8 lutego 2017

[5] Wracaj do domu

Stary przyjaciel


            Piąty dzień na wolności. W chwili, gdy obudził mnie świt, dziękowałem Bogu, że jestem w domu. Moja pierwsza niedziela po wyjściu. Zastanawiałem się czy iść do kościoła. W końcu nadal, mimo wszystko, wierzyłem w Boga. Była to ważna część mnie, a to, że nie zawsze żyłem według przykazań, to już zupełnie inna sprawa.
            Msza rozpoczynała się o dziesiątej, więc z Gośką ubraliśmy się odświętnie i po śniadaniu ruszyliśmy do kościoła. Tak jak i większość naszej wiejskiej społeczności. Obserwowałem ich tak samo jak oni mnie. Próbowałem dostrzec jak się zmienili, gdzie siedzą, jak są ubrani. Nie po to, by oceniać. Chciałem wiedzieć kto się wzbogacił, kto z kim się trzyma, jakie przyjaźnie upadły. Na przykład stara Ladecka nie siedziała już obok swojej dawnej przyjaciółki, którą dopiero po dłuższym czasie dostrzegłem dwie ławki dalej wraz z mężem.
            Byłem ciekawy ich życia, tak samo jak oni byli ciekawi czy wezmę komunię świętą. Oczywiście nie wziąłem, co pewnie wywołało obawy u poniektórych – jemu jeszcze Bóg nie wybaczył, pewnie myśleli. Cóż. Mnie nigdy nie wybaczy. Babcia, mądra kobieta, powiedziała mi kiedyś, po moim wyznaniu, że jestem gejem, że mam się nie przejmować opinią księży. Przewidziała, że z moją wiarą może mi być ciężko pogodzić się z faktem odtrącenia przez kościół. Ale jeśli babcia mnie akceptowała, dlaczego nie może robić tego Bóg? Co prawda nie łudziłem się, że po wczoraj jest ze mnie zadowolony… ale każdy błądzi, prawda?
***

            Wszedłem do baru i rozejrzałem się niepewnie po dobrze znanym mi wnętrzu. Żółte ściany i drewniane stoły nie zmieniły się ani odrobinę. Spodziewać się mogło, że dojdą zabrudzenia, czy coś w tym stylu. Ale nie doszły. Nawet Alina, kelnerka i gospodyni tego miejsca, wydawała się zatrzymać w czasie. Uśmiechnąłem się do niej, podchodząc do lady.
            — Piwo poproszę — powiedziałem, wiedząc, że nie mam wyboru co do rodzaju. Cieszyłem się, że w ogóle prowadzi u nas bar, inaczej spotkania przy piwie odbywałyby się przed sklepem spożywczym, a to już by o wiele mniej ciekawie wyglądało.
            — Pięć złotych. — Postawiła przede mną pełny kufel i poprawiła kucyk, trzymający jej grube, brązowe włosy w ryzach.
            Zapłaciłem jej i mrugnąłem jeszcze, odchodząc do jednego z pustych stołów. W godzinach popołudniowych można było tu spotkać jedynie miejscowych pijaczków. Dopiero wieczorem wpadali tutaj ci, którzy mieli jeszcze jako taki umiar.
            Powoli sączyłem piwo, napawając się jego gorzkim smakiem, co jakiś czas zerkając na powtórkę jakiegoś meczu, wyświetlanego na telewizorze w rogu sali, gdy nagle ktoś się do mnie dosiadł.
            — Fabian! — krzyknął Adrian, stawiając głośno swój kufel na stole.
            Spojrzałem na mojego dawnego przyjaciela z niesmakiem. Był ode mnie rok starszy i należał do bandy Piotrka tak jak ja. Nigdy nie był przystojny, ale teraz miał pokaźny piwny brzuch, który dodatkowo pogarszał sprawę.
            — Co u c-ciebie?! — wybełkotał, starając się mówić wyraźnie. Z miejsca było widać, że jest już nieźle wstawiony.
            — Kręci się — mruknąłem. Obserwowałem tę kupę gówna z niejakim zaskoczeniem. Jeszcze niedawno chciałem im wszystkim obić mordę, ale widząc go w takim stanie, to byłoby zbyt proste. Sam sobie robił dostateczną ilość krzywdy, że w ogóle nie warto go było ruszać.
— A co u ciebie? Wyprowadziłeś się z domu?
            — A pewnie! — Wyszczerzył zęby w pijackim uśmiechu. — Mieszkam teraz z żoną na dwudziestym trzecim — podał numer domu.
            — To daleko masz do kościoła. W sumie na końcu wylądowałeś.
            — Daleko do pubu. A do kościoła i tak nie chodzę — parsknął rozbawiony. — Po co? Co mi może ksiądz powiedzieć? Nic!
            — Masz rację — rzuciłem, byleby nie ciągnąć tego tematu.
            — A ty? Jak tam w więzieniu?
            — Jak to w pace. Kolorowo nie było.
            — Dla takich jak ty… — Jakimś cudem uśmiechnął się jeszcze szerzej. — Może to być raj!
            Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc.
            — Ilu cię tam przerżnęło? — zapytał już ciszej, udając, że chce być dyskretny. Nawet pochylił się lekko w moją stronę, ale jedynie na chwilę, bo zaraz cofnął się i odchylił na krześle.
            Zatkało mnie. On… byliśmy jak bracia, a teraz, patrząc w jego oczy pełne nienawiści, byłem już pewien, że oni to uknuli, że policja nie zjawiła się znikąd… Bezsilność zalała mój umysł niczym arktyczny prąd. Poddałem się, nie odpowiedziałem nic, bo i po co? Mam gdzieś co o mnie myśli i dlaczego. To już niczego nie zmieni.
            — Co u innych? — zapytałem, nagle ciekaw, czy reszta tak samo stoczyła się jak on. To byłoby odpowiednie pocieszenie.
            Po twarzy Adriana przemknął cień zaskoczenia, po czym trochę posmutniał.
            — Przemek i Michał wyjechali do miasta, nie wiem w sumie co robią, jak ostatni raz ich spotkałem, co było dwa lata temu, kopali doły na cmentarzu. Tomek przejął gospodarstwo po ojcu, a Grzegorz pewnie leży gdzieś zaćpany… — odpowiedział jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.
            — A Piotr?
            — Nie żyje — odpowiedział. Teraz na jego twarzy nie było ani cienia rozbawienia. Patrzył na mnie, obserwując moją reakcję.
            Zatkało mnie. Znowu. Nikt mi wcześniej o tym nie powiedział… i nie sądziłem, że taka informacja może tak boleć. Chyba miałem nawet nadzieję, że kiedyś spotkam Piotra i będę mógł wykrzyczeć w jego twarz wszystko, co mnie dręczy. Byłoby to formą spowiedzi. Być może nie powinienem podchodzić w ten sposób do człowieka, który tak mocno mnie zranił… Ale jakie to teraz ma znaczenie? Piotr nie żyje, a ja nigdy nie będę mógł się dowiedzieć dlaczego tak bardzo mnie znienawidził. Wydawało mi się, że byliśmy blisko, czy moje głupie wyznanie mogło aż tyle zmienić?
            — Dlaczego? — zdołałem wydukać po dłuższej chwili. Miałem wrażenie, że zapomniałem jak się mówi. Gula w moim gardle tylko narastała.
            — Powiesił się.
            Kolejny cios znów nadszedł niespodziewanie. Zakryłem twarz dłonią, chcąc ukryć swoją reakcję. Piotr sam się zabił. Dlaczego do cholery?!
            — Kiedy?
            — Ponad dwa lata temu jeśli dobrze pamiętam.
            — Wiecie czemu…? — nie zdołałem zapanować nad drżeniem głosu.
            Adrian wzruszył ramionami i wpatrzył się w okno.
            — Cokolwiek — drążyłem. — Zostawił list, albo coś w tym rodzaju?
            — Nie. Przynajmniej nic nie wiem…
            Teraz, bez tego głupiego wyszczerzu i nienawiści w oczach, Adrian wyglądał jak dawny on –  spokojny, opanowany i za wszelką cenę ukrywający uczucia. Był trochę zaniedbany i grubszy, ale dzięki temu zyskałem pewność, że nikt mnie nie wsadził do alternatywnego świata, gdzie wszystko jest na opak.
            — Wiesz, to nie tak, że on cię nienawidził — mruknął mężczyzna po dłuższej chwili. — On chyba sobie po prostu z tym wszystkim nie radził… — to powiedziawszy wstał i wrócił do kolegów, zostawiając mnie ze swoimi myślami.
            Nie byłem pewien co czuję. Złość, żal, poczucie straty i winy zmieszało się ze sobą, tworząc niebezpieczne połączenie. Z jednej strony myślałem o tym, że sobie na to zasłużył, z drugiej zastanawiałem się czy to przypadkiem ja nie przyczyniłem się do jego decyzji. Gdybym tylko z nim porozmawiał, wyjaśnił. W końcu nie zakochałem się w nim przez to, że po prostu był. To jego wzroku szukałem, gdy chciałem się dowiedzieć, czy dobrze wyglądam, bo on zawsze doceniał. To jego dotyk, a nie innych czułem w pozornie błahych sytuacjach. A to poczochranie włosów, gdy źle się ułożyły, a to pomoc przy wejściu do bazy, zawsze przytrzymywał mnie odrobinę dłużej niż innych. Zawsze siadaliśmy obok siebie, a reszta jakby naturalnie pozostawiała nam miejsce w ten sposób. Nie byłem najlepszy w paczce, ba, w hierarchii, jeśli owa by istniała, wylądowałbym na samym końcu, a jednak czułem się wyjątkowo.
            Czy to było możliwe? Że Piotr tak naprawdę też coś do mnie czuł? Był zaręczony, to nie było przecież realne… Ale do ślubu nigdy nie doszło.
            Pewnie zadręczałbym się jeszcze jakiś czas, gdyby nie wejście grupy dzieciaków. Dobrze znanej mi grupy. Rozsiedli się przy jednym ze stołów, rozmawiając głośno. Wypatrzyłem wśród nich Kamila i aż skrzywiłem się, gdy dostrzegłem jego szczery śmiech na żart jego równolatka.
            Wczoraj, po tym co zaszło, rozeszliśmy się, żegnając nic nie znaczącymi słowami. Obaj musieliśmy poukładać sobie wszystko w głowie i dziękowaliśmy za niedzielę, dzień wolny od pracy.
            Wpatrywałem się w niego dość długo, by w końcu złapać kontakt wzrokowy. Z pewnością zdziwił się, że mnie tu widzi. Szybko dopiłem piwo i wyszedłem na zewnątrz. Po chwili namysłu przystanąłem na rogu pubu, by w razie czego móc się skryć za ścianą. Nie miałem pojęcia po cholerę to robię. Nie mogłem przecież liczyć na to, że Kamil wyjdzie i zechce porozmawiać. Bo niby o czym?
I oczywiście tego nie zrobił, marzenia ściętej głowy. Mogłem go ponownie zobaczyć dopiero wtedy, gdy wyszedł z kumplami z budynku i pożegnał się z nimi. W momencie, gdy nikt inny nie patrzył, kiwnąłem do niego ręką. Naprawdę potrzebowałem z kimś porozmawiać, a nie chciałem mojej siostrze zwalać na głowę kolejnego problemu.
— Co jest? — zapytał chłopak, gdy skryliśmy się za rogiem.
Zagryzłem wargę, walcząc z samym sobą. Jemu mam się zwierzać? Se znalazłem przyjaciela…
— Piotr nie żyje — stwierdziłem po prostu.
— No i? Zmarł jakieś dwa lata temu. — W ogólnie nie był zaskoczony.
— Powiesił się — dodałem nadal bez emocji.
— Co? Serio? Tego nie wiedziałem…
— To… moja wina… — tym razem mój głos się załamał. Myśleć, a mówić w ten sposób to zupełnie inna sprawa.
Kamil wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
— Dlaczego niby?
— Gdybym mu tego nie powiedział… Gdybym się domyślił… Nie wiem… On był moim bratem, jak mogłem nie zauważyć…
— Wpakował cię kurwa do więzienia! — krzyknął chłopak ze złością, ale i nutą niedowierzania.
— Ale wcześniej…
— Fabian, co ty odpierdzielasz? — warknął nagle. — Weź się w garść, a nie beczysz jak jakaś ciota nad rozlanym mlekiem. Do tego ani ty mleka nie rozlałeś, ani nie była to twoja szklanka.
Niemal roześmiałem się na to porównanie. Niemal. Byłby to pewnie histeryczny śmiech.
— Wiesz jak ty wyglądasz teraz? — kontynuował chłopak. — Jak wielki, niedorozwinięty misiek. Nie becz, kurwa, bo cię wezmą za wariata.
Tym razem nie powstrzymałem wykrzywienie warg. Co prawda do płaczu jeszcze mi było daleko, ale chłopak chyba tak samo jak ja, panicznie bał się momentu, w którym jeden z nas może się rozkleić. Dzisiaj chyba przyszła jego pora na pewność siebie.
— To wszystko jest do dupy — stwierdziłem. Odetchnąłem ciężko, czując, jak nerwowość powoli mnie opuszcza.
— Nie zaprzeczę. — Odczekał chwilę. — Lepiej?
— Tak… sorry.
— Nie ma sprawy — odpowiedział, nadal przyglądając mi się uważnie. — Nie mam pojęcia jak wytrzymałeś w więzieniu. Jesteś wielki facet, ale… — zamilkł próbując dobrać odpowiednie słowo. — No jesteś strasznie uczuciowy.
— Nieprawda.
— Jesteś — wyszczerzył zęby i podszedł do mnie na wyciągnięcie ręki. — To urocze…
Skrzywiłem twarz i wyprostowałem się nieco. Właściwie kiedy wylądowałem w sytuacji pomiędzy ścianą a Kamilem? Do tego chłopak znów się do mnie zbliżył i miał zamiar mnie pocałować. Powstrzymałem go w ostatnim momencie, kładąc otwartą dłoń na jego piersi.
— Nie, Kamil — szepnąłem.
— Dlaczego?
— To… Ty powinieneś znaleźć sobie kogoś młodszego. Bez przejść i więzienia na karku.
— Nie znam nikogo takiego. — Uniósł brwi.
— Ale poznasz. Jak tylko wyjedziesz do miasta.
— Wiem co robię.
— Nie. Nie wiesz. Ja też nie wiedziałem i jak to się skończyło?
— Masz zamiar się wieszać?
Zacisnąłem usta, odwracając twarz. Kamil dopiero po chwili zauważył swój nietakt.
— Przepraszam, to nie było specjalnie — wymamrotał.
Kiwnąłem głową i odepchnąłem się od ściany, chcąc się znaleźć dalej od ciepła chłopaka. Mogłem sobie mówić nie, ale moje ciało i tak wiedziało lepiej czego pragnie. Nie, żebym miał sobie na to pozwolić.
Już chciałem odejść bez słowa, gdy usłyszałem za sobą:
— Fabian… Ja zrobiłem wczoraj coś nie tak?
Aż odwróciłem się w jego stronę, by sprawdzić, czy to na serio on wypowiedział te słowa. Stał przede mną z dłońmi w kieszeniach i patrzył gdzieś w bok.
— Nie. To ja zachowałem się jak chuj. — Podszedłem do niego i, nie mogąc się powstrzymać, chwyciłem za podbródek, unosząc jego twarz ku sobie. — Nie powinieneś dawać się wykorzystywać.
— Przecież sam tego chciałem…
— Tak… ale… — Puściłem go. — Gdybym był… Ehh… Zrozum, że gdybym to nie był ja… Gdybym nie miał do ciebie jakoś sentymentu, to po prostu przeleciałbym cię przy jakiejś najbliższej okazji i zostawił ze spuszczonymi spodniami tam, gdzie byśmy to zrobili. Nie obchodziłbyś mnie…
— Ale obchodzę? — wyłapał.
— Nie czepiaj się słówek…
— Może ci po prostu ufam? — Przekrzywił głowę, patrząc na mnie w górę. — Nie skrzywdziłbyś mnie przecież.
— Już to zrobiłem.
— Sprowokowałem cię — prychnął. — Jesteśmy kwita.
Wpatrywałem się w niego chwilę, próbując przetrawić co powiedział.
— Nadal jesteś tak samo naiwny jak byłeś — stwierdził nagle. — Nawet nie widzisz jak się tobą manipuluje. — Chwila przerwy. — Może Piotr wcale się nie powiesił? Może Adrian tylko tak sobie nagadał ci bzdury? Żeby sprawdzić jak zareagujesz?
— Skąd wiesz, że to on mi powiedział? — Cofnąłem się o krok, jakby w odruchu obronnym. Ten chłopak zaczynał mnie przerażać.
— Tylko on z waszej paczki siedział teraz w barze. Strzelałem, to było bardzo prawdopodobne.
— Nie rozumiem jaki miałby w tym interes.
— Serio jesteś jak dziecko. Nie wiem jakim cudem przeżyłeś w więzieniu.
— To mi wytłumacz, skoro jesteś taki mądry! — warknąłem. Byłem coraz bardziej wściekły. Nie rozumiałem o co chodzi ludziom wokół mnie. Nie rozumiałem wtedy, przez co wylądowałem w więzieniu i teraz robi się jeszcze większy mętlik.
Mózg podpowiadał mi, żebym się po prostu z tego wszystkiego wycofał, uciekł. Żebym nie dał się wkręcić w kolejne bagno. To by było naprawdę naiwne, a skoro tego nie rozumiem, jaką mam inną opcję?
Tym razem nie odwróciłem się na wołanie Kamila. Po prostu odszedłem, chcąc choć trochę zachować twarz. Nie znosiłem takich gierek, a on, co sobie dopiero uświadomiłem, jakimś cudem rzucił swoje wczorajsze załamanie w niepamięć. Zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Jaką mogę mieć pewność, że nagle mu nie odbije i nie poskarży się komuś, że go molestuję? Nie powinienem już ufać.
Mam serdecznie dość tego miejsca.
***

Jeszcze tego samego dnia odwiedziłem nasz miejscowy sklep, by znaleźć jakieś ogłoszenia z pracą. Na moje szczęście, zdążyłem zaraz przed zamknięciem.
— Co podać? — zapytała pani Krysia. Ona, w przeciwieństwie do barmanki, zmieniła się całkowicie. Przede wszystkim schudła, a jej twarz odmłodniała. Miała też zdrowsze, bardziej zadbane włosy. Nie wyglądała już na swoje pięćdziesiąt lat.
— Masz może jakąś gazetę z ogłoszeniami o pracę? — zapytałem, uśmiechając się do niej pogodnie.
— Tak. — Podała mi jeden z brukowców ułożonych na ladzie. — Szukasz pracy, co?
— No. W mieście byłoby fajnie. A nie wiesz czy ktoś tutaj nie potrzebuje pracownika? — zapytałem z nadzieją.
— Bartek chyba ostatnio o kogoś pytał. Ciężko teraz z tymi pijakami, żerują na żonach a do pracy nie chcą się brać.
— Może i lepiej dla mnie — zaśmiałem się. — Swoją drogą ładnie wyglądasz.
— A dziękuję! — uśmiechnęła się promiennie. — Dwa lata się odchudzałam. Wiesz, żeby jakoś wyglądać, a nie żebym później musiała iść na wycinanie zbędnej skóry.
Cóż. Tego już nie chciałem wiedzieć.
— Służy ci — powiedziałem mimo to. Nagle coś mi przyszło do głowy. Już wiem jak sprawdzę, czy Kamil i Adrian mnie nie okłamują.— Słuchaj… Wiesz gdzie pochowali Piotrka?
— No tak, na cmentarzu go nie znajdziesz — westchnęła, na co tylko zmarszczyłem brwi. — Powiesił się, więc ksiądz nie pozwolił. Pogrzebali go za parafią za płotem. Krzyż tam stoi.
— Kto w tych czasach się tego trzyma?! — fuknąłem gniewnie.
— Nasz ksiądz jak widać. Nie dało mu się do rozumu przemówić. I tak dobrze, że msze odprawił. Jakoś go wyprosiliśmy. No bo jak, bez modlitwy o duszę dzieciaka, chować do grobu?
Zacisnąłem mocno usta i skinąłem głową.
— W każdym razie dzięki — mruknąłem. — Do zobaczenia.
— Trzymaj się, Fabian.
***

Przedarłem się przez chaszcze, okalające płot plebanii. Miałem mocno zaciśnięte zęby i pięści. Kto do cholery w takich czasach odmawia pochówku na cmentarzu?! Przecież to jest bestialstwo… Gdzie ten cholerny grób!
Wokół kościoła, budynków do niego przyległych i cmentarza roztaczał się las. Po prawej i lewej stronie miał jedynie kilka metrów do kolejnego domu, ale na tyłach, gdyby wejść głębiej, przemierzyć całą odległość, dopiero kilka kilometrów dalej doszłoby się do jakiejś wsi. Wielkie krzaki ograniczały widoczność, a ja nie miałem pojęcia w którym miejscu go pochowali. Dwa razy przeszedłem się wzdłuż płotu bez skutku. Dopiero za trzecim razem natrafiłem na wydeptaną ścieżkę i podążyłem wzdłuż niej. Grób to za dużo powiedziane, była to po prostu usypana ziemia z drewnianym, lekko zdobionym krzyżem. No i z tabliczką.
Piotr Kraszewski 10.09.1987 – 18.10.2013
Powiesił się dwa miesiące po moim zamknięciu, w wieku dwudziestu sześciu lat. To tyle, ile ja mam teraz, pomyślałem z frustracją. Dlaczego zrobił to w kwiecie wieku?
Opadłem na kolana przy samym krzyżu, czując, że nogi mam jak z waty. Przez tyle lat wierzyłem, że wszystko robię dla niego. Dopiero później, gdy mnie zamknięto, a on nie przychodził, zacząłem być na niego wściekły, by później wmówić sobie, że przestało mnie to obchodzić. Przedwczoraj miałem ochotę go zabić, gdy tylko go spotkam. Ale teraz, klęcząc przed jego grobem, byłbym w stanie oddać wszystko, by móc jeszcze raz spojrzeć mu w twarz. By w jego oczach dostrzec ten specyficzny błysk, gdy mnie zauważał.
Zakryłem twarz dłońmi i pozwoliłem łzom popłynąć. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz płakałem. Być może przy pogrzebie dziadka.
— I jak ja mam niby bez ciebie żyć? — wyszeptałem w piach. — Nienawidzę cię draniu…
***

Kilka godzin później nadal siedziałem w tym samym miejscu, bezradnie wpatrując się w kępę mchu. Nie chciało mi się ruszać z miejsca. Popadłem w jakiś dziwny letarg. Wygodnie mi było w tym miejscu i nie obchodziło mnie, że na niebie zbierały się burzowe chmury. Od jakiegoś czasu słyszałem grzmoty, dość częste swoją drogą. Słońce powoli chowało się za ciemną masą gęstej pary.
Jakiś czas później zaczęło kropić i to właśnie wtedy usłyszałem kroki. Leniwie odwróciłem głowę w tamtą stronę i już po trzech sekundach przez gałęzie dostrzegłem szczupłe, kobiece nogi, a zaraz potem całą sylwetkę. Z początku jej nie poznałem.
— Twoja siostra cię szuka — odparła Weronika, przystając dwa metry ode mnie. — Nawet nie wiesz jak się nalataliśmy za tobą. Dobrze, że Kamil widział cię u Krystyny... — zamilkła i spojrzała na grób brata. — Po co tu przyszedłeś?
— Pożegnać się. Nikt mi wcześniej nie powiedział. — W swoim głosie sam doskonale słyszałem smutek. To dziwne, bo zdawało mi się, że niczego już nie czuję.
— Myślałam, że Gośka mówiła ci o pogrzebie.
— Adrian mi powiedział. Dzisiaj.
— No tak. To wiele wyjaśnia — westchnęła i usiadła naprzeciw mnie. Była bardzo podobna do brata, choć miała kobiecą budowę ciała. Ich podobieństwo opierało się na karnacji, kolorze włosów, oczu, w kształcie nosa czy ust. — Piotr zrobił ci dużą krzywdę — nie pytała, była tego pewna.
— Nawet nie wiedziałem o tym do niedawna — prychnąłem. — Czasem nie warto wracać do niektórych rzeczy. Gdybym się nie dowiedział, że mnie wrobili w napad, to teraz… W sumie nie. To niczego nie zmienia.
— Jesteś na niego wściekły? — zapytała niepewnie.
— Oczywiście, że tak! Zabił się pieprzony egoista! — krzyknąłem i zaraz zakryłem twarz dłońmi. — Serio nie napisał żadnego listu? Nie wiecie dlaczego to zrobił? Cokolwiek…
— Nie mamy pojęcia… — powiedziała powoli. Jej głos był spokojny i niemal opiekuńczy. — I napisał list… A właściwie dwa zdania do ciebie.
Uniosłem głowę zaskoczony. Weronika wpatrywała się we mnie brązowymi oczami, tymi piotrkowymi. Niemal bolało patrzeć w nie.
— Rodzice kazali go spalić — mruknęła, krzywiąc się. Przeczesała dłońmi mokre od coraz mocniejszego deszczu włosy o tym samym kruczoczarnym kolorze co jego. Różniły się jedynie długością. — Ale nie trudno pamiętać te słowa. — Przechyliła głowę i wyrecytowała: — Przepraszam za wszystko. Ja ciebie też… — Zacisnęła wargi i wpatrzyła się w moją twarz.
Otworzyłem usta, zaczerpując głośno powietrza. Kolejna fala bólu przeszła przez moją pierś, a oczy znów wypełniły się łzami. Spuściłem głowę, próbując oddychać miarowo.
Egoistyczny drań…
— Nie zasługiwał na ciebie — powiedziała drżącym głosem i usiadła obok mnie. Otworzyła ramiona, co z wdzięcznością przyjąłem. Przytuliłem się do niej, potrzebując tego wsparcia. — Nikt z nich na ciebie nie zasługiwał — szepnęła w moje ramię.

7 lutego 2017

2 lutego 2017

Od połowy wszystko bierz

"Boże, jeśli to tylko życie do połowy ma mieć sens.
Jeśli tak ma być, to bez reszty od połowy wszystko bierz."

Przeczytałam cholerne "Małe życie". Nienawidzę tej książki i polecam ją całym sercem osobom, które są gotowe na prawdę.

Mój komentarz do niej: Nie. P o  p r o s t u  NIE.

N I E



1 lutego 2017

[4] Wracaj do domu

Niepewność

            Siedząc w skodzie i pilnując, by linka holownicza była cały czas napięta, nie potrafiłem opanować zdenerwowania. Co prawda w najważniejszym momencie zachowałem zimną krew, gdy ojciec Kamila zatrzymał się obok nas dosłownie w momencie, kiedy złapałem jego syna za kutasa. Oczywiście puściłem go, odsunąłem się i zachowywałem jakby nigdy nic się nie stało, próbując odwrócić uwagę Lucjana od jego, raz blednącego, raz czerwonego ze wstydu, a może i czegoś jeszcze innego, syna.
            Na szczęście mężczyzna niczego nie zauważył i niczego się też nie domyślił. Zaproponował za to pomoc w dostarczeniu mojego samochodu do domu, z czego z radością skorzystałem – okazało się, że moja zaniepokojona siostra zadzwoniła do niego, gdy zaczęliśmy się spóźniać kilka godzin.
            Tak więc zimna krew się przydała. A jednak w momencie, gdy ojciec i syn wsiedli do nowiutkiego BMW, o którym mógłbym jedynie pomarzyć – nadal uważam, że bryczka jest bardziej realna – nie mogłem już opanować nerwowości, objawiającej się między innymi zaciskiem szczęk. Miałem nadzieję, że chłopakowi nie odwali i nikomu się nie pochwali, naginając jednocześnie prawdę do tego, że go molestowałem, a to tylko z tego powodu, by samemu czuć się lepiej.
            Miałem dość tego dnia. Naprawdę. Serdecznie dość.
***

            Rano, po nakarmieniu świń, siedziałem na starym leżaku pod domem, wgapiając się w stodołę. Jeszcze parę lat temu było to miejsce mojego dziadka, który siadał tu po śniadaniu i obserwował podróż słońca po niebie. Czasem też patrzył na mnie i Gośkę, bawiących się z klaczą babci. Kobyła była zawsze bardzo spokojna, więc wystarczyło spojrzenie dziadka, by byli pewni, że nic nam się nie stanie. Babcia w tym czasie robiła obiad, albo siedziała w domu, na parapecie, po drugiej stronie okna za leżakiem i czytała książki – te same, które ma teraz Gośka.
            Wtedy wszystko wydawało się takie sielankowe, proste. Nikt nie miał do nikogo pretensji. Ja nie wchodziłem jeszcze w okres buntu i pomagałem grzecznie przy gospodarstwie, uczyłem się, co prawda nie z najlepszymi wynikami, ale zawsze, no i bawiłem się z rówieśnikami.
            Naprawdę wiele bym dał, mogąc cofnąć czas. Być może wtedy nie zadurzyłbym się w jednym ze starszych kolegów, być może odkryłbym swoją orientację wcześniej i tak jak to zrobiłem, powiedział mojej rodzinie. Zaakceptowaliby mnie tak samo jak kilka lat temu, a później, odpowiedniego dnia, wróciłbym wcześniej, zerwałbym się ze szkoły i zadzwonił po pogotowie, gdy babcia tego potrzebowała. Dziadek sam nie dał sobie rady, gdy babcia umierała, jego serce stanęło. Co prawda lekarze zdołali go odratować, ale kilka miesięcy później to właśnie zawał zabrał go na tamten świat. Żal, który odczuwał po stracie żony, był zbyt wielki, a i odpowiedzialność za wnuki nie mała. Opuścił nas, a ja, głupi, zakochany w Piotrku, przylgnąłem do niego jak rzep.
            To wszystko potoczyło się tak szybko. Zaufałem Piotrowi i zanim się spostrzegłem, wylądowałem w sądzie, biorąc na siebie winy własne i swoich braci, bo tak o nich w tamtej chwili myślałem.
            — Fabian? — usłyszałem obok siebie głos siostry, który wyrwał mnie z rozmyślań. — Wszystko dobrze? — Usiadła obok i objęła mnie ramieniem. Nadal miała zadatki na moją matkę.
            — Tak, wspominam tylko — mruknąłem i spojrzałem na jej twarz.
            — Czasem dobrze jest zapomnieć — stwierdziła i zabrała rękę. — Nie wracaj do tego co było, to bez sensu.
            — To prawda, że jak mnie zamknęli, Piotr rozpowiedział o mojej orientacji? — zapytałem, chcąc mieć pewność. Może gówniarz mnie wrabiał, z nim nigdy nic nie wiadomo.
            — Skąd wiesz? — zdziwiła się szczerze. — Ktoś cię zaczepiał?
            — Nie. Kamil mi powiedział. To dlatego pomalowali nam drzwi.
            — Och… Byłam pewna, że wszyscy już o tym zapomnieli, przecież większość zdawała sobie sprawę, że coś się między tobą i Piotrkiem stało. Brali to jako odwet za coś… Chociaż nikt tego tak naprawdę nie rozumiał.
            — W każdym razie dzieciaki podłapały — westchnąłem. — W ogóle wiesz z kim się zadaje Kamil? Nie podoba mi się to towarzystwo.
            — Przypomina twoje sprzed lat, nie? — mruknęła. Oparła się dłońmi o zniszczony materac za plecami i spojrzała w bezchmurne niebo. — Nie mam dowodów, więc nie chciałam robić mu problemów i mówić jego rodzicom. Ale nie jestem pewna, czy oni nie mają na niego złego wpływu. Ponoć miał dobre wyniki w szkole, ale z zachowaniem było gorzej. Teraz te drzwi… myślisz, że to nie był pierwszy raz? U nas na wsi nie słychać by coś się działo, ale kilka kilometrów dalej podobno były kradzieże.
            — Nie możemy chyba zwalać tego na nich. — Przetarłem twarz dłońmi. — Jest wielu, których można by o to posądzić.
            — Martwisz się o niego, co?
            — No jasne. W końcu to Kamil.
            Gośka uśmiechnęła się i wstała. Dla niej obaj byliśmy jak młodsi bracia.
            — Mam nadzieję, że za niedługo przyjdzie. Nie mogę już patrzeć na te drzwi.
            — Ma być za pół godziny.
***

            Gdy chłopak przyszedł, wynosiłem właśnie deski z samochodu. Ułożyłem je na trawniku przed stodołą i zebrałem jeszcze parę potrzebnych rzeczy jak piła, metr, ołówek i kartka. Jedyne co mnie zastanawiało, to czy poradzimy sobie z zawiasami. Kupiłem nowe, ale wciąż nie byłem pewien jak się do tego zabrać.
            Spojrzałem na Kamila, stojącego parę metrów ode mnie. Dzisiaj też miał na sobie krótkie spodenki i cienką bluzkę na ramiączkach. Dłonie trzymał w kieszeniach, a całą sylwetkę zgarbił, jakby bał się, że zaraz oberwie.
            — Ja…
            — Chodź — przerwałem mu. Ostatnie co bym chciał, to dyskusja o tym co się wczoraj stało. — Najpierw musimy zrobić szkic.
            Usieliśmy razem przy kuchennym stole i zaplanowaliśmy – to znaczy ja zaplanowałem – jak cholerne drzwi mają wyglądać i jakie będą mieć wymiary. Były proste i co najważniejsze w miarę mocne, trochę mniej przepuszczające zimne powietrze niż te stare. Zaraz potem wzięliśmy się za budowanie ich.
Jeśli cokolwiek do siebie mówiliśmy przez te parę godzin, było to treściwe i na temat roboty, którą mieliśmy wykonać. Obaj chcieliśmy mieć to po prostu z głowy, a sam Kamil do tego wydawał się zbyt markotny na jakiekolwiek gadki.
Popołudniu wyszła do nas siostra i krytycznym okiem przyjrzała się powstałym skrzydłom drzwi, które leżały na ziemi.
— Chodźcie na obiad — powiedziała jedynie i wróciła do domu. Czyli zaakceptowane.
Kamil spojrzał na mnie niepewnie, na co uśmiechnąłem się lekko i machnąłem ręką, dając mu znać by poszedł za mną. W kuchni rozchodziły się zachęcające zapachy obiadu – czyli rosołu, ziemniaków i kotletów. Miałem ochotę uściskać Gośkę.
Usiedliśmy przy stole, zaczynając jeść przygotowane już dla nas porcje.
— Pyszne — pochwaliłem siostrę, a Kamil pokiwał głową z uznaniem.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się radośnie. — Jak myślicie, dzisiaj skończycie?
— Nie wiem. Może być problem z zawiasami. Zobaczymy — odparłem.
— A co z nimi nie tak? — zapytał Kamil.
— Są stare i zardzewiałe. Jak je ruszymy, dopiero się okaże czy nie będziemy musieli zmienić bolców w ścianie na nowe.
— Acha…
Wspólny posiłek pobudzał wspomnienia z przeszłości, tyle że wtedy gotowała mama Kamila albo moja babcia. Teraz obecna była jedynie nasza trójka. Byliśmy o wiele mniej rozgadani niż zazwyczaj, każdy pogrążony był we własnych myślach. Przez moment, kolejny raz w swoim życiu, zatęskniłem za przeszłością.
Po obiedzie podziękowaliśmy i wróciliśmy do stodoły. Słońce już mniej grzało, co przyjąłem z ulgą. Miałem coraz bardziej dość lata.
— Musimy spróbować je unieść — powiedziałem z niechęcią, patrząc na stare, sponiewierane deski mające czelność nazywania się drzwiami.
— Po co? — zdziwił się. — Przecież są przyczepione.
Wzniosłem oczy ku niebu, policzyłem do pięciu i wskazałem na zardzewiały zawias.
— Wiesz… To jest tylko nałożone, nie ma żadnej blokady.
— Nie rozumiem.
— Nie musisz, po prostu to zrób — warknąłem.
Kamil naburmuszył się, ale stanął po jednej stronie drzwi, ja po drugiej i obaj spróbowaliśmy unieść dziadostwo. Z początku ani drgnęło, jednak po chwili z potwornym skrzypnięciem drzwi uniosły się, a zawias rozdzielił.
— Postaw je teraz — sapnąłem, zaskoczony ciężkością.
Z ulgą przyjąłem styk drewna z ziemią. Nachyliłem drzwi trochę w swoją stronę, by nie przewaliły się na chłopaka.
— Puść — mruknąłem. Odsunąłem się i w miarę delikatnie położyłem je za ziemię. — Chodź, odciągniemy je trochę.
            Później unieśliśmy nowe drzwi i spróbowaliśmy zawiesić je na starych bolcach zawiasowych. Po trzech próbach nałożenia ich, zakląłem szpetnie i kazałem chłopakowi odpuścić.
            — Te nowe są węższe —warknąłem wściekły. Odłożyliśmy razem drzwi na ziemię. Przez chwilę gapiłem się na nie, po czym walnąłem się na siano w szopie, tuż obok świń. — Mam, kurwa, serdecznie dość.
            — Co teraz?
            — Trzeba wykuć te stare zawiasy i zamontować nowe. Dobrze, że jednak kupiłem cement.
            — No… — Chłopak usiadł obok mnie, opierając się o zimną ścianę.
            — Kurwa obiecuję, że do zimy tutaj nie zostanę. Muszę tylko jakoś zdobyć tysiąc złoty na start i spierdzielam z tego zadupia. — Tak, obiecuj sobie, pomyślałem. Nie byłem pewien czy spełnię owe mrzonki, ale potrzebowałem jakiejś nadziei.
            — A Gośka?
            — A Gośka razem ze mną — westchnąłem.
            Chłopak wgapił się w swoje dłonie.
            — Mówię ci — kontynuowałem. — Spierdzielaj stąd jak tylko masz okazję…
            — Nie każdy chce stąd wyjeżdżać…
            — A co? Chcesz uprawiać ziemię? Hodować bydło? Co będziesz tutaj robił?
            — Nie wiem.
            Spojrzałem na niego uważniej. Wydawał się być przybity. Ani razu się dzisiaj nie uśmiechnął, nie posłał mi nawet wrednego wykrzywienia warg. Nic. Nie pamiętam, by kiedykolwiek się tak zachowywał. Nawet przed moim więzieniem.
            — Ej, młody. Co jest?
            Kamil zagryzł wargę i spojrzał gdzieś przed siebie. Milczenie przedłużało się, ale czekałem cierpliwie. Z doświadczenia już wiedziałem, że jeżeli będzie chciał, to sam zacznie mówić.
            — Bo byłem wczoraj z kumplami na imprezie… Wiesz, jak wróciliśmy…
            — No i?
            — No i… kurwa… głupio się czułem, że się z tobą przelizałem — powiedział tak cicho, że go ledwo dosłyszałem. — Znalazłem sobie jakąś laskę… ale… — zamilkł.
            A więc jednak, na nieszczęście, o to chodzi. Za jakie grzechy wpakowałem się w coś takiego? Co ja, niańka? Albo dobrowolny samarytanin? Nie. Sam najchętniej bym go po prostu przeleciał, teraz wiedząc, że wcale nie musiałbym go do niczego zmuszać. A jednak to był Kamil. Ten sam dzieciak, którego obserwowałem od zawsze. Co zmieniły te trzy lata? Nic. Niby nic. Pozwoliły mi tylko dostrzec na kogo wyrósł.
            — To nie było to? — dopytałem po dłuższej chwili, chcąc mieć chociaż jasność co do tej jednej sprawy.
            Kamil pokiwał głową.
            — Była chociaż ładna? — uderzyłem w tę nutę.
            — Nie wiem. Dla mnie żadna nigdy nie jest wystarczająco ładna — burknął. — Za to moi koledzy i owszem — warknął agresywnie. — Dlaczego kurwa trafiło na mnie? Mam dość problemów z samym sobą? Nie mogę być normalny chociaż w tym aspekcie?
            — A co niby z tobą nie tak? — zdziwiłem się.
            — No bo rodzicom zawsze jest za mało. Uczę się dobrze, ale oni i tak chcą więcej, wysyłając mnie na medycynę. Boję się, kurwa, igieł! Nie nadaję się do tego… — Zacisnął usta na chwilę, po czym kontynuował. — Gdybym nie był takim idiotą, nigdy nie pozwoliłbym od siebie ściągać. Wszyscy zawsze patrzyli na mnie przez pryzmat tego, że mogą mnie wykorzystać. A jak już znalazłem prawdziwych kumpli, to co chwilę muszę udowadniać, że jestem wart ich przyjaźni.
            Spojrzałem na niego ze zdumieniem. To wcale nie były jakieś wielkie problemy. Ale nawet mała rzecz trzymana zbyt długo stawała się tonowym ciężarem. Najbardziej z tego wszystkiego zaniepokoił mnie fakt, że musiał coś udowadniać kolegom. O co chodziło?
            — Nawet nie wiesz ile bym dał, żeby uczenie przychodziło mi z taką łatwością — zacząłem. — Co do ściągania… Faktycznie jesteś idiotą. Potrzebnym takim jak ja, ale idiotą.
            Kamil rąbnął mnie w bark, aż sapnąłem. Nie spodziewałem się takiej siły.
              Au. Nie bij mnie — jęknąłem, pocierając obolałe miejsce.
            — To się ze mnie nie nabijaj.
            — Stwierdzam fakt.
            — Jasne.
            — I co to znaczy, że musisz coś udowadniać kolegom?
            Chłopak zasępił się widocznie.
            — No bo oni mają laski, ja nie. Do tego są… Oj no wiesz o co chodzi.
            — Być może, ale chcę to usłyszeć od ciebie — mruknąłem, mając coraz gorsze podejrzenia.
            — Oni są zabawni, wyluzowani… Też chcę taki być. Chcę być im równy, a nie jakiś kujonek, który jedyne co potrafi, to odrabiać zadania domowe.
            — Kamil… To nie są twoi przyjaciele, jeśli nie jesteś przy nich sobą… — zacząłem poważnie. — Nikt, komu na tobie zależy, nie będzie chciał, żebyś cokolwiek udawał.
            — Ale ja chcę być taki, jaki przy nich jestem… — wyszeptał. Zacisnął dłonie na kolanach.
            Zamknąłem na moment oczy, próbując się uspokoić. Przecież ten chłopak ma wszystko czego potrzebuje. Gdy byłem w jego wieku, mój świat po prostu się zawalił i to dlatego wdałem się w takie a nie inne towarzystwo, a on robi to tylko po to… Nie, pomyślałem nagle, on też robi to po to, by poczuć się lepiej. On też czuje się odrzucony, niezaakceptowany. W pewnym sensie nie miał tego szczęścia co ja, by móc bez przeszkód powiedzieć rodzinie o swojej orientacji. Ja wiedziałem, że mnie zaakceptują. On widocznie nie. Przed samym sobą trudno mu było się przyznać.
            — Ale taki nie jesteś — warknąłem groźnie. Bałem się, że może skończyć jak ja. Musiałem go od tego odciągnąć, nie miałem tylko pojęcia jak.
            — Wiem przecież! — krzyknął, aż podnosząc się gwałtownie. — Jestem pedałem! Nie umiem się podniecić przy lasce, kurwa!
            Też się podniosłem. Stanąłem naprzeciw niego chcąc coś powiedzieć, ale nie pozwolił mi.
            — Do tego jestem kujonem! — krzyczał. — Nie radzę sobie w kontaktach z ludźmi, czy ktoś może być bardziej żałosny?!
            Chwyciłem go za rękę, gdy chciał się rzucić do ucieczki. Spojrzał na mnie spłoszonym wzrokiem. Wyglądał jak zwierzę w pułapce. Do tego szkliły mu się oczy.
            — To wszystko nieważne — szepnąłem. — Znam cię od zawsze… Nigdy nie pomyślałem, że jesteś żałosny…
            — Nic o mnie nie wiesz — jęknął. Chciał się wyrwać, ale mu na to nie pozwoliłem. Pchnąłem go na ścianę i zamknąłem między ramionami, które oparłem tuż obok jego głowy. Potrzebowałem czasu do namysłu, nie mógł mi teraz uciec.
            — Kamil… — zacząłem, ale nie miałem pojęcia co mogę powiedzieć. Nie sądziłem, że jest tak bardzo niepewny siebie. Że to wszystko może być tak wielkim problemem. Nie znał prawdziwych problemów, nie rozumiał, że to co czuje, może być jedynie szczytem góry lodowej, którą posiadają inni. Ale ta nieświadomość jedynie sprawiała, że było to dla niego jak koniec świata. Nie dorósł jeszcze na tyle, by się z tego otrząsnąć i uznać to jedynie za małe szpilki, kłujące w bok.
            W tamtej chwili uświadomiłem sobie, że chciałbym go chronić. Aby te szpilki zostały jedynie szpilkami,  żeby nie musiał otrzymywać do tego poważniejszych ciosów. Cholera, był dla mnie ważny. Nie użerałbym się z nim, gdyby było inaczej. Nie próbowałbym go słuchać, zrozumieć. Nie chodziło tylko o to, że byłem coś winny jego rodzicom. Widziałem jak dorasta. Często chciał dołączyć do nas, starszych kolegów z podwórka, ale zawsze był skutecznie odsuwany. Często przebywał u nas w domu, jedliśmy razem posiłki. A teraz… teraz, gdy jego ciało wyrosło, naprawdę mi się podobał. Był dokładnie w moim typie i nic za to nie mogłem.
            Po chwili wahania, objąłem go ramionami i przytuliłem do siebie. On też objął mnie w pasie, mocno zaciskając palce na mojej koszuli. Nie płakał, dzięki Bogu, ale drżał nieznacznie w moich ramionach. Nie było nic, co moglibyśmy powiedzieć.
            W pewnym momencie odsunął się ode mnie i spojrzał w oczy z bliska. Błękitne tęczówki błyszczały, zdominowane przez czarną źrenicę.
            — Fabian… ja… — nie dokończył. Chwycił mnie za włosy i przyciągnął do siebie. Złączył nasze wargi i pocałował niecierpliwie, jakby się bał, że za chwilę mogę się odsunąć.
            Po moim ciele przeszedł prąd podniecenia. Odpowiedziałem na pocałunek, trzymając oburącz jego twarz i wymuszając zwolnienie naszych ruchów. Nie miałem siły, ani ochoty się od niego odsuwać. Chciałem za to delektować się każdą chwilą. Nie robiłem nic więcej, czego on nie zrobił. Jeśli ssał moją wargę, ja też pozwalałem sobie na to od czasu do czasu, smakując jego usta.
            Pachniał potem, sianem i kurzem, ale to wszystko tylko sprawiało, że bardziej go chciałem. Mógłbym go przelecieć na miejscu, wątpiłem, by mi zabronił. Wiele rzeczy wpadało mi do głowy, ale mimo to pozwalałem, by sam burzył kolejne mury między nami.
            Gdy przesunął dłońmi po moim kręgosłupie, przeszły mnie dreszcze. A w momencie, w którym nacisnął dolną część moim pleców, zmuszając, byśmy się otarli biodrami, kolejny raz pchnąłem go na ścianę. Czułem doskonale jego erekcję na swoim udzie i, z pewnością, vice versa.
            Jego oddech był szybki, urywany, gdy chwytał za pasek moich dresów, ciągnąc je w dół. Westchnąłem w jego chętne usta, gdy chwycił mój członek i zaczął go pieścić. Niedługo pozostałem mu dłużny. Cieszyłem się z luźnych ubrań, niesprawiających żadnych kłopotów.
            Napawałem się każdą reakcją. Głuchym jękiem, wstrzymywanym powietrzem, drżeniem jego mięśni. Miałem ochotę upaść przed nim na kolana i wziąć jego kutasa do ust, sprawić mu prawdziwą przyjemność, o której długo by nie zapomniał. Ale nie zrobiłem tego, wciąż go całowałem, pieszcząc strategiczną część ciała wprawnie i z wyczuciem. Chciałem to robić na jego zasadach, wciąż miałem w głowie swój pierwszy raz, gdy trafiłem na niezbyt… odpowiedniego partnera…
            Orgazm Kamila przyszedł nagle. Byłem świadom, że już niedługo wytrzyma, ale i tak byłem zaskoczony. Oderwałem się od jego ust, wpatrując się w wykrzywioną twarz. Łapał szybko powietrze, co chwilę zamykał, to otwierał oczy. Był piękny.
            Dałem mu chwilę na uspokojenie, po czym zacisnąłem jego palce na swoim penisie. Przez moment orgazmu zapomniał o mnie i nie miałem mu tego za złe, ale teraz chciałem już skończyć. Pokazałem mu jak poruszać dłonią. Nie całowaliśmy się już, wpatrywałem się w jego twarz, jakby rzucając mu wyzwanie. Chłopak szybko załapał, więc cofnąłem dłonie, oparłem się o jego ramiona i poddałem mu całkowicie.
            Pozwoliłem sobie odpłynąć. Nie pamiętałem kiedy ostatni raz ktoś mnie dotykał, potrzebowałem tego, pragnąłem. Poruszałem biodrami, zatracając się całkowicie w przyjemności. Upragniony orgazm przyszedł wraz z moim głośnym jękiem. Drżałem na całym ciele, dysząc ciężko. Wyczerpany spojrzałem w oczy chłopaka, dostrzegając w nich nieukrywany podziw. Mógłbym przysiąc, że jego penis nie był tak miękki jak powinien być po orgazmie.
            — Cholera… — westchnąłem, przytulając się do chłopaka. Drżały mi nogi.
            — To było… — nie dokończył, bo pocałowałem go mocno, nadając teraz swój własny rytm. Jęknął i poddał się temu, próbując za mną nadążyć.
            Już teraz zaczęły dochodzić do mnie wątpliwości, czy dobrze zrobiłem.