Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

10 lutego 2018

Bucketbook

Witam serdecznie.

Dziewczyny, Shikat Tales założyły nowy sklep internetowy Bucketbook stricte dla ebooków i książek LGBT. Postanowiłam przenieść do nich z beezar Wracaj do domu i Wróć do domu. 

"Wracaj" zyskało nową okładkę, pasującą do drugiej części :)





Pozdrawiam!

15 grudnia 2016

Zapowiedź - "Wracaj do domu"

Skończyłam publikować Gonitwę. Uznaję to za zakończenie kolejnego etapu mojej przygody z pisaniem. Połączenie moich dwóch pasji - książek i koni - mam nadzieję, że się sprawdziło.

A więc czas na zapowiedź kolejnych powieści.
O Basiście już wiecie, choć pewnie jego opis i tak ulegnie zmianie. Nie spodziewam się, że zdążę go spisać przez najbliższe pół roku, więc przejdźmy do książki, która do tej pory nie miała tytułu i jest o wiele krótsza.
Wracaj do domu - tak nazwałam ową powieść.
Nadzieja, że do tej pory będę miała ją choć w połowie, poszła się kochać. Mam ledwo 3/10. Na szczęście jedynym przeciwnikiem jest czas, który ostatnio trochę wymyka mi się z rąk.

Opis:
Fabian po trzech ciężkich latach opuszcza więzienne mury. W swoim dawnym domu, pod opieką starszej siostry chce zaznać trochę spokoju. Niestety jego powrót do rodzinnej wsi nie został przez wszystkich dobrze przyjęty, o czym dowiaduje się jeszcze tego samego dnia.
Winnych trzeba ukarać, a że cała odpowiedzialność spada na jedną osobę, to już zupełnie inna sprawa.

14 grudnia 2016

[Epilog] Gonitwa


Krzyki tłumu zdołały zagłuszyć bicie mojego serca. Czułem mocne mięśnie pod sobą i wiedziałem, że Sarnad przyśpiesza, dając popis swoich umiejętności. Całe moje życie zawęziło się do tej chwili, gdy pozwoliłem gniadoszowi być sobą. Najlepszym koniem, jakiego kiedykolwiek dosiadałem. Czułem jak do oczu napływają mi łzy.
Nie rozumiałem jak można być tak bardzo szczęśliwym i załamanym jednocześnie. W tej chwili mogłem stracić albo wszystko, albo zyskać choć jedną istotę, którą kochałem. To była najbrutalniejsza lekcja życiowa jaką przeszedłem.
Gdy otworzyłem oczy, byłem już dawno za metą i dopiero wtedy zwolniłem. Nie miałem pojęcia, kto z nas wygrał. Patryk już dawno zwolnił, tak samo jak nasz przeciwnik. Przeszedłem do kłusa i zawróciłem. Tak naprawdę, gdybym wsłuchał się w komentatora, znałbym już wynik, ale wtedy każdy głos mieszał się ze sobą i nie mogłem skupić się na żadnym z nich.
Dołączyłem do Patryka i ściągnąłem okulary, które były teraz całe skurzone i ledwo przez nie wydziałem. On też się pozbył swoich i spojrzał na mnie z dumą. Jechaliśmy obok siebie, oddalając się od ludzi. Niektórzy dopiero teraz dobiegali do mety.
– Zapędziłeś się trochę – stwierdził z łagodnym uśmiechem.
– Zamknąłem oczy – wyjaśniłem i zaśmiałem się nerwowo. – Kto wygrał?
Chłopak przez chwilę patrzył na mnie zdziwiony i dopiero po chwili się zorientował, że pytam go na serio. Miałem wrażenie, że świat się zatrzymał, gdy otworzył usta i powiedział:
– Ty.
***

Moje wspomnienia od chwili, gdy mój ukochany odpowiedział „ty”, a chwilą, gdy zadzwonił do mnie Daniel, były jedną wielką paletą barw, których za nic później nie potrafiłem rozróżnić. Wiedziałem, że zabrali mnie i Sarnada na dekorację, wiedziałem, że Tomasz był dumy jak paw, wiedziałem, że wszyscy mi gratulowali i w końcu wiedziałem, że Patryk zdobył drugie miejsce, ale do cholery żadnych szczegółów później nie potrafiłem podać. Być może dlatego, że mazałem się jak dziecko, rycząc cały czas. Nie jakoś histerycznie, ale to nie zmienia faktu, że oczy miałem mokre i najzwyczajniej w  świecie wszystko się zamazywało.
Dopiero cztery godziny później, gdy wszyscy dali mi w końcu święty spokój, mogłem usiąść w boksie Sarnada – MOJEGO KONIA – i wgapiać się bezmyślnie w słomę. Nie mogłem już nic zrobić. Wszystko już się rozegrało, rozwiązało i każdy miał wrócić do swojego życia bogatszy o parę doświadczeń, ale bez złudzeń, że jeszcze kiedyś będzie tak szczęśliwy jak był. A przynajmniej tak mi się zdawało.
To wtedy, siedząc sam w boksie mojego konia, usłyszałem telefon. Bezmyślnie odebrałem i przyłożyłem go do ucha, milcząc.
– Yyy... Jesteś? Sebastian? – zapytał niepewny, znajomy głos Daniela.
– Jestem – mruknąłem. – Po co dzwonisz?
– Gdzie jesteś?
– W Pardubicach.
– Konkretniej.
– W stajni.
– Której? Mogę tu wejść czy mnie zatrzymają?
Zamrugałem zaskoczony. Jak to wejść?
– Co? – palnąłem ogłupiały.
– No wejść. Do stajni. Nie wiem której, bo drzwi jest tu w cholerę.
– Jesteś na torze?! – niemal krzyknąłem.
– Nie. W mieszkaniu. A konkretniej w nowym, ładnym mieszkaniu nad morzem… – Cisza. – Jestem w Pardubicach, idioto. I chciałbym się z tobą zobaczyć.
– Stań przy kasach hazardowych. Zaraz będę – rzuciłem i rozłączyłem się.
Niemal wybiegłem ze stajni i szybkim krokiem ruszyłem w stronę kas. Nadal był tu mały tłumek, przez co chwilę mi zajęło wypatrzenie znajomej twarzy. Daniel stał oparty o jedną z barierek z rękami w kieszeniach i bezmyślnie wpatrywał się w swoje buty. Na sobie miał eleganckie czarne spodnie i brodową koszulę, w których wyglądał jakby wybierał się na spotkanie biznesowe, a nie wyścigi konne.
Przyspieszyłem i bez ostrzeżenia objąłem go mocno. Mężczyzna stęknął cicho, gdy ścisnąłem jego klatkę piersiową. Sam mnie nie przytulił, bo uniemożliwiłem mu to, ściskając także jego ręce. Kilka sekund tak stałem, po czym odsunąłem się o krok z szerokim uśmiechem.
– Płakałeś? – zapytał szczerze zaskoczony, przyglądając mi się uważniej. Wciąż miałem na sobie białe bryczesy, ale barwy klubowe i kamizelkę ochronną już ściągnąłem, zostając jedynie w czarnej bluzce.
– Ta. – Wzruszyłem ramionami, jakby to było normalne. – Jakoś od czterech godzin. Dopiero jak odstawiłem Sarnada do boksu, to przestałem.
– Dlaczego? – Uśmiechnął się łagodnie i zrobił taki ruch, jakby chciał mnie objąć. Powstrzymał się jednak w ostatnim momencie.
– To dłuższa historia. – Znowu wzruszyłem ramionami. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Przyjechał tutaj. Dla mnie. Cały czas te myśli obijały się po mojej głowie. – Czemu przyjechałeś?
– To raczej oczywiste. Chciałem cię zobaczyć. – Uśmiechnął się. – Gratuluję wygranej. – Wskazał na kasy rozbawiony. – Wygrałem dzięki tobie dwa tysiące koron.
– Postawiłeś na mnie? – zdziwiłem się. Ja sam bym na siebie nie postawił, bo do końca nie wiedziałem, czy mi coś nie odwali i nie powstrzymam Sarnada zaraz przed metą.
– To była dobra inwestycja. – Zaśmiał się ciepło i odbił od barierki. – To co? Głodny? Mają tu świetnego kebaba. Już go rano jadłem, polecam.
– Wiem. – Uśmiechnąłem się lekko. – Już go z Patrykiem dorwaliśmy.
– Mądry wybór. – Tym razem nie powstrzymał się i dotknął moich włosów, by przesunąć po paru dłuższych kosmykach palcami. A później uśmiechnął się czule i poprowadził na mój pierwszy w tym dniu posiłek.
Cieszyłem się, że go widzę. A już w ogóle cieszyłem się, że wygląda o wiele lepiej, niż ostatnim razem, gdy się widzieliśmy. Wyzdrowiał i było to widać w całej jego postawie. A już w szczególności w pięknych ciemnoniebieskich oczach, z których znikły cienie, niewyspanie i które patrzyły na mnie jak na coś bardzo ważnego.
Te oczy towarzyszyły mi później, gdy wróciłem do domu i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Przez następne miesiące dawały mi oparcie i nie pozwoliły, bym się wygłupił, rzucając wszystko i jadąc do Patryka do Pardubic. Byłem mu za to wdzięczny, bo to w Polsce, w małej wsi pod Wrocławiem miałem swoje życie. Mimo tęsknoty byłem szczęśliwy, zajmując się Sarnadem, klaczami, które do niego przyjeżdżały i stajnią.
***

– Wszystkiego najlepszego! – usłyszałem Daniela, gdy wróciłem do naszego mieszkania.
Zamrugałem zdziwiony, nie za bardzo wiedząc o co chodzi. Mężczyzna już w progu objął mnie mocno ramionami, a po sekundzie wcisnął do rąk jakiś pakunek. Spojrzałem na jego rozradowaną twarz i nienaganny strój. Ubrał garnitur, co mu się zwykle nie zdarzało poza pracą.
– Masz głupią minę – stwierdził, gdy się ode mnie odsunął o krok.
– Czemu? Co to? – palnąłem, nadal nie kontaktując. Byłem padnięty po ciężkim dniu w stajni. Tak naprawdę dopiero niedawno, gdy Tomasz wyjechał, zacząłem doceniać jego wkład w stajnię, pracę i wszystko, co robił. Teraz, gdy sam zajmowałem jego miejsce, nie miałem głowy do niczego poza końmi i ludźmi, których miałem pod swoimi skrzydłami.
– Jak to co? – żachnął się. – Prezent urodzinowy. Trzydzieści trzy lata, nie? – Uśmiechnął się szeroko, a wokół jego oczu pojawiły się urocze zmarszczki mimiczne. Lubiłem je, były dla niego charakterystyczne i z biegiem lat coraz bardziej widoczne.
– Och. Serio? Który dzisiaj? – Zerknąłem na zegarek.
– Seba, a niby to ja jestem taki zapracowany. – Mężczyzna objął mnie ramieniem i zaprowadził na naszą niedawno zakupioną kanapę. Gdy usiedliśmy, spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. – No otwórz.
Moje usta samoistnie wygięły się w uśmiechu. Cmoknąłem Daniela w usta, wyszeptałem „dziękuję” i zacząłem rozpakowywać prezent. Szybko zdarłem kolorowy papier, a moim oczom ukazały się rękawiczki jeździeckie. Ale nie byle jakie. Z napisem „Daniel” na wewnętrznej stronie dłoni – był jednak czarny, tak jak skóra rękawic, żeby z daleka nie było widać napisu.
Zaśmiałem się, oglądając dokładnie otrzymany prezent. Jeszcze kilka lat temu stanowiłyby dla mnie problem, ale nie dziś – i to właśnie dzięki Danielowi. Po jednej z przegranych Patryka, tej najgorszej, gdy koń, na którym jechał, zmarł w trakcie gonitwy, a sam Patryk doznał dość poważnej kontuzji, miałem nadzieję, że rzuci to wszystko i wróci do mnie. Tak się jednak nie stało i bardzo to przeżyłem. Daniel był przy mnie i w pewnym momencie namówił, żebym powiedział trenerowi o mojej orientacji. Uważał, że to mi pomoże, jednak reakcja trenera była nieprzyjemna – wyśmiał mnie i nazwał od głupców:
– Kim ja dla ciebie niby jestem? – zapytał później, gdy pakowałem resztę swoich rzeczy, żeby się wynieść z jego stajni. W tamtej chwili czułem, że straciłem wszystko. Nie życzyłbym tego swojemu najgorszemu wrogowi. – Jestem twoim trenerem i opiekunem od piętnastu lat, widziałem jak dorastasz. Chyba nie sądzisz, że byłem na tyle ślepy? Ja się nigdy nie mylę co do ludzi! – warknął z urażoną dumą i odszedł. A ja patrzyłem na niego z otwartymi ustami – pierwszy raz w życiu zaliczyłem prawdziwe „opadnięcie kopary”.
Okazało się, że Tomasz nie dość, że wiedział o mojej orientacji, to jeszcze domyślał się, że byłem w związku z Patrykiem. Domyślał… On wiedział! Po prostu. Bo zna ludzi i zna mnie. Do dziś nie jestem pewien, czy Dagmara i Magda też się domyślały, albo czy im powiedział, ale później średnio mnie to obchodziło. A najśmieszniejsze, że trener nadal wyzywał niektórych od pedałów, gdy się złościł. Cóż. Taki był. I taki byłem ja.
– Okej… – zaczął Daniel z rozbawieniem, gdy dłuższy czas milczałem, pogrążony we wspomnieniach. – Wiem, że jestem beznadziejny w kupnie prezentów. Na łóżku masz drugie. W barwach twojej stajni.
– Dzięki. – Spojrzałem w oczy mojego chłopaka. – Są świetne – powiedziałem szczerze.
– Cieszę się.
Nachylił się do mnie i pocałował mocno. Westchnąłem w jego usta, gdy delikatnie zaczął ssać moją dolną wargę. Uwielbiałem, gdy to robił.
– Kocham cię – wyszeptał.
Spiąłem się nieznacznie. Za każdym razem, gdy padały te słowa, czułem się winny. Owszem, kochałem go, ale mimo razem spędzonych lat, nadal wiedziałem, że moje serce należy do kogoś innego.
W swoim życiu prawdziwie pokochałem raz. Każde inne uczucia były o wiele słabsze od tych, które żywiłem do Patryka. Nie potrafiłem pozbyć się go z serca. Łamałem się coraz bardziej z każdym rokiem, gdy widziałem jego coraz większą frustrację z przegranych na Pardubickiej.
– Wiesz – mruknąłem, odsuwając się od Daniela – kupiłem dzisiaj nową klacz. Jest wspaniała. Wygrała wiele wyścigów.
– I? – Daniel zmarszczył brwi, nie rozumiejąc do czego dążę.
– Chcę dać Patrykowi wspaniałego konia. Źrebaka tej klaczy i Sarnada. – Mężczyzna nadal nie rozumiał, więc kontynuowałem: – Jeśli dobrze pójdzie, za osiem lat Patryk będzie mógł na nim pojechać w Pardubickiej.
– Osiem lat – powiedział z niedowierzaniem. – Mam osiem lat, żebym stał się od niego ważniejszy?
Kiwnąłem głową.

7 grudnia 2016

[23] Gonitwa


Poranna pobudka nie była miła. Bolał mnie tyłek, a dobry humor poszedł wieszać się na drzewie. Pożałowałem, kiedy ruszyłem się z zamiarem wstania z łóżka. Zakląłem szpetnie, budząc tym Patryka, przytulonego do mojego boku.
– Hmm. Co jest? – wymruczał z zamkniętymi oczami. Może i lepiej, bo miałem wrażenie, że mój wzrok mógł w tamtym momencie zabijać.
– Wszystko mnie boli… Ja pierdole. – Chciałem unieść się na łokciach, ale uniemożliwił mi to ciężar chłopaka. Jęknąłem i opadłem spowrotem na materac. – Mógłbyś mnie puścić? – warknąłem.
Tym razem spojrzał na mnie czujnie.
– Bardzo boli? – dopytał, jakby to było ważne.
– Tak. Zabieraj łapy – syknąłem i zwlokłem się z materaca, gdy wykonał polecenie. Poczłapałem, bo inaczej tego nie można było nazwać, do łazienki i opróżniłem pęcherz. To mi trochę poprawiło humor. Ale tylko odrobinę. Cóż. Ale lepiej dla Patryka, bo przypomniałem sobie, że to z mojej winy tak teraz cierpię. W końcu on chciał iść po ten pieprzony żel intymny.
Następnym moim celem była kuchnia i woda. Gdy już się do niej dobrałem, wypiłem połowę półtoralitrowej butelki. Może wczoraj nie piliśmy alkoholu, ale suma summarum nie piliśmy też niczego innego. Kolejny powód do niezadowolenia.
– Seba… – najpierw usłyszałem, a później zobaczyłem Patryka. Podszedł do mnie w samych majtkach. – Iść po bułki, albo coś?
– Jak chcesz, ja dzisiaj nic nie przełknę – mruknąłem. Żołądek miałem tak ściśnięty, że powstrzymywałem się od wyplucia wody, którą w siebie wlałem. O jedzeniu nie było mowy.
– Musisz…
– Powiedziałem nie – warknąłem i wróciłem do sypialni.
Rozejrzałem się. Walizka. Tak. Powinienem się ubrać. Wywaliłem więc całą jej zawartość i ruszyłem do łazienki, mijając w drzwiach Patryka, patrzącego na mnie jakbym rozum postradał. Może i postradałem.
Przebrałem się w bryczesy i zbyt krótką koszulkę moro, po czym wyszedłem spowrotem do kuchni. Zajrzałem do lodówki. Ja nic nie zjem, ale chociaż Patrykowi zrobię. Tyle, że lodówka była pusta. Przekląłem głośno i ruszyłem w stronę wyjścia. Właśnie przekręcałem klucz, gdy Patryk chwycił mnie za ramię.
– Gdzie ty idziesz? – zapytał z niepokojem.
– Po jedzenie.
– W tym? – Wskazał na moje ubrania. – I masz w ogóle pieniądze?
Nie miałem. Znowu zakląłem i wróciłem do sypialni. Zacząłem przeszukiwać swoje rzeczy. Zagubiony portfel znalazłem po drugiej stronie pokoju. Nie mam pojęcia jakim cudem. Znowu natknąłem się na Patryka w drzwiach, ale tym razem nie pozwolił mi przejść.
– Mogę wiedzieć co ty kurwa robisz? – warknął na mnie.
– Idę po śniadanie.
– Rozum ci odjęło? Wiesz w ogóle gdzie jest sklep?
Nie wiedziałem. Więc zacząłem szukać komórki. Powinienem mieć w niej jakąś mapę czy coś… COKOLWIEK KURWA!
W końcu dostałem w twarz i to mnie ostudziło.
Spojrzałem na Patryka z niezrozumieniem. O dziwo nie byłem zły, że mnie uderzył. Za to spojrzałem na bałagan, który zrobiłem w pokoju i zmarszczyłem brwi.
– Lepiej? – zapytał, przewiercając mnie wzrokiem.
Podrapałem się po głowie i raz jeszcze spojrzałem na swoje rzeczy. Co mi kurwa strzeliło do łba? Zachowywałem się jak jakieś zombie czy coś podobnego..
– Lepiej – mruknąłem niewyraźnie.
– Kupić ci coś przeciwbólowego jak JA pójdę do sklepu? – zapytał tylko na pozór spokojnie.
– Tak… Sorry… Ja… – Trzeci raz spojrzałem na bałagan. – Ja może posprzątam.
***

W dalszej części dnia już się ogarnąłem. Wolałem nie wnikać, co było powodem mojego porannego zachowania. Być może stres, ale głowy nie dałbym sobie uciąć.
Przed samym przyjazdem Tomasza, zabraliśmy z Patrykiem konie na spacer. Nie wsiadaliśmy na nie, ale chcieliśmy, by trochę połaziły po słońcu, zamiast gnić cały czas w stajni. Z jednej strony miały fajnie, bo nie musiały stresować się jazdami tam i z powrotem, ale za to siedziały cały czas w boksach, chyba, że zabieraliśmy je na treningi. Nie mieliśmy tu możliwości wypuszczenia ich na łąkę.
Staliśmy właśnie z nimi na skrawku trawy przed stajnią, gdy podjechało do nas auto. Z miejsca pasażera wysiadł Tomasz i spojrzał na nas z uśmiechem.
– Cześć chłopcy! – zawołał zadowolony. – Widzę, że wszyscy w formie!
Prawie, pomyślałem.
Okazało się, że Tomasz przyjechał z Dawidem, moim znajomym z baru w naszej miejscowości. Gdy wysoki, barczysty mężczyzna zaparkował gdzieś z boku i wyszedł z auta, zacząłem się zastanawiać jak on się tam zmieścił.
– Siema Seba! – przywitał się, gdy już był wystarczająco blisko. – A więc to twój Sarnad!
Niestety okazało się, że Dawid zostaje z nami do gonitwy i będzie z nami mieszkał. Wieczorem wyłożył się na środku podłogi ze swoim śpiworem, zasypiając najszybciej z nas. Oczywiście chrapał.
***

Czas do niedzieli minął błyskawicznie. Mnie przede wszystkim zajął na unikaniu ludzi, bo mój humor z dnia na dzień się pogorszał i nie chciałem nikogo straszyć. Jedynie Patryk mógł do mnie podejść, bez strachu, że się na niego rzucę. Nawet trener o dziwo trzymał się ode mnie z daleka. Na szczęście obyło się bez pytań i bezsensownych prób pomocy, czy poprawy humoru. Wszyscy po prostu uznali, że się stresuję.
No i stresowałem się jak jeszcze nigdy w życiu. Do Sarnada nie podchodziłem, żeby mnie nie wyczuł, ale to tylko pogorszało moją sytuację. Potrzebowałem koni do normalnego funkcjonowania.
W niedzielę rano niemal odetchnąłem z ulgą, uznając, że cokolwiek się stanie, to przynajmniej pozbędę się tego pieprzonego strachu przed gonitwą. Będzie już po. Z całymi konsekwencjami, które dziś sobie wywalczę.
Wchodząc do stajni w celu osiodłania Sarnada przed Wielką Pardubicką, uspokoiłem się. Ale tak serio. Całkiem i nieodwracalnie cały stres ze mnie spierdolił, pogoniony dodatkowo ostrogami i batem. W końcu mogłem wziąć sprawy w własne ręce i zawalczyć o to, co mi się należy. Mogłem COŚ robić. A w tej chwili skupiłem się na dokładnym czyszczeniu konia.
                – Cześć, mały. – Szepnąłem do Sarnada, gdy otworzyłem boks. Kątem oka jeszcze zobaczyłem zaskoczenie na twarzy Patryka. Nic dziwnego, ostatnimi czasy jedynie na wszystkich i wszystko warczałem.
                Czyszczenie, jeśli to możliwe, uspokoiło mnie jeszcze bardziej. Mój wierzchowiec był wypoczęty i zadowolony z okazywanej mu uwagi. Nie mogłem życzyć sobie więcej. Było idealnie. Szybko uwinęliśmy się z siodłaniem. Niektórzy mieli do tego ludzi, ale ja nigdy nie lubiłem oddawać innym tej roboty. Gdy już przygotowaliśmy konie, przyszli do nas Tomasz i Dawid, żeby zabrać zwierzęta. Trzeba było pokazać je widzom. Swoją drogą chyba pierwszy raz Tomasz ubrał się normalnie na zawody. Elegancko, ale bez przesady. Po prostu czarne, dżinsowe spodnie i niebieska koszula.
                Tak więc mieliśmy się jeszcze z Patrykiem przebrać. Wcześniej nie ubieraliśmy białych bryczesów, żeby ich sobie nie ubrudzić. Teraz wzięliśmy nasze rzeczy z szafki i znaleźliśmy jakąś wolną łazienkę.
                – Uspokoiłeś się – zauważył odkrywczo szatyn, podczas przebierania się. Omiotłem spojrzeniem jego nagie nogi i wzruszyłem ramionami.
                – Tak wyszło – mruknąłem.
                Założył bryczesy i podszedł do mnie. Blisko. Spojrzał mi głęboko w oczy i pocałował mocno. Jęknąłem, czując przyjemny prąd przechodzący przez moje ciało. Brakowało mi jego dotyku. Gdyby nie Dawid, to moglibyśmy się chociaż trochę popieścić, gdy Tomasz wychodził codziennie rano do sklepu. A tak zostaliśmy pozbawieni bliskości.
                Patryk odsunął się po dłuższej chwili, ale nadal jego dłonie gładziły mnie po głowie i policzku.
                – Kocham cię – wyszeptał. – Obojętnie kto dzisiaj wygra, a kto przegra… Ja…
                Przerwałem mu kolejnym, ale tym razem krótkim pocałunkiem.
                – Też cię kocham – stęknąłem.
                Chciałem zapamiętać tą chwilę. Jego smak, zapach, wzór małych kropeczek w jego niebieskich tęczówkach. Śmiech, gdy jest szczęśliwy. Uśmiech, przeznaczony tylko dla mnie. Krzywizna ust, szczęki. Wyraz twarzy, gdy przypomina sobie coś zabawnego i gdy sięga szczytu rozkoszy. Piękny brzuch i mocne nogi. Bajki, które opowiadał dzieciakom na szkółce. Naszą grę w karty. Mój upadek z Sarnada i twarz Patryka, gdy otworzyłem wtedy oczy. Jego drwiący, ale zainteresowany uśmiech przy naszym pierwszym spotkaniu.
                Chciałem to wszystko pamiętać.
***
             
                To nie tak, że otoczka wokół Pardubickiej mnie nie obchodziła. To nie tak, że nie pamiętam ludzi, którzy do mnie mówili, życzyli powodzenia czy śmiali się do mnie, bym się rozluźnił. Wszystko to było ważne i zajmujące, do czasu aż nie wsiadłem na Sarnada. Wtedy wszystko znikło. Tłumy ludzi, kamery, pracownicy, zniknął nawet trener.
                Ważna była droga, jaką miałem pokonać do startu, a później kobieta, która upuszczała sznur, rozpoczynając tym gonitwę. Ważna była też pogoda. A ta w tym roku dopisała. W nocy trochę popadało, ale ziemia zdążyła pochłonąć wilgoć. Słońce schowane było za chmurami, albo raczej obłokami, pojawiało się od czasu do czasu, nie przeszkadzając, nie rażąc, nie grzejąc w plecy. Nie było też wiatru. Jednym słowem – idealnie. Nic nie utrudniało biegu, nie ochlapywało błotem i nie kurzyło suchością.
                Kolejną ważną rzeczą był Grom i Patryk, jadący obok mnie. Umówiliśmy się, że będziemy jechać równo w miarę możliwości, dopóki nie znajdziemy się przed ostatnimi dwiema przeszkodami. Wtedy możemy pognać łeb na szyję i tylko nasze konie mogą zdecydować który z nich jest lepszy. To było uczciwe. Wiedzieliśmy, że wytrzymałość obu koni jest porównywalna i zdołają wytrzymać tempo, które dla nich wybierzemy.
                – Niech wygra najlepszy – rzuciłem do Patryka, w zamian dostając uśmiech.
                Ważni byli przeciwnicy. Każdy z nich był inny, miał inne cele, ambicje. Jednak dziś każdy z nas skupiał się na wierzchowcu pod sobą, drodze, przeszkodach, rywalach. A większość skupiała się na wygranej. Mógłbym rzec, że nawet wszyscy. W końcu nawet ci, co mają świadomość, że ten bieg jest tylko próbą i liczy się jedynie, żeby nie spaść, gdzieś tam w podświadomości, na samym dnie kołata im się myśl, jak cudownie byłoby dobiec jako pierwszy. To zupełnie naturalne. I nawet jeśli w dużej mierze zwykle nie zależało mi na wygranych, dobrze było stanąć na podium i mieć dowód, że jest się najlepszym. Że wysiłek, który wkładam w jeździectwo każdego dnia, popłaca.
                Jednak wśród tych wszystkich rzeczy najważniejszy był Sarnad. Koń, którego pokochałem, któremu zaufałem i dzięki któremu uwierzyłem, że mam szansę wygrać. Dzięki któremu CHCĘ wygrać po raz pierwszy w życiu. Gniadosz, mimo nerwowości wokół, pozostał spokojny, bo ja taki byłem. To dało mi kolejny dowód, że nie muszę się martwić o jego humorki, że jedynym panem sytuacji w czasie gonitwy będę ja. Dobrze go wyszkoliłem.
                Te kilka sekund, gdy ustawialiśmy się przodem do startu, czekając na sygnał do biegu, poświęciłem na wyobrażenie sobie przejazdu całej trasy. Pamiętałem ją doskonale. Nie raz nawet ćwiczyłem z Sarnadem skoki na właściwym torze – na parę dni mieliśmy zapłacone wejściówki na trening. Niektórzy uważali, że głupotą jest pokazywanie Sarnadowi niektórych przeszkód. Większość koni później wyłamywała, nie chcąc skakać przez coś, co po drugiej stronie – tam gdzie powinna być ziemia – ma rów. Sarnad może i był koniem płochliwym, ale on bał się zwierząt, nieznanych przedmiotów, a nie ziemi. Ziemia była dla niego wyzwaniem i zabawą. Wręcz uwielbiał, gdy się od niego więcej wymagało. Dlatego też pokazałem mu najpierw jak wygląda druga strona krzaków na jego drodze, a później kazałem mu przez nie przeskoczyć. Nigdy mi nie wyłamał.
                Kobieta na podeście krzyknęła coś po czesku, machnęła flagą i puściła sznur. Tak jak ostatnim razem, nawet nie musiałem poganiać Sarnada, bo ruszył wraz z innymi. Pierwsza przeszkoda. Skupienie. Półsiad, pracujące nogi, radość, że ma się okulary ochronne, bo właśnie w twarz uderzyła mi gródka ziemi. Cudowny tętent kopyt.
                Kolejne przeszkody, rów z wodą. Jechałem jako czwarty… piąty! A obok mnie gnał Grom. Dozowaliśmy tempo, żeby konie wytrzymały niecałe siedem kilometrów cwału. Następną przeszkodą była wspomniana przeze mnie wcześniej przeszkoda z rowem po drugiej stronie. Sarnad zastrzygł uszami, rozpoznając ją i odrobinę wydłużając krok. Pozwoliłem mu na to, bo zwykle tak właśnie do niej podchodził. Przeskoczyliśmy ją bez problemu i obejrzałem się na Patryka, który na chwilę zniknął mi z oczu. Przez chwilę szukałem go wzrokiem z narastającą paniką, ale w końcu zauważyłem go parę metrów za mną. Zasłaniał go jeden z jeźdźców na kasztance.
                Wyprostowałem się w samą porę, by ustawić Sarnada do kolejnej przeszkody. Wysoki wał początek stawki pokonał bez problemu, jednak po chwili okazało się, że ci z tyłu mieli małe problemy. Kątem oka zauważyłem trzy konie bez jeźdźców, które biegły wraz z nami. Wcale nie było trudno o upadek, gdy ma się krótkie strzemiona i praktycznie jedynie równowaga utrzymuje nas na koniu. Wystarczy mały błąd i lecimy. Pardubicka nie wybacza.
                Jechałem teraz jako czwarty. Kolejne przeszkody składały się z żywopłotów i były odrobinę łatwiejsze. Co nie oznacza, że można się było rozluźnić.
                Gdy pokonaliśmy około dwóch trzecich toru, postanowiłem wybić się na trzecie miejsce. Nie wiedziałem co wyprawia Patryk, zacząłem się niepokoić, gdy wciąż do mnie nie dołączał. Nie widziałem też Adama. Musiałem się jednak ogarnąć, nie mogłem pozwolić sobie na dekoncentrację.
                Nakierowałem Sarnada na kolejną z przeszkód i w chwili, gdy wybił się w powietrze, zobaczyłem jak prowadzący koń potyka się niebezpiecznie przy lądowaniu. Byłem obok niego, więc Sarnad bez problemu przeskoczył i pognał dalej. Ja wolałem się nie odwracać, by patrzeć na zamęt jaki wprowadził upadek konia na środku przeszkody. Z pewnością posypią się kolejne.
                Dlatego właśnie nienawidzę gonitw. W tym momencie dżokej mógł dostać kopytem w głowę, albo zostać podeptany. Może zginąć.
                Zakląłem i przyśpieszyłem. Do końca zostały niecałe dwa kilometry, a Groma obok jak nie było, tak nie ma. Jechałem jako drugi i słyszałem za sobą stukot kopyt. Dopiero po około siedmiuset metrach, gdy moje gardło już było nieprzyjemnie ściśnięte, dołączył do mnie Grom z Patrykiem. W tym momencie miałem prawdziwą ochotę go zepchnąć, za to, że mnie tak nastraszył. Spojrzeliśmy po sobie i mógłbym przysiąc, że się do mnie uśmiechnął.
                Nieuchronnie zbliżaliśmy się do momentu, który określi nasze dalsze losy. Mieliśmy szansę. Grom i Sarnad nadal mieli siły i wiedzieliśmy, że starczy im na końcówkę. Tylko jeden koń był przed nami. W trójkę odjechaliśmy trochę od reszty i już  w oddali majaczyły się dwie ostatnie przeszkody. Spojrzałem na Patryka. Musieliśmy wyprzedzić tego z przodu.
                Przeskakując ową przeszkodę, rozpoczynającą prawdziwy wyścig naszej dwójki, zobaczyłem jak Grom mija mnie i wyprzedza także pierwszego konia. Ja nie mogłem tak przyśpieszyć, bo wiedziałem, że Sarnad zgubi rytm przy skoku.
                Z bijącym mocno sercem pokonałem ostatnią z przeszkód i przyspieszyłem. Uderzyłem Sarnada batem, zamknąłem oczy i zdałem się na niego. Teraz pozostało mi oddać się w ręce losu.

30 listopada 2016

[22] Gonitwa


Życie z Patrykiem tutaj, w Pardubicach, zdawało się być snem. Bo czego mi więcej do szczęścia było potrzeba? Nic! Miałem osobę, którą kocham i miałem pasję – Sarnada – codzienne jazdy, treningi. Obserwowanie jak mój wierzchowiec staje się jeszcze lepszy, niż był – jak uspokaja się przy mnie i już nie ma problemów z przeszkodami – jest cudowne. Sarnad całkowicie mi zaufał, poddał się mojej woli. Czasem miałem wrażenie, że wyczekuje mojego przyjścia, bo gdy tylko pojawiałem się w stajni, rżał radośnie i zaczynał kręcić się po boksie, do czasu aż do niego nie podszedłem – wtedy się uspokajał, pozwalał osiodłać i z chęcią wychodził ze mną na trening.
Odkąd Patryk odwzajemnił moje uczucia, czułem się jakbym fruwał nad ziemią. Nie mogłem się powstrzymać od durnego szczerzenia zębów w najdziwniejszych momentach, przez co Adam zaczął mi się uważniej przyglądać. Nawet raz pytał, czemu nagle zmieniłem się w chodzące słoneczko, na co Patryk omal nie spadł z Groma ze śmiechu – byliśmy akurat na treningu na torze.
Seks też stał się lepszy. O niebo lepszy. Czułem się w końcu kochany, szczęśliwy i na swoim właściwym miejscu, a Patryk potrafił doskonale słuchać mojego ciała i sprawiać, że każda moja cząstka niemal krzyczała z przyjemności. Też się go powoli uczyłem. Pomagał mój niedobór wstydu, jak to kiedyś nazwał. Potrafiłem bez ogródek i wprost powiedzieć o co mi chodzi, albo zapytać go na co ma ochotę. Kochaliśmy się już praktycznie w każdym miejscu naszego mieszkania i żałowaliśmy, że nie mogliśmy spróbować w stajni. Jednak tak naprawdę żaden z nas na poważnie o tym nie myślał, bo to byłoby zbyt ryzykowne. Woleliśmy pominąć tę przyjemność, niż stracić całą resztę.
Cóż. Faktycznie czułem się jak dziecko szczęścia, które dostało wymarzonego lizaka. I być może właśnie dlatego nie zauważyłem, że zbliżają się kolejne gradowe chmury.
***

Właśnie kąpałem się po ostatnim treningu z Sarnadem. Był czwartek, szósty października, a jutro w południe miał przyjechać trener. To był ostatni wieczór jaki mogłem spędzić z Patrykiem sam na sam. W niedzielę odbędzie się Wielka Pardubicka. Ten dzień był moim celem od pół roku i wolałem nie myśleć, co będzie dalej.
Nie czułem się dobrze ze świadomością, że wszystko, co do tej pory zdobyłem, może okazać się jedynie bańką mydlaną. Piękną i ulotną, po której zostanie jedynie mokry ślad wspomnień. Prychnąłem do tego porównania. Pieprzony poeta się ze mnie zrobił.
Nagle usłyszałem za sobą otwierane drzwiczki od kabiny prysznicowej i poczułem obejmujące mnie ramiona. Nawet nie zorientowałem się, kiedy Patryk wszedł do łazienki.
Ciepłe ciało przylgnęło do moich pleców, a na szyi poczułem delikatne pocałunki.
– Miałeś poczekać na mnie w łóżku – mruknąłem cicho, czując przyjemny prąd podniecenia, gdy otarł się kroczem o moje pośladki. Chciałem się dobrze umyć i nawet trochę przygotować na niego. Wcześniej kupiliśmy wino, które stało teraz na szafce nocnej przy moim łóżku. To miała być dobrze wykorzystana noc.
– Nudziło mi się – wymruczał. Pomasował dłońmi moje boki i skubnął zębami płatek ucha. – Chcę cię tutaj. Mocno. – Odwrócił mnie gwałtownie i spojrzał w oczy. – Żebyś mnie jeszcze długo czuł.
– I żebym miał problemy z jazdą w pardubickiej? – Uniosłem brew rozbawiony. Patryk zmieszał się trochę i spuścił z tonu. To też było zabawne. Mimo jego dominacji, nie raz stawał się wyjątkowo uległy. Czasem miałem wrażenie, że to przez jego młody wiek i mimo wszystko zaniżoną samoocenę. Uwielbiał narzucać swój własny rytm, ale często nie był w tym stanowczy. Fascynował mnie, bo nigdy nie mogłem przewidzieć jak się zachowa.
– Możemy inaczej… – zaczął, ale zaraz przerwałem mu pocałunkiem.
– Nie – mruknąłem w jego usta. – Chcę cię w sobie. – Bez ostrzeżenia chwyciłem jego penisa i zacząłem pieścić. – W całości. – Westchnąłem, czując jak twardnieje, lubiłem go dotykać na samym początku. – Mocno. – Uśmiechnąłem się, patrząc w jego szerokie źrenice. – Teraz. – Wpiłem się w jego usta i pozwoliłem, by pchnął mnie na ścianę.
Przesunąłem dłonie na jego kark, masując go w trakcie pocałunku. Nie oszczędzaliśmy naszych warg, języków, policzków. Całowaliśmy się łapczywie i z pragnieniem, którego nie potrafiliśmy ugasić.
Ale mimo tępa, jaki nadałem, zmusił mnie do zwolnienia. Przystałem na to. Tak samo jak na odwrócenie się do niego plecami, gdy poprosił. Teraz przesuwał językiem po moich ramionach i pieścił pośladki długimi, zgrabnymi palcami, które uwielbiałem.
– Schudłeś ostatnio? – zapytał nagle, obejmując mnie mocno i ocierając się erekcją o mnie. Musiałem chwilę pomyśleć nad znaczeniem jego słów.
– Chyba tak. – Chrząknąłem, bo irytowała mnie chrypka. – A co?
– Nic. Trzeba cię podtuczyć przez te kilka dni, bo nam jeszcze karę wlepią za niedowagę. – Zaśmiał się cicho i cmoknął mnie w ucho. – Co wziąć do nawilżenia?
– Przecież leci woda – zauważyłem. Miałem świadomość, że to praktycznie żadne nawilżenie, ale byłem ciekawy jakie to byłoby uczucie.
– To za mało – stwierdził sceptycznie.
– Więc ślina. Nie chcę więcej. – Obróciłem głowę, by spojrzeć na niego i zakręciłem tyłkiem. Sapnął cicho i poczułem jak się spiął.
– Ale jeśli będzie za bardzo boleć to mów. Skoczę po coś…
– Sam tu przylazłeś bez żadnego żelu, a teraz marudzisz – zaśmiałem się, a chłopak spochmurniał. Kolejny raz otarłem się o niego, by zwrócić jego myśli na właściwe tory. Chciałem go już w sobie. Przez te niecałe trzy tygodnie regularnego seksu nie byłem już tak ciasny jak z początku. Mogłem więc trochę nagiąć swoje granice, nie robiąc sobie przy tym krzywdy. A przynajmniej miałem taką nadzieję.
Znów zaczął mnie całować po karku, barkach i niżej na plecach. Wymruczałem coś cicho, czując mrowienie w miejscach, gdzie mnie dotyka. Usłyszałem jak klęka. A po chwili bez ostrzeżenia wsunął język między moje pośladki. W pierwszym momencie cofnąłem biodra, ale powstrzymał mnie mocnym uściskiem.
– Cholera – jęknąłem, gdy zaczął pieścić moją dziurkę mokrym i gorącym językiem. Oparłem się o kafelki, co jakiś czas wydając z siebie przeciągłe westchnienie. Podobało mi się to doznanie. Było subtelne, ale za to bardzo elektryzujące. I cholernie podniecające. – Patryk… Już… – jęknąłem w pewnym momencie, bo sprawił, że zrobiłem się niezwykle wrażliwy na każdy najmniejszy dotyk. Pragnąłem więcej.
– Mhm… – Przez chwilę jeszcze mnie lizał, by naraz wstać i wsunąć mi palce do ust. Posłusznie je possałem.
– Kiedyś muszę ci się odwdzięczyć – westchnąłem, gdy zanurzył we mnie od razu dwa palce. Rozstawiłem nogi szerzej, by było wygodniej. – To było cudowne.
– To tylko mały fragment tego, co można robić – wymruczał. – Ale dzisiaj chcę spróbować czegoś innego.
Zerknąłem na niego w tył i mocniej się wypiąłem. Bez problemu pieścił moje wrażliwe wnętrze. Uwielbiałem to uczucie. I jego oddech na karku, zapach, dźwięk jego głosu, delikatną skórę, która ukrywa silne, choć małe mięśnie. Kochałem go i w tym momencie, gdy czułem jego gesty, pocałunki, wiedziałem, że też jestem kochany.
Po jakimś czasie wysunął palce i naparł na mnie penisem, na który wcześniej napluł. Jakkolwiek to brzmi, byłem mu wdzięczny. Bolało mnie, jednak spodziewałem się czegoś gorszego. Było mniej komfortowo niż zazwyczaj, ale nadal do wytrzymania.
Stęknąłem i oparłem głowę na ramionach, drżąc na całym ciele. Chłopak zaczął poruszać biodrami, narzucając inny niż do tej pory znałem, otumaniający rytm. Posuwał mnie powoli, sprawiając, że miałem świadomość jego najdrobniejszego ruchu.
– Jesteś piękny – usłyszałem, równocześnie czując jak na moment gubi rytm.
Powtarzał ruchy biodrami raz za razem, a ja miałem wrażenie jakby ogień palił mnie od środka. Co chwila ocierał się o prostatę, przez co drżałem coraz mocniej. To było naprawdę męczące. Oddychał w mój kark nierówno i powstrzymywał się, by nie przyśpieszyć. Nasze jęki mieszały się, tworząc naprawdę bezwstydny dźwięk.
Orgazm jednak nie nadchodził, bo to wszystko, choć bardzo intensywne, pozwalało mi na odczuwanie zbyt dużego dyskomfortu. Dla niego też to było zbyt wolne tempo i, doprawdy, nie miałem pojęcia co on wyprawia, a mimo tego, nie miałem ochoty protestować. To wszystko było na swój sposób bardzo podniecające. Aż zacząłem się zastanawiać, czy nie mam zadatków masochistycznych.
– Unieś nogę – wyszeptał zachrypniętym głosem, a gdy spełniłem prośbę, przycisnął moją nogę do tułowia i przyśpieszył.
– O kurwa! – warknąłem, gdy przyjemność w końcu zdominowała wszystko, co do tej pory czułem. Byłem tak wrażliwy na każdy dotyk! Kolano się pode mną ugięło i nie przewróciłem się tylko dzięki podparciu o ścianę i mocnym ramionom Patryka. – Tak…! – stęknąłem. Szatyn przycisnął mnie mocno do ściany, aż przylgnąłem do niej całą swoją klatką piersiową i udami. Na szczęście dzięki wodzie nie była zimna. Odchyliłem głowę na ramię chłopaka, oddychając szybko i urywanie. Objąłem nieporadnie jego szyję, podtrzymując się na nim odrobinę.
Miałem wrażenie, że tracę świadomość. To wszystko trwało już zbyt długo i chciałem dojść.
– Pa–tryk! – jęknąłem, przekrzywiając głowę w jego stronę. – Dotknij mnie…
Chłopak warknął coś niezrozumiale i wcisnął dłoń między ścianę a moje krocze. Ścisnął mój penis i zaczął mnie masturbować, narzucając naprawdę imponujące tempo, równocześnie nadal mocno mnie pieprząc. Spiąłem się cały i krzyknąłem, czując jak przyjemność przeszywa moje nerwy. Orgazm był niesamowity, długi i wycisnął ze mnie resztki sił.
Nawet nie zorientowałem się kiedy on doszedł – pewnie mniej więcej w tym samym czasie co ja – ale po wszystkim staliśmy przytuleni do siebie, powoli uspokajając nasze ciała. Po chwili poczułem jak puszcza moją nogę i wysuwa się ze mnie, pozostawiając nieprzyjemne uczucie. Stęknąłem z bólu i zacisnąłem palce na jego ręce, obejmującej mnie w pasie. Nadal miałem problem ze stanięciem o własnych siłach.
Kurwa. To było świetne, ale bałem się jakie będą tego konsekwencję.
– Wszystko dobrze? – zapytał, całując mój policzek.
– Nie wiem – mruknąłem zachrypniętym głosem. Było mi trochę słabo i bolał mnie tyłek o wiele mocniej niż zazwyczaj.
– Cholera – sapnął, zauważając jak mu się leję w rękach. – To chyba nie był dobry pomysł.
– Jak na razie jest mi przyjemnie – mruknąłem, nadal półleżąc na jego klatce piersiowej. Wykręciłem głowę, by popatrzeć mu w twarz i uśmiechnąłem się lekko. – Kocham cię.
Spojrzał na mnie jak na wariata i westchnął cierpiętniczo.
– Ja ciebie też, ale jeśli możesz, to stań o własnych siłach. Wcale taki lekki nie jesteś. – Cmoknął mnie w skroń i odepchnął lekko od siebie.
Z niechęcią przeniosłem ciężar na nogi i stęknąłem głucho. O kurwa.
– No dobra. Trochę przesadziliśmy – przyznałem. Naprawdę mnie bolało i miałem ochotę krzywić się przy każdym ruchu. Musiałem się jednak powstrzymać przy Patryku, nie chciałem go niepokoić.
Chłopak obmył mnie delikatnie, a gdy wyszliśmy z kabiny, to też wytarł. Bawiło mnie to, ale równocześnie sprawiało przyjemność, więc się nie odzywałem, by go nie płoszyć. Ubraliśmy na siebie jedynie majtki i ruszyliśmy do łóżka. Niby nie zamierzaliśmy jeszcze spać, ale przyjemnie byłoby po prostu poleżeć obok siebie. Zresztą nie mieliśmy ochoty na oglądanie telewizji.
Z racji wygody wylądowałem na brzuchu, a Patryk wtulił się w mój bok. Kołdrę na razie skopaliśmy w nogi.
– A co z winem? – zapytał, gdy już się ułożyliśmy.
– Teraz o tym mówisz? Już mi się go nie chce szczerze powiedziawszy.
Zaśmiał się cicho i wsunął palce w moje wciąż mokre włosy. Zaczął się nimi bawić, a ja, gdybym mógł, mruczałbym z przyjemności. Uwielbiałem, gdy ktoś gładził mnie po głowie. Przymknąłem na moment oczy.
To właśnie wtedy, gdybym wiedział, wcale nie otwierałbym oczu. Może gdybym pozwolił mu na rozmyślanie, w końcu doszedłby do wniosku, że jednak ja jestem ważny, a nie jakaś głupia obietnica, którą złożył jako dziesięciolatek. Ale nie pozwoliłem mu na to, bo otworzyłem oczy i dostrzegłem, że jego dobry humor wyparował.
– Co się dzieje? – szepnąłem z obawą.
– Ja… – zaciął się i naraz miałem wrażenie, że podjął jakąś decyzję. Jego wzrok stał się pewny swego i nieustępliwy. – Wiem, co zrobię po gonitwie – stwierdził i zamilkł, zagryzając wargę.
– Co? – dopytałem, gdy cisza się przedłużała. Już wiedziałem, że to mi się nie spodoba.
– Wiesz, że muszę wygrać ten wyścig, prawda? – zabrzmiał tak, jakby potrzebował mojego potwierdzenia. Jednak, gdy nie odpowiedziałem, kontynuował – obiecałem to sobie. Jeśli w tym roku mi się nie uda, to przyjadę tu za rok… A jeśli za rok mi się nie uda, to będę próbował do skutku. – Dopiero teraz dostrzegłem niepewność. – Wiesz, co to oznacza?
– Że jeśli przegrasz, nie wrócisz ze mną do stajni – mój głos zadrżał. Stracę go. Już teraz wiedziałem, że go stracę.
– Tak. Znajdę kogoś z dobrym koniem i zatrudnię się u niego – szepnął. – Pytałem Tomasza, czy będzie wystawiał następne konie do Pardubickiej.
– Nie ma takich – mruknąłem. – Wiem.
– Właśnie. – Przymknął oczy i westchnął cicho. – Być może zostanę tutaj, to byłoby w sumie najwygodniejsze.
– Patryk. – Dotknąłem delikatnie jego policzka. – Obiecaj mi coś.
Niebieskie oczy znów spojrzały na mnie. Dostrzegłem w nich ból i zdałem sobie sprawę, że to dla niego tak samo ciężkie jak dla mnie. Obaj nie wierzyliśmy, że nasz związek może przetrwać rozłąkę. Przy Adamie mógł się łudzić, był z nim w końcu cztery lata. Lecz ze mną? Mnie znał pół roku, a od niecałych dwóch miesięcy się pieprzyliśmy.
– Obiecaj mi, że zrobisz wszystko, byśmy zdobyli pierwsze i drugie miejsce – szepnąłem. – Ja zawalczę o to z całych sił.
– Obiecuję. – Uśmiechnął się. – A ty obiecaj, że nie spowolnisz Sarnada przed metą.
Zaskoczył mnie tym. Naprawdę zaskoczył. To byłoby w moim stylu. W momencie, gdybym miał wybór, czy wybrać Patryka, czy konia, było oczywiste kogo bym wybrał. W przypadku Sarnada mogłem się jeszcze łudzić, że go odkupię.
Zacisnąłem usta, trawiąc przez chwilę tę prośbę.
– Obiecaj mi to – powtórzył. – Nie chcę wygrać na niby, to by się nie liczyło.
– Dobrze. – Mój głos wyraźnie drżał. – Obiecuję.
– Cieszę się. – Uśmiechnął się łagodnie, w sposób, który najbardziej kocham, bo był przeznaczony dla mnie. Nigdy nie widziałem, by uśmiechał się tak do kogoś innego. Ta specyficzna krzywizna ust, zmarszczenie oczu i napięcie policzków należało jedynie do mnie.
Wtuliłem się w niego mocniej.
Chciałem, by czas się zatrzymał.

23 listopada 2016

[21] Gonitwa


Tydzień zleciał nam błyskawicznie. Nie mogłem jeździć, ale nie nudziło mi się, gdy obserwowałem Patryka, trenującego z Gromem i Sarnadem. Byłem dumny, że nasze konie są w tak dobrej kondycji, przez co szatyn, gdy tylko wracaliśmy do domu, padał na łóżko i odsypiał, a ja szedłem do sklepu po produkty na obiad. No i robiłem ten obiad, wprawiając chłopaka w coraz większy podziw. Mieliśmy zwykłą, domową kuchnię do dyspozycji i cały jej sprzęt, więc mogłem szaleć z potrawami typu rolada z kurczaka ze szpinakiem. Miałem masę czasu, więc nawet odrobinę usztywniona dłoń nie mogła mi przeszkodzić w panoszeniu się w podobno kobiecej roli. A mówią, że to mężczyźni najlepiej gotują.
To w piątek zrobiłem właśnie tą roladę, a gdy usiedliśmy do stołu, Patryk spojrzał na mnie jak na jakiegoś przybysza z kosmosu, który jest, co prawda fajny, ale i równie niepokojący. Ja w zamian miałem ochotę parsknąć śmiechem, gdy kolejny raz z obawą spróbował danie, by z ulgą przyjąć, że jest pyszne. Nie rozumiałem, dlaczego cały czas wyczekiwał, aż coś zepsuję.
– Gdzie ty się nauczyłeś gotować? – zapytał po paru kęsach. Widać było, że powstrzymuje się, by nie rzucić się na jedzenie. Z pewnością był głodny, bo śniadanie jedliśmy przed ósmą, a teraz było parę minut przed czwartą po południu.
– W domu. – Wzruszyłem ramionami. – Gdy moja mama i tata pracowali na polu, ja robiłem obiady. Później zaczęła mi pomagać siostra… W sumie bardziej przeszkadzać. – Parsknąłem, przypominając sobie jaki czasem bałagan robiliśmy. Nigdy nie byłem dobry w ogarnianiu kuchni z równoczesnym robieniem obiadu. Dopiero, gdy miałem gotową potrawę, zaczynałem sprzątać.
– Ja niby też robiłem obiady… – mruknął, gdy przełknął. – Wiesz, dla mnie i dla ojca. Ale u mnie ograniczało się to do spalenia makaronu i zrobienia zbyt wodnistego sosu.
Spojrzałem na niego z rozbawieniem. Niektórzy ludzie – w tym on – uznają, że są ponad instrukcje na opakowaniu. Później się dziwią, że nie wychodzi.
– Jak twoja ręka? – zapytał po chwili milczenia i pochłaniania obiadu.
Ja miałem o wiele mniej nałożone, a i tak Patryk zjadł szybciej. Nie byłem głodny, gdy nie miałem żadnego wysiłku fizycznego. Siedzenie w miejscu było dla mnie wręcz nienaturalne i miało trochę dziwne konsekwencje – jak na przykład brak głodu i znużenie.
– Lepiej – wymlaskałem, oblizując przy tym widelec. – Opuchlizna już zeszła i tylko czasem mnie coś kłuje.
– To co, od poniedziałku jeździsz? – Odłożył sztućce na pusty talerz. – Dzięki. Było pyszne. – Uśmiechnął się szeroko.
– No pewnie. Dłużej w bezruchu nie wytrzymam.
Gdy i ja skończyłem jeść, Patryk zabrał nasze talerze do umycia. Przez chwilę mogłem bezkarnie wgapiać się w jego plecy. Ostatni raz kochaliśmy się jeszcze w Polsce i naprawdę zaczynało mi tego brakować. A mimo to po naszej kłótni miałem jakieś durne opory i nie mogłem się ich pozbyć. Nie obawiałem się go w sensie fizycznym, ale w psychicznym. Odkąd dopuściłem do siebie możliwość, że może mnie wykorzystywać, mój umysł nie potrafił się tego tak łatwo pozbyć i pozwolić mu na zbliżenie się. Cóż. Może to i dziwne, może i normalne, ale potrafiłem się oddać tylko komuś, komu ufałem.
Patryk na szczęście do tej pory niczego nie próbował, jakby czekając na mój ruch. Wyczuł zmianę we mnie i starał się do niej dostosować. Byłem mu za to naprawdę wdzięczny.
– A tak w ogóle – rzucił, zakręcając wodę i odwracając się w moją stronę. – Miałem cię wcześniej pytać, ale zapomniałem. Adam zapraszał nas do jakiegoś klubu. Podobno zebrał parę osób ze stajni i chcą dzisiaj się trochę wyszaleć.
– Myślisz, że to dobry pomysł? – Skrzywiłem się nieznacznie. – Wiesz, że będziemy musieli udawać, że podobają nam się dziewczyny.
– Wiem. Dla mnie to nie problem. – Uśmiechnął się lekko. – Przecież nie musimy przelecieć tych, z którymi będziemy tańczyć. Chodzi tylko o rozrywkę, żeby nie siedzieć w mieszkaniu jak te kołki. – Przechylił głowę na bok, uśmiechając się przy tym dość specyficznie. – I możemy trochę wypić. Jutro i tak są jakieś zawody, więc nie ma gdzie jeździć.
– No to dobra. – Wzruszyłem ramionami. – Możemy iść.
W sumie nie za bardzo mi się chciało, ale widziałem, że Patryk ma ochotę na to wyjście. A nie poszedłby sam, gdybym odmówił. Już od dawna robiliśmy wszystko albo razem, albo wcale. Nie miałem pojęcia w którym momencie stało się to dla nas tak oczywiste.
***

Ubraliśmy się wyjściowo, ja w moje zwyczajowe czarne spodnie i tym razem niebieską, przydługą bluzę – zakrywającą ramiona, na których wciąż widniały słabe ślady naszej szarpaniny – a Patryk założył białe spodnie, czarną bluzkę i skórzaną kurtkę. Coś czułem, że dziewczyny nie dadzą mu dzisiaj spokoju. A przynajmniej ja bym mu nie dał, gdybyśmy byli w innych, bardziej sprzyjających warunkach.
Około dwudziestej pierwszej zamówiliśmy taksówkę (Patryk, skubany, zdobył numer) i pojechaliśmy na wskazany przez Adama adres. Wylądowaliśmy w dość zadbanej ulicy, zaraz przy klubie. Zdziwił mnie porządek i dobre oświetlenie tego miejsca. Widać też było, że kamienice są czyste i zadbane.
Weszliśmy z Patrykiem do klubu i zaczęliśmy szukać Adama w tłumie ludzi. Trochę nam zajęło, zanim wypatrzyliśmy go siedzącego w jednej z loży z dwoma mężczyznami i kobietą. Dołączyliśmy do nich.
– Seba, Patryk! – krzyknął Adam, gdy tylko nas zobaczył. – Myślałem już, że nie przyjdziecie! – Wstał i klepnął Patryka w ramię, bo był bliżej. Uśmiechnąłem się, widząc skrzywienie na twarzy chłopaka. Uderzenie Indianina zwykle odczuwało się przez jakiś czas.
Adam szybko przedstawił wszystkich, po prostu wymieniając imiona. Klara, Mirek i Natan, jak się okazało, cała nasza szóstka była z Polski, a wodzu postanowił nas zintegrować, by pokazać Czechom jak się powinno pić. Od razu skrzywiłem się na te słowa, bo wcale nie lubiłem dużej ilości alkoholu. Czasem zdarzało mi się przesadzić, święty nie byłem, ale zwykle próbowałem wypić tyle, by na drugi dzień nie umierać od odwodnienia.
Wszystkich tutaj – oprócz Patryka – można było opisać jednakowo. Niscy, szczupli i w miarę dobrze zbudowani. Jak to dżokeje. Ale i tak zauważyłem, że byłem najniższy z mężczyzn. Jedynym pocieszeniem była drobniejsza ode mnie Klara, choć w sumie to żadne pocieszenie, bo jest kobietą. Czasem mój kompleks odnoście wzrostu wkurzał mnie samego. Zawsze musiałem się porównywać. Co z tego, że byłem przystojniejszy od Mirka i Natana razem wziętych… Tak… Cóż. Jakoś musiałem się dowartościować.
– Chcesz piwo czy jakiś drink? – zapytał mnie Patryk. Zmarszczyłem lekko brwi, z początku nie wiedząc po co pyta, przecież sam mogłem sobie kupić. Na szczęście po kilku sekundach wgapiania się w niego, przypomniało mi się, że przecież nie znam czeskiego.
– Piwo – powiedziałem w końcu i wbiłem wzrok w stolik, przy którym usiedliśmy. Był brązowy z czarnymi żyłkami, gładki i zimny w dotyku.
Uwinął się z tym szybko. A przynajmniej na tyle, by czwórka naszych starszych towarzyszy nie przypomniała sobie, że siedzę obok i nie zagadała do mnie. Podobało mi się, gdy mogłem ich słuchać i sam nic nie mówić. Tematem były oczywiście wyścigi. A konkretnie jutrzejsza gonitwa. Kłócili się o to, który z koni jest najlepszy, a ja serio nie miałem pojęcia po co się tak ekscytują pochodzeniem rodowym jednego z koni. I tak połowę sukcesu wierzchowiec zawdzięcza jeźdźcowi, a z tego, co słyszałem, gdy wymieniali nazwiska, owy tak wspaniały koń będzie miał beznadziejnego dżokeja. Nie ma szans na wygraną.
Patryk podał mi piwo i sam usiadł obok mnie ze swoim.
– Jak wam idą treningi? – zapytał Adam, gdy ich dyskusja trochę ucichła.
– A dobrze. – Szatyn uśmiechnął się szeroko i odstawił kufel. – Teraz, gdy jestem zmuszony jeździć na obu koniach. – Poklepał delikatnie moją zabandażowaną dłoń, którą chwilę wcześniej położyłem na stoliku. – To naprawdę treningi dają mi w kość. Przez ostatnie pół roku jeździłem tylko na Gromie, trochę się odzwyczaiłem. – Wzruszył ramionami i zerknął na mnie.
– No. Bylebyś nie przesadził – stwierdził Adam. – Tomasz by mnie zabił, gdybyś się przetrenował – zaśmiał się cicho.
– A co? Obiecałeś nas pilnować? – prychnąłem. Wiedziałem, że Adam i trener się przyjaźnią, ale nigdy nie umiałem rozgryźć, na ile sobie ufają, a na ile chcą po prostu poznać swojego przeciwnika.
– Coś w tym stylu – mruknął Indianin i popił swoje piwo.
– Tak bardzo nadajesz się na niańkę – prychnęła kobieta i zaśmiała się cicho.
Adam jedynie na nią spojrzał krótko i wzruszył ramionami. Widać było, że nie obchodzi go jej zdanie.
– Wasza trójka bierze udział w Wielkiej Pardubickiej? – zdziwił się Mirek. Facet miał około trzydziestki i kilkudniowy zarost na twarzy, co go jeszcze bardziej postarzało. Teraz przecierał go dłonią z zamyśleniem.
– No tak. Mówiłem ci – odpowiedział Adam.
– Wiem, ale nie spodziewałem się dzieci. – Wskazał na nas. – Ile macie lat?
– Dwadzieścia. – Patryk wzruszył ramionami. Nie widać było, żeby ubódł go komentarz o dzieciach. W końcu to my braliśmy udział w Pardubickiej, a nie ten mężczyzna. Mógł sobie więc gadać, co chce. – A Seba dwadzieścia trzy.
– I macie już tytuł dżokejski? – Tym razem zdziwionym był Natan.
– Tak – mruknąłem. Nie rozumiałem ich poruszenia.
– Wow. Gratulacje. Ja zdobyłem go dopiero po pięciu latach wyścigów. – Mężczyzna uśmiechnął się do nas szeroko.
Na szczęście temat szybko zszedł na jakieś pierdoły i mogłem się wyłączyć, pozwalając, by Patryk przejął na siebie ich zainteresowanie. Ja w spokoju popijałem piwo i co jakiś czas zerkałem na parkiet, gdzie tłumek ludzi wywijał do rytmu muzyki. Sam chętnie bym zatańczył.
Po trzecim piwie – później ja po nie szedłem, gdy Patryk powiedział mi jak je kupić – stwierdziłem, że mogę już poprosić Klarę na parkiet. Była trochę zdziwiona, bo pewnie uznała mnie za jakiegoś mruka, gdy się nie odzywałem, ale i tak chętnie na to przystała.
Dołączyliśmy do tańczących i sami zaczęliśmy się ruszać. Było przyjemnie i rozluźniająco. Nie musiałem się bardzo starać, bo Klara sama nie umiała tańczyć. Bawiliśmy się więc, co jakiś czas śmiejąc się z naszych poczynań. Musieliśmy wyglądać dość zabawnie.
W pewnym momencie zauważyłem, że reszta też wyszła na parkiet i zaczęli tańczyć z jakimiś dziewczynami. Odnalazłem wzrokiem Patryka i pociągnąłem Klarę w jego stronę. Po chwili odbiłem mu dziewczynę, a on trochę zdziwiony zaczął tańczyć z Klarą. Musiałem przyznać, że miał dobry gust. Brunetka, którą wcześniej wybrał, tańczyła świetnie i mogłem patrzeć w nieskończoność jak się obraca. Podziwiałem kobiety, że nie kręci się im w głowach. Chociaż może nie była to do końca prawda, bo nie raz musiałem nieznajomą ustawić do pionu, gry traciła równowagę. Ale mimo tych krótkich chwil, poddawała się mojej woli i kręciła naokoło mnie. Miałem z tego niezłą zabawę – trochę niemal sadystyczną, bo chciałem sprawdzić ile wytrzyma.
– Niezła jest, co? – usłyszałem w pewnym momencie głos Patryka przy swoim uchu. Klara gdzieś mu uciekła, a on stanął bardzo blisko mnie. Spojrzałem na niego krótko i zaraz się odsunąłem, bo miałem wrażenie, że się zapomniał.
Patryk uśmiechnął się na moją reakcję. Tym razem to on odbił mi dziewczynę i pociągnął ją w tłum, pozostawiając mnie z niczym. I dobrze, pomyślałem.
Wróciłem do naszego stolika i usiadłem ciężko na ławie, którą wcześniej zajmowali nasi starsi towarzysze. Po chwili bezczynnego siedzenia poszedłem sobie po piwo i wróciłem na to samo miejsce. Wypatrywałem Patryka na parkiecie i piłem powoli z kufla.
Jakiś czas później dołączył do mnie Adam. Chyba też miał dość tańca. W sumie trochę dziwiło mnie, że wybrał takie miejsce. Z tego co wiedziałem, ma żonę i córkę, i nie za bardzo przepada za jakąkolwiek formą imprez. No, ale zwykle tak było przed zawodami. Nie znałem go z innej strony, gdy siedzi bezczynnie i nie ma nic do roboty. Teraz był w Pardubicach, ale jego koń miał dopiero przyjechać kilka dni przed gonitwą. Jeszcze co najmniej przez dwa tygodnie nie będzie miał co robić.
– Co? Nie udało się odbić brunetki z rąk Patryka? – zaśmiał się do mnie i poprawił gumkę, którą związał włosy.
Wzruszyłem jedynie ramionami i dalej wgapiałem się w mojego chłopaka. Byłem już w takim stanie, że bawił mnie komentarz Adama. Tak, niech sobie myśli, że patrzę na dziewczynę, podczas gdy pożerałem wzrokiem Patryka. Gorzej, gdy chłopak wyłapał to spojrzenie i teraz co chwilę zerkał w naszym kierunku. To już mogło być bardziej podejrzane, więc niechętnie odwróciłem od nich wzrok.
– O co wam w ogóle wtedy poszło? – zapytał Adam, na co zmarszczyłem się z niezrozumieniem. Powie ci taki od środka i weź się domyślaj o co chodzi. – Czemu uderzyłeś Patryka? – sparafrazował.
– Wkurzył mnie – zaśmiałem się cicho i do twarzy przylepił mi się głupi uśmiech. No bo co miałem powiedzieć? Niech się domyśla o co chodzi. – Szkoda tylko, że sam zrobiłem sobie przy tym większą krzywdę niż jemu.
– Czasem was nie rozumiem – stwierdził mężczyzna, wzdychając. – Na poprzednich zawodach zatrzymałeś się, gdy spadł. Ogólnie trzymacie się razem, obojętnie co byście nie robili, z tego co dowiedziałem się od Tomasza. Kilka dni temu walnąłeś go po mordzie, bo cię wkurzył i nie odzywaliście się do siebie, dopóki nie zorientował się, że coś ci się stało. A teraz próbujecie sobie nawzajem odebrać panienkę i widać, że was to szczerze bawi.
– Widzisz? Prawdziwa przyjaźń. – Parsknąłem śmiechem po raz kolejny. Nie wiem, gdzie on widział to podbieranie. Po prostu oboje z nią zatańczyliśmy. Wielka mi rzecz.
Adam nie odpowiedział, tylko wlepił wzrok w parkiet. No i w Patryka, który debilnie co chwilę odwracał wzrok w naszą stronę – niby przypadkiem. Wsadziłby sobie ten przypadek w dupę, bo z dala widać o co chodzi.
Spochmurniałem trochę. Adam za dużo myśli i analizuje. Po cholerę mu to?
– Muszę do łazienki – stwierdziłem nagle i wstałem. Zostawiłem Adama samego ze swoimi przemyśleniami. Niech sobie robi z nimi co chce, byleby nie zaglądał do naszej sypialni.
Wysikałem się, umyłem ręce i już wychodziłem z kibla, gdy nagle ktoś wepchnął mnie do niego spowrotem. Miałem szczęście, że nikogo tu teraz nie było, bo tym kimś okazał się Patryk, który przycisnął mnie do ściany i mocno pocałował.
Stęknąłem mu w usta bynajmniej nie z przyjemności i odepchnąłem.
– Co ty kurwa robisz? – warknąłem wściekły, a chłopak spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Widać było, że jest wstawiony. A niby tylko trzy piwa.
– Myślałem, że… – zaczął niepewnie i cicho. Usłyszałem go tylko dlatego, że drzwi tłumiły muzykę.
– Raczej nie myślałeś – prychnąłem. – Moje gapienie się na ciebie i brunetkę to co innego jak twoje na mnie, gdy obok siedzi Adam – wytknąłem.
Patrzyliśmy chwilę na siebie. Ja wściekły, a on trochę wystraszony.
– Sorry – mruknął w końcu i przetarł twarz dłońmi. Widziałem, że mu głupio. I wiedziałem, że te moje gapienie się, dało mu w końcu sygnał, że jestem zainteresowany. Z pewnością na niego czekał, więc widząc go, stwierdził, że pewnie wiem co robię. Powinniśmy porozmawiać, pomyślałem, a nie bawić się w jakieś dziwne podchody i domysły. W których zresztą nigdy nie byłem dobry.
– Jedziemy do mieszkania, co? – zapytałem z nadzieją.
– Mhm – mruknął.
Wyszliśmy z kibla i poszliśmy po kurtkę Patryka, która została na siedzeniu przy naszym stoliku. Adam spojrzał na nas uważniej.
– Jedziemy już – wyjaśniłem. – Patryk źle się poczuł.
Cóż. Przynajmniej wyglądał na takiego. Jego naburmuszona i zmęczona twarz mogła to potwierdzać. Nie przejął się tym, że zwalam winę na niego.
– Spoko. Uważajcie na siebie – usłyszeliśmy na pożegnanie od Adama i wyszliśmy z klubu.
– Musisz zadzwonić po taksówkę – przypomniałem, gdy zauważyłem, że przystanął i bezmyślnie wgapia się w przestrzeń.
Zerknął na mnie krótko i wyciągnął komórkę, by zadzwonić. Czekaliśmy w milczeniu kilka minut, by w końcu móc wsiąść do samochodu i pojechać do mieszkania.
Gdy zamykaliśmy za sobą drzwi na klucz, była już pierwsza w nocy. Patryk od razu zajął łazienkę, a ja przysiadłem na podłodze małego korytarza. Byłem zmęczony, a atmosfera między nami zrobiła się nie do zniesienia. Nie wiedziałem jak i czy mogę ją naprawić.
Chłopak wyszedł z łazienki po jakichś dziesięciu minutach w samych spodniach dresowych. Mój wzrok automatycznie padł na jego tors, ładnie opalony i płaski. Nie dane mi było go długo oglądać, bo chłopak odwrócił się ode mnie z zamiarem wejścia do sypialni.
– Patryk… – szepnąłem, wstając z podłogi – Poczekaj.
Przystanął i zerknął na mnie niepewnie. Było mi dziwnie widzieć go takim. Nie pasowała do niego ta uległość i w pewnym sensie zrezygnowanie.
– Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem. – Stanąłem pomiędzy nim a drzwiami do sypialni. Chciałem widzieć jego twarz.
– Co się w ogóle dzieje? – zapytał spokojnie. – W sensie… Mam wrażenie, że się mnie boisz od tamtej kłótni. Uciekasz przed moim dotykiem, a gdy widzisz, że chcę cię pocałować… To robisz taką minę, że mam wrażenie, że ci robię krzywdę. – Westchnął. – Niby mi wybaczyłeś, a jednak… Coś się zepsuło.
– Sam nie wiem, dlaczego tak reaguję.– Skrzywiłem się. W sumie wiedziałem, ale dziwnie byłoby to powiedzieć na głos. To był strasznie głupi powód. Niemal się go wstydziłem.
– To co mam zrobić? – szepnął. – Chciałem ci dać czas. Poczekać aż sam będziesz chciał… – zaciął się. – Ja wiem, że wcale dużo nie minęło, ale męczy mnie to. Nie tyle brak kontaktu, co niepewność, co się w ogóle dzieje.
– Przepraszam – mruknąłem.
– Boisz się mnie? – zapytał, robiąc mały krok w moją stronę.
– Nie…
– Nie ufasz mi? – Tym razem trafił z pytaniem. Zagryzłem wargi i wbiłem wzrok w podłogę między nami. – Dlaczego?
– To głupie – jęknąłem. Alkohol trochę ułatwił rozplątanie języka. Nie byłem pijany, nie kręciło mi się w głowie, ale czułem się rozluźniony. Tyle wystarczyło. – Zobaczyłem wtedy, że wystarczyłoby parę słów i zniszczyłbyś mi życie… Ja… Wystraszyłem się.
– Przecież wiesz, że bym tego nie zrobił – mruknął. – To jest coś, co wychodzi ponad nasze kłótnie. Obojętnie co by się stało, obojętnie na co i dlaczego byłbym zły, nie mam prawa mówić Tomaszowi o twojej orientacji. Jemu ani nikomu innemu.
Zaskoczony spojrzałem mu w oczy. Trafił dokładnie w to, czego się obawiałem. Ale skąd miałbym wiedzieć, że kiedyś mu się nie odwidzi i nie zechce się na mnie o coś zemścić?
– I tak w ogóle… – zaczął już trochę pewniej. – Nie uważam cię za gorszego, bo pozwalasz mi dominować. Z Adamem tylko dwa razy w ciągu naszego czteroletniego związku byłem na górze. I to tylko dlatego, że za pierwszym razem bałem mu się oddać, a za drugim zagroziłem, że od niego odejdę.
Uśmiechnął się lekko, widząc na mojej twarzy zaskoczenie i niedowierzanie.
– Oj, no nie patrz tak – prychnął z rozbawieniem. – Widziałeś nas razem. Chyba nie sądziłeś, że pozwoliłby mi się rządzić?
Kompletnie nie spodziewałem się, że powie mi kiedykolwiek, co było pomiędzy nim, a Adamem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jak mógł między nimi wyglądać seks. W sumie nawet nie chciałem. Patryk był teraz ze mną i wydawał się być zadowolony z naszych zbliżeń.
– Ale ty… – zaciąłem się. – Ty uwielbiasz dominować…
– A ty uwielbiasz być na dole. – Uśmiechnął się radośnie. – Nie wszystko zawsze idzie po naszej myśli.
Skrzywiłem się i oparłem o zamknięte drzwi. Jego szczerość pozytywnie na mnie wpływała.
– Wiesz… – szepnął po chwili naszego milczenia i wgapiania w siebie. – Jeśli cię to uspokoi, możemy się zamienić… W sensie… No w sumie w każdej chwili możesz, jeśli chcesz, ale teraz…
Nie powstrzymałem cichego śmiechu, słysząc jego plątanie, a Patryk zamilkł, zaciskając mocno usta. Zawsze bardziej krępował się ode mnie, choć wcale nie miał powodu. To było urocze.
– A mógłbyś powiedzieć o co ci chodzi w jednym, w miarę krótkim zdaniu? – zapytałem.
– Chcę ci się oddać – mruknął, czerwieniejąc na twarzy.
Zamrugałem zaskoczony. Nie. Tego stanowczo nie potrzebowałem. Ale dzięki tym słowom poczułem się o wiele bardziej pewnie. Jakby wszystko trafiło na swoje miejsce. Zaskoczyło.
– Jeśli kiedyś naprawdę będziesz chciał… – zacząłem i naraz objąłem go za szyję, ciągnąć w swoją stronę i zbliżając usta do jego ucha. – Ale teraz myślę, że nie musimy niczego udowadniać.
Jego silne ręce objęły mnie mocno, pewnie. Schował twarz w moich włosach na sekundę, po czym pocałował w skroń. Westchnąłem cicho i wtuliłem się w jego ramiona. O dziwo ta rozmowa wystarczyła. Poczułem się pewniej, gdy dostrzegłem, że on też to wszystko przeżywa. Na swój własny, zamknięty sposób, ale jednak.
– Kocham cię – szepnąłem i odwróciłem twarz ku niemu, by go pocałować. Niestety – albo stety – zostałem powstrzymany. Chłopak złapał dłońmi moją twarz i wpatrzył się w moje oczy.
– Też cię kocham – powiedział z pewnością w głosie i przyciągnął do czułego pocałunku.