradanym domu. — W jego głosie wyczułem nerwową nutę.
— Chyba nie mam wyjścia.
Mężczyzna zacisnął suche usta w wąską linię i przyjrzał mi się uważniej.
— Kamil to ten dzieciak, który kiedyś za nami latał, nie?
— Ten sam.
— Już wtedy go chroniłeś — westchnął. — Bierz auto, ale, kurwa, masz wrócić z nim w jednym kawałku. Inaczej, przyrzekam, że dołączysz do Piotra.
Skinąłem głową, poważniejąc.
— A co z tobą?
— Co?
— Pójdziesz na odwyk?
Mężczyzna zaśmiał się nagle radośnie, jakbym opowiedział mu jakiś żart. Rozlał przy tym piwo, które akurat miał przy ustach. Skrzywiłem się patrząc na stół. Już się nie dziwiłem skąd te wszystkie plamy. Był to wielki kontrast po dzisiejszej wizycie w domu Kamila.
— Przyznałeś się, że jesteś uzależniony — zauważyłem. — To pierwszy krok…
— Pierwszy z pięciu tysięcy innych — przerwał mi gwałtownie. Nie był zadowolony z poruszonego tematu. — Nie wiem, Fabian. Na razie prędzej mi do zapicia się na śmierć niż do wytrzeźwienia. Widziałem takich po odwykach. Większość i tak wróciła.
— To już zależy od ciebie.
— Kiedy ty się taki mądry zrobiłeś? W więzieniu? Dawali jakieś lekcje? — Gdy nie odpowiedziałem, westchnął i uśmiechnął się nieznacznie. — Strasznie trudne tematy poruszamy. Chyba starczy, co? Co sądzisz o ostatnim meczu Barcelony?
— Nie mam telewizora.
— Nie?! Ach, no tak… To chodź, mam to nagrane!
***

Był późny wieczór, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy dojechałem na miejsce. Gówniarze znaleźli jakiś dom w bogatszej części miasta i podobno, z tego co zaobserwowali do tej pory, dziś miał stać pusty, bo właściciele wyjechali na wakacje, czy coś w tym stylu. Tylko tyle, albo raczej aż tyle zdołałem wywnioskować po ich rozmowie w barze. Planowali się tu zjawić zaraz po zmroku, co moim zdaniem było najgorszym z możliwych pomysłów. Nie miałem pojęcia jak do tej pory wszystko uchodziło im na sucho.
Zaparkowałem niedaleko celu znajomych Kamila i wyciągnąłem ze schowka starą Nokię wraz z nową kartą sim. Jakiś czas kombinowałem jak włożyć małe dziadostwo, żeby działało i niemal zgubiłem kartę, gdy spadła pod siedzenie. W końcu jednak włączyłem komórkę i poczekałem aż przyjdzie informacja sieciowa. W tym czasie uchyliłem okno, wpuszczając chłodniejsze już powietrze i nagle dostrzegłem przejeżdżający, doskonale znany mi samochód. Kumple Kamila i, zapewne, on sam przejechali wzdłuż całej ulicy, znikając za rogiem.
            Nie byłem lepszy od nich, miałem tego świadomość. Ja również kradłem, a czasem po prostu niszczyłem czyjeś mienie dla zabawy, żeby samemu poczuć się lepiej. Co nie do końca się sprawdzało, bo jeszcze w tym samym dniu, gdy kładłem się spać, gryzłem się z wyrzutami sumienia. Samo niszczenie było fajne. Zajebiście było przywalić w szybę i obserwować jak rozpada się na tysiące maleńkich kawałeczków, których już nikt nigdy nie będzie potrafił złożyć w całość. Miało to swoją metaforę, jak lubiłem sobie wmawiać.
            Uwielbiałem czuć się docenianym przez chłopaków, gdy po kradzieży pokazywałem im co znajdywałem w szafkach kobiet. Biżuteria zawsze była pochowana w jakimś mało znaczącym dla nich miejscu. Od tego byłem ja, sprawdzałem czy czegoś nie zostawili i bardzo często okazywało się, że omijali dość sporo fajnych rzeczy.
            Przypominały mi się te wypady, jeden po drugim i to jak wylądowałem w tym bagnie.
            Piotra spotkałem jeszcze w szkole. Poznałem go przez Adriana, który pół roku przed śmiercią babci zabrał mnie na imprezę. Kilka lat starszy mężczyzna zaimponował mi i, ku mojemu zdumieniu, szybko złapaliśmy wspólny język. Przyjęli mnie do swojej paczki, ale dopiero po śmierci dziadków zacząłem ich traktować na serio. Widzieli co się ze mną działo i pomagali mi, tak sądziłem. Ale później nie zdałem ostatniej klasy, a następny rok całkowicie olałem. Stałem się wyrzutkiem, zdanym na kumpli. Dużo piłem w sposób, by zapomnieć, by następnego dnia obudzić się i żałować, że w ogóle żyję. O ironio, uwielbiałem te chwile. W dni, w których jechaliśmy na zabawę do miasta, kończyłem z przypadkowymi facetami w darkroomach. Oczywiście kumple myśleli wtedy, że poszedłem zaliczyć kolejną laską, a okazywało się, nie rzadko, że ktoś zaliczał mnie.
            Ten chaos, który zrobiłem ze swojego życia, nie mógł trwać wiecznie. Nie było opcji, by nasza paczka skończyła inaczej. Sami podcinaliśmy gałąź na której siedzieliśmy.
Czekałem, pogrążony w myślach. W pewnym momencie lampy na ulicy włączyły się, a pół godziny później słońce zaszło za horyzont. Minęła całą wieczność, nim dostrzegłem wcześniej rozpoznany przeze mnie samochód, teraz parkujący przy wybranym przez nich domu. Bezwiednie patrzyłem jak piątka chłopaków wychodzi z auta i idzie do bramy posesji. Chwilę stali przy furtce, w końcu ją otwierając.
Ścisnąłem w dłoni komórkę, czując jak zaczynają pocić mi się ręce. Spojrzałem na wyświetlacz. Dwudziesta trzecia. Mógłbym zadzwonić po policję, a sam nie mieć już z tym więcej nic wspólnego. Mógłbym zrobić to, co mnie zrobiono ponad trzy lata temu.
Nie miałem pojęcia dlaczego o tym pomyślałem, ale już chwilę później pukałem się w ten durny łeb, że w ogóle śmiałem. Nie zrobiłbym tego Kamilowi. Ba, nawet jego kolegom nie mógłbym.
Wyszedłem powoli z auta, zamknąłem go, schowałem klucze do kieszeni spodni i ruszyłem za nimi. Wybrali ładny dom, nowoczesny z pięknym ogrodem. Bez zawahania wszedłem na teren posesji, zauważając, że właśnie wchodzą do środka. Trochę im zajęło otworzenie zamka. Podbiegłem do nich i złapałem za rękę stojącego na samym końcu Kamila. Zaskoczony chłopak krzyknął, automatycznie próbując się wyrwać.
— Kurwa, zamknij się — warknąłem do niego. Reszta odwróciła się automatycznie w naszym kierunku. Jeden z nich chciał do mnie doskoczyć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, gdy mnie rozpoznał.
— Puść — syknął Kamil przez zęby. Z doświadczenia wiedział, że nie ma szans mi się wyrwać, więc nie próbował szarpać się przy widowni. — Mówiłem ci, żebyś mnie, kurwa, zostawił w spokoju — powiedział z jadem w głosie.
            — Mówiłem, żebyś tego nie robił — warknąłem.
            — Co ci do tego?!
            Już chciałem zagrozić, że powiem o wszystkim jego rodzicom, ale w ostatnim momencie stwierdziłem, że to nie ma sensu. Nie zrobiłbym tego, a straszenie go przy reszcie rodzicami, nie wyglądałaby dobrze. Kamil tylko by się wściekł.
            — Koleś jaki ty masz problem? — warknął Tymek, jeden z synów leśniczego. Drugi stał za nim z groźnym wyrazem na twarzy. Obaj byli ode mnie o wiele niżsi, ale nie brakowało im wiary w siebie. Szczególnie, że byłem sam, a oni w grupie.
            — Wynoście się stąd — warknąłem. — I jeśli usłyszę o jeszcze jednej takiej akcji, to nie zawaham się wezwać policję.
            — Pierdol się — syknął nieznany mi chłopak, blondyn z nieco dłuższymi włosami. — Kamil, czemuś mu w ogóle powiedział?
            — Nic nie mówiłem! — krzyknął nieco panicznie. — To on się doczepił!
            — W ogóle to puszczaj go. — Syn leśniczego, ten którego imienia zapomniałem, wyciągnął nóż i podszedł do mnie o krok.
            Zmarszczyłem brwi, patrząc na gówniarza. Jak śmie mi grozić w ten sposób?!
            — On jedzie ze mną samochodem, a wy za nami — zdecydowałem stanowczo, nadal nie puszczając chłopaka. Szarpnąłem go w stronę ulicy.
            — Kurwa dawaj to — usłyszałem za sobą.
Zapomniałem, że do takich ludzi nie można się odwracać tyłem. Poczułem pieczenie w barku i szarpnięcie w tył. Nawet nie spostrzegłem jak któryś z nich przyłożył mi nóż do szyi. W ostatniej chwili powstrzymałem się od próby odskoczenia, co mogłoby się naprawdę nieciekawie skończyć. Uniosłem ręce i sapnąłem głucho, gdy ostrze dociśnięto do mojej skóry. Miałem pustkę w głowie i teraz mogłem jedynie patrzeć na przerażonego Kamila, który aż cały zbladł.
— Rafał, nie wydurniaj się — powiedział blondyn, obserwując nas wielkimi oczami. — Puść go, do cholery!
— Groził nam — stwierdził, trzymając mnie dodatkowo mocno za koszulę.
Bałem się przełknąć. Lodowate ostrze poruszało się na moim gardle nieznacznie, sprawiając ból. Do tego czułem, że przeciął mnie wcześniej w okolicach łopatki, co dawało o sobie znać, gdy zawinął mi z tyłu rękę w nieprzyjemnym chwycie.
Kurwa, duży facet, a dałem się tak podejść.
— Teraz grzecznie poczekasz aż zrobimy swoje — warknął mi do ucha napastnik. — A później się zabawimy, co? Tak jak lubisz… — Złapał mnie mocno za tyłek, na co spiąłem się cały. — Tak, by nie przyszło ci do głowy powiedzieć komukolwiek — mruknął już ciszej. — No jazda chłopaki, na co czekacie?! — Wyciągnął mi z kieszeni komórkę i rzucił ją do Kamila, który złapał urządzenie w ostatniej chwili. — Ty też. — fuknął na niego.
Blondyn posłał mi przerażone spojrzenie i szybko poszedł za kolegami. Rafał zaś wciągnął mnie do holu domu, żeby nie stać na dworze. Słyszałem rumor, ale widzieć mogłem tylko fragment ściany, do której przycisnął mnie gówniarz. Bałem się ruszyć. I bałem się co będzie dalej. Nie raz naoglądałem się w więzieniu jak jeden człowiek niszczy drugiego. Nie potrzeba było do tego wiele fantazji i finezji. Wystarczył całkowity brak szacunku i chęć upodlenia kogoś, odegrania się czy zastraszenia.
Bałem się. Z każdych tarapatów zawsze ratował mnie Piotr, miałem nosa do nieszczęść. Teraz wdepnąłem w jedno wielkie gówno i nie było nikogo, kto by mnie z niego wyciągnął. Nie było też nikogo, kto by mnie przed tym powstrzymał. Adrian nigdy tego nie robił, to była domena Piotra.
Trzeba było zadzwonić po policję.
— Pośpieszcie się! — krzyknął Rafał, dodając do tego wiązankę przekleństw.
Usłyszałem kroki obok siebie i rumor. Zaraz też zostałem pociągnięty na dwór. Czułem jak po mojej szyi płynie coś ciepłego, co nie wróżyło niczego dobrego.
— Przestań go kaleczyć! — usłyszałem za sobą Kamila. — On nic nie zrobi, puść go.
— A ty jak zwykle naiwny — prychnął Rafał, prowadząc mnie w stronę samochodu. — Dajcie coś, czym możemy go związać.
Chwilę później we dwóch związali mi ręce jakimś materiałem, a Rafał w końcu odstawił nóż od mojego gardła i pchnął, nakazując przy tym, żebym się pospieszył. Już nabierałem powietrze, żeby się wydrzeć, wołać o pomoc, gdy kolejny raz poczułem nóż na gardle.
— Tylko spróbuj, a więcej się nie odezwiesz — wysyczał Rafał.
Przymknąłem oczy, modląc się w duchu, żeby ktoś chociaż wyjrzał z domu. Był koniec czerwca, dlaczego nikt nie siedzi w ogrodzie przy grillu?!
— Pojedziecie z nim w jakąś opuszczoną ulicę, co? — Odezwał się nagle Kamil. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, tak samo jak reszta. — Poczekam ulicę obok, wszyscy się nie zmieścimy do auta.
— Jak chcesz, żeby cię ominęła zabawa, to proszę bardzo — mruknął Rafał.
Stanęliśmy przed samochodem. Nikogo nie było w pobliżu, a w domach obok tylko gdzieniegdzie świeciły się światła. Być może jednak dobrze odrobili lekcje co do godziny napadu. Teraz nikt tu nie łaził, nikt nie wyglądał zza okien.
Byłem w czarnej dupie.
— Fabian — usłyszałem z boku. Gdy tylko spojrzałem na Kamila, ten bez pardonu chwycił mnie w kroczu. Jęknąłem z bólu, a z oczu poleciały mi łzy. — To za to co mi zrobiłeś — syknął mi w twarz.
Byłem pewien, że ten pełen nienawiści wzrok będzie się pojawiał w moich koszmarach.

22 lutego 2017

[7] Wracaj do domu

Historia kołem się toczy


            Wpatrywałem się w wyginające się drzewa. W końcu dni stały się nieco chłodniejsze, a to wszystko za sprawą wiatru i chmur, płynącym po niebie. Siedziałem na leżaku przed domem, próbując nie myśleć o pewnej osobie, co oczywiście zupełnie mi nie wychodziło.
Od wczorajszej kłótni ani ja, ani Kamil nie zabiegaliśmy o kontakt ze sobą. Teraz, gdy drzwi zostały naprawione, wszystkie sprawy rozwiązane, nie było już powodu by tu przyszedł. Ba. Nie zjawiłby się nawet jeśli miałby powód. Nie po tym jak sądził, że go potraktowałem. Według niego po prostu wykorzystałem jego chęć zbliżenia się do mnie. Ale czy tylko ja wykorzystałem sytuację? On też to zrobił, sprowokował pierwszego geja jakiego poznał. Wykorzystaliśmy siebie po równo, więc jakim prawem może wściekać się, że chcę wyjechać? Przecież nawet jeśli… Nie zostawiłbym go. Nie wtedy, gdybyśmy stali się dla siebie kimś więcej niż chwilowymi kochankami.
Zmemłałem w ustach przekleństwo i ruszyłem do stodoły. Nie było już nic do roboty, więc jedynie przyjrzałem się zwierzakom, dłużej zatrzymując wzrok na Harmonii. Rzadko ją wypuszczaliśmy z boksu. Nie mieliśmy już pastwiska, które poszło na sprzedaż parę lat temu, a na małym podwórku walało się zbyt wiele bezużytecznego żelastwa. Czasem mogła przy nas poskubać trochę trawy, ale zawsze obawialiśmy się, że może w coś uderzyć. To stara klacz, jej wzrok nie był już tak dobry jak kiedyś, przez co była bardziej płochliwa. Wystarczyłoby, by jakiś ptak niespodziewanie przeleciał obok, a ona, spłoszona, wpadłaby na jakieś pręty.
— Chcesz na spacer? — zapytałem kobyły, która jedynie zastrzygła uszami bez zrozumienia. — To chodź, przejdziemy się.
Złapałem ją na uwiąz i wyprowadziłem z boksu. Niemal trzydziestoletnia klacz poczłapała za mną zadowolona i zaraz po wyjściu ze stajni, rozejrzała się wkoło. Poklepałem jej skurzony, siwo kasztanowaty bok.
— Pójdziemy tam gdzie zwykle, co? — Uśmiechnąłem się szeroko.
Razem wyszliśmy na drogę i skierowaliśmy się w tylko sobie znanym kierunku. Idąc szlakiem swojej wspólnej przeszłości, teraz starsi, bez sił i w samotności.
***

— No dalej! Nie daj się prosić! — wołał brunet zza płotu. Mogłem go doskonale widzieć dzięki temu, że siedział na swoim karym wałachu. Wyglądał niesamowicie z czarnymi, zmierzwionymi włosami i wielkim, szczerym uśmiechem na twarzy. — Wsiadaj na koń i jedziemy!
— Nawet nie mam siodła — prychnąłem, opierając ramiona o płot i patrząc z nieukrywanym podziwem na mężczyznę. — Ale możemy iść pieszo.
— Nie wygłupiaj się, co ty, jeździć nie umiesz? — próbował wejść mi na ambicję. — Uzdę zakładaj i jazda! — Podjechał bliżej i poczochrał moje włosy z zadowoleniem. — Weź, będzie fajnie. Znalazłem ekstra miejsce.
— Nie mam uzdy — mruknąłem cicho, patrząc w jego brązowe oczy, śmiejące się do mnie.
— Następnym razem ukradnę dla ciebie oba… — szepnął, nachylając się do mnie i mrużąc oczy z rozbawienia.
— Nie nabijaj się — prychnąłem. Już widzę jak okrada sklep jeździecki. Chociaż co jak co, ale w jego wypadku było to możliwe.
— No zakładaj Harmonii kantar, uwiąz i jedziemy — drążył nadal.
— Będziesz mnie prowadził? — uniosłem brew.
— Nie planowałem, ale jeśli chcesz… — wyszczerzył zęby w momencie, gdy jego koń cofnął się o krok, bo jakiś kocur wskoczył na oddzielający nas płot. Wałach zarzucił głową, a Piotr momentalnie skarcił go i uspokoił. Pogłaskałem bezpańskiego kota, który zaczął przymilać się do mojej dłoni.
— No dobra — westchnąłem i ruszyłem do stajni.
Jakiś czas później jechałem lasem za moim przyjacielem, rozglądając się po otaczającej mnie zieleni. Lubiłem lato, dawało wytchnienie od ciągłego rąbania drewna, myślenia o ciepłych ubraniach i ogólnie dbania o niezamarznięcie w swoim własnym domu. Teraz można się było kąpać w jeziorach, wyjść bez butów na dwór, wsiąść na koń i dać się poprowadzić Piotrowi… Niestety jedynie w lato spotykaliśmy się sami, bez reszty chłopaków. Zima przeznaczona była na bar, w którym przesiadywała połowa mężczyzn z naszej wsi – na zmianę z drugą połową.
— Daleko jeszcze?! — krzyknąłem do Piotra.
— Nie — odpowiedział i zaraz zjechał ze ścieżki w dół niewielkiego zbocza.
Coraz bardziej zaintrygowany pokierowałem Harmonię za nim. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie byłem w tej części lasu, choć mieszkałem tu od zawsze. Tyle, że ja zwykle nie oddalałem się od znanych mi dróg, w przeciwieństwie do szatyna.
Drzewa zdawały się rozrzedzać, aż w końcu przez prześwity dostrzegłem jezioro. Zaskoczony zatrzymałem klacz tuż przed małą plażą i zeskoczyłem z niej. Moje bose stopy wylądowały w sypkim, szarym piasku, który zapewne kilka lat temu był jeszcze jasny, niezabrudzony.
— Kiedyś dzieciaki zrobiły tu fajną plażę, ale jak widać, zapomnieli o niej — wyjaśnił Piotr. — Rzadko tu teraz ktoś przychodzi.
— Może wiąże się z tym jakieś nie miłe zdarzenie? — zapytałem. Byłem zdziwiony, że dotąd nikt ze wsi nie rozpowiedział o tym miejscu. Można by było fajnie spędzić tu weekend z rodziną.
— Że niby ktoś się tu utopił? — podłapał szatyn. Zawiązał wałacha przy drzewie i podszedł do wody. — Może poszukamy?
— Nie chciałbym tu nikogo znaleźć — powiedziałem trochę zbyt poważnie, również przywiązując Harmonię w cieniu.
Piotr spojrzał na mnie z rozbawieniem i zaczął się rozbierać. Aż przystanąłem, widząc teraz więcej jego ciała niż zwykle. Och, cholera, za jakie grzechy…
— Umiesz pływać? — zapytał, zrzucając niedbale ciuchy na piasek i wchodząc powoli do wody w samych bokserkach. — Zimna! — krzyknął, ale nadal wchodził głębiej.
— Jak to woda w jeziorze — prychnąłem i też rozebrałem się do bokserek. Ruszyłem za nim, aż zgrzytając zębami, gdy poczułem chłód na łydkach.
— To umiesz pływać, czy nie? — powtórzył pytanie, teraz stojąc do mnie twarzą i będąc zanurzonym po pępek. — Uważaj, bo nie wiem czy tu nie ma jakichś dziur.
— Jak na razie dno widać — powiedziałem, wchodząc głębiej. — I już nie widać — przyznałem, patrząc w dół i stając naprzeciw niego.
— Fabian.
— Hm?
— Nie odpowiedziałeś.
— A co, martwisz się, że się utopię? — Nie potrafiłem ukryć uśmiechu na te słowa.
— Z tobą nigdy nic nie wiadomo, fajtłapo — pokazał mi język i zaraz zanurkował, doskonale wyczuwając, że się za nim rzucę.
Zimna woda uderzyła w moją twarz, gdy próbowałem go dogonić. Olałem pierwszy nieprzyjemny kontakt z wodą i popłynąłem za Piotrem na środek jeziora. Dopiero tam pozwolił mi się dogonić.
— Jaki fajtłapa?! — krzyknąłem, łapiąc go za ramiona i napierając, by znalazł się pod wodą. Gdy pod nią wylądował, poczułem jego silne ręce na swoich barkach i po chwili zostałem pociągnięty za nim. Po paru sekundach siłowania się, wypłynęliśmy na powierzchnię, ale pech chciał, że zaczerpnąłem powietrza w nieodpowiednim momencie, zachłystując się wodą. Zacząłem kaszleć, uświadamiając sobie nagle z większą intensywnością, że nie mam gruntu pod nogami, a coś oślizgłego pląta mi się po stopach. Byłem o krok od paniki, gdy nagle poczułem, że ktoś obejmuje mnie od tyłu i unieruchamia ręce na piersi. Przez chwilę bałem się, że razem z Piotrem znów wyląduję pod wodą, ale szybko się zorientowałem, że wcale nie opadamy.
— Uspokój się, Fabian — nakazał Piotr stanowczym tonem, mówiąc to wprost do mojego ucha. — I oddychaj, debilu.
— O kurwa — zajęczałem, wciąż pokaszlując. Jego silne ramiona utrzymywały mnie nad wodą i nie pozwalały jednocześnie, bym sam go objął.
— Właśnie o to chodziło, gdy mówiłem fajtłapa — prychnął mi nerwowo do ucha. Przyciskał twarz do boku mojej głowy, oddychając z wysiłkiem. — Już się uspokoiłeś? Mogę cię puścić? Bo lekki to ty nie jesteś…
— Już jest ok…
Gdy mnie puścił, bez problemu utrzymałem się na wodzie i obróciłem w jego kierunku. Wciąż czułem jego ciepło na swoich plecach i z zażenowaniem zauważyłem, że nie pozostałem na to obojętny. Na szczęście woda skutecznie ukrywała pobudzenie pewnej części ciała...
— Żadnego więcej podtapiania — powiedział poważnie i zaczął płynąć do brzegu.
Byłem dopiero w połowie drogi, gdy wyszedł na plażę i, wciąż stojąc tyłem do wody, spojrzał w niebo, rozpościerając ręce lekko na boki, by ogrzać się w promieniach słońca. Zatrzymałem się na moment, obserwując jego sylwetkę z oddali i żałując, że tak bardzo mi się podoba. W końcu nie miałem szans, jego interesowały dziewczyny. Świadomość, że nigdy go nie będę miał, bolała.
            Piotr stał tak kilka sekund, po czym odwrócił się. Wyłapał moje spojrzenie i wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, sięgającym oczu, czego byłem pewien, nawet jeśli nie widziałem dokładnie z tej odległości.
Dopłynąłem do brzegu i wyszedłem na ciepłe powietrze, teraz wiedząc dlaczego w ten sposób witał promienie słońca. Woda była po prostu lodowata i aż się prosiło, by paść na ciepły piach, wtulając w niego jedną stronę ciała, a drugą wystawiając w stronę nieba – nie żeby dało się inaczej.
— Chcesz? — zapytał Piotr, podając mi otwartą już puszkę piwa.
— Dzięki. — Wziąłem ją i napiłem się szybko, czując pragnienie i nieprzyjemne uczucie w gardle, pozostałe po zachłyśnięciu. Założyłem spodnie na mokry tyłek i usiadłem na ziemi.
Szatyn wyciągnął z kieszeni siodła drugie piwo i usiadł na piasku obok mnie. Wyciągnął swoje długie kończyny przed siebie. Siedzieliśmy w milczeniu, które przerwał trel jakiegoś ptaka.
— Co to za gatunek? Rzadko go słyszę — zapytałem zdziwiony, patrząc na swojego towarzysza.
— Nie mam pojęcia, ale podoba mi się. — Przymknął oczy i wsłuchał się w dźwięk z lekkim uśmiechem na ustach. Zaczął pogwizdywać w jego rytmie.
Nie musieliśmy mówić, jeśli nie chcieliśmy. W milczeniu równie dobrze spędzało się z nim czas co w rozmowie, a dodatkowo miałem tę świadomość, że tylko przy mnie może się zupełnie wyluzować i być po prostu sobą. Przy reszcie naszej paczki nie zamykała mu się gęba. Zawsze był w centrum uwagi, zawsze czujny i pomysłowy.
To dzięki tamtej stronie jego osobowości go poznałem, ale dopiero w ciszy zrozumiałem jak ważny dla mnie był.
***

Stałem nad brzegiem zapomnianego jeziora z Harmonią przy boku i z bólem obserwowałem otoczenie. Plaża już dawno zarosła, uniemożliwiając dojście do jeziora. Wszystko wydawało się takie inne i dzikie, jakby siłą chciało dać mi znać, że przeszłość już nigdy nie wróci, że nie będę miał już szansy popływać w jeziorze, a później poleżeć na plaży. Z Piotrem, czy bez Piotra.
Byliśmy tu niezliczoną ilość razy, zawsze sami. Czasem pływaliśmy, czasem tylko leżeliśmy na plaży i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a kiedy indziej po prostu wpatrywaliśmy się bez słowa w jezioro.
Teraz, stojąc tu, kilka lat później, zrozumiałem, że Piotr mnie kochał. Był ode mnie o wiele dojrzalszy, ale też przerażony swoimi uczuciami do mnie. Nigdy nie pozwolił sobie na zbliżenie, ale kochał mnie, dbał o mnie i pragnął mojego towarzystwa. Moment, w którym powiedziałem mu o swoich uczuciach, przeraził go.
Chciałbym wiedzieć, co się wtedy stało, pomyślałem ze smutkiem. Chciałbym wiedzieć dlaczego mnie wrobił, co siedziało w jego głowie. Chciałbym też wiedzieć, dlaczego się później zabił.
Chciałem zrozumieć.
I przebaczyć.
***

Zapukałem do drzwi Bartłomieja Garnewskiego, a po niecałej minucie otworzyła mi jego żona, Irena. Kobieta spojrzała na mnie zaskoczona i zanim zdążyłem się przywitać, zawołała męża, po czym znikła z mojego pola widzenia.
— Uch, sorry za nią — powiedział Bartek, wyciągając dłoń, którą chwyciłem krótko, bez wahania. — Pokłóciliśmy się trochę, wiesz jak to jest…
— Cóż… Chciałbym — skłamałem gładko, na co mężczyzna uśmiechnął się lekko. Powoli zaczynało do mnie dochodzić, że nie wszyscy pamiętali o plotkach sprzed lat. Albo mieli je gdzieś.
— To co cię do mnie przywiało? Bo raczej nie chcesz kupić ziemi, no nie?
— Nie. Raczej nie — zaśmiałem się. — Doszły mnie słuchy, że szukasz pracownika.
— O. — Rozpromienił się. — Tak, szukam. Jesteś chętny?
— Po to przyszedłem.
— W następnym tygodniu przyjeżdża mój syn i będzie potrzebował kogoś na maszynę, może być? Teraz mam Adriana, nie ma za wiele do roboty. Wstrzymaliśmy się na razie ze zbiorami. — Mężczyzna podrapał się po gęstej brodzie.
— Czemu wstrzymaliście? — zdziwiłem się. — Przecież teraz najlepszy czas!
— Moja żona jest w ciąży, niedługo ma rodzić — powiedział jakby to wszystko wyjaśniało.
— Och. Gratuluję! — Klepnąłem go w ramię. — To w następny poniedziałek się zgłosić?
— Tak, tak. Wtedy też podpiszemy umowę. Z nieba nam spadasz!
— Ty mnie też — powiedziałem szczerze i tym razem ja wyciągnąłem dłoń. — To do zobaczenia.
— Trzymaj się! — Uścisnął mi dłoń i chwilę później znikł za drzwiami.
Zadowolony, że udało mi się to załatwić, otwierałem właśnie furtkę, gdy usłyszałem swoje imię, wykrzyczane przez doskonale znany mi głos.
— Fabian! Musimy pogadać, chodźmy na piwo.
***

Siedziałem naprzeciw swojego dawnego kumpla, Adriana i po raz kolejny przemknęło mi przez myśl, że przeszłość, wszystkim czym możliwe, daje mi znać jak wiele straciłem. Kiedyś ten pijany mężczyzna był mi jak brat, a teraz siedzieliśmy razem w barze, pijąc piwo w nieprzyjemnie napiętej atmosferze. Zdążyliśmy pochłonąć połowę kufla, dopóki się nie odezwał.
— Wiesz… czasem żałuję, że nasza paczka się rozpadła… — zaczął powoli i prychnął. — Żeby tylko czasem. Codziennie o tym myślę. Po tym jak Piotra pochowali, każdy uciekł do swojego kąta i lizał rany w samotności. — Spojrzał na mnie uważnie. — Nie wiedziałeś o jego śmierci i cholernie ci tego zazdroszczę.
— Co za różnica kiedy się dowiedziałem? — mruknąłem i zapiłem te słowa alkoholem. Zaczynałem żałować, że tu z nim przyszedłem, jedynie się jeszcze gorzej czułem.
— Nie jestem pewien — wyszeptał. — Mam dość tej odpowiedzialności, wiesz? Nienawidzę takich jak ty, ale, kurwa, nigdy żaden z nas nie chciał, by tak się skończyło. — Pociągnął spory łyk piwa i spojrzał na mnie oceniająco. — Ty nie wiesz co się stało.
Pokręciłem głową, już teraz czując, że to dla mnie za wiele. Traciłem powoli grunt pod nogami i wpadałem w panikę podobnie jak wtedy, nad jeziorem. Ale teraz nie było ramion Piotrka i bałem się, że sam nie dam sobie rady. A w szczególności nie wtedy, jeśli okaże się, że te same ramiona, które ochroniły mnie przed utonięciem, skazały też na więzienie, że uknuły plan zniszczenia mojej osoby.
— Wtedy, przed tą ostatnią naszą akcją Piotr był przerażony. — Adrian przeszedł w końcu do rzeczy. Mówił szybko i składnie, jak na siebie, patrząc na trzymane w dłoniach piwo. Zachowywał się, jakby chciał to z siebie po prostu wyrzucić. — Pierwszy raz go takiego widzieliśmy i myśleliśmy, że coś mu zrobiłeś. Wiesz, fizycznie — dodał, krzywiąc się do swoich wspomnień. — To był pierwszy raz jak się otworzył przed nami, a nie przed tobą. Powiedział, że się w nim zakochałeś. Chciał chyba widzieć naszą reakcję. No i zobaczył, nie zareagowaliśmy… dobrze. Zaczęliśmy cię wyzywać i w ogóle. To go chyba przerosło, bo niedługo potem się zmył. A my… — westchnął. — My ułożyliśmy plan jak cię wrobić. Potem, na akcji, odpowiednio szybko zgarnęliśmy Piotrka z planu i zwialiśmy. W ostatnim momencie. — Wykrzywił wargi w uśmiechu, w którym nie było radości. — Wrobiliśmy ciebie, ale tak naprawdę zabiliśmy jego. On chciał nas wydać, przyznać się, złożyć zeznania, dać ci alibi, co było już kompletnie niedorzeczne — prychnął. — Ale powstrzymaliśmy go. Jeszcze parę razy, od czasu, gdy cię zamknęli, próbował coś wymyślać. To nie był już ten sam człowiek. W którymś momencie złamał się… — Dopiero teraz na mnie spojrzał, ale w jego oczach nie dostrzegłem niczego. Adrian był pusty, powiedział co mu ciążyło na sercu i teraz czekał na moją reakcję.
Poczułem jak po moich policzkach spływają łzy. Żaden z nas nie mógł zachować się wtedy inaczej. Ta historia nie miałaby innego zakończenia. Nie mogła mieć. Świat był okrutny, że postawił przede mną człowieka, który był dla mnie stworzony, ale nawet jeśli byliśmy blisko, los nie pozwolił nam być razem. Ludzie nie pozwolili. Bo strach Piotrka wynikał przede wszystkim z tego, że byłby odrzucony, a tego bał się niewyobrażalnie mocno. Dlatego zebrał naszą grupkę wokół siebie. I dlatego się zaręczył z dziewczyną, która poza nim świata nie widziała, ale której mimo to nie kochał.
— Wybaczam ci… — wyszeptałem. Wybaczam ci, bo nie ma sensu ciągnąć tego dalej, powiedziałem w myślach, bo jeśli ci nie wybaczę, ta historia będzie się ciągnęła latami, dopóki któryś z nas nie zdecyduje się dołączyć do Piotrka. Bo jeśli ci nie wybaczę, sam sobie nie będę potrafił.
Adrian zacisnął dłoń w pięść i dostrzegłem na jego twarzy cień bólu. Kiwnął sztywno głową na znak zgody i, wydawało się, podziękowania.
— A teraz, pozwól, że wrócę do mojego pustego domu — powiedział, siląc się przy tym na dziarski ton. Wstał od stołu i nie czekając na moją odpowiedź, pomaszerował do baru kupić dwie wódki, po czym zniknął za drzwiami.
Mnie pozostało się wpatrywać w swój własny kufel, przy akompaniamencie rozmów z drugiego końca sali. Oparłem się o ścianę i wpatrzyłem w okno na niebo w barwach zachodzącego słońca.
Wiedziałem, że to koniec…
***

Ze stanu letargu wybudziło mnie wejście grupki rozwrzeszczanych dzieciaków. Moje zmysły samowolnie się wyostrzyły, gdy rozpoznałem w nich kolegów Kamila. Niestety jego wśród nich nie było.
Chciałbym go zobaczyć, pomyślałem. Chciałbym z nim też porozmawiać i wyjaśnić tę głupią kłótnię. Chyba zaczynałem nienawidzić niedopowiedzenia.
Wgapiłem się w swoje niedokończone piwo i wsłuchałem w ich rozmowy. Nie rozpoznawałem kto co mówił, ale mogłem wyłapać chociaż kontekst.
— Mnie weź od razu dwa piwa.
— Spierdalaj, później sobie weźmiesz drugie, mam tylko dwie ręce.
— No nie bądź taki.
— Przygotowani na jutro chłopcy?
— To sam sobie idź po te drugie, nie będę obracał dwa razy na twoje widzimisię.
— Nie mogę się doczekać, aż mnie roznosi!
— No ja chyba nie będę spać dzisiaj.
— Tylko żebyś jutro czegoś nie zjebał.
— Masz i się wypchaj.
— A Kamil gdzie?
— Dzięki.
— Nie chciał dzisiaj przyjść?
— O Kamilu mówicie?
— Czemu?
— Źle się czuje czy coś, nie mam pojęcia. Ale miał dziwny głos.
— A nie coś z jego starymi? Oni czasem tak wymyślają…
— Oddawaj to złamasie!
— To nie grzeb w moim portfelu.
— Uspokójcie się kurwa.
— Ja tylko chciałem zabrać co moje.
— Ej, ale on jutro będzie?
— Mówił, że tak. Nie może przegapić takiej akcji. Czarek, jutro sobie odbijesz za dwóch, zostaw mu ten portfel.
— Kurwa, znowu?! Kiedy ty wyciągasz te giry?!
Zakryłem uszy dłońmi i pochyliłem głowę, opadając na blat. Historia kołem się toczy, czy jakoś tak to szło, no nie? Gdy jedni kończą swoje, inni przychodzą na ich miejsce. I niech tak, kurwa, będzie. Ale nie pozwolę, by Kamil skończył tak jak ja. Pójdzie na te pieprzone studia, choćbym miał go siłą zaciągnąć z pomocą Harmonii.