8 marca 2017

[9] Wracaj do domu

Zraniony

Widziałem jak traktowano cweli w więzieniu. Byli rzeczami, nic nie wartymi śmieciami, które można było dowolnie użyć. Niektórzy się buntowali, inni już nie mieli do tego sił. Bardzo szybko byli złamani, bez wiary w lepsze jutro. Niektórych zostawiano po kilku razach, innych dręczono przez cały ich pobyt w więzieniu. Zdarzył się nawet chłopak, który się zabił.
Zwalili mnie na kolana z nadal związanymi boleśnie rękami i przygnietli obolałą od wcześniejszych uderzeń twarz do śmierdzącego muru.
— Wiesz — zaczął Rafał. — To nie tak, że cię nie lubię.
Poczułem coś chłodnego na plecach, przymknąłem oczy. Jedno mogło mnie cieszyć – nieobecność Kamila. Nie chciałem, by mnie takim widział. Nie chciałem też wiedzieć, że się temu bezradnie przyglądał, a nie daj Boże przyłączył. Było łatwiej wszystko znosić w tym cuchnącym zaułku, jeśli w ogóle to możliwe.
— Jesteśmy kolegami po fachu — ciągnął dalej chłopak. — Ale nie możemy pozwolić, żeby ktoś myślał, że można nami manipulować. — Słyszałem w jego głosie coś na kształt radości. — Orłowscy, trzymajcie go.
Momentalnie go posłuchali. Poczułem silne uściski na ramionach. Podnieśli mnie w górę i tym razem przycisnęli do ściany klatką piersiową. Spojrzałem w górę na jednego z nich. Ile oni mogli mieć lat? Dwadzieścia? Coś koło tego. Ich twarze nie wyrażały niczego, skupione na słowach Rafała. Byłem pewny, że to on był podżegaczem w tej grupie. Wszystko kręciło się wokół niego, jego słowo było najważniejsze.
— Weź komórkę i rób zdjęcia, tylko tak, żeby nas nie było widać — rozkazał Rafał. Nagle poczułem nóż na karku, lekko wbijający się w skórę. Drgnąłem nerwowo. — W sumie dobrze, że Kamil stchórzył. On zawsze jest słaby, byłyby z nim tylko problemy — stwierdził nagle, po czym przejechał nożem po mojej skórze wzdłuż kręgosłupa. Byłem pewien, że nie głęboko, ale bolało jak cholera. Zadrżałem mimowolnie, zaciskając zęby i wtulając policzek w ścianę. Czułem jak serce wali mi w piersi, a adrenalina pulsuje w żyłach. Byłem napięty do skoku, ale niczego nie mogłem zrobić.
— Jeśli ktoś się o nas dowie, już nie ważne z czyjej winy — wymruczał mi do ucha. Czułem go za plecami. — Zdjęcia, które teraz zrobimy, wylądują u twojej siostry… I u każdego w skrzynce na listy.
Krzyknąłem boleśnie, gdy kopnął mnie w plecy. Kręgosłup zapulsował tępym bólem niemal mnie otumaniając. Dostałem jeszcze dwa takie ciosy, po czym zsunął mi spodnie i kopnął między nogi.
Nie miałem pojęcia jaki dźwięk z siebie wydałem, ale towarzyszył mu śmiech napastników. Przeorałem twarzą po betonie, gdy zgiąłem się w pół z bólu, który promieniował od krocza aż na całe ciało. Łzy popłynęły po moich policzkach. Nie mogłem powstrzymać zbliżającej się rozsypki i świadomości, że to dopiero początek mojej udręki.
Spanikowałem, gdy poczułem coś chłodnego między pośladkami. Gówniarze śmiali się i wyzywali mnie w sposób, jaki tylko przyszedł im do głowy. Widząc moje reakcje tylko bardziej się nakręcali. A ja nie potrafiłem się opanować.
Gdy Rafał naparł na mnie tym czymś, zacząłem się wyrywać. Ból w ramionach i ręce synów leśniczego nie mogły mnie powstrzymać. Zacząłem wrzeszczeć, ale wsadzili mi w usta jakąś szmatę, śmierdziała potem i smakowała brudem, ziemią, być może jakimś smarem.
Pierdolę, pomyślałem. Mogą mnie zabić, ale nie pozwolę się zgwałcić. Kurwa, trzy lata w więzieniu się nie dałem.
Zrobiło mi się niedobrze, gdy znów poczułem nóż na gardle.
— Spokój, bo zrobisz sobie krzywdę — usłyszałem.
Miałem ochotę zaśmiać się histerycznie. Szarpnąłem się w tył, z dala od noża, ale, co prawda, niewiele mi to dało. Nie minęła sekunda, jak nóż zniknął, ale trzy ciała przyparły mnie do muru.
Znów poczułem to zimne coś między pośladkami.
***

Dźwięk syreny policyjnej i pisk opon kilka metrów dalej sprawił, że straciłem oparcie w trzymających mnie dłoniach i runąłem na ziemię. Skuliłem się, słysząc za sobą okrzyki policji, nawet jakieś wystrzały.
— Fabian! — Głos Kamila wcale nie sprawił, że się lepiej poczułem. Wciąż miałem zamknięte oczy, gdy chłopak podciągnął mi spodnie, wyciągnął szmatę z ust i rozwiązał ręce.
Usiadłem z jego pomocą i odsunąłem się, przywierając obolałymi plecami do ściany. Ich chłód w minimalnym stopniu ukoił ból, ale przede wszystkim dał mi pewność, że już nie mam nikogo za sobą. Panika powoli ustępowała, ale nadal oddychałem nierówno i szybko. Moje serce wciąż nie chciało się uspokoić.
— Prze-praszam — wyszlochał Kamil z czerwonymi od płaczu oczami. Siedział tam, gdzie go zostawiłem, bojąc się do mnie zbliżyć. — Nie zdążyłem… Przepraszam… Policja… Oni pytali, a ja nie byłem pewien, gdzie pojechaliście… — Ciężko go było zrozumieć. Kompletnie się rozkleił.
— Prawie nie zdążyłeś — poprawiłem drżącym głosem, na co chłopak zamarł. — Nie zdążyli mi się dobrać do dupy — powiedziałem z niejaką satysfakcją. Histeryczną co prawda, ale można to na razie pominąć.
Chłopak patrzył na mnie z bólem, ale i jakąś dziwną ulgą jednocześnie. Był rozbity i mimo tego, że ja oberwałem, czułem chęć pocieszenia go. Wyciągnąłem rękę do niego, z czego od razu skorzystał. Usiadł obok i przytulił policzek do mojego zdrowego ramienia.
— Dziękuję — szepnąłem, całując go w czoło. Miałem ochotę zostać tutaj, przy ścianie w tej właśnie pozycji, z nim przy boku i zimnem za sobą. Nie dane mi jednak było, bo podszedł do nas jeden z policjantów.
— Pogotowie zaraz przyjedzie — powiedział, patrząc na nas uważnie. — Pana Michlnika zaraz przesłuchamy, a do pana…
— Rzutowski — powiedziałem słabo. Zaczynało mi się kręcić w głowie. — Fabian Rzutowski.
Policjant skinął głową.
— Pana przesłuchamy w…
Nagle zrobiło mi się ciemno przed oczami.
— Fabian?! — Kamil chwycił mnie mocniej, odwracając do siebie twarzą. — Fabian!
            Mówił coś, klepiąc mnie po policzkach, ale nie mogłem niczego zrozumieć. Miałem mroczki przed oczami, aż w końcu ciemność zakryła wszystko.
***

Obudziłem się w szpitalu następnego dnia. Moja siostra i Kamil siedzieli przy moim łóżku, wgapiając się we mnie jak… w sumie nie wiem w co. Po prostu patrzyli z dziwnymi minami, których nie potrafiłem rozpoznać.
Po tym, jak przepytałem ich mniej więcej jaki jest mój stan, stwierdziłem, że mogło być gorzej. Kilka siniaków i zadrapań… to znaczy rozcięć, niezbyt głębokich swoją drogą, ale w odpowiednich miejscach, żebym stracił sporo krwi. Bolało mnie wszystko i nie byłem pewien czy leżeć na plecach, boku czy brzuchu. Obojętnie jak się ułożyłem, coś mnie piekło.
Niestety lekarze, kilka godzin po obudzeniu, pozwolili policji mnie przesłuchać. Bałem się wkopać Kamila, ale postanowiłem powiedzieć po prostu tak jak było. Chłopak sam do nich zadzwonił, miałem nadzieję, że to uwzględnią. Fatalnie się czułem, opisując jak Rafał mnie katował, ale nie chciałem puszczać mu tego płazem. Przyznałem nawet, że planował mnie zgwałcić. Tylko tego obdukcja nie mogła wykazać, ale na miejscu znaleźli butelkę poplamioną moją krwią. Sama myśl przyprawiała mnie o wymioty. Dziękowałem Bogu, że Kamil zdążył na czas.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem puścili mnie do domu. W opatrunkach i plastrach, ale i tak się cieszyłem. Miałem zalecenie jeść dużo czekolady, z czego już w ogóle byłem zadowolony.
Kamil, o dziwo, wracał z nami. Czwórkę chłopaków zatrzymano, ale on, z racji tego że się jakoś wytłumaczył, nie drążyłem jak, i sam zadzwonił po policję, był puszczony wolno. Co nie oznacza, że później nie będzie miał problemów.
Jadąc maluchem Adriana, z siostrą za kierownicą, chociaż prawka nie miała, zacząłem się zastanawiać jakim cudem Kamil był zaraz za policją. Jadąc do tej przeklętej uliczki sam po pewnym czasie nie umiałem stwierdzić gdzie jestem. Skąd więc wiedział?
— Jak przyjechałeś? — zapytałem, zerkając na tylnie siedzenie, gdzie siedział blondyn.
— Gdzie?
— No… Za policją, jak mnie bili.
— Jak cię wtedy złapałem za… no wiesz. — Zarumienił się nieznacznie. — Zabrałem ci kluczyki od samochodu. I pojechałem za nimi. Tyle że nie chciałem, żeby mnie widzieli i na chwilę ich zgubiłem... — Jego głos zadrżał. — Na szczęście nie zajechali daleko od tamtego miejsca. Potem musiałem zadzwonić po policję… Długo to trwało.
— Widziałeś wszystko? — zapytałem z niepokojem w głosie. Nie chciałem, by był świadkiem mojego upokorzenia.
Chłopak pokręcił głową, a ja niemal odetchnąłem z ulgą.
— Obaj jesteście siebie warci — powiedziała nagle siostra. — Głupi i głupszy. Macie naprawdę szczęście, że zamknęli tamtych sukinsynów, ale was zostawili. Szczególnie ciebie, Fabian. — Zerknęła na mnie groźnie. — Masz zawiasy do cholery!
— Gośka. Nie teraz. Za kilka dni mi rób wymówki, teraz chcę odpocząć.
— A zastanawiałeś się choć raz czego ja chcę?! — krzyknęła. — Chcę spokoju!
— Miałem go tak zostawić?
— Tak! Jest debil, to niech się uczy na własnych błędach, skoro na cudzych nie potrafi!
Oboje nabraliśmy wodę w usta. W tej sprawie byłem pewien, że nie dojdziemy do porozumienia. Kamil był dla mnie ważny, dla niej też, ale to ja byłem jej bratem i to mnie chciała chronić. Nie mogłem mieć jej tego za złe.
— Fabian? — usłyszałem z tyłu.
— Tak?
— Dziękuję.
Uśmiechnąłem się na te słowa. Dały mi jakieś wewnętrzne ciepło. Gośka prychnęła obok, ale nie zwróciłem na to większej uwagi.
— Nie powiem, że nie ma za co — odpowiedziałem, odwracając się i patrząc w jego błękitne oczy, teraz wilgotne od powstrzymanego płaczu.
***

— Podwieźć cię do domu, Kamil, czy zostajesz z nami? — zapytała siostra, gdy dojechaliśmy do wsi.
— Mogę? — Chłopak spojrzał na mnie z nadzieją. Kiwnąłem jedynie głową.
— To idźcie do domu, a ja odwiozę auto — zdecydowała. — A ty, Fabian, masz leżeć! — krzyknęła jeszcze jak wysiadaliśmy. — Wiesz gdzie są klucze.
Uśmiechnąłem się do chłopaka rozbawiony i otworzyłem mu furtkę. Znalazłem klucz i bez zwlekania weszliśmy do domu. Dopiero tam pierwszy raz zobaczyłem się w lustrze, wiszącym w przedsionku. Aż się na siebie zagapiłem. Miałem siniec na lewym oku i opuchniętą połowę twarzy. Do tego opatrunki na szyi i zakrwawioną koszulę – nie miałem niczego na przebranie, byłem na nią skazany.
— Brakuje mi tylko zielonej skóry, by wyglądać jak Hulk — stwierdziłem z krzywym uśmiechem.
Kamil spojrzał w moje lustrzane oczy i wszedł do kuchni. Nie mogłem stwierdzić co w tamtym momencie czuje, jego twarz na chwilę obecną była stężałą maską.
— Chcesz coś pić? — zawołał, gdy ściągałem buty.
— Herbaty.
Stanąłem przy stole, obserwując jak krząta się po kuchni. Było to irracjonalne zjawisko.
— Idź się połóż. Gośka mnie już naprawdę zabije, jak cię zobaczy tutaj — burknął.
Miałem ochotę się roześmiać z absurdu tej sytuacji, ale powstrzymałem wewnętrzną chęć. Podejrzewałem, że mógł być to nieco przerażający dźwięk.
Jak oboje, Kamil i Gośka, kazali, położyłem się na swojej kanapie, próbując przybrać jakąś wygodną pozycję i przymknąłem oczy. Z ulgą powitałem poczucie bezpieczeństwa. Wtuliłem mniej obolałą część twarzy w poduszkę, wdychając znajomy zapach.
Drgnąłem nerwowo, gdy poczułem dotyk na ramieniu.
— Przepraszam — powiedział Kamil, momentalnie cofając dłoń. — Przyniosłem herbatę.
 Usiadł na ziemi obok łóżka, stawiając wcześniej dwa kubki na szafce obok. Zaczął się bawić telefonem, nie zwracając na mnie uwagi. Patrzyłem na niego spod półprzymkniętych powiek, a po paru chwilach wyciągnąłem dłoń i pogładziłem jego jasne włosy. Nastawił się do dotyku, ale wzrok wciąż miał wlepiony w urządzenie. Wygiąłem usta w uśmiechu, zaczesując włosy w tył. Gdy zjechałem dłonią na jego kark, zadrżał.
— Łaskoczesz — prychnął. — Popatrz.
Podstawił mi pod nos telefon, więc musiałem go nieco odsunąć, by złapać ostrość. Chłopak szczerzył zęby zadowolony. Spojrzałem na wyświetlacz, gdzie wymienione były przedmioty typu język polski, matma i procenty obok nich. Większość powyżej dziewięćdziesiąt, a jedynie dwa osiemdziesiąt coś.
— Co to? — Zmarszczyłem brwi.
— Moje wyniki z matury — powiedział szczęśliwy.
— O ja pierdole… Jak można mieć z matmy dziewięćdziesiąt pięć procent? — Aż się trochę uniosłem na łokciu, chcąc dosięgnąć telefon i jeszcze raz się przyjrzeć.
— Czekaj, jeszcze jedno ci pokażę — zawołał, zabierając komórkę z mojego zasięgu. Poklikał coś i jeszcze raz mi podał.
Tym razem miałem przez sobą coś jakby… mail, w którym jakaś uczelnia ogłaszała, że chętnie wezmą Kamila pod swoje skrzydła.
— I to. — Znów zabrał telefon, poklikał i mi podał.
Tym razem był inny wygląd strony, ale znów napisy głosiły, że pozytywnie przeszedł konkurs świadectw. Spojrzałem na chłopaka z nieukrywanym podziwem.
— Przyjęli mnie na medycynę i mogę sobie wybrać z dwóch specjalizacji — wyjaśnił. — I przyjęli mnie na ASP! — wykrzyknął, aż mu się oczy zaświeciły.
— Wow. Gratulacje — powiedziałem z szerokim uśmiechem. Miałem ochotę go przytulić. — I co wybierzesz?
— Nie wiem jeszcze. Muszę się pochwalić rodzicom!
— Jeszcze im nie powiedziałeś?
— Dopiero o północy były wyniki matury, a dzisiaj o czternastej ogłaszali nabór na uczelnie — wyjaśnił, nadal cały szczęśliwy.
Usłyszeliśmy otwierane drzwi wejściowe.
— Adrian kazał przekazać, że jesteś debilem! — krzyknęła Gośka i zaraz pojawiła się w pokoju. — Co tacy szczęśliwi?
— Kamil dostał się na ASP i medycynę — ogłosiłem dumny. — Właśnie się dowiedział.
Chłopak spojrzał na moją siostrę z radością, czekając na jej reakcję. Miałem ochotę się roześmiać na ten widok. Wyglądał jak szczeniak łaknący pochwał.
— Och… — Siostrę wcięło, ale po chwili uśmiechnęła się przyjaźnie. — Gratulacje. Będziesz musiał powiedzieć rodzicom.
— Nooom, ale później — powiedział ze śmiechem i spojrzał na mnie.
— To ja idę się zająć zwierzakami — ogłosiła Gośka. — Przez to wszystko nie dostały rano jeść.
Gdy wyszła, utkwiłem wzrok w Kamilu. Wyglądał wspaniale, gdy był szczęśliwy. Jego oczy lśniły, śledząc co rusz przeglądane strony na telefonie. Usta ułożył w szczerym uśmiechu, od którego aż czułem ciepło w środku.
— Kamil… — szepnąłem, kładąc się spowrotem na poduszce i wyciągając dłoń do jego głowy. Chwyciłem go za kark.
— Co? — Oderwał wzrok od telefonu. W końcu.
— Chodź tu.
Przyciągnąłem go delikatnie i pocałowałem. Zamruczałem, gdy oparł się ramionami tuż przy mojej głowie i pogłębił pocałunek. Zaśmiał się, uniemożliwiając mi tym całowanie go. Spojrzałem z bliska w jego błękitne oczy. Znów czułem się odkryty, ale tym razem było to przyjemne.
— Chyba nie muszę mówić, że nigdy nie miałem na myśli wykorzystania cię w niczym? — mruknąłem, chcąc mieć pewność.
— Jesteś za bardzo naiwny, żebyś mógł kogoś wykorzystać z premedytacją…
— Więc nie jesteś już na mnie zły?
Chłopak odsunął się ode mnie odrobinę i spojrzał w oczy poważniej.
— Fabian, ja… ja cię zawsze lubiłem — powiedział niepewnie. — Jak miałem czternaście lat… No… ty mnie chroniłeś zawsze i… Nie znosiłem siebie za to, ale i tak…
Otworzyłem szerzej oczy w szoku. Usiadłem, zsuwając nogi obok Kamila i patrząc na niego z góry. Nie wierzyłem w to, co słyszę.
— Zazdrościłem Piotrowi twojego wzroku — kontynuował, patrząc gdzieś w bok. — Wiedziałem, że między wami niczego nie ma… To znaczy, tak myślałem — poprawił. — Jak usłyszałem te plotki, że jesteś gejem… Chciałem ci powiedzieć co czuję, ale nie miałem już okazji...
— Miałeś wtedy piętnaście lat — zauważyłem, wciąż nie mogąc tego ogarnąć.
— No i co z tego?
— Byłeś za młody!
— A ty kiedy wiedziałeś, że nie lecisz na dziewczyny? — burknął urażony.
— No… Nie no, chyba od zawsze… W sensie jak w ogóle zacząłem zdawać sobie sprawę, że ktoś mi się może podobać.
— No właśnie — mruknął.
— Kamil, siadaj obok — powiedziałem, czując się dziwnie z nim przy kolanach. Gdy posłuchał, kontynuowałem: — Jak już mówiłem, powinieneś znaleźć sobie…
— Czy ja powiedziałem, że chcę z tobą być? — prychnął nagle, ale widząc moją minę, złagodniał. — No dobra, masz rację, ale, kurde, co mam zrobić? Czemu moje uczucia nie mogą się liczyć tylko dlatego, że jesteś jedynym gejem jakiego znam? Ufam ci, przyjaźnimy się odkąd pamiętam, co w tym niewłaściwego?
— W tym, że się przyjaźnimy?
— Nie, idioto.
Westchnąłem, czując jak zaczyna mnie boleć głowa. Miałem dość tego wszystkiego. Nie chciałem teraz decydować, lubiłem Kamila, ale nie wiedziałem, czy potrafilibyśmy coś stworzyć. Pociąg fizyczny niczego nie wyjaśniał. Do tego dopiero zaczynałem wyrzucać z głowy Piotra. Nie mogłem jeszcze zrozumieć co czuję, za mało czasu minęło. Do tego to zdarzenie sprzed parunastu godzin…
— Nie wiem co zrobić, Kamil — powiedziałem w końcu. — Nie chcę cię skrzywdzić, ale i tak mogę to zrobić. Zresztą, nie wiem gdzie wylądujemy obaj we wrześniu. I nie wiem co sam czuję, to jest chyba najgorsze — przyznałem.
— Chyba jedyne co możemy zrobić, to poczekać, nie? — zapytał, patrząc mi w oczy. — Ale nie odtrącaj mnie tylko dlatego, że wydaje ci się, że mnie ranisz. Po prostu mów, co czujesz…
— Tya. A ty się nie wściekaj, że planuję przyszłość z siostrą nie uwzględniając ciebie…
— To wredne. — Zmarszczył brwi.
— Nie. To prawdziwe, Kamil. Muszę wyjść na prostą, wyrwać się stąd. Wyrwać się z przeszłości, nie chcę, żeby mnie coś znowu hamowało…
Chłopak przełknął ślinę. Wiedziałem, że zrobiło mu się smutno na te słowa.
— Nie uprzedzajmy faktów — mruknąłem w końcu. — Chcę po prostu wyjść na prostą, Kamil. Z tobą czy bez ciebie. Musisz mieć tego świadomość, jeśli chcesz… cokolwiek ze mną próbować.
Chłopak skinął głową, zagryzając wargę. Sprawiłem mu przykrość i już teraz gryzłem się z myślami z tego powodu. Nie chciałem go krzywdzić. No ale obaj nie mieliśmy doświadczenia w sprawach miłosnych. Musieliśmy się wiele pod tym względem nauczyć.
— Chodź tu — szepnąłem, otwierając ręce. Chłopak przylgnął do mnie, wciąż uważając na moje rany, objął dłońmi w pasie i wtulił twarz w pierś. Objąłem go mocno, wdychając jego zapach. Nie wiedziałem co będzie dalej, ale chciałbym móc go ochronić przed światem.
Nie mogłem go tylko ochronić przed samym sobą.

1 marca 2017

[8] Wracaj do domu

Nie pozwolę ci

Następnego dnia w południe poszedłem do Kamila. Dość się nasłuchałem wczoraj tego, co razem z kolegami wyprawiał. Grupka nastolatków nie kryła się zupełnie, każdy w barze mógł słyszeć jakie mają plany, gdzie jadą i czym. Nie wierzyłem własnym uszom jak głupi byli.
Zapukałem do drzwi jednego z ładniejszych domów w okolicy, o ile nie najładniejszego i czekałem. Minutę, dwie. Ponawiałem pukanie i klikanie dzwonka, ale nadal nic. Czyżbym się spóźnił? Rodzice Kamila o tej porze byli w pracy, ale on sam powinien siedzieć w domu. Teoretycznie.
Wpatrzyłem się w biały klinkier, mając coraz gorsze podejrzenia. Jeśli chłopak pojedzie, co zrobię? Pójdę po niego? To niedorzeczne. Ale nie mogę pozwolić, by robił to samo co ja kiedyś. Nie po to odpychałem go od naszej grupki. On ma przyszłość, dobrze się uczy i może zajść daleko. Ma otwarte drzwi i obojętne jest czy wybierze medycynę, czy rzeźbę. Ważne, żeby się wyrwał z tego końca świata.
Nacisnąłem klamkę z nadzieją i szczerze zaskoczyło mnie, że drzwi nie stawiły oporu. Wszedłem do środka, rozglądając się po ładnym wnętrzu, białych ścianach i fioletowych dodatkach. Mama Kamila lubiła czystość.
Zajrzałem do salonu, kuchni i dopiero później ruszyłem do pokoju chłopaka. Wszystko tu krzyczało dobrą rodziną. Kwiaty w oknach, poukładane, zadbane buty w korytarzu, zapach jedzenia w kuchni. Pamiętałem jak nie raz przychodziłem tu z dziadkami w odwiedziny. Często z zapartym tchem czekałem na obiad zrobiony przez mamę Kamila, zawsze był ciepły, pomysłowy i pyszny. Później, gdy dziadkowie zmarli, przestaliśmy tu przychodzić, ale czasem Gośka przynosiła stąd zupę, czy coś takiego. Pamiętali o nas. Tyle, że my nie chcieliśmy pomocy, odcięliśmy się od nich, sądząc, że sobie poradzimy. Jak widać nie udało się nam.
Zapukałem na wszelki wypadek do pokoju Kamila i powoli wszedłem do środka.
— Co ty tu robisz? — usłyszałem z prawej strony.
Blondyn siedział na łóżku w towarzystwie bałaganu i z laptopem na kolanach. Miał na sobie tylko jakieś stare dresy, poprzecierane gdzieniegdzie. Jego pokój wyglądał, jakby przeszedł po nim huragan. Pootwierane szafki i wywalone z nich rzeczy kontrastowały z resztą domu, gdzie panował idealny porządek. Na ścianach gdzieniegdzie widniały obrazy. Jeden z nich, co mnie zszokowało, przedstawiał moją dawną paczkę. Ze mną i Piotrem w centrum. Zamrugałem zdezorientowany.
Kamil zamknął gwałtownie laptop i odłożył go na bok. Podszedł do mnie rozjuszony.
— Chcę pogadać — zdążyłem powiedzieć zanim mnie wypchnął na korytarz.
— Czego tu chcesz?! Pozwolił ci ktoś wejść?! — krzyczał, zatrzaskując za sobą drzwi pokoju i znowu mnie popychając, ty razem na ścianę.
— Kamil… — chwyciłem go za dłonie, gdy chciał mnie uderzyć. — Uspokój się.
— Nie chcę cię widzieć! Wynoś się! — krzyczał, próbując się wyrwać.
— Wiem o waszej dzisiejszej akcji.
Chłopak zamarł. Jego oczy zrobiły się wielkie, a usta zatrzymały w momencie, w którym znów miał wydać z siebie dźwięk. Tym razem na spokojnie wyplątał się z mojego uścisku, na co mu już pozwoliłem.
— Ci durnie wrzeszczeli o tym na cały pub. Byłbym zdziwiony, gdyby nie czekała tam na was policja — powiedziałem spokojnie.
— Zawsze tam o tym rozmawiamy. Jeszcze się nic nie stało — zauważył. — No chyba, że ty kogoś powiadomiłeś.
— Nie. Ale będę zmuszony, jeśli się nie wycofacie.
— Co ty bredzisz? — warknął. — Z niczego się nie wycofamy. Chcesz nas wydać?
— Nie. Chcę, żebyście tego nie robili.
— I myślisz, że mnie posłuchają? — prychnął. — Idę z nimi, ale nie mam tam prawa głosu.
— To zostań. Kamil, ja…
— Wynoś się — przerwał mi ostro. — Nie masz prawa mówić co mam robić. Niczego nie wiesz.
— Chcę tylko…
— Kurwa czego nie rozumiesz w słownie n i e?! — Uderzył mnie w pierś. — To, że mnie przeleciałeś, nie oznacza, że wolno ci teraz wtrącać się w moje życie. Nic się nie zmieniło, rozumiesz? — warknął, zbliżając się do mnie. Widziałem w jego oczach furię i żal. Bał się pozwolić, bym się zbliżył. Nie było szans, żeby choćby mnie wysłuchał. — N i c. A teraz spierdalaj, wiesz którędy — to powiedziawszy wszedł do swojego pokoju i trzasnął drzwiami.
Zamrugałem i pozwoliłem rękom opaść. Znane mi uczucie bezsilności kolejny raz opanowało moje wnętrze. Ze złością odepchnąłem się od ściany i ruszyłem do wyjścia. Przegrałem.
***

Łaziłem po wsi w te i nazad nie wiedząc co ze sobą zrobić. Miałem ochotę w coś uderzyć. Nienawidziłem tego uczucia, które towarzyszyło mi cały czas, odkąd wsadzili mnie do więzienia. Nienawidziłem bezsilności i tego, że nie mogłem niczego zmienić. Los po raz kolejny ze mnie zadrwił, nie dając mi nawet czasu na płytki oddech, a co dopiero mówić o wytchnieniu.
Spojrzałem w bok i przystanąłem zaskoczony. Nawet nie wiem kiedy zawędrowałem na koniec wsi, gdzie wznosił się dom Adriana. Numer dwudziesty trzeci, więc się nie mylę. Patrzyłem na rozwalający się budynek, zarośnięty trawą i nie wierzyłem. Oszukał mnie? W takim domu mieszkałby z żoną? Mógłby chociaż trawę skosić… Dałbym głowę, że mój i Gośki dom wyglądał lepiej.
Zaintrygowany ruszyłem do drzwi i zapukałem, bo dzwonka nie było. Nie czekałem długo, już po paru chwilach w drzwiach pojawił się Adrian. Czuć było od niego alkoholem, a za jego plecami dostrzegłem bałagan.
— Wszystko dobrze? — zapytałem widząc, że nie jest w najlepszym stanie.
— Chujowo — burknął. — Chciałeś coś?
Cóż. Wydawało się, że nie jest pijany, ale śmierdział okrutnie.
— Tak tylko przechodziłem…
Mężczyzna westchnął cierpiętniczo i obrócił się na pięcie, wchodząc do domu i zostawiając otwarte drzwi.
— To jak cię przywiało, to chociaż się ze mną napij — rzucił z wnętrza.
Poszedłem za nim do kuchni i usiadłem przy stole. Próbowałem nie zwracać uwagi na zapach i brud. Stół był czymś cały uświniony, a podłogi pewnie dawno nie widział sam właściciel.
— Gdzie twoja żona? — zapytałem cicho.
— U teściowej — usiadł naprzeciw mnie i sięgnął w tył do szafki po piwo. Podał mi jedno.
— Wybacz, ale dzisiaj nie mogę — powiedziałem. — W odwiedzinach jest?
— Nie. Wyprowadziła się. Przedwczoraj. — Wzruszył ramionami i zaczął pić. — Pokłóciliśmy się.
— Nie trudno mi to sobie wyobrazić — stwierdziłem szczerze.
— I tak długo wytrzymała.
Patrzyłem na niego, próbując coś wyczytać, dostrzec. Widziałem przed sobą wraka. Cienia osoby, którą niegdyś znałem.
— Uważa… — zaczął powoli. — Że jestem uzależniony od alkoholu. — Prychnął. — A to ci niespodzianka… — Spojrzał na mnie z rozbawieniem, które nie miało w sobie radości. — Piję odkąd Piotr się powiesił, a ona ożeniła się ze mną wiedząc o tym. Nie rozumiem czemu zaczęło jej to nagle przeszkadzać.
Nadal milczałem. Cisza mroziła nam kości i wcale się nie zdziwiłem, że długo tak nie wytrzymał.
— Nieprawda — mruknął. — Wiem dlaczego odeszła.
— Chcesz ją odzyskać?
— I co to zmieni? Lepiej dla niej, że tak zdecydowała. — Spojrzał na puszkę trzymaną w rękach z obrzydzeniem. — Wiesz, to już przestało pomagać. Ale i tak jest gorzej bez tego.
— Jaka ona jest? — zapytałem nagle ciekawy. Jego problemy jakimś cudem sprawiły, że sam przestałem myśleć. Było to miłe wytchnienie.
— Kto?
— Twoja żona.
— Chciałeś powiedzieć była żona. Papierek niczego nie zmienia. — Spojrzał w bok, a na jego twarzy pojawił się łagodniejszy wyraz. — Jest dobra, za dobra. I ma dziwną potrzebę ratowania świata. No ale niektórych… rzeczy… nie da się uratować. Nikt jej o tym nie powiedział, więc musiała się przekonać na mnie.
Uśmiechnąłem się mimowolnie. Wyobraziłem sobie drobną brunetkę – Adrian nie znosił blondynek – krzątającą się po kuchni i prawiącą morały temu pijakowi. Był to dość zabawny widok, bo pamiętałem, że Adrian nigdy nikogo nie słuchał.
— Czasem nie można kogoś uratować wbrew jego woli — stwierdziłem.
— Odezwał się mądry — prychnął. — Filozof od siedmiu boleści.
Nagle skrzywiłem się na myśl, że ja sam próbuję ratować Kamila wbrew niemu.
— Masz sprawny samochód? — zapytałem nagle, wpadając na pomysł.
— Mam, a co?
— Mogę pożyczyć?
— Tak, tylko po co? — Jego szczerze zdziwienie mnie rozbroiło. Jakby zapomniał, że poza naszą wsią jest reszta świata, dokąd można by chcieć wyruszyć.
— Do jeżdżenia, Adrian — odparłem z ironicznym uśmiechem. — W sumie potrzebny mi jest aż do jutra.
— Jedziesz na laski? — Ożywił się trochę, ale nagle jakby sobie przypomniał i wykrzywił twarz z obrzydzeniem. — O fak, nie chcę tego wiedzieć, cofam pytanie.
— Nie po to. — Moje usta drgnęły z mimowolnego rozbawienia.
Swoją drogą nagle coś sobie uświadomiłem. On ze mną normalnie rozmawiał mimo tego, że wiedział o mojej orientacji. Przez większość czasu miał to dupie, dopóki nie było o tym mowy, dopiero wtedy okazywał jak bardzo go to brzydzi.
— Chcę zepsuć plan miejscowym gówniarzom — wyjaśniłem. Miałem nadzieję, że będzie drążył temat, potrzebowałem się wygadać.
— Nudzi ci się? — powiedział z powątpieniem, ale i tak dostrzegłem błysk zainteresowania. — Komu?
— Kamilowi i jego kolegom. Wczoraj w barze słyszałem jak rozmawiali o kradzieży. Mają napaść na jakiś dom dzisiaj wieczorem.
— Debile — prychnął. — Za naszych czasów takie rzeczy omawiało się w ukryciu.
— To też mu powiedziałem. — Uśmiechnąłem się, rozluźniając trochę.
— Wydasz ich policji?
— Nie, ale chcę ich złapać na gorącym uczynku. — Mężczyzna uniósł w odpowiedzi brwi, więc kontynuowałem: — Pójdę za nimi i zmuszę do odwrotu.
— Chcesz się bawić w jakiegoś supermena? Zwariowałeś? Masz zawiasy, jak słyszałem, jeśli jakiś sąsiad wezwie policję, albo jeśli ktoś z baru powiadomi…
— To zwieję — mruknąłem.
— Jak ostatnio.
— Nie chcę ich wydać.
— Więzienie to miejsce dla takich jak my, nie ma co ukrywać. Jeśli chcesz im zrobić na złość to w ten sposób, a nie sam będziesz łaził po okradanym domu. — W jego głosie wyczułem nerwową nutę.
— Chyba nie mam wyjścia.
Mężczyzna zacisnął suche usta w wąską linię i przyjrzał mi się uważniej.
— Kamil to ten dzieciak, który kiedyś za nami latał, nie?
— Ten sam.
— Już wtedy go chroniłeś — westchnął. — Bierz auto, ale, kurwa, masz wrócić z nim w jednym kawałku. Inaczej, przyrzekam, że dołączysz do Piotra.
Skinąłem głową, poważniejąc.
— A co z tobą?
— Co?
— Pójdziesz na odwyk?
Mężczyzna zaśmiał się nagle radośnie, jakbym opowiedział mu jakiś żart. Rozlał przy tym piwo, które akurat miał przy ustach. Skrzywiłem się patrząc na stół. Już się nie dziwiłem skąd te wszystkie plamy. Był to wielki kontrast po dzisiejszej wizycie w domu Kamila.
— Przyznałeś się, że jesteś uzależniony — zauważyłem. — To pierwszy krok…
— Pierwszy z pięciu tysięcy innych — przerwał mi gwałtownie. Nie był zadowolony z poruszonego tematu. — Nie wiem, Fabian. Na razie prędzej mi do zapicia się na śmierć niż do wytrzeźwienia. Widziałem takich po odwykach. Większość i tak wróciła.
— To już zależy od ciebie.
— Kiedy ty się taki mądry zrobiłeś? W więzieniu? Dawali jakieś lekcje? — Gdy nie odpowiedziałem, westchnął i uśmiechnął się nieznacznie. — Strasznie trudne tematy poruszamy. Chyba starczy, co? Co sądzisz o ostatnim meczu Barcelony?
— Nie mam telewizora.
— Nie?! Ach, no tak… To chodź, mam to nagrane!
***

Był późny wieczór, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy dojechałem na miejsce. Gówniarze znaleźli jakiś dom w bogatszej części miasta i podobno, z tego co zaobserwowali do tej pory, dziś miał stać pusty, bo właściciele wyjechali na wakacje, czy coś w tym stylu. Tylko tyle, albo raczej aż tyle zdołałem wywnioskować po ich rozmowie w barze. Planowali się tu zjawić zaraz po zmroku, co moim zdaniem było najgorszym z możliwych pomysłów. Nie miałem pojęcia jak do tej pory wszystko uchodziło im na sucho.
Zaparkowałem niedaleko celu znajomych Kamila i wyciągnąłem ze schowka starą Nokię wraz z nową kartą sim. Jakiś czas kombinowałem jak włożyć małe dziadostwo, żeby działało i niemal zgubiłem kartę, gdy spadła pod siedzenie. W końcu jednak włączyłem komórkę i poczekałem aż przyjdzie informacja sieciowa. W tym czasie uchyliłem okno, wpuszczając chłodniejsze już powietrze i nagle dostrzegłem przejeżdżający, doskonale znany mi samochód. Kumple Kamila i, zapewne, on sam przejechali wzdłuż całej ulicy, znikając za rogiem.
            Nie byłem lepszy od nich, miałem tego świadomość. Ja również kradłem, a czasem po prostu niszczyłem czyjeś mienie dla zabawy, żeby samemu poczuć się lepiej. Co nie do końca się sprawdzało, bo jeszcze w tym samym dniu, gdy kładłem się spać, gryzłem się z wyrzutami sumienia. Samo niszczenie było fajne. Zajebiście było przywalić w szybę i obserwować jak rozpada się na tysiące maleńkich kawałeczków, których już nikt nigdy nie będzie potrafił złożyć w całość. Miało to swoją metaforę, jak lubiłem sobie wmawiać.
            Uwielbiałem czuć się docenianym przez chłopaków, gdy po kradzieży pokazywałem im co znajdywałem w szafkach kobiet. Biżuteria zawsze była pochowana w jakimś mało znaczącym dla nich miejscu. Od tego byłem ja, sprawdzałem czy czegoś nie zostawili i bardzo często okazywało się, że omijali dość sporo fajnych rzeczy.
            Przypominały mi się te wypady, jeden po drugim i to jak wylądowałem w tym bagnie.
            Piotra spotkałem jeszcze w szkole. Poznałem go przez Adriana, który pół roku przed śmiercią babci zabrał mnie na imprezę. Kilka lat starszy mężczyzna zaimponował mi i, ku mojemu zdumieniu, szybko złapaliśmy wspólny język. Przyjęli mnie do swojej paczki, ale dopiero po śmierci dziadków zacząłem ich traktować na serio. Widzieli co się ze mną działo i pomagali mi, tak sądziłem. Ale później nie zdałem ostatniej klasy, a następny rok całkowicie olałem. Stałem się wyrzutkiem, zdanym na kumpli. Dużo piłem w sposób, by zapomnieć, by następnego dnia obudzić się i żałować, że w ogóle żyję. O ironio, uwielbiałem te chwile. W dni, w których jechaliśmy na zabawę do miasta, kończyłem z przypadkowymi facetami w darkroomach. Oczywiście kumple myśleli wtedy, że poszedłem zaliczyć kolejną laską, a okazywało się, nie rzadko, że ktoś zaliczał mnie.
            Ten chaos, który zrobiłem ze swojego życia, nie mógł trwać wiecznie. Nie było opcji, by nasza paczka skończyła inaczej. Sami podcinaliśmy gałąź na której siedzieliśmy.
Czekałem, pogrążony w myślach. W pewnym momencie lampy na ulicy włączyły się, a pół godziny później słońce zaszło za horyzont. Minęła całą wieczność, nim dostrzegłem wcześniej rozpoznany przeze mnie samochód, teraz parkujący przy wybranym przez nich domu. Bezwiednie patrzyłem jak piątka chłopaków wychodzi z auta i idzie do bramy posesji. Chwilę stali przy furtce, w końcu ją otwierając.
Ścisnąłem w dłoni komórkę, czując jak zaczynają pocić mi się ręce. Spojrzałem na wyświetlacz. Dwudziesta trzecia. Mógłbym zadzwonić po policję, a sam nie mieć już z tym więcej nic wspólnego. Mógłbym zrobić to, co mnie zrobiono ponad trzy lata temu.
Nie miałem pojęcia dlaczego o tym pomyślałem, ale już chwilę później pukałem się w ten durny łeb, że w ogóle śmiałem. Nie zrobiłbym tego Kamilowi. Ba, nawet jego kolegom nie mógłbym.
Wyszedłem powoli z auta, zamknąłem go, schowałem klucze do kieszeni spodni i ruszyłem za nimi. Wybrali ładny dom, nowoczesny z pięknym ogrodem. Bez zawahania wszedłem na teren posesji, zauważając, że właśnie wchodzą do środka. Trochę im zajęło otworzenie zamka. Podbiegłem do nich i złapałem za rękę stojącego na samym końcu Kamila. Zaskoczony chłopak krzyknął, automatycznie próbując się wyrwać.
— Kurwa, zamknij się — warknąłem do niego. Reszta odwróciła się automatycznie w naszym kierunku. Jeden z nich chciał do mnie doskoczyć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili, gdy mnie rozpoznał.
— Puść — syknął Kamil przez zęby. Z doświadczenia wiedział, że nie ma szans mi się wyrwać, więc nie próbował szarpać się przy widowni. — Mówiłem ci, żebyś mnie, kurwa, zostawił w spokoju — powiedział z jadem w głosie.
            — Mówiłem, żebyś tego nie robił — warknąłem.
            — Co ci do tego?!
            Już chciałem zagrozić, że powiem o wszystkim jego rodzicom, ale w ostatnim momencie stwierdziłem, że to nie ma sensu. Nie zrobiłbym tego, a straszenie go przy reszcie rodzicami, nie wyglądałaby dobrze. Kamil tylko by się wściekł.
            — Koleś jaki ty masz problem? — warknął Tymek, jeden z synów leśniczego. Drugi stał za nim z groźnym wyrazem na twarzy. Obaj byli ode mnie o wiele niżsi, ale nie brakowało im wiary w siebie. Szczególnie, że byłem sam, a oni w grupie.
            — Wynoście się stąd — warknąłem. — I jeśli usłyszę o jeszcze jednej takiej akcji, to nie zawaham się wezwać policję.
            — Pierdol się — syknął nieznany mi chłopak, blondyn z nieco dłuższymi włosami. — Kamil, czemuś mu w ogóle powiedział?
            — Nic nie mówiłem! — krzyknął nieco panicznie. — To on się doczepił!
            — W ogóle to puszczaj go. — Syn leśniczego, ten którego imienia zapomniałem, wyciągnął nóż i podszedł do mnie o krok.
            Zmarszczyłem brwi, patrząc na gówniarza. Jak śmie mi grozić w ten sposób?!
            — On jedzie ze mną samochodem, a wy za nami — zdecydowałem stanowczo, nadal nie puszczając chłopaka. Szarpnąłem go w stronę ulicy.
            — Kurwa dawaj to — usłyszałem za sobą.
Zapomniałem, że do takich ludzi nie można się odwracać tyłem. Poczułem pieczenie w barku i szarpnięcie w tył. Nawet nie spostrzegłem jak któryś z nich przyłożył mi nóż do szyi. W ostatniej chwili powstrzymałem się od próby odskoczenia, co mogłoby się naprawdę nieciekawie skończyć. Uniosłem ręce i sapnąłem głucho, gdy ostrze dociśnięto do mojej skóry. Miałem pustkę w głowie i teraz mogłem jedynie patrzeć na przerażonego Kamila, który aż cały zbladł.
— Rafał, nie wydurniaj się — powiedział blondyn, obserwując nas wielkimi oczami. — Puść go, do cholery!
— Groził nam — stwierdził, trzymając mnie dodatkowo mocno za koszulę.
Bałem się przełknąć. Lodowate ostrze poruszało się na moim gardle nieznacznie, sprawiając ból. Do tego czułem, że przeciął mnie wcześniej w okolicach łopatki, co dawało o sobie znać, gdy zawinął mi z tyłu rękę w nieprzyjemnym chwycie.
Kurwa, duży facet, a dałem się tak podejść.
— Teraz grzecznie poczekasz aż zrobimy swoje — warknął mi do ucha napastnik. — A później się zabawimy, co? Tak jak lubisz… — Złapał mnie mocno za tyłek, na co spiąłem się cały. — Tak, by nie przyszło ci do głowy powiedzieć komukolwiek — mruknął już ciszej. — No jazda chłopaki, na co czekacie?! — Wyciągnął mi z kieszeni komórkę i rzucił ją do Kamila, który złapał urządzenie w ostatniej chwili. — Ty też. — fuknął na niego.
Blondyn posłał mi przerażone spojrzenie i szybko poszedł za kolegami. Rafał zaś wciągnął mnie do holu domu, żeby nie stać na dworze. Słyszałem rumor, ale widzieć mogłem tylko fragment ściany, do której przycisnął mnie gówniarz. Bałem się ruszyć. I bałem się co będzie dalej. Nie raz naoglądałem się w więzieniu jak jeden człowiek niszczy drugiego. Nie potrzeba było do tego wiele fantazji i finezji. Wystarczył całkowity brak szacunku i chęć upodlenia kogoś, odegrania się czy zastraszenia.
Bałem się. Z każdych tarapatów zawsze ratował mnie Piotr, miałem nosa do nieszczęść. Teraz wdepnąłem w jedno wielkie gówno i nie było nikogo, kto by mnie z niego wyciągnął. Nie było też nikogo, kto by mnie przed tym powstrzymał. Adrian nigdy tego nie robił, to była domena Piotra.
Trzeba było zadzwonić po policję.
— Pośpieszcie się! — krzyknął Rafał, dodając do tego wiązankę przekleństw.
Usłyszałem kroki obok siebie i rumor. Zaraz też zostałem pociągnięty na dwór. Czułem jak po mojej szyi płynie coś ciepłego, co nie wróżyło niczego dobrego.
— Przestań go kaleczyć! — usłyszałem za sobą Kamila. — On nic nie zrobi, puść go.
— A ty jak zwykle naiwny — prychnął Rafał, prowadząc mnie w stronę samochodu. — Dajcie coś, czym możemy go związać.
Chwilę później we dwóch związali mi ręce jakimś materiałem, a Rafał w końcu odstawił nóż od mojego gardła i pchnął, nakazując przy tym, żebym się pospieszył. Już nabierałem powietrze, żeby się wydrzeć, wołać o pomoc, gdy kolejny raz poczułem nóż na gardle.
— Tylko spróbuj, a więcej się nie odezwiesz — wysyczał Rafał.
Przymknąłem oczy, modląc się w duchu, żeby ktoś chociaż wyjrzał z domu. Był koniec czerwca, dlaczego nikt nie siedzi w ogrodzie przy grillu?!
— Pojedziecie z nim w jakąś opuszczoną ulicę, co? — Odezwał się nagle Kamil. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, tak samo jak reszta. — Poczekam ulicę obok, wszyscy się nie zmieścimy do auta.
— Jak chcesz, żeby cię ominęła zabawa, to proszę bardzo — mruknął Rafał.
Stanęliśmy przed samochodem. Nikogo nie było w pobliżu, a w domach obok tylko gdzieniegdzie świeciły się światła. Być może jednak dobrze odrobili lekcje co do godziny napadu. Teraz nikt tu nie łaził, nikt nie wyglądał zza okien.
Byłem w czarnej dupie.
— Fabian — usłyszałem z boku. Gdy tylko spojrzałem na Kamila, ten bez pardonu chwycił mnie w kroczu. Jęknąłem z bólu, a z oczu poleciały mi łzy. — To za to co mi zrobiłeś — syknął mi w twarz.
Byłem pewien, że ten pełen nienawiści wzrok będzie się pojawiał w moich koszmarach.