18 stycznia 2017

[2] Wracaj do domu

Dobrymi chęciami piekło wybrukowane


            Ranek miałem tak samo beznadziejny jak noc. Wstałem niewyspany, połamany i zły. Odzwyczaiłem się od wygodnych materacy, uświadomił mi to ból pleców. Do tego wszystkiego niemiłosierny świt zbudził mnie o piątej, a zaraz potem siostra wygoniła z łóżka. Musiałem pomóc jej zrobić obrządek przy zwierzętach, co zajęło nam niemal dwie godziny. Po porannym obowiązku dostałem od Gośki kromkę z białym serem. W końcu jakiś miły aspekt dnia, przy więziennym jedzeniu szybko zdążyłem zapomnieć co oznacza domowa kuchnia.
            — O której Kamil przyjdzie? — zapytała Gośka, zmywając naczynia. Ja stałem tuż obok ze ścierką, gotowy, by je odebrać i schować do szafki.
            — O ósmej.
            Spojrzała na zegar i westchnęła.
            — To masz jeszcze jakieś dziesięć minut. — Podała mi od razu dwa talerze i odsunęła się od zlewu. — Idę dzisiaj do Marty, więc nie rozwalcie tu niczego.
            — Musisz? — Skrzywiłem się. Nie chciałem zostawać sam z tym szczylem.
            — Chyba sobie z nim poradzisz bez niańki — powiedziała rozbawiona.
            — A masz chociaż coś do czytania?
            — U mnie w pokoju masz całą półkę książek, ale większość to romanse. — Mrugnęła do mnie i wyszła z kuchni.
            Westchnąłem cierpiętniczo i schowałem suche już naczynia do szafki. Zamykając ją, nagle coś skrzypnęło mi w dłoniach. Zaskoczony spojrzałem w dół, dostrzegając, że uchwyt przełamał się na pół.
            — Pieprzony staroć — warknąłem pod nosem i odrzuciłem kawałek drewienka w stronę pieca. Uchwyt pójdzie do spalenia.
***

            Chłopak przyszedł trochę po ósmej. Czekałem już na niego z wiadrem, szmatą i płynem do mycia naczyń – nie miałem pojęcia co innego mógłbym wziąć. Przygotowałem sobie także koc i książkę, żeby poleżeć na słońcu. Może w końcu się trochę opalę, bo jak na razie moja blada klata raziła, odbijając światło słoneczne.
            Kamil, gdy przyszedł, zlustrował z rozbawieniem moje ciało i przygotowane rzeczy. Sam miał na sobie krótkie spodenki i czarną, obcisłą bluzę na ramiączkach, przez co mogłem dostrzec jego chudą sylwetkę. Na szczęście miał jakieś mięśnie, inaczej można by było go uznać za anorektyka.
            — Myślisz, że płyn pomoże? — zapytał ze zwątpieniem, patrząc na zielone opakowanie, które mu podałem.
            — Nie wiem. — Wzruszyłem ramionami. — Nie moja sprawa, to ty będziesz tu sterczał, dopóki te drzwi nie będą czyste. W studni masz wodę — dodałem i walnąłem się obok na koc. Demonstracyjnie otworzyłem książkę, patrząc na chłopaka z wyższością.
            Ten uniósł brwi, przeczesał trochę nerwowo blond włosy i grzecznie poszedł do studni, by nabrać wody. Już po chwili zaczął czyścić drzwi, a ja pogrążyłem się w lekturze. Był to jeden z nielicznych kryminałów z półki Gośki. A przynajmniej tak się zdawało z początku, bo już po kilku stronach bohater zaczął interesować się swoją współpracownicą i byłem niemal pewien, że ten wątek zdominuje resztę. Skrzywiłem się w duchu, ale z braku laku czytałem dalej.
            — To nic nie daje — usłyszałem Kamila w pewnym momencie.
            Zerknąłem w jego kierunku, marszcząc lekko brwi. Napis jaki był, taki został w nienaruszonym stanie, choć na około zzieleniałe drewno wydawało się być czystsze. Chłopak stał przed drzwiami ze szmatą w ręku, wpatrując się we mnie bezradnie.
            — Może płyn do podłóg albo coś…? — zapytałem wstając. Podszedłem do chłopaka i zabrałem mu ścierkę. Nalałem na materiał samego płynu i roztarłem po napisie. Żadnej zmiany. — Kurwa.
            — Może rozpuszczalnik? — zaproponował Kamil, przypatrując mi się z nieznacznym rozbawieniem. Wkurzał mnie jego spokój i olewatorstwo, typowe dla takich gówniarzy.
            — Skąd mam niby rozpuszczalnik wziąć? — prychnąłem. — Siedziałem w więzieniu, wątpię czy Gośka bawiła się kiedyś w złotą rączkę.
            — To może jakieś inne płyny?
            — Do podłóg? Albo kibla? — wymieniłem co mi przyszło do głowy i co widziałem w szafce z detergentami.
            — Alkohol?
            — Nie będę kurwa alkoholu zużywał — warknąłem i wściekły, że sprawa się niepotrzebnie wydłuża, ruszyłem do domu. Szybko przyniosłem dzieciakowi w misce wszystkie nasze detergenty. — Masz — rzuciłem. — Będziesz tu tak długo, aż napisy nie znikną, więc módl się, żebyś nie musiał zostać na noc.
            Chłopak zrobił naburmuszoną minę, ale posłusznie zabrał się do roboty. Ja zaś wróciłem na koc i zamknąłem książkę. Pierwsze trzydzieści stron mnie nie przekonało.
            — Coś ty w ogóle taki nerwowy? — zapytał, spryskując drzwi chlorem. Co chwilę zerkał w moim kierunku z jakąś dziwną miną.
            — Bo muszę zajmować się bachorem, zamiast… — zaciąłem się. Nie miałem nic do roboty, a przecież nie mogę powiedzieć gówniarzowi, że chciałem po prostu odpocząć od wszystkiego, zanim będę szukał pracy u jakiegoś rolnika. Swoją drogą wątpiłem, czy ktokolwiek w tej dziurze mnie zatrudni. Sądząc po napisach nie byłem tu mile widziany. Moja sprawa sądowa była dość głośna i wielu z moich sąsiadów, nawet jeśli im niczego nie zrobiłem, stworzyła w swojej głowie bzdurną, o wiele gorszą wersję mnie. Dla nich jestem kryminalistą, którego należy się obawiać. A strach zwykle rodzi agresję, co zapewne odczuję to jak tylko wyjdę po zakupy, cholera.
            — Nie jestem bachorem — warknął Kamil, aż na chwilę przerywając czynność.
            — Jesteś bachorem, który pomalował mi drzwi. Wiesz, że tak robią pięciolatki? — Uśmiechnąłem się złośliwie. — Mają fazę twórczości i wykorzystują do tego każdą powierzchnię. W sumie to się nie dziwię, to bardzo duże i… puste drzwi. Przyciągają kreatywnych.
            Kamil spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a po sekundzie parsknął śmiechem.
            — Tak, od dawna zastanawialiśmy się co narysować na twój powrót. Niestety dla ciebie nie dało się wymyśleć niczego innego — prychnął, wskazując kutasa na drzwiach.
            — Nie przeginaj — warknąłem, czując narastającą irytację. — Szorujesz to czy nie? — dodałem, bo chłopak zamiast robić, stał i próbował zabić mnie wzrokiem.
            — Szoruję, szoruję — rzucił zbywczo i odwrócił się w stronę nieschodzącego napisu.
            — W ogóle dlaczego akurat drzwi? — zapytałem ni to do niego ni do siebie. — Macie cały mur obok. A tego spróchniałego drewna nie opłaca się nawet malować…
            — Myślisz, że się nad tym zastanawialiśmy? — Zaśmiał się głośno, aż mocniej przyduszając ścierkę do drewna.
            — Zaraz będziesz sprzątać całą stajnię — fuknąłem.
            — Czemu niby? — Znów na mnie spojrzał.
            — Bo humor ci się trzyma — stwierdziłem — a to ma być kara, a nie zabawa.
            — Jeśli jakimś cudem mnie do tego zmusisz, proszę bardzo.
            — Najchętniej bym ci dupę otrzaskał, żebyś zobaczył co to znaczy wychowanie. Twoi rodzice widocznie za bardzo cię rozpieszczają.
            — Przyganiał kocioł garnkowi — prychnął. — Zajmij się może sobą najpierw, co? Niczego nie osiągnąłeś w życiu, ale i tak będziesz się wymądrzał.
            — Oczywiście. Bo jestem starszy. I widzę jak sobie, szczylu, życie marnujesz. — Znów wstałem. Chyba przy nim długo nie usiedzę. Denerwował mnie ten bachor. — Nie wierzę, że chciałeś sam mi zrobić na złość. Przecież jesteś w dobrych relacjach z Gośką, zawsze byłeś. A teraz niszczysz jej własność. Myślisz, że nie wiem kto cię na to namówił?!
            — Nikt mnie do niczego nie namawiał. Wszyscy gadają w wiosce o tobie. O tym co zrobiłeś. Powinieneś zdechnąć w więzieniu, a nie wracać tutaj niczym syn marnotrawny.
            Siłą woli powstrzymałem się, żeby się na niego nie rzucić.
            — Ja pierdole — warknąłem. — Ciesz się, że mam zawiasy, bo inaczej już leżałbyś na glebie.
            — Najpierw musiałbyś mnie złapać. — Stanął bardziej w rozkroku, chcąc się zapewne wydać pewniejszym. Ja jednak widziałem, że jest to tylko wyuczona postawa, a nie rzeczywistość.
            — W nocy nie miałem problemu — zauważyłem. Ten szczyl ma chyba nierówno pod sufitem, że mnie prowokuje. Co on chce do cholery osiągnąć?
            — To było z zaskoczenia.
            — Widać twoi koledzy za cicho się darli, żebyś się zorientował, że trzeba uciekać. I zwiali nawet się nie oglądając, że ktoś został w tyle. Zajebistych masz przyjaciół.
            Chłopak nabrał wody w usta.
            — Ja chociaż mam przyjaciół — powiedział po chwili.
            — Cięta riposta — prychnąłem. — Jakby goniła was policja, to też by cię zostawili. A później poszedłbyś do paki, nawet nie wiedząc kiedy. A koledzy nie kiwnęliby palcem. Zostałbyś kurwa sam… — umilkłem, czując, że się zagalopowałem.
            Ja też kiedyś byłem ślepo zapatrzony w kolegów… w Piotrka. Zrobiłbym dla niego wszystko i jeszcze pół roku po tym jak mnie zamknęli, wierzyłem, że robię dobrze, biorąc całą winę za ich przewinienia na siebie. Sam też brałem w tym udział, ale to nie ja pobiłem wtedy tego kolesia i nie ja zniszczyłem dom. Po prostu wlokłem się za chłopakami jak ten osioł, przyjmując wszystko, co się działo. Nie oczekiwałem wtedy, że wezmą winę na siebie, ale nie sądziłem też, że po tym wszystkim po prostu mnie oleją. Ani razu nie pojawili się na widzeniu. Nie podziękowali. Nie odwiedzili Gośki… Po prostu o mnie zapomnieli.
            Zacisnąłem usta i wpatrzyłem się w kępę trawy, unikając wzroku chłopaka. Kamil spochmurniał i na szczęście nie skomentował moich słów, tylko wrócił do pracy. Mogłem mieć jedynie nadzieję, że chłopak jest mądrzejszy ode mnie. Jeśli w porę nie zauważy granicy do której może się posunąć, naprawdę skończy tak jak ja. Albo gorzej – z zabójstwem na karku. Nie wiedziałem na co stać jego kolegów. Jedno było, niestety, pewne, nie wrócili po niego wczoraj, to nie wrócą, gdy stanie się coś gorszego. Zwieją jak tchórze do swojej nory i już nigdy z niej nie wyjdą.
            — Te środki też nie pomagają — powiedział chłopak po dłuższym czasie.
            — To kurwa nie wiem — warknąłem wstając. Podszedłem do drzwi i spróbowałem naruszyć powierzchnię napisu paznokciem. — A jakby to zdrapać?
            — Można spróbować.
            Tym razem przyniosłem z domu szpachelkę. Jedną z rzeczy pozostałych po dziadku. Zamiast podać ją chłopakowi, sam zacząłem zdrapywać napis, chcąc sprawdzić czy w ogóle ma to sens.
            — Trochę schodzi, ale sama szpachla nie pomoże — westchnąłem.
            — Może jakiś nóż?
            — Szlifierka!
            — O! — Chłopak od razu się rozpromienił. — Tym pójdzie najszybciej, co?
            — Pewnie! Ale chodź, pomożesz mi z przedłużaczem.
            Zaprowadziłem go do małej szopki obok stajni. Była wąska i ciemna, zagracona masą dawno nieużywanych już rzeczy. Podszedłem do drewnianej skrzyni i uniosłem jej wieko, zawalone drewnem na opał. Nie chciało mi się go ściągać.
            — Wyciągnij przedłużacz — poleciłem zduszonym tonem. Te drewno ważyło więcej, niż się spodziewałem.
            Kamil wahał się sekundę, zanim nie wcisnął się obok mnie i sięgnął do pudła. Poczułem jak ociera się o mój bok. Niby powinienem się tego spodziewać, bo naprawdę było tu ciasno, ale i tak drgnąłem nerwowo.
            — Ten? — zapytał chłopak, wyciągając jeden z kabli.
            — Tak — potwierdziłem i poczekałem jeszcze sekundę, żeby wyciągnął całą długość, zanim puściłem wieko z głośnym trzaskiem. Drewno na górze zachwiało się niebezpiecznie. — Uch — stęknąłem, rozmasowując palce. — To jeszcze szlifierka i możemy iść.
            Schyliłem się do szuflady, wyciągnąłem narzędzie po czym wyprostowałem się, odwracając w stronę drzwi i chłopaka. Aż uniosłem brwi, widząc przez sekundę jego maślany wzrok, który jednak szybko wbił w jakieś graty po prawej stronie.
            — Wszystko, tak? — zapytał nerwowo i cofnął się, zapewne z zamiarem wyjścia z szopki. Ale nie dane mu było spokojne przejście. Zahaczył kostką o wystającą część rozwalonej kosiarki i zaraz po głuchym uderzeniu usłyszałem przekleństwo oraz jęk Kamila. Skulił się nieco, aż uniósł zranioną nogę, łapiąc ją w miejscu rozcięcia.
            Prychnąłem rozbawiony, próbując pohamować napad śmiechu. Nie rozpoznałem do tej pory, by Kamil leciał na facetów. Jednak to zmieszanie i jego błądzący po moim ciele wzrok zaczął mnie zastanawiać. Ciekawe…
            — Niezdara — skomentowałem. — No rusz się, nie będziemy tu stać całego dnia.
            Kamil rzucił mi nienawistne spojrzenie i kuśtykając, wyszedł na słońce. Dopiero, gdy do niego dołączyłem, zauważyłem krew na jego stopie.
            — O cholera. Nieźle przywaliłeś — mruknąłem, łapiąc go za łokieć, gdy zachwiał się niebezpiecznie. Miał chyba problem ze stanięciem na obolałej nodze. Zabrałem od niego kabel i razem ze szlifierką położyłem na ziemi. — Akurat w kostkę musiałeś. — Pokręciłem głową ze zrezygnowaniem. Nie chciałem tracić czasu, ale przecież go tak nie zostawię. — Chodź.
            Pociągnąłem chłopaka w stronę domu. Syknął cicho, gdy zrobił pierwszy krok, ale pozwolił się prowadzić, jedynie trochę się przy tym krzywiąc. Posadziłem go na kuchennym krześle i zacząłem szukać po skrzypiących szafkach apteczki.
            — Daj tylko jakąś ścierkę, żebym to wytarł i tyle — powiedział, oglądając zranienie. Miał poszarpaną skórę na kostce i zaczerwienienie naokoło. Nie mówiąc już o sączącej się krwi.
            Pokręciłem głową sceptycznie i podałem mu wodę utlenioną.
            — Masz. Ta kosiarka jest zardzewiała — powiedziałem, stając naprzeciw niego.
            — Ale… — Spojrzał na buteleczkę nieco przerażonym wzrokiem. — Serio nie trzeba…
            — Jakie problemy… — westchnąłem i zabrałem od niego wodę. Kucnąłem przed jego kolanami i zanim chłopak zdążył cokolwiek zrobić, chwyciłem go za stopę i polałem specyfikiem.
            Kamil syknął, cały aż się spinając. Zacisnął dłoń na moim barku, bo w pierwszym odruchu zapewne chciał mnie odepchnąć. Zacząłem mocno masować kciukiem skórę nad jego raną. Mnie zwykle coś takiego pomagało, żeby odwrócić uwagę od szczypania. Jego rana wydawała się być bolesna. Nie wiem dlaczego, ale czułem się trochę winny.
            Gdy piana trochę skapała z jego rany razem z odrobiną krwi, raz jeszcze polałem to wodą utlenioną.
            — Nie starczy już? — warknął słabo.
            — Mogę jeszcze raz — prychnąłem z rozbawieniem. Spojrzałem w górę, na jego twarz, a Kamil aż nabrał wody w usta.
            Albo to mój kilkuletni celibat, albo chłopak był naprawdę uroczy. Tak, raczej celibat, pomyślałem z rozbawieniem. Faktem było, że jego zachowanie trochę mnie zafascynowało. Mimo wszystko fajnie by było znać jakiegoś geja, nie być w tym samemu, nawet jeśli nic by z tego nie wyszło.
            — Plasterek? — zapytałem, gdy wytarłem gazą jego ranę.
            — Spierdalaj — warknął wściekły, że się z niego nabijam.
            Podniosłem się i podałem mu opakowanie z gazami. To już może zrobić sam.
            — Zaklej to, bo nie po to marnowałem wodę, żebyś to zaraz zabrudził — rzuciłem i usiadłem po drugiej stronie stołu.
            Chłopak mruknął coś pod nosem, ale zaczął zakładać opatrunek. Poczekałem aż skończy i schowałem apteczkę na miejsce.
            — Możesz wstać? — zapytałem jeszcze w razie czego.
            — Nie urwało mi nogi — prychnął zbywczo. Nie, żeby wcześniej robił problemy przy wodzie utlenionej.
            — No to chodź.
            Wróciliśmy do zniszczonych drzwi. Zacząłem podłączać sprzęt, zdając sobie sprawę, że mnie pójdzie szybciej. Ech, suma summarum i tak muszę zająć się tym sam.
            — Dobra. Niby wszystko pięknie, ale jak chcesz zmazać tym napis? — zapytał, obserwując z boku moje poczynania.
            — Normalnie — burknąłem. Wróciłem się jeszcze do szopy po papier ścierny. Na szczęście miałem całe pudełko zapasu. Musiał je kupić jeszcze mój dziadek, bo nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek go do czegoś używał.
            Już po chwili włączyłem szlifierkę i przystawiłem ją do starego drewna.
            — Odsuń się! — krzyknąłem jeszcze do chłopaka, zaczynając szlifować powierzchnię. Z satysfakcją obserwowałem jak napis znika, a spróchniałe drewno lekko się oczyszcza. Gdy skończyłem, wyłączyłem szlifierkę i odsunąłem się kilka kroków.
            — Nosz kurwa — zakląłem. Napis może zniknął jako tako, ale farba w niektórych momentach wgryzła się zbyt bardzo w nierówności drewna, pozostawiając nieprzyjemne dla oka odcienie. Całość wyglądała makabrycznie. Ciemne drzwi odznaczały się jaśniejszą barwą w miejscu szlifowania, wyszły wszystkie nierówności i spękania, do tego jaskrawe barwy w niektórych miejscach.
            — Nie wiem co wyglądało lepiej — stwierdził Kamil.
            — Ważne, że napis zszedł — mruknąłem nieprzekonany.
            — To mogę już iść? — zapytał z nadzieją.
            — Nie. Poczekamy na moją siostrę. Ona zdecyduje co dalej.
            — Jasne — mruknął, aż gasnąc nieco.
            Spojrzałem na niego z uwagą. Chłopak stał, opierając ciężar na jednej nodze. Gdyby nie to i wychudzona sylwetka, wyglądałby na silnego faceta. Nie miał wyglądu młodzika za jakiego go miałem. W tym roku skończył osiemnaście lat, napisał maturę i z pewnością szykował się na wyjazd z tej dziury. Pewnie zamieszka w jakimś akademiku, zacznie powoli się usamodzielniać. Zrobi wszystko to, co mnie ominęło. Co straciłem przez śmierć dziadków i wpadnięcie w złe towarzystwo.
            — Chodź do kuchni. Nie ma co tu tak stać — mruknąłem.
            Poszliśmy do domu i przyszykowałem chłopakowi herbaty. Nie za bardzo wiedziałem jak zabić czas do powrotu Gośki. Usiedliśmy naprzeciw siebie przy stole i wpatrzyliśmy się w nasze kubki. Było naprawdę niezręcznie. Jak wcześniej sobie dogryzaliśmy, tak teraz chyba obaj straciliśmy na to wenę.
            W pewnym momencie oparłem się o krzesło i syknąłem cicho. Kamil spojrzał na mnie zaalarmowany. Wygiąłem rękę w tył, pocierając swoje barki.
            — Cholera. Chyba się spaliłem — powiedziałem zdziwiony.
            — Było nie latać z gołą klatą — prychnął.
            — Ciebie nie złapało — zauważyłem, wskazując na jego opalone ramiona. Tacy to mieli dobrze. Ciemna karnacja, zamiast spalonej skóry.
            — Bo jestem przyzwyczajony. — Wychylił się do mnie i z rozbawieniem klepnął mnie w bark.
            — Ej! — syknąłem, czując szczypanie. Chwyciłem go szybko za rękę i wykręciłem.
            — Aua! — krzyknął, poddając mi się. Aż musiał się unieść z siedzenia, żeby nie skręcić sobie ręki. — Puszczaj, to boli!
            — To się nie wydurniaj. — Puściłem go z wrednym uśmiechem.
            Kamil opadł spowrotem na krzesło i potarł ramię.
            — Silny jesteś — mruknął z pretensją w głosie.
            — Dzięki. — Uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Mimo jego tonu odbierałem to jak komplement. — Ty za to jesteś bardzo delikatny.
            Chłopak zacisnął usta i – niech mnie diabli – zarumienił się lekko. Przez chwilę wpatrywałem się w jego twarz, ściągniętą w dziwnym grymasie niezadowolenia i speszenia. Dwa razy otwierał usta niczym ryba, ale w końcu poddał się i nie skomentował mojego wytyku. Przekręciłem lekko głowę, coraz bardziej zafascynowany jego reakcjami. Z jednej strony buntował się jak tylko potrafił, a z drugiej peszył się tak bardzo… niewinnie. Nie ogarniałem tych sprzeczności. Nie do końca wiedziałem z czego się brały, ale chętnie odkryłbym ich przyczynę.
            Niestety uderzyły we mnie wyrzuty sumienia, gdy zauważyłem, że chłopak jakby zgasł. Zgarbił nieco ramiona i wpatrywał się w ziemię ze zrezygnowaniem.
            — Ej, co jest? — Szturchnąłem pod stołem jego zdrową nogę. — Wiesz, że się tylko nabijam.
            — Jasne — mruknął, aż się trochę odsuwając.
            Westchnąłem ciężko. Cholera. Irytowało mnie to poczucie winy. W końcu dlaczego niby przejmuję się uczuciami szczyla? To, że niemal wychowaliśmy się razem do niczego nie zobowiązuje – chłopak targnął się na moje mienie, zasłużył sobie na parę komentarzy.
            Na szczęście z tej niezręcznej sytuacji wybawiła nas moja siostra. Wpadła do kuchni jak burza, z równie źle prognozującym humorem.
            — Co to ma być?! — krzyknęła, wskazując na ścianę kuchni. Domyśliłem się niestety, że chodziło o te niefortunne drzwi.
            — Nie dało się zmyć — powiedziałem na naszą obronę.
            — I dlatego zniszczyliście całość?! — fuknęła. — Jak to wygląda?!
            — Nie odstaje za bardzo od reszty do… — nie dokończyłem, bo w moją stronę poleciała ścierka. Nie zdążyłem się uchylić i dostałem, że tak powiem, szmatą w twarz. — Ej! — fuknąłem, zrzucając ją na ziemię.
            — To, że ten dom wygląda źle, nie znaczy, że trzeba go bardziej niszczyć — powiedziała Gośka niemal z płaczem.
            Zagapiłem się na nią oniemiały. To tylko drzwi… chyba. Jak widać przelały czarę goryczy. Wargi mojej siostry zadrgały nerwowo. Powstrzymywała się od płaczu, ale wcale nie szło jej to dobrze.
            — Gosia… — zacząłem, wstając. — Naprawię to jutro, okej? — zapytałem, obejmując ją lekko i przyciągając do siebie. — Będą jak nowe.
            — I co niby zrobisz? — chlipnęła, próbując wziąć się w garść.
            — Zrobię nowe… — powiedziałem niechętnie. Nie znosiłem jej łez, nigdy nie potrafiłem się odpowiednio zachować i pocieszyć.
            — Za co? Nie mamy kasy… — odsunęła się trochę i spojrzała na mnie poważniej. — Darujmy to sobie… — mruknęła.
            — Nie — wtrącił nagle Kamil. Obróciliśmy głowy w jego stronę. — Ja zapłacę za drzwi. To przeze mnie tak wyglądają.
            Gosia odetchnęła ciężko, trochę się opanowując. Wiedziałem, że ukrywała tą stronę delikatnej siebie za grubym murem. Jedynie niekiedy wychodziło to na światło dzienne. Ostatnio musiała mieć naprawdę wszystkiego dość, jeśli do tego stanu doprowadziły ją plamy na drewnie.
            Musimy się stąd wydostać, pomyślałem z zacięciem. Trzeba znaleźć tylko sposób.
            — Dobrze — powiedziała powoli. — Możecie wziąć auto dziadka. W sumie nie wiem w jakim jest stanie, nikt go nie ruszał odkąd wylądowałeś w więzieniu… — Zagryzła wargę.
            — Musi wystarczyć — stwierdziłem i spojrzałem na Kamila. — Wróć jutro, około dziesiątej.

11 stycznia 2017

[1] Wracaj do domu

            Wracam do domu

            Ostatni raz spojrzałem na ponurego strażnika i wyszedłem na ulicę. Ciężkie, stalowe kraty zamknęły się za mną, odcinając od dotychczasowego życia. Westchnąłem, przystając na chodniku – mokrym, krzywym i starym. Rozejrzałem się po znienawidzonych kamienicach. Znałem na pamięć każdy szczegół tych zaniedbanych budowli. Były moją codziennością i koszmarem, nie mogłem się ich pozbyć nawet w marzeniach sennych. Ludzie, którzy w nich żyli, towarzyszyli mi przez ostatnie trzy lata. Obserwowałem ich tak, jak w swoim wcześniejszym życiu obserwowałem konie na pastwisku. Znałem ich zwyczaje, sposób bycia, być może i charakter.
            Nie wiedziałem, czy w tym momencie byłem szczęśliwy. Ostatnie lata spędziłem w więzieniu, wpadając w rutynę i dziwny letarg. Teraz miałem tylko jeden cel. Musiałem dojechać do domu. O ile jeszcze jest moim domem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałem z siostrą, ale czułem, że nie odwróciła się ode mnie całkowicie. Nie mogłaby. Nie po tym wszystkim, co razem przeszliśmy. Musiałem to sobie wmawiać, potrzebowałem nadziei niczym tonący koła ratunkowego.
            Nie mając większego wyboru, powoli ruszyłem ulicą w stronę dworca autobusowego. Ze względu na wczesną godzinę byłem pewien, że złapię jakiś autobus, nie wiedziałem za to ile będę musiał czekać. Miałem w kieszeni sto złotych, moje jedyne pieniądze. W więzieniu odpracowałem to, co ukradłem i zniszczyłem, ale na zarobek nie było już czasu. Dali mi jedynie gotówkę na start – sto złotych. Śmiech na sali. Teraz podobno powinienem skierować się do jakiejś agencji pracy… Hufca… Zwał jak zwał, nie miałem zamiaru reszty życia spędzić na zamiataniu ulic. Owszem, mogłem skorzystać z porad więziennych psychologów i tak dalej. Mogli mi pomóc zacząć nowe życie. W końcu przed trafieniem do więzienia nie miałem nic, do czego teraz mógłbym wrócić – oprócz siostry i naszego rozpadającego się domu.
            Nie chciałem pomocy. Nie to, żebym chciał też wrócić do przeszłości. Kradzieże z pewnością już mi po głowie chodzić nie będą, ale jako człowiek wolny, potrzebowałem odetchnąć pełną piersią i cieszyć się tym, że nie zwalili mi na głowę kuratora. Chwała bogom, udało mi się spłacić te cholerne szkody, za które mnie posadzili i nie musiałem ich dodatkowo odpracowywać.
Przemierzając puste miasto, rozglądałem się na boki. Patrzyłem na odrapane ściany, kałuże, ptaki, kolorowe kwiaty w oknach. Czułem się dziwnie. Nie potrafiłem określić, czy jest to strach, smutek, stres, czy może wszystko na raz. Byłem wolny. Miałem dwadzieścia sześć lat i mogłem decydować o sobie. I cholernie się bałem tego stanu. No bo przecież co zrobię, jeśli siostra mnie nie przyjmie? Nie miałem się gdzie podziać, a już wolałem spać pod mostem, niż przyjmować klitki oferowane przez państwo.
Spojrzałem na witryny sklepowe, dostrzegając swoje odbicie. Aż miałem ochotę przystanąć i przyjrzeć się bliżej. Gdzieś tam w więziennych łazienkach można było spotkać lustra, ale nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy by w nie zaglądać, zawsze wolałem szybko skorzystać z prysznica, kibla i zmyć się do swojej celi.
Nie zatrzymałem się teraz, bo wyglądałoby to dziwnie, jednak za każdym razem, gdy mijałem okna, patrzyłem w nie, obserwując swoją sylwetkę. Przez te lata wydoroślałem. Zawsze byłem wysoki i dobrze zbudowany mięśniowo, jednak teraz wyraz mojej twarzy się wyostrzył, a postawa ciała wyprostowała. Zdawałem się być pewniejszy siebie i raczej tak też było. W końcu teraz nie dałbym się wykorzystać, jak wtedy, przed więzieniem. Nie broniłbym tych niewdzięczników i nie skazywałbym się na to wszystko. Przecież nie ja zniszczyłem mieszkanie, tylko Piotr. Fakt, byłem tam z nim i jego paczką, ale gdybym nie wziął ich win na siebie, nie musiałbym odpracowywać wszystkich szkód, tylko podzieliliby je na naszą czwórkę. Spędziłbym w więzieniu góra rok, a nie trzy i może udałoby mi się skończyć kurs spawacza, którego teraz nie mogłem ze względu na długi.
            Przeczesałem dłońmi krótkie, brązowe włosy i westchnąłem. Miałem przed sobą jeszcze około dwa kilometry na piechotę. Nie żebym narzekał, taka wędrówka była mi wręcz potrzebna, ale żałowałem, że nie mam krótkich spodenek. Mimo wczesnej godziny temperatura nie chciała spaść poniżej dwudziestu stopni i zapowiadał się upalny dzień.
            Raz jeszcze zerknąłem na szyby. Szaro niebieskie oczy odbicia spojrzały na mnie, by po sekundzie uciec wzrokiem w bok.
***

            Droga do domu trwała dłużej niż zwykle — z tego co pamiętam. Musiałem poczekać dwie godziny na autobus, który później utknął w korku. W małej miejscowości, oddalonej około siedmiu kilometrów od mojej rodzinnej wsi, znalazłem się o trzynastej dwadzieścia sześć. Stamtąd mogłem jedynie złapać stopa, więc idąc ulicą, dwa razy podnosiłem rękę, gdy zbliżył się samochód. Oczywiście ani jeden, ani drugi się nie zatrzymał. Nie dla mnie, wielkiego, umięśnionego faceta niewiadomego pochodzenia – wątpię, czy ktokolwiek by mnie rozpoznał z daleka.
            Nie byłem zdziwiony, wręcz spodziewałem się, że będę miał pieszą wycieczkę. Nasza wieś zakończona była ślepą odnogą dwóch zniszczonych dróg, więc niewielu nieznajomych się tu zapuszczało, a ci, którzy się odważyli, przygnani ciekawością, byli traktowani wrogo. Jakby pola, otaczające nasze domy, były jednocześnie naszym wielkim podwórkiem, na które nikt niepożądany nie ma prawa wstępu.
            To była nora. Koniec świata, zamknięty w gęstwinie lasu. Ślepa kiszka plątaniny dróg i znaków. Zbiór dziwnych ludzi, połączonych ze sobą przez przypadek. Różnie o nas mówiono i my różnie traktowaliśmy nasz dom. Niektórzy chcieli się z niego wyrwać, inni wręcz reagowali paniką, gdy trzeba było pojechać do lekarza w mieście.
            O dziwo byliśmy też w miarę samowystarczalni. Większość wychowana była po staremu, a cywilizacja dopiero w ostatnich latach do nas docierała w postaci Internetu. Przez to wszystko większość mieszkańców trudniła się rolnictwem albo hodowlą. Reszta miała swoje samochody i jeździła do pracy w mieście. Zarabiali tyle, że starczało im na coś więcej, niż przetrwanie, co było widać po ich domach. Wyremontowanych, gustownie urządzonych, wyróżniających się wśród ledwo trzymających się chałup.
            Idąc środkiem asfaltu i rozglądając się w bok na drzewa, zastanawiałem się jaka zmiana zaszła w ciągu mojej nieobecności. O ile w ogóle zaszła. Przypominali mi się ludzie. Pani Krysia, która obsługiwała mały sklepik. Codziennie chodziłem do niej po chleb i ser, który skupowała od miejscowego hodowcy bydła, Romana. Niezliczeni znajomi dziadków, których nawet nie pamiętam. Dzieciaki, z którymi się bawiłem za młodu. Ciekawe którzy z nich wybrali się na studia, wyjechali, a których pochłonęła rodowita matka wieś.
            Krok za krokiem przemierzałem pustkowie cywilizacyjne, napawając się wilgotnym, parnym powietrzem, którego nie czułem od trzech lat. Nic nie było warte, by to stracić. A w szczególności nie telewizor, który chcieliśmy rąbnąć.
            No tak. Moja największa porażka. Piotr i jego banda. Jako nastoletni dzieciak, który stracił oparcie w dorosłych, próbowałem sam radzić sobie z życiem. Głupiemu, byłemu mnie zaimponował chłopak z sąsiedztwa, zarabiający na kradzieżach. Ba, zaimponował…. Byłem w nim po prostu zakochany. Być może chciałbym teraz znaleźć powód swojego zaślepienia, wytłumaczenie, dlaczego byłem tak bardzo naiwny i ufny. Nie jestem pewien, czy to była miłość, czy skrajna głupota.
            To śmieszne. Taki kawał chłopa jak ja, którego nie ruszano w więzieniu, dał się w przeszłości oszukać jakiemuś gówniarzowi. Bo co? Bo się w nim zadurzył i wierzył, że ten pomoże mu we wszystkim?
            Piotr mi nie pomógł. Za to zranił tak mocno, że chyba do końca życia będę miał problemy z zaufaniem komuś, poza swoją siostrą. Zawsze na skraju umysłu będę miał fakt, że trzeba uważać, że nikomu nie wolno wierzyć. Że nawet najlepszy przyjaciel potrafi wbić nóż w serce. A może zwłaszcza przyjaciel.
            Nie wiem ile mi zajęło dojście do wsi, ale w końcu las ustąpił polom i domostwom, ukazując dobrze mi znany teren. Nawet drzewa witałem z radością i uśmiechem, cisnącym się na usta. Pomachałem dzieciakowi, siedmioletniemu Dominikowi, którego dostrzegłem zza któregoś płotu. Pamiętam go, gdy kończył cztery latka i jedynie domyślałem się, że to on. Miał ten sam kolor włosów, no i przebywał na działce jego rodziców.
            Chłopiec spojrzał na mnie zaskoczony i czmychnął do domu.
            Przez chwilę jeszcze za nim patrzyłem, idąc w stronę domu, który był mniej więcej pośrodku wsi. Parę minut zajęło mi, by do niego dotrzeć.
            Po drodze jeszcze minąłem parę młodzików na rowerach, którzy spojrzeli na mnie ciekawsko. Poznałem niektóre twarze, ale nie zwróciłem na nich zbytniej uwagi, w końcu dostrzegając swój cel. Ceglana chałupa z trzema izbami i łazienką na zewnątrz. Moje marzenie ostatnich lat w końcu się ziściło.
            Jestem w domu.
***

            Ramiona siostry wydawały się tak obce i znajome jednocześnie. Oplotła mnie mocnym uściskiem, dławiąc w sobie łzy. Widziałem to po sposobie w jaki zagryzała usta i napinała mięśnie twarzy. Bolało mnie serce, widząc ją w takim stanie. Nie chciałem by płakała, a już w szczególności z mojego powodu.
            Stojąc z nią w progu, całym sobą chłonąłem jej obecność i zapach domu – Trochę stęchły, ale znajomy i dający bezpieczeństwo. Tu nie będę się musiał obawiać, że ktoś z jakiegoś powodu będzie chciał mi dokopać.
— Wróciłem — szepnąłem w ciemne włosy. Odsunąłem ją delikatnie od siebie i spojrzałem w oczy. — Przygarniesz mnie chociaż na jakiś czas? — zapytałem niepewnie.
— Zgłupiałeś?! — fuknęła nagle. — To  n a s z  dom! — zaznaczyła, patrząc mi hardo w oczy. — Chodź do środka.
Uśmiechnąłem się szeroko i wszedłem do wąskiego przedsionka, połączonego z kuchnią. Dopiero z niej można było przejść do dwóch kolejnych pokoi, służących kiedyś za sypialnię naszą i dziadków. Dom pozbawiony był łazienki. Mieliśmy jedynie kibel na dworze i miskę w domu.
Z westchnieniem usiadłem na jednym z czterech krzeseł, stojących przy starym, zniszczonym stole. Rozejrzałem się dookoła. Ściany musiały być niedawno malowane, bo jako jedyne lśniły czystością w tym pomieszczeniu. Meble pamiętały jeszcze dzieciństwo moich rodziców, więc nie można było od nich wymagać pełnej sprawności. Z szufladami trzeba było się szarpać, by ze zgrzytem się wysunęły, a część drzwiczek wisiała na wpół urwanych zawiasach.
— Jutro się za to zabiorę — powiedziałem, schylając się i sięgając do jednej z szafek, która co chwilę otwierała się na oścież.
— Tego nie opłaca się naprawiać. Trzeba kupić nowe — stwierdziła Gosia z niesmakiem, siadając naprzeciw mnie. ­­­
— A masz na to kasę? Bo ja nie… — mruknąłem niechętnie.
— Z czego niby? Sprzedaję świnie, starcza z tego tylko na prąd i czasem coś do żarcia.
Zerknąłem na nią zaskoczony. Nigdy nie chciała przejmować gospodarstwa. Trafiając do więzienia myślałem, że siostra przestanie się przejmować moim utrzymaniem i zajmie się jakąś robotą, która da jej przyszłość.
— Nie masz normalnej pracy? — zapytałem cicho, wbijając w nią spłoszony wzrok.
— W tej dziurze? — Uniosła brwi. — Nie ma szans. Chyba, że jakaś ciężka fizyczna praca, ale to już mam tutaj.
— Dlaczego nie wyjechałaś?
— To nasz dom.
— Ale… — zaciąłem się. Teraz już nie wiedziałem, czy była to moja wina, czy po prostu Gośka była zbyt uparta.
— Bałam się sama jechać do miasta — wymamrotała cicho, odwracając głowę. — Chcesz herbaty? — Zmieniła szybko temat.
— Poproszę — mruknąłem, pozwalając jej. Jeśli nie chciała o tym rozmawiać, uszanuję jej decyzję. Jednak sam już wiedziałem, że mam kolejną rzecz, za którą jestem odpowiedzialny. Ja zawsze chciałem stąd wyjechać, pociągnąłbym ją za sobą. A teraz oboje utknęliśmy w tej dziurze. Być może i pomogę jej przy pracy, ale nie mamy tu przyszłości. Na starość pomrzemy z głodu, bo z pewnością nie dostaniemy żadnej emerytury bez wcześniejszego płacenia składek, a na marny zasiłek nie ma co liczyć.
Wyszedłem z więzienia, ale nagle uświadomiłem sobie, że to wcale nie oznacza, że jestem wolny. Nie mogę robić czego chcę. Jestem ograniczony w swoich możliwościach. Tak samo jak zawsze. Mimo upływu lat wszystko nadal jest na swoim miejscu.
Gośka zrobiła nam herbaty i znów usiadła naprzeciw, tym razem z parującym kubkiem w dłoniach.
— Spłaciłeś chociaż wszystkie długi? — zapytała po chwili milczenia.
— Tak. Ale zarobiłem ledwo stówę. Udało mi się na styk.
— Chociaż tyle — westchnęła i spojrzała na mnie zmęczona. — Pomożesz mi dzisiaj wieczorem przy świniach.
— Oczywiście — potaknąłem.
— No i ja mieszkam w ostatnim pokoju. Ty możesz sobie rozłożyć kanapę w małym. W szafach nadal masz swoje ubrania. — Spojrzała po mojej sylwetce. — Wątpię czy wciąż będą pasować.
— Może przynajmniej będę miał bieliznę.
— Raczej tak. — Kiwnęła głową. — Masz kuratora, zawieszenie, albo coś takiego?
— Zawieszenie na dwa lata, ale na szczęście bez kuratora. — Uśmiechnąłem się lekko.
— A jak w ogóle było w więzieniu? — zapytała wprost, patrząc na mnie uważniej.
— No raczej nie były to wczasy. — Skrzywiłem się.
— Zaczepiał cię ktoś?
— Zdarzało się, to normalne. — Wzruszyłem ramionami. — Ale radziłem sobie, nic do mnie nie mieli. Wtapiałem się w tłum.
Gosia westchnęła i spojrzała w kierunku szuflady, gdzie kiedyś trzymane były papierosy. Z tego co wiem, rzuciła, ale przez lata mogło się sporo zmienić.
— Byłaś sama przez cały ten czas? — zainteresowałem się, z jednej strony będąc naprawdę ciekawym, z drugiej chcąc zejść z tematu więzienia.
— To znaczy?
— Przy jednych odwiedzinach mówiłaś o kimś… — zaciąłem się na chwilę, nie wiedząc jak do tego podejść. — Jesteś z nim nadal? Wtedy dopiero zaczynaliście, ale…
— Dwa miesiące temu się rozstaliśmy.
Zgasłem nieco, widząc jej poważną minę i przygryzanie policzków od wewnątrz. Bolało ją to. A ja nawet nie poznałem tego gościa. Nie było mnie przy niej, podczas gdy ona zawsze była ze mną.
— Nie ma co rozpaczać — stwierdziła nagle, wstając. — Chodź. Pomożesz mi przy świniach.
— A w ogóle jak z Harmonią? — Również wstałem i spojrzałem na swoją niedopitą herbatę. Była już letnia, więc szybko opróżniłem kubek i obmyłem go pod zimną wodą.
— Jest stara, ale nadal zżera nam trawę — westchnęła kobieta.
Uśmiechnąłem się szeroko na samą myśl. Harmonia była klaczą babci, która kochała konie. Sami mniej się nimi interesowaliśmy, ale sentyment pozostał razem ze zwierzęciem, który teraz miał ponad dwadzieścia pięć lat. Bałem się, że staruszka nie dożyje mojego powrotu.
Wyszliśmy z siostrą na dwór, po drodze zakładając buty. Przeszliśmy przez niewielki placyk przed domem, by w końcu wejść pod dach zniszczonej obory. Uderzył mnie zapach obornika, wymieszany z przyjemniejszą wonią świeżej trawy. Chwilę trwało, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, bym mógł dostrzec wyraźniejszy kontur kilkunastu świń, które siostra trzymała w ciasnych boksach.
Harmonia stała w ostatniej przegrodzie po prawej. Nie potrafiłem zdecydować się, czy mi żal, że jest tu w takich warunkach, czy cieszę się, że mam choć odrobinę namiastki babci.
Nagle posmutniałem. Powinienem pomóc siostrze. Nie powinna radzić sobie sama w takich warunkach. Pamiętam, że kiedyś myślałem, że pomogę jej kradnąc. Teraz wiem, że po prostu chciałem poczuć się lepiej. Niszczenie czyjegoś mienia niczego mi nie dodawało, ani pieniędzy, ani dumy z samego siebie – bardzo rzadko kradliśmy coś naprawdę. A jednak to robiłem, myśląc, że jest to jedyna szansa na polepszenie swojego bytu i zaimponowanie osobie, na której mi zależało.
— Twój były… on ci chociaż jakiś czas pomagał? — zapytałem w momencie, gdy wzięła wiadro z przygotowaną wcześniej karmą i wsypała do jednego z koryt. Sam również chwyciłem za drugie, powielając jej ruch.
— Tak. Ale nie był tym zachwycony. Po prostu czasem chciał pomóc — powiedziała smutno.
— Zdziwiłbym się, gdyby chciał tak żyć — mruknąłem cicho. — Nie myślałaś, żeby się stąd wynieść? — spróbowałem znowu.
— Mówiłam ci. To mój dom — powtórzyła.
— Jasne.
Razem szybko nakarmiliśmy zwierzęta i zamietliśmy odejście, po czym wróciliśmy do domu, siadając tak jak wcześniej w kuchni.
— Nadal nie mamy telewizji? — zagadnąłem, tym razem ja przygotowując herbatę.
— Nie.
— Więc co robisz całymi dniami?
— No wiesz. Jakbyś zapomniał — prychnęła. — Albo idę do dziewczyn, albo coś czytam. Nic wielkiego.
— I co tam u nich?
— Julia wyprowadziła się do miasta, więc z nią nie mam kontaktu. Ale Martyna i Iza wyszły za mąż i prowadzą domy — zaczęła, ożywiając się nieznacznie.
Kiedyś nie znosiłem jak babcia mówiła o sąsiadach. A teraz wsłuchałem się w słowa siostry, chcąc się dowiedzieć co robili moi dawni znajomi. Trochę smuciło mnie, że inni, z którymi niegdyś byłem blisko, mieli ciekawsze życie od mojego.
***

            Pierwszą noc w domu miałem bezsenną. Nie potrafiłem przestawić się z trybu czuwania. Każdy hałas na dworze, każde rżenie, czy stukot budziły mnie na nowo. Nie pomagał fakt, że spałem przy otwartym oknie. Noc była duszna i parna, a moje stare łóżko bardziej miękkie niż prycza z więzienia. Byłem wręcz zdziwiony, że to mi przeszkadza.
            Nagle usłyszałem nieco inny stukot niż do tej pory i ciche śmiechy. Przekręciłem się na bok, rozbudzając się po raz kolejny, tym razem jednak nastawiając się na nasłuchiwanie. Ktoś był przy stajni. Z mojego miejsca widziałem światła błyskające na ścianach. Przekląłem cicho i wstałem, próbując robić jak najmniej hałasu. Zmarszczyłem brwi, patrząc przez okno. Dzieciaki. Nie mogłem teraz odgadnąć kim kto był, ale niewiele mnie to obchodziło. Ważniejsze było, co trzymały w ręku. Wydawało mi się, że mają puszki, ale zamiast z nich pić, majstrowali coś przy drzwiach stajni.
            Wyszedłem z mieszkania, przeklinając w myślach skrzypiące drzwi. Na szczęście nikt ich nie usłyszał, więc mogłem podejść niepostrzeżenie do gromady. Było ich sześciu. Wyrostki, niektórzy może już pełnoletni. Rozpoznałem czterech z nich, a pozostała dwójka była pewnie z sąsiednich wsi. Spojrzałem na drzwi stajni, gdzie napisali – „Fabian cwel. Wracaj gdzie twoje miejsce”. I właśnie malowali wielkiego kutasa.
            Typowe, pomyślałem. Stałem tam jakiś czas, obserwując młodych. Nie miałem pojęcia dlaczego piszą po moich drzwiach i z pewnością mi się to nie podobało, ale z jakiegoś powodu fascynowało mnie obserwowanie ich. Kiedyś też byłem taki jak oni. Karma wraca. Też obracałem się w takim towarzystwie i niemal czułem się, jakbym patrzył na siebie sprzed lat. Szczególnie, gdy obserwowałem najwyższego z nich. Był trochę wycofany, próbujący naśladować swoich towarzyszy. Wydurniał się, niemal naśladował ich ruchy. Śmiał się z żartów. Był sztuczny, niepasujący. Udawał, jak ja kiedyś.
            Znałem tego dzieciaka. To Kamil, syn przyjaciela moich rodziców. Nie obchodziło mnie nigdy zdanie innych, ale z jakiegoś powodu ubodło mnie, że akurat ten szczyl pomaga w mazaniu moich drzwi. Do cholery, przecież niemal wychowaliśmy się razem. Niemal, bo była spora różnica wieku i rzadko bezpośrednio ze sobą rozmawialiśmy. Co nie zmienia faktu, że obserwowałem go od lat, widziałem jak dorasta, jedliśmy razem niezliczoną ilość posiłków przy spotkaniach moich dziadków i jego rodziców. Byliśmy różni, nigdy nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Ba. Przecież czasem mu pomagałem!
            Nagle jeden z chłopaków spojrzał wprost na mnie i wrzasnął na cały głos.
            Nie dziwię mu się. Też bym się przestraszył dwumetrowego faceta, umięśnionego, z dwutygodniowym zarostem i bez bluzki, stojącego w ciemności. Chociaż nie. Ja bym się nie przestraszył.
            Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dzieciaki dały nogi za pas, a ja chwyciłem najbliżej stojącego i najwyższego z nich. Przewaliłem go na ziemię, przygniatając do niej. Próbował się wyrywać, ale nie miał przy mnie szans. Jego koledzy zwiali, zostawiając go na pastwę mojego widzi mi się. Nie przejmowałem się nimi, ważne, że miałem chociaż jednego.
            Chłopak próbował się wyrwać, jakby miał jakiekolwiek szanse. Nie dorównywał mi w wysokości, sile, wadze ani w doświadczeniu. Nie rozumiałem dlaczego tak się szarpie. To było bez sensu.
            — Spokój młody — warknąłem. Chwyciłem go mocno za nadgarstki i wstałem, ciągnąc go za sobą. Postawiłem nas na nogi i spojrzałem mu w oczy. Już się nie wyrywał. Mądrze.
            — I co zrobisz? — spytał butnie. Był pewny swego, nie odczuwał lęku ani skruchy. A przynajmniej na takiego wyglądał.
            — Wiesz, że znam twoich rodziców — powiedziałem spokojnie, nadal trzymając jego dłonie w mocnym uścisku. Miał długie i ciepłe palce, trochę szorstkie na opuszkach. — Mogę im powiedzieć co dzisiaj nabroiłeś. Myślę, że im się to nie spodoba.
            Chłopak zagryzł wargę, a zaraz jakby się za to zganił, jego twarz stężała, wzrok niemal palił żywcem. Wytrzymałem jego spojrzenie.
            — Nie zrobisz tego — stwierdził.
            — Bo?
            — Nawet jeśli im powiesz… Jak myślisz. Uwierzą mi, przykładnemu uczniowi i ich synowi, czy facetowi po odsiadce? — Uśmiechnął się wrednie.
            — Tak sobie myślę… że pójdziemy do mojej siostry. — Uniosłem kącik ust w górę we wrednym uśmiechu. — Myślę, że jej uwierzą.
            Pociągnąłem go w stronę drzwi domu, a młody zaczął się szarpać. Chyba zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, bo jego pewność siebie spadła gwałtownie. Już nie wyglądał tak poważnie jak chwilę wcześniej.
            — Puść mnie! — krzyczał. — Nie masz prawa!
            — Och. To zdecydowanie jest legalne — parsknąłem rozbawiony i zacisnąłem palce mocniej na jego ramieniu. Siłą poprowadziłem go do mieszkania, a dalej wprost do sypialni siostry. Zapukałem, tak na wszelki wypadek.
            — Co?! — krzyknęła z irytacją, ale po chwili otworzyła drzwi. Spojrzała na nas zaspanym wzrokiem z niezrozumieniem.
            — Ten szczyl razem z kolegami pomalował nasze drzwi sprejem — wyjaśniłem bez ogródek. Teraz dzieciak nie będzie mógł się wykiwać. Kto jak kto, ale moja siostra była szanowana we wsi i jej uwierzy każdy.
            — Och… — Przyjrzała się uważniej chłopakowi. — Ale dlaczego, Kamil?
            Chłopak zacisnął usta w wąską linię. Wpatrywał się w podłogę uparcie, czekając pewnie, aż ta farsa się skończy. Sam był sobie winien.
            — I co z nim zrobimy? — zapytałem siostry.
            — Kto był z tobą? — zwróciła się do chłopaka, olewając mnie.
            — Trzech jeszcze rozpoznałem — wtrąciłem. Gosia wbiła we mnie groźny wzrok.
            — No i co z tego? — jęknął. — Róbcie co chcecie, byle szybko.
            Walnąłem go otwartą dłonią w tył głowy, aż się nieco schylił.
            — Ej! — syknął.
            — Przestańcie! — nakazała Gosia, wyglądając nagle na naprawdę wykończoną. — Wiem co zrobimy.
            Spojrzałem na nią uważnie, gdy wpatrywała się w nas z zastanowieniem. Już wiedziałem, że będzie to coś, co mi się nie spodoba.
            — Kamil naprawi jutro drzwi, a ty go przypilnujesz. Nie mam ochoty ganiać po ich rodzicach. Ale… — Spojrzała surowo na chłopaka. — Jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to dowiedzą się o tym wszyscy, jasne? I ty, i twoi koledzy mnie popamiętacie. Trzymaj ich z dala — warknęła, po czym bezceremonialnie zatrzasnęła drzwi przed naszymi nosami.
            Okej. Nie wiedziałem, że dzisiejszy dzień aż tak dał mojej siostrze w kość. Zawsze robiła się wredna, gdy coś ją martwiło. To był jej sposób na odreagowanie i ukrycie słabości.
            Zmemłałem w ustach przekleństwo. Teraz będę musiał zajmować się bachorami? Pięknie…
            — No i co się gapisz młody? — prychnąłem. Raz jeszcze trzepnąłem go w tył głowy i ruszyłem w stronę kuchni. — Wracaj do domu. A jutro masz przyjść na ósmą naprawić te cholerne drzwi.
            — Ale… — zająkał się, szukając argumentów.
            — No, dalej, wypad — pogoniłem go, otwierając drzwi.
            — Jest czerwiec, nie mogę później? — zapytał młodzik z pretensją w głosie.
            — Nie. Powinieneś być jeszcze przyzwyczajony do wstawania rano. Czy może napisanie trzy tygodnie temu matury sprawiło, że wszystkiego zapomniałeś? — prychnąłem.
            Chłopak skrzywił się, ale już nie skomentował. Wyszedł w ciemność, rzucając mi jeszcze ostatnie, tym razem zamyślone spojrzenie.