Krzyki tłumu zdołały zagłuszyć bicie mojego serca.
Czułem mocne mięśnie pod sobą i wiedziałem, że Sarnad przyśpiesza, dając popis
swoich umiejętności. Całe moje życie zawęziło się do tej chwili, gdy pozwoliłem
gniadoszowi być sobą. Najlepszym koniem, jakiego kiedykolwiek dosiadałem.
Czułem jak do oczu napływają mi łzy.
Nie rozumiałem jak można być tak bardzo szczęśliwym
i załamanym jednocześnie. W tej chwili mogłem stracić albo wszystko, albo zyskać
choć jedną istotę, którą kochałem. To była najbrutalniejsza lekcja życiowa jaką
przeszedłem.
Gdy otworzyłem oczy, byłem już dawno za metą i
dopiero wtedy zwolniłem. Nie miałem pojęcia, kto z nas wygrał. Patryk już dawno
zwolnił, tak samo jak nasz przeciwnik. Przeszedłem do kłusa i zawróciłem. Tak
naprawdę, gdybym wsłuchał się w komentatora, znałbym już wynik, ale wtedy każdy
głos mieszał się ze sobą i nie mogłem skupić się na żadnym z nich.
Dołączyłem do Patryka i ściągnąłem okulary, które
były teraz całe skurzone i ledwo przez nie wydziałem. On też się pozbył swoich
i spojrzał na mnie z dumą. Jechaliśmy obok siebie, oddalając się od ludzi.
Niektórzy dopiero teraz dobiegali do mety.
– Zapędziłeś się trochę – stwierdził z łagodnym
uśmiechem.
– Zamknąłem oczy – wyjaśniłem i zaśmiałem się
nerwowo. – Kto wygrał?
Chłopak przez chwilę patrzył na mnie zdziwiony i
dopiero po chwili się zorientował, że pytam go na serio. Miałem wrażenie, że
świat się zatrzymał, gdy otworzył usta i powiedział:
– Ty.
***
Moje wspomnienia od chwili, gdy mój ukochany
odpowiedział „ty”, a chwilą, gdy zadzwonił do mnie Daniel, były jedną wielką
paletą barw, których za nic później nie potrafiłem rozróżnić. Wiedziałem, że
zabrali mnie i Sarnada na dekorację, wiedziałem, że Tomasz był dumy jak paw,
wiedziałem, że wszyscy mi gratulowali i w końcu wiedziałem, że Patryk zdobył
drugie miejsce, ale do cholery żadnych szczegółów później nie potrafiłem podać.
Być może dlatego, że mazałem się jak dziecko, rycząc cały czas. Nie jakoś
histerycznie, ale to nie zmienia faktu, że oczy miałem mokre i najzwyczajniej
w świecie wszystko się zamazywało.
Dopiero cztery godziny później, gdy wszyscy dali mi
w końcu święty spokój, mogłem usiąść w boksie Sarnada – MOJEGO KONIA – i
wgapiać się bezmyślnie w słomę. Nie mogłem już nic zrobić. Wszystko już się
rozegrało, rozwiązało i każdy miał wrócić do swojego życia bogatszy o parę
doświadczeń, ale bez złudzeń, że jeszcze kiedyś będzie tak szczęśliwy jak był.
A przynajmniej tak mi się zdawało.
To wtedy, siedząc sam w boksie mojego konia,
usłyszałem telefon. Bezmyślnie odebrałem i przyłożyłem go do ucha, milcząc.
– Yyy... Jesteś? Sebastian? – zapytał niepewny,
znajomy głos Daniela.
– Jestem – mruknąłem. – Po co dzwonisz?
– Gdzie jesteś?
– W Pardubicach.
– Konkretniej.
– W stajni.
– Której? Mogę tu wejść czy mnie zatrzymają?
Zamrugałem zaskoczony. Jak to wejść?
– Co? – palnąłem ogłupiały.
– No wejść. Do stajni. Nie wiem której, bo drzwi
jest tu w cholerę.
– Jesteś na torze?! – niemal krzyknąłem.
– Nie. W mieszkaniu. A konkretniej w nowym, ładnym
mieszkaniu nad morzem… – Cisza. – Jestem w Pardubicach, idioto. I chciałbym się
z tobą zobaczyć.
– Stań przy kasach hazardowych. Zaraz będę –
rzuciłem i rozłączyłem się.
Niemal wybiegłem ze stajni i szybkim krokiem
ruszyłem w stronę kas. Nadal był tu mały tłumek, przez co chwilę mi zajęło
wypatrzenie znajomej twarzy. Daniel stał oparty o jedną z barierek z rękami w
kieszeniach i bezmyślnie wpatrywał się w swoje buty. Na sobie miał eleganckie
czarne spodnie i brodową koszulę, w których wyglądał jakby wybierał się na
spotkanie biznesowe, a nie wyścigi konne.
Przyspieszyłem i bez ostrzeżenia objąłem go mocno.
Mężczyzna stęknął cicho, gdy ścisnąłem jego klatkę piersiową. Sam mnie nie
przytulił, bo uniemożliwiłem mu to, ściskając także jego ręce. Kilka sekund tak
stałem, po czym odsunąłem się o krok z szerokim uśmiechem.
– Płakałeś? – zapytał szczerze zaskoczony,
przyglądając mi się uważniej. Wciąż miałem na sobie białe bryczesy, ale barwy
klubowe i kamizelkę ochronną już ściągnąłem, zostając jedynie w czarnej bluzce.
– Ta. – Wzruszyłem ramionami, jakby to było
normalne. – Jakoś od czterech godzin. Dopiero jak odstawiłem Sarnada do boksu,
to przestałem.
– Dlaczego? – Uśmiechnął się łagodnie i zrobił taki
ruch, jakby chciał mnie objąć. Powstrzymał się jednak w ostatnim momencie.
– To dłuższa historia. – Znowu wzruszyłem
ramionami. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Przyjechał tutaj. Dla mnie. Cały
czas te myśli obijały się po mojej głowie. – Czemu przyjechałeś?
– To raczej oczywiste. Chciałem cię zobaczyć. –
Uśmiechnął się. – Gratuluję wygranej. – Wskazał na kasy rozbawiony. – Wygrałem
dzięki tobie dwa tysiące koron.
– Postawiłeś na mnie? – zdziwiłem się. Ja sam bym
na siebie nie postawił, bo do końca nie wiedziałem, czy mi coś nie odwali i nie
powstrzymam Sarnada zaraz przed metą.
– To była dobra inwestycja. – Zaśmiał się ciepło i
odbił od barierki. – To co? Głodny? Mają tu świetnego kebaba. Już go rano
jadłem, polecam.
– Wiem. – Uśmiechnąłem się lekko. – Już go z
Patrykiem dorwaliśmy.
– Mądry wybór. – Tym razem nie powstrzymał się i
dotknął moich włosów, by przesunąć po paru dłuższych kosmykach palcami. A
później uśmiechnął się czule i poprowadził na mój pierwszy w tym dniu posiłek.
Cieszyłem się, że go widzę. A już w ogóle cieszyłem
się, że wygląda o wiele lepiej, niż ostatnim razem, gdy się widzieliśmy.
Wyzdrowiał i było to widać w całej jego postawie. A już w szczególności w
pięknych ciemnoniebieskich oczach, z których znikły cienie, niewyspanie i które
patrzyły na mnie jak na coś bardzo ważnego.
Te oczy towarzyszyły mi później, gdy wróciłem do
domu i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Przez następne miesiące dawały mi
oparcie i nie pozwoliły, bym się wygłupił, rzucając wszystko i jadąc do Patryka
do Pardubic. Byłem mu za to wdzięczny, bo to w Polsce, w małej wsi pod
Wrocławiem miałem swoje życie. Mimo tęsknoty byłem szczęśliwy, zajmując się
Sarnadem, klaczami, które do niego przyjeżdżały i stajnią.
***
– Wszystkiego najlepszego! – usłyszałem Daniela,
gdy wróciłem do naszego mieszkania.
Zamrugałem zdziwiony, nie za bardzo wiedząc o co
chodzi. Mężczyzna już w progu objął mnie mocno ramionami, a po sekundzie
wcisnął do rąk jakiś pakunek. Spojrzałem na jego rozradowaną twarz i nienaganny
strój. Ubrał garnitur, co mu się zwykle nie zdarzało poza pracą.
– Masz głupią minę – stwierdził, gdy się ode mnie
odsunął o krok.
– Czemu? Co to? – palnąłem, nadal nie kontaktując.
Byłem padnięty po ciężkim dniu w stajni. Tak naprawdę dopiero niedawno, gdy
Tomasz wyjechał, zacząłem doceniać jego wkład w stajnię, pracę i wszystko, co
robił. Teraz, gdy sam zajmowałem jego miejsce, nie miałem głowy do niczego poza
końmi i ludźmi, których miałem pod swoimi skrzydłami.
– Jak to co? – żachnął się. – Prezent urodzinowy.
Trzydzieści trzy lata, nie? – Uśmiechnął się szeroko, a wokół jego oczu
pojawiły się urocze zmarszczki mimiczne. Lubiłem je, były dla niego
charakterystyczne i z biegiem lat coraz bardziej widoczne.
– Och. Serio? Który dzisiaj? – Zerknąłem na
zegarek.
– Seba, a niby to ja jestem taki zapracowany. –
Mężczyzna objął mnie ramieniem i zaprowadził na naszą niedawno zakupioną
kanapę. Gdy usiedliśmy, spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. – No otwórz.
Moje usta samoistnie wygięły się w uśmiechu.
Cmoknąłem Daniela w usta, wyszeptałem „dziękuję” i zacząłem rozpakowywać
prezent. Szybko zdarłem kolorowy papier, a moim oczom ukazały się rękawiczki
jeździeckie. Ale nie byle jakie. Z napisem „Daniel” na wewnętrznej stronie
dłoni – był jednak czarny, tak jak skóra rękawic, żeby z daleka nie było widać
napisu.
Zaśmiałem się, oglądając dokładnie otrzymany
prezent. Jeszcze kilka lat temu stanowiłyby dla mnie problem, ale nie dziś – i
to właśnie dzięki Danielowi. Po jednej z przegranych Patryka, tej najgorszej,
gdy koń, na którym jechał, zmarł w trakcie gonitwy, a sam Patryk doznał dość
poważnej kontuzji, miałem nadzieję, że rzuci to wszystko i wróci do mnie. Tak
się jednak nie stało i bardzo to przeżyłem. Daniel był przy mnie i w pewnym
momencie namówił, żebym powiedział trenerowi o mojej orientacji. Uważał, że to
mi pomoże, jednak reakcja trenera była nieprzyjemna – wyśmiał mnie i nazwał od
głupców:
– Kim ja dla ciebie niby jestem? – zapytał później,
gdy pakowałem resztę swoich rzeczy, żeby się wynieść z jego stajni. W tamtej
chwili czułem, że straciłem wszystko. Nie życzyłbym tego swojemu najgorszemu
wrogowi. – Jestem twoim trenerem i opiekunem od piętnastu lat, widziałem jak
dorastasz. Chyba nie sądzisz, że byłem na tyle ślepy? Ja się nigdy nie mylę co
do ludzi! – warknął z urażoną dumą i odszedł. A ja patrzyłem na niego z
otwartymi ustami – pierwszy raz w życiu zaliczyłem prawdziwe „opadnięcie
kopary”.
Okazało się, że Tomasz nie dość, że wiedział o
mojej orientacji, to jeszcze domyślał się, że byłem w związku z Patrykiem.
Domyślał… On wiedział! Po prostu. Bo zna ludzi i zna mnie. Do dziś nie jestem
pewien, czy Dagmara i Magda też się domyślały, albo czy im powiedział, ale
później średnio mnie to obchodziło. A najśmieszniejsze, że trener nadal wyzywał
niektórych od pedałów, gdy się złościł. Cóż. Taki był. I taki byłem ja.
– Okej… – zaczął Daniel z rozbawieniem, gdy dłuższy
czas milczałem, pogrążony we wspomnieniach. – Wiem, że jestem beznadziejny w
kupnie prezentów. Na łóżku masz drugie. W barwach twojej stajni.
– Dzięki. – Spojrzałem w oczy mojego chłopaka. – Są
świetne – powiedziałem szczerze.
– Cieszę się.
Nachylił się do mnie i pocałował mocno. Westchnąłem
w jego usta, gdy delikatnie zaczął ssać moją dolną wargę. Uwielbiałem, gdy to
robił.
– Kocham cię – wyszeptał.
Spiąłem się nieznacznie. Za każdym razem, gdy
padały te słowa, czułem się winny. Owszem, kochałem go, ale mimo razem
spędzonych lat, nadal wiedziałem, że moje serce należy do kogoś innego.
W swoim życiu prawdziwie pokochałem raz. Każde inne
uczucia były o wiele słabsze od tych, które żywiłem do Patryka. Nie potrafiłem
pozbyć się go z serca. Łamałem się coraz bardziej z każdym rokiem, gdy
widziałem jego coraz większą frustrację z przegranych na Pardubickiej.
– Wiesz – mruknąłem, odsuwając się od Daniela –
kupiłem dzisiaj nową klacz. Jest wspaniała. Wygrała wiele wyścigów.
– I? – Daniel zmarszczył brwi, nie rozumiejąc do
czego dążę.
– Chcę dać Patrykowi wspaniałego konia. Źrebaka tej
klaczy i Sarnada. – Mężczyzna nadal nie rozumiał, więc kontynuowałem: – Jeśli
dobrze pójdzie, za osiem lat Patryk będzie mógł na nim pojechać w Pardubickiej.
– Osiem lat – powiedział z niedowierzaniem. – Mam
osiem lat, żebym stał się od niego ważniejszy?
Kiwnąłem głową.