Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soul in fingers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soul in fingers. Pokaż wszystkie posty

11 maja 2016

[SIF-4] Pracownia rzeźbiarska


- A tu jest moja pracownia. – Powiedziałem, wprowadzając Darię do chatki. Otrzepałem płaszcz z deszczu, który dzisiaj nie zamierzał przegrać ze słońcem. – To ostatnie miejsce, które powinnaś dzisiaj poznać.
Ciężkie krople uderzały w dach, ujawniając przy tym jak piękny miały lot i jak bolesny upadek. Dziewczyna szła za mną, ze wzrokiem wbitym w ziemię, uważnie słuchając tego, o czym ja nie mógłbym jej opowiedzieć.
- Zapamiętałaś wszystkie pomieszczenia? – Zapytałem, zatrzymując się na tyłach pomieszczenia.
Oprowadzałem ją po posiadłości już ponad dwie godziny. Chciała poznać każdy kąt, by mogła w przyszłości się odnaleźć. Zapamiętywała w niewiarygodnym tempie. Wystarczyło raz  jej coś pokazać, albo raczej dać do dotknięcia. Nawet nie wiedziałem dlaczego się sam fatyguję, by jej wszystko wyjaśnić. Być może z obawy, że inni nie zrobiliby tego tak skrupulatnie, a ona miałaby problemy z odnalezieniem się.
- Tak, dziękuję. – Przeszła się po pomieszczeniu dotykając różnych rzeczy. – Glina… Czuję jej zapach.
- To glina ma zapach? – Zaśmiałem się. – Chyba za długo tu przebywam.
- Jest bardzo charakterystyczny. Lubię go. – Wymamrotała cicho, podchodząc do stołu na środku pomieszczenia. Natrafiła na niezły rozgardiasz. Na blacie leżały rozrzucone narzędzia, walała się zaschnięta glina i garnki, w których ją moczyłem. Znajdowała się tam również moja stara rzeźba, której jeszcze nie dokończyłem. Nie wyglądała okazale, raczej jak jedna, wielka bryła niezidentyfikowanej masy.
- Tutaj nie ma co zapamiętywać. – Stwierdziłem, by się nie męczyła. – I tak zawsze wszystko rozstawiam jak mi się na daną chwilę podoba. Nie będę jednak niczego kładł na podłodze, żebyś się nie wywróciła.
- Niech pan nie robi sobie problemu… - Mruknęła niepewnie.
- Chris. – Przypomniałem.
- Co?
- Mam na imię Chris.
Przez chwilę obserwuje jak jej twarz zmienia się z zaskoczonej na zmieszaną. Poprawia włosy, które opadają jej na twarz i garbi nieco plecy.
- To nie uchodzi… - Mamrocze.
- Nie lubię jak ktoś zwraca się do mnie per pan. Nawet służba. – Robię parę kroków w jej kierunku. – To nie będzie obraza, czy spoufalanie się. Tutaj wszyscy tak się do mnie zwracają.
Kiwnęła głową i wróciła do poznawania stołu. Obeszła go naokoło, by w końcu natrafić na niedokończoną rzeźbę.
- Och, przepraszam. – Powiedziała szybko, bojąc się zapewne, że coś zniszczyła.
- To tylko glina, nic ważnego. – Podszedłem do niej.
Dziewczyna wyciągnęła więc ręce i delikatnie objęła nimi masę przed sobą. Odlepiła parę grudek i zaczęła się nimi bawić.
- Dawno nie lepiłam.
- Potrafisz? – Uniosłem brwi i przeniosłem wzrok na rzeźbę. Przecież ona nic nie widzi, jak mogłaby cokolwiek odwzorować?
- Jak byłam mała, lepiłam dla mamy kotki.
Zamyśliłem się chwilę. Nie rozumiałem jak mogłaby cokolwiek stworzyć, nie mając oczu. Byłem ciekawy jakby sobie poradziła. Tak więc wziąłem do ręki więcej gliny i podałem jej.
- Spróbuj stworzyć jakąś twarz.
- Ale…
- No dalej. Tylko spróbuj. – Zachęciłem. – Jeśli chcesz, pomogę ci.
Podałem jej miskę z wodą, która stała w rogu pomieszczenia i położyłem przed nią drewnianą deskę, by później można było rzeźbę przenieść w inne miejsce.
- Nie wiem jak zacząć… - Wyszeptała Daria, widocznie zmieszana.
- Obok masz wodę. – Wyjaśniłem, chwytając jej dłonie i kierując je do miski. – Jeśli będziesz miała za suche ręce, zamocz je tu. Glinę też możesz pokropić. Byle nie za dużo.
Kiwnęła głową i pogładziła glinę przed sobą. Marszczyła przy tym brwi, jakby chciała sobie coś przypomnieć.
- Wiesz już, co chcesz stworzyć? – Zapytałem cicho, przyglądając się jej uważnie.
- Chyba tak…
- Pamiętaj, nie twórz całej głowy, tylko samą twarz. Tylko ona cię interesuje.
Kiwnęła głową i zabrała się do roboty. Jej ruchy były pewne, czym mnie zadziwiła. A szok na mojej twarzy pojawił się, gdy już po chwili widziałem jak jej dłonie uformowały odpowiednie kształty twarzy i zabrały się za szczegóły. Ukształtowała nos i zarys ust, zabrała się za oczy i po ogólnym ich zarysowaniu, wróciła do ust.
Pod jej palcami tworzyła się twarz starszej kobiety, podobnej do niej. Kształty mięśni na policzkach zaczęły przypominać te u żywego człowieka. Z fascynacją obserwowałem jak kończy lepić zamknięte oczy, które teraz wyglądały jakby miały się za chwilę otworzyć.
Nie miałem pojęcia ile czasu jej to zajęło. Na jej dłonie mógłbym patrzeć godzinami, a i tak bym się nie znudził.
Przypomniały mi się moje początki. Wtedy moje rzeźby przypominały Ufo-podobne-stworki. Wiele lat zajęło mi dojście do takiej sprawności jaką mam teraz. A ona po prostu spróbowała, jeśli wierzyć temu, że wcześniej lepiła jedynie koty. Uświadomiłem sobie, że jej zazdroszczę.
Na końcu dodała włosy, krótkie i pokręcone. Włożyłem w jej dłonie odpowiednie narzędzie, którym mogła nadać im odpowiednią fakturę.
- Jak wyszło? – Zapytała, robiąc krok w tył.
Zamiast odpowiedzieć, gapiłem się na jej pracę wielkimi oczami. To niemożliwe, powtarzałem w myślach. Przed sobą miałem najprawdziwszą w świecie ludzką twarz. Sam czasem miałem trudność taką stworzyć…
- Coś nie tak? – Zapytała, tracąc pewność siebie. Znów zgarbiła plecy.
- Nie tak? – Prychnąłem. – Gdzieś ty się tego nauczyła? Przecież nie widzisz!
- To moja mama… Znam jej twarz, wiem jakie ma kształty… - Wytłumaczyła się drżącym głosem. – Ja tylko…
- Hej, spokojnie. – Złapałem jej drżącą dłoń. – Jestem tylko w szoku. Przepraszam, że podniosłem głos.
Dopiero teraz zrozumiałem, że dziewczyna jest zastraszona. Te zachowanie z wcześniej i niepewność, którą pokazywała o czymś świadczyły. Teraz jej oczy się zaszkliły niebezpiecznie, a mi aż zrobiło się głupio z tego powodu.
- Przepraszam… - Wymamrotałem jeszcze raz i puściłem jej dłoń, by jeszcze bardziej jej nie wystraszyć.
- Nie… To po prostu… - Przerwała, zaciskając usta.
Staliśmy przez chwilę cicho, nie wiedząc jak się zachować. To było dziwne. Nie jestem towarzyski, ale zwykle umiem odnaleźć się w danej sytuacji. A tutaj miałem kompletną pustkę w głowie. Obserwowałem jedynie, jak dziewczyna powoli bierze się w garść i ociera oczy, by pozbyć się niewidocznych jeszcze łez.
- Mogłabym ją zatrzymać? – Zapytała w końcu.
- Oczywiście. Tylko wypalę ją w piecu, żeby nie popękała. – Zgodziłem się szybko.
Znów spostrzegłem, że Darii niebezpiecznie zaszkliły się oczy. Och, kobiety… Jak ja mam się przy niej zachować?
Z barku innych pomysłów, złapałem ją za policzki i rozciągnąłem delikatnie, a przynajmniej się starałem, zmuszając do uśmiechu.
- Nie płacz, masz być szczęśliwa. – Powiedziałem, wciąż ją trzymając. – Powtórz „m a m  b y ć  s z c z ę ś l i w a”.
- Mym pyc scesliwa. Pyscaj! – Odpowiedziała, marszcząc przy tym brwi i otwierając szerzej oczy, jakby miała cokolwiek zobaczyć. Miała zabawną minę.
Z jakiegoś powodu mi się to spodobało.
- Poproś. – Powiedziałem z rozbawieniem w głosie.
I wtedy w końcu pokazała charakterek. Zamachnęła się na mnie ręką, więc zrobiłem unik, a ona robiąc krok w tył, potknęła się o karton. Złapałem ją w ostatniej chwili i przyciągnąłem do siebie, bym i ja nie stracił równowagi.
- Niezdara. – Zaśmiałem się cicho.
Poczułem, jak zesztywniała w moich ramionach. Była drobna, prawie o dwie głowy niższa i pachniała czymś, co przypominało mi wiosenny poranek. Co?
Puściłem ją i spostrzegłem na jej policzkach rumieńce. Zmarszczyłem brwi i pokręciłem głową.
- Za chwilę będzie obiad. – Oznajmiłem i okryłem jej rzeźbę mokrymi szmatami, by nie wyschła. Piec był w piwnicach, a w tym deszczu nie było szans przenieść ją tam nienaruszoną. – Idziesz? – Rzuciłem jeszcze przez ramię i wyszedłem z pracowni.
Zdecydowanie muszę się wziąć w garść.

[SIF-3] Jedziemy do domu


- Łaskoczesz. – Zaśmiałem się. Odskoczyła ode mnie pozostawiając po sobie wspomnienie dotyku ciepłych palców. Przetarłem twarz próbując zebrać myśli. Wcześniej, gdy stała nad tymi włóczkami, jej oczy posmutniały. Ciekawe o czym myślała.
- Skoro już mnie poznałaś, to może zdradzisz swoje imię?
- Daria. – Szepnęła. Na jej twarzy widniało wiele emocji. Od zaskoczenia po złość. – Dlaczego?
- Co?
- Dlaczego pozwoliłeś mi się dotknąć?
Zmieszałem się. Jej rumiane policzki pięknie komponowały się na bladej cerze.
- Cóż… Ja ciebie widzę. – Powiedziałem powoli. – Więc sprawiedliwe jest, że i ty mnie „zobaczysz”.
W  jej świecie to chyba normalne. A może się mylę?
- Chyba musisz już iść. – Powiedziała szorstko. – Będą się o ciebie martwić.
- Nie obchodzi mnie to.
- Christopher.
Drgnąłem na dźwięk swojego imienia. W ten sposób zwracała się moja matka, gdy była na mnie zła.
- Proszę, idź już. Ja… mam pracę.

***

Wróciłem na przyjęcie, które powoli już się kończyło. Znalazłem swoją rodzinę przy aucie, zbierającą się do drogi.
- No nareszcie jesteś. – Powiedziała mama patrząc na mnie gniewnie. – Już miałam wysłać kogoś na poszukiwania. Gdzieś ty polazł?
Mateusz prychnął lekceważąco siadając na tylnym siedzeniu limuzyny.
- Synek mamusi się zgubił, oj, oj. – Zadrwił, gdy dołączyłem do niego. – Witaj brat, jak miło cię widzieć takiego… rozpieszczonego.
- Spierdalaj. – Warknąłem i skupiłem się na gadaninie ciotki.
- …ona jest naprawdę dobra… Niewidoma ale zajmować się dziećmi potrafi. Na pewno wam się bardziej przyda.
- No nie wiem… - Wymamrotała Beata.
- Całkowicie za darmo! – Oliwia uśmiechnęła się szeroko. – Tak! Traktuj ją jak prezent.
Jeszcze ci powiem, że ona świetnie szyje! Tylko no… jest problem z kolorami, jednak wystarczy jej powiedzieć która nić jest jaka i tworzy arcydzieła!
- W takim razie dlaczego ją oddajesz? – Zainteresował się ojciec.
- Och, Pawle. Dziewczyna była tu z matką, która niedawno zmarła. Teraz nie ma jej kto pomagać w codziennych czynnościach… Moje służki nie mają do niej cierpliwości, a wasza Eliza jest mniej więcej w jej wieku, na pewno się dogadają.
Matka Darii zmarła? To dlatego była smutna, gdy patrzyła na te nici…
- Chris – Głos mamy przywołał mnie do rzeczywistości. – Jutro przyjedziesz po naszą nową pracownicę.

***

Zaparkowałem przy podjeździe domu Blowińskich. Wysiadłem z auta, a na mój nos spadła jedna z pierwszych, lodowatych, jesiennych kropel. Słońce zasłaniały chmury. Ciekawe, czy można wyrzeźbić niebo. Jeśli by mi się udało, byłaby to najwspanialsza rzeźba w mojej kolekcji.
- Chris! – Ula Blowińska wyszła mi na spotkanie. Była w stroju do jazdy konnej. Podała mi rękę. – Miło cię widzieć.
- Witaj. – Pocałowałem młodą damę w dłoń. Dziewczynka uśmiechnęła się niepewnie.
- Daria jest już gotowa. – Warga Uli drgnęła. Spuściła wzrok. – Dbaj o nią.
- Będę cię odwiedzać. – Usłyszałem za sobą.
Podskoczyłem zaskoczony. Nie zauważyłem kiedy Daria podeszła. Była ubrana w pastelowo kremową, prostą suknię. Tym razem czystą… i ładną.
- Możesz mnie odwiedzić kiedy chcesz… wystarczy poprosić lokaja… albo zadzwonić do mnie. – Służka próbowała ukryć wahanie. Jednak Ula niczego nie zauważyła, uśmiechnęła się i objęła Darię.
Chcąc dać dziewczynom trochę prywatności zająłem się pakowaniem walizki to auta. Otworzyłem przednie drzwi od strony pasażera.
-Musisz już jechać. –Powiedziała Ulka. Deszcz coraz bardziej dawał się we znaki. Krople głośno uderzały w dach pojazdu.
Daria szepnęła coś do dziewczynki i wsiadła do samochodu, zbywając mnie, gdy chciałem jej pomóc. Zamknąłem za nią drzwi.
Jedziemy do domu.


________
Komentarze z poprzedniego bloga:

~Basia
Hej,
dawno mnie tutaj nie było, niestety jeszcze przez jakiś czas tak będzie, teraz mam trochę czasu i spróbuję nadrobić…
więc nasza Daria będzie teraz u nich pracować, ciekawe co się dalej wydarzy…
Dużo weny życzę Tobie…
Pozdrawiam serdecznie

[SIF-2] O jeden zmysł mniej


- Halo… kto tu jest. – Szczuplutka istotka skuliła się przy drewnianym stole, obok niej było rozbite szkło.
- Dlaczego kradniesz?  – Podszedłem do niej i postawiłem na nogi. Była to młoda dziewczyna, może szesnastoletnia, miała czarne potargane włosy i starą, chyba białą sukienkę, teraz całą w smarze. – Spójrz na mnie. – Powiedziałem zirytowany gdy jej oczy nie mogły zatrzymać się w jednym miejscu, zaczęła się trząść. Postąpiła krok w tył i wydała zduszony jęk. Spojrzałem w dół, była boso i właśnie wdepta w stłuczone szkło.
- Cholera, nie widzisz tego? – Posadziłem ją na stole, była zadziwiająco lekka. Chatka okazała się składzikiem na najróżniejsze rzeczy. Znalazłem jakieś bandaże i alkohol. Wróciłem do dziewczyny, ukląkłem by opatrzyć jej stopy. Nieznajoma dotknęła mojej głowy.
- Panie, to nie przystoi. – Wyszeptała patrząc gdzieś za mnie.
- Nie jestem twoim panem. – Powiedziałem zirytowany. – Masz brudne stopy, do tego wbiło ci się szkło, chcesz dostać zakażenia? Chcesz by ci odcięli stopę, albo całą nogę? – Celowo wyolbrzymiłem, by się zamknęła, nie miałem ochoty na dyskusje. Poskutkowało.
- Gotowe. – Odsunąłem się trochę by zobaczyć wynik mojej pracy. Na szczęście było to tylko lekkie zadrapanie, miała twardą skórę. –Do wesela się zagoi.
Stanęła lekko na zabandażowanej stopie. Dygnęła.
-Dziękuję… czy mógłbyś pomóc mi w czymś jeszcze?
-Ależ proszę bardzo. –Powiedziałem siadając na ziemi. Interesujące, niby mówi do mnie, ale nawet na chwilę na mnie nie spojrzy. Ma zeza?
-Widzisz może tu gdzieś włóczki?
-Włóczki? Leżą za tobą.
Odwróciła się na pięcie i wymacała dłonią przybory do szycia.

***

            Zabandażowana noga zapiekła lekko, gdy na nią stanęłam.

- Dziękuję… czy mógłbyś pomóc mi w czymś jeszcze?
- Ależ proszę bardzo. – Chłopak miał piękny, aksamitny głos. Usłyszałam szuranie, prawdopodobnie usiadł inaczej.
- Widzisz tu gdzieś moje włóczki? – Starałam się patrzeć w miejsce, gdzie słyszałam szmer oddechu. Spokojny. Rytmiczny.
- Włóczki? Leżą za tobą.
No tak, przecież tutaj je zostawiłam sądząc, że nie zapomnę. Rzadko mi się to zdarza zgubić jakąś rzecz. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś mi je przestawi.
- Jesteś niewidoma? – Jego słowa uprzedziło chwilowe wstrzymanie powietrza, czyżby dopiero teraz zauważył? Odwróciłam się w jego stronę.
- Tak.
Milczał przez chwilę, po czym wstał, czułam jego oddech tuż przed sobą. Zimny powiew na twarzy oznaczał, że macha mi czymś przed nosem.
- Nie musisz machać dłonią, żeby to potwierdzić. – Westchnęłam. – Jestem niewidoma, nie głupia.
- Ach, przepraszam... – Usłyszałam kroki, oddalał się, okrążał pomieszczenie. Chyba coś wziął. – Posprzątam szkło. Nie chcemy przecież byś znowu w nie wdepnęła.
Podczas gdy on sprzątał, ja wzięłam włóczki, zapakowałam je do foli, którą znalazłam obok i odłożyłam na swoje miejsce. Kiedyś po pracy, mama mówiła mi, która nić ma jaki kolor, bym zapamiętała na kolejny dzień. Dla mnie kolory nie mają znaczenia. Czasem jestem ciekawa jak wygląda świat w którym żyję. Dla mnie to zbiór zapachów, dźwięków i dotyku. Po śmierci mamy nie mogę już szyć, nikt nie wskaże mi koloru. Stałam się ciężarem, którego trzeba się pozbyć.
Nieznajomy skończył sprzątanie i podszedł do mnie.
Dzisiaj jest bal na dworze mojej pani. Na pewno jest jednym z gości. Myśli, że jestem żałosna, może mi współczuje. Ludzie zawsze tak robią. Nie znoszę tego.
- Jesteś jednym z gości, prawda? Dlaczego nie bawisz się z innymi?
- Nie bawisz się z innymi… - Powtórzył. Chwycił mnie za dłoń i przyłożył do swojej twarzy. Jego skóra była miękka i ciepła. – Mam na imię Chris, nie bawię się z innymi, bo w tym przyjęciu nie ma nic zabawnego. Ja rzeźbię.
-Rzeźbisz? –Nie rozumiałam, co to ma do rzeczy.
-Rzeźbię. Czasem twarze. –Chwycił moją drugą dłoń i ją również przyłożył sobie do policzka. –Czasem całe ciała ludzi, a czasem zwierzęta. To jest dla mnie zabawne.
Zafascynowana nowym doznaniem, przesuwałam palcami po jego skórze. Jeszcze nigdy nie poznałam twarzy mężczyzny. Miał lekko garbaty nos, miękkie, długie rzęsy, gładkie powieki, lekko zaniedbane brwi. Mięśnie jego policzków uniosły się lekko, kąciki oczu zmarszczyły. Tak się chyba dzieje, gdy człowiek się uśmiecha, a przynajmniej ja tak miałam. Palcem wskazującym przejechałam w dół napotykając dołki w policzkach. Śmieszne nierówności, które dotąd nie spotkałam, a jedynie słyszałam. Jego usta były aksamitne, jakbym dotykała jedwabiu. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że ciało mężczyzny może być takie piękne. Mama zawsze mi mówiła, że kobiety są delikatne, a…
-Łaskoczesz. –Zaśmiał się Chris.
Odskoczyłam od niego jak oparzona. Matko jedyna, przecież to nie uchodzi, on jest gościem mojego pana. I co on sobie w ogóle wyobraża?!
-Skoro już mnie poznałaś, to może zdradzisz swoje imię? –Powiedział lekko. Jego oddech był jakby głośniejszy, a może to ja wrażliwsza? Wszystko nagle stało się wyraźniejsze, szum wiatru za oknem, gliniany zapach unoszący się w pomieszczeniu…
-Daria. –Szepnęłam oszołomiona.


___________
Komentarze z poprzedniego bloga:
~Alex Ritter
klaracelmer.blog.pl
Ładne napisane. Interesująca scena z gładzeniem po twarzy. Życzę weny w dalszym tworzeniu ;)
O to kilka błędów i poprawek ^.^
„Powiedziałem zirytowany gdy jej oczy nie mogły zatrzymać się w jednym miejscu, zaczęła się trząść. Postąpiła krok w tył i wydała zduszony jęk.” – przed gdy przecinek
„Spojrzałem w dół, była boso i właśnie wdepta w stłuczone szkło.” wdeptała albo weszła
„Wróciłem do dziewczyny, ukląkłem by opatrzyć jej stopy. ” – ukląkłemby
” Chcesz by ci odcięli stopę, albo całą nogę?” – zbędny przecinek
” Czasem jestem ciekawa jak wygląda świat w którym żyję.” – świat, w którym
To wszystko :)

Dzięki za poprawkę ;) I za czytanie bloga.
Pozdrawiam ^ ^

„„Wróciłem do dziewczyny, ukląkłem by opatrzyć jej stopy. ” – ukląkłemby ”
Obawiam się, że nie w tym przypadku, ponieważ tutaj cząstka „by” występuje w roli spójnika.
„Cząstki bym, byś, by, byśmy, byście występują także jako połączenie spójnika by z końcówkami -(e)m, -(e)ś, -(e)śmy, -(e)ście. Spójnik by jest równoważny spójnikom aby, ażeby, żeby, np. ”
http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629512


Przepraszam, mój poprzedni komentarz na temat pisania cząstki by powinien być odpowiedzią na komentarz ~Alex Ritter, 25 czerwca 2014 o 17:39 . W pośpiechu napisałem go nie w zły miejscu.
Natomiast co do opowiadania – bardzo obrazowo napisane: sceny od razu wyświetlają się z tyłu głowy jak na ekranie. Naprawdę przyjemna lektura.

~Basia
Witam,
świetnie to przedstawiłaś całą tą sytuację ze strony jej i jego, złodziej nie jest złodziejem ;]
Dużo weny życzę Tobie…
Pozdrawiam serdecznie

[SIF-1] Złodziej kosiarki

Cichy szmer sztucznego jeziora zakłócał mój wewnętrzny spokój. A może to właśnie on kierował moim natchnieniem? Gdy muzyka człowieczej-natury rozbrzmiewała, moje ruchy stawały się precyzyjne i mocne, kształtowały glinę tak jak tego chciałem. Uwielbiam tu pracować, nie znoszę ścian z muru, gdy próbuję tworzyć. W domu pełnym sztucznych dźwięków, złych emocji mojej rodziny, nie ma miejsca dla cichej muzyki mojej fantazji.
Ostatnie poprawki poszły szybko, wygładziłem skórę nagiego kota z gliny. Teraz tylko wypalić glinę i gotowe. Odsunąłem się na pewną odległość by ocenić swoje dzieło. Zastygły kot patrzył na mnie mądrymi ślepiami. Przez moment miałem wrażenie, że się poruszy. Ale przecież to rzeźba, nie ma szans żeby ożyła…
- Chris! - Zza drzwi starej szopy dobiegł głos matki. - Jesteś gotowy do drogi? Matko jedyna, jak ty wyglądasz! - Wkroczyła do pomieszczenia zahaczając obszerną suknią o taboret. Upadł z hukiem rozbijając glinianą wazę.
- Mamo… -Zacząłem podając jej dłoń. - Chodź, chwilka i jestem gotowy.
- Skarbie, przepraszam. - Powiedziała patrząc ze szczerym żalem na rozbite naczynie. Wzięła mnie pod ramię i poszliśmy do domu się przygotować.
Moja matka jest młodą kobietą, ożeniła się z ojcem w wieku dziewiętnastu lat. Są ze sobą dwadzieścia dwa lata. Często mawiają „Jak dorośniecie, chcemy byście byli tak samo szczęśliwi jak my”. Jednak nie jestem pewien szczęścia mamy…
W drzwiach domu czekała na nas Marta, uśmiechnięta pięciolatka o kruczoczarnych włosach i bladej cerze, oraz Eliza, nasza pokojówka. Gdy dziewczynka nas zobaczyła, jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.
- Mamo, mamo! –Zawołała podbiegając do nas. Do piersi przytulała jakieś zawiniątko. – Popatrz, kotek!
- A fuj! Wypuść tego brudasa!
- Ależ mamo, popatrz jaki piękny! - Powiedziała, nie przejmując się słowami kobiety. Z uśmiechem pokazała małego kudłacza. Był piękny, malutki i czarny, jakby wpadł do smoły. - Mamo! Chcę go zostawić! Jest piękny, prawda Chris? Lubisz kotki, prawda? No powiedz, powiedz!
Zaczęła tańczyć wokół nas, a maluszek mocno uczepił się pazurkami jej niebieskiej sukienki.
- Marta. - Kucnąłem wyciągając do niej ręce, usiadła mi na kolanie i zaczęła głaskać kotka.
- Nazwiemy go Alfred. - Powiedziała cicho, gdy zaczął mruczeć.
- Dobrze. Jesteś gotowa do drogi? - Rozczochrałem jej bujne włosy. Pacnęła mnie w rękę.
- Tak się nie robi. - Naburmuszyła się czesząc włosy rękoma. - Jestem damą.
- Damy nie wrzeszczą, i nie biegają w kółko, prawda? Daj kotka Elizie i wsiadaj do auta. - Zaśmiałem się, gdy wstała i dumnie podeszła do Elizy. Podała jej kotka.
- El, proszę zaopiekuj się nim… pa Alfred, niedługo wrócę.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła, Chris. – Matka westchnęła, patrząc na oddalającą się służącą. - No dobrze, chodź, wybierzemy dla ciebie jakąś marynarkę, przecież nie pojedziesz w łachmanach.

 ***

W limuzynie napiętą atmosferę rozluźniała Marta, swoją niekończącą się paplaniną. Czasem zastanawialiśmy się czy nie byłoby lepiej zawinąć jej buzię bandażem, by nie mogła mówić.
- Tato, tato! A wiesz, że znalazłam kotka? Chris, czy Alfred nie jest cudny!?
- Znalazłaś kotka? - Ojciec miał nietypowy wygląd, czarne oczy, garbaty nos i posiwiałe włosy, a jego dziwny grymas twarzy sprawiały, że wyglądał niepokojąco nawet, gdy się uśmiechał. – Jak wygląda?
- Jest czarny jak noc! Nazwałam go Alfred, ładnie prawda? Jak wrócimy to ci go pokażę. Na pewno ci się spodoba. - Powiedziała pochylając się w przód, w stronę ojca.
- A sprawdzałaś czy to chłopiec?
- Nieee, on jest czarny! Dziewczynki są białe jak śnieg, bo są czyste, chłopcy są czarni.
Wszyscy pięcioro wybuchliśmy śmiechem. Jej czarno-biały świat był piękny. Każdy z nas chciał, by trwał on możliwie jak najdłużej.

***
Dojechaliśmy na miejsce o czwartej. Przed pięknym białym domem powitali nas gospodarze Blowińscy. Oliwia, siostra mamy, jej mąż Tadeusz i ich piętnastoletnia córka Ula.
- Kochanie. - Ciocia Oliwia podeszła do mamy i ją uściskała. - Beatko, Pawle, drogie dzieci, witajcie w naszych skromnych progach. Wejdźcie, rozgośćcie się. Mateusz już u nas jest.
Poprowadziła nas do jadalni, gdzie przyjęcie trwało w najlepsze.
– Mateuszu?! – Zawołała pani domu.
Poszukałem wzrokiem brata. Jest. Stał pod ścianą z drinkiem. Zmienił się przez te dwa lata w wojsku. Jednak ta zmiana mnie nie ucieszyła. Był wyższy, z szerszymi ramionami i dorosłą twarzą. Najbardziej zaskoczyły mnie jego oczy, niegdyś błękitne, roześmiane, teraz stały się szare i bez wyrazu.
Odepchnął się od ściany jakby od niechcenia i w porę złapał rozpłakaną matkę, która podbiegła do niego, potykając się o suknię.
- Moje kochanie… mój Mat, jak ja za tobą tęskniłam. –Powtarzała obejmując go mocno.
- Mat! – Następna w kolejce była Marta, ale ona nie płakała. Gdy tylko matka puściła syna, roześmiana dziewczynka znalazła się w jego ramionach. – Mat! Znalazłam kotka! Ma na imię Alfred, ale tata kazał mi sprawdzić płeć, możesz to zrobić? Będziesz go widział… -policzyła coś na palcach. – Czwarty! Tak! Tata go jeszcze nie widział i Stefan. Mama…
Mała paplała jak najęta o znalezionym kotku, a Mateusz patrzył na nią z rozczuleniem.
- No dobrze, chodźmy.- Beata chwyciła mnie za rękę i poprowadziła na środek sali. Byłem jej wdzięczny, nie musiałem witać się z bratem. –Posłuchaj mnie uważnie, wiesz dlaczego cię tu przywiozłam?
-  Nie…
- Kilka młodych dam chciało cię poznać. – Uśmiechnęła się do mnie szeroko. – Wiesz, że niedługo zechcemy z ojcem wybrać dla ciebie partnerkę. Chciałam jednak byś w miarę możliwości zrobił to sam. Jesteśmy w odpowiednim towarzystwie.
Wciągnęła mnie w wir przyjęcia. Poznawała z szanowanymi rodzinami miasta. Było mnóstwo nudnych rozmów, zaciekawionych albo pogardliwych spojrzeń. Nie podobał mi się pomysł matki, lecz ona uparcie szła na przód przekonując mnie, że jest dobrze. Poznała mnie z niejaką Klarą Orinską, córką prezydenta miasta i odeszła do swojego towarzystwa.
Odprowadziłem ją wzrokiem, zły, że zostawiła mnie z nieznajomą.
- Nie przepadasz za przyjęciami. - Bardziej stwierdziła niż spytała. Zlustrowałem ją wzrokiem. Była ubrana w prostą beżową suknię, która podkreślała jej gruszkową figurę. Długie, brązowe włosy opadały na jej kształtne piersi. Była piękna, jak później zauważyłem, wspominając tą chwilę. Jednak przez wściekłość do tradycji, zaćmiewała jej wdzięki. Najchętniej bym stamtąd wyszedł.
- Zwykli ludzie już dawno wyszliby z przyjęcia, które się im nie podoba. A my, z wyższych sfer, jesteśmy uwięzieni w tym rytuale. To głupie.
Dziewczyna zmrużyła złoto-brązowe oczy. Nie lubię złota.
- Zatańczymy? - Podałem jej rękę, chcąc jakoś wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Od małego uczyłem się tańczyć, więc prowadzenie partnerki nie sprawiało mi trudności. Następną moją rzeźbą będzie piękna dama dworu z szczerym uśmiechem na twarzy i wściekłą maska w dłoni. To idealnie odzwierciedlenie tego dzisiejszego absurdu.
- Ja lubię te przyjęcia. – Wyznała nagle dziewczyna. – Można obserwować ludzi, ich zachowania. Niektórzy pewni siebie, zadowoleni. A jeszcze inny spłoszeni, albo znudzeni. Rozmowy biznesowe także są interesujące.
Przystanąłem zaskoczony.
- Ach. Przepraszam, nie powinnam się odzywać. – Powiedziała z przepraszającym się uśmiechem.
- Nie wygłupiaj się, nic się nie stało. – Uśmiechnąłem się lekko.
- Jesteś znudzony, prawda? – zapytała patrząc mi w oczy.
- Nie da się ukryć.
Odsunęła się ode mnie o krok i dygnęła.
- Dziękuję za dotrzymanie mi towarzystwa. – Uśmiechnęła się blado i ddeszła zgrabnie poruszając biodrami, by po chwili zniknąć gdzieś w tłumie.
Dziwna dziewczyna. Chyba powinienem przeprosić, nie byłem pewien czy ją uraziłem… ale postanowiłem to olać.
Wyszedłem na zewnątrz. Było dawno po zachodzie słońca, a niebo i księżyc w pełni przykryło się szarymi bałwankami. Dzięki małym ogniskom przy ścieżkach ogrodu, można było dostrzec płomienne cienie, tańczące wśród ciemności, co nadawało iście diabelski wygląd.
Z balkonu, na którym wylądowałem, wychodząc z wielkiego salonu, dostrzegłem mały domek, podobny do tego w którym rzeźbie. Zmrużyłem oczy, coś wewnątrz się poruszało. Nie było zapalonego światła, może złodziej? Nie, nie bądź głupi. Kto by tu przychodził… no ale w końcu to bogata rodzina, złodziej może szukać na przykład kosiarki.
Rozbawiony tą myślą ruszyłem niespiesznie do chatki.
- Złodziej. Ale ze mnie kretyn. Nikt nie wie, że wyszedłem, za chwilę to mnie wezmą za złodzieja. – Zaśmiałem się sam do siebie.
Ostrożnie uchyliłem drzwi warsztatu, czy cokolwiek to było. Wewnątrz było ciemno, jednak dzięki ogniowi za oknem, dostrzegłem kogoś przy szafkach. Rozległ się huk tłuczonego szkła.
Zapaliłem światło.


__________
Komentarze z poprzedniego bloga:
~Basia
Witam,
ok, droga autorko w końcu zaczynam czytać na poważnie, postaram się chociaż znaleźć czas aby w tygodniu z dwa razy czy trzy coś przeczytać i skrobnąć, w końcu muszę nadrobić zaległości…
początek tego opowiadania boski, wyższe sfery, ale jak można kończyć w takim momencie? Ciekawe złodziej czy nie złodziej?
Dużo weny życzę Tobie…
Pozdrawiam serdecznie