11 grudnia 2017

[8] Wróć do domu




Jeśli morze nie pomoże


Grzebię butem w piasku i odskakuję, gdy fala dociera aż do mych stóp. Wciągam powietrze przez nos czując zapach wodorostów i jodu. Odchodzę parę kroków, by usiąść na suchym miejscu. Uwielbiam wpatrywać się w zachody słońca, a ten dzisiejszy jest jednym z piękniejszych, jakie przyszło mi oglądać. Niebo jest pokryte małymi obłoczkami, które mienią się paletą barw. Tarcza słońca widnieje jeszcze nieco nad horyzontem, niedługo za nim zniknie. Zimny wiatr szumi mi w uszach. Zaciągam mocniej czapkę. Jestem sam na plaży, nie licząc mew, które skrzeczą głośno, wyrywając sobie folię, pozostawioną przez jakiegoś przechodnia. Często tu przychodzę. Szczególnie teraz, w zimie. To świetne miejsce na zebranie myśli.

Dni są coraz krótsze, wszystko staje się bardziej surowe, nieprzystępne. Polskie morze nie jest wyjątkiem. W lecie byłem świadkiem nie jednej burzy. Sztormu, który mroził krew w żyłach swoją siłą. Wtedy woda ożywała, a gdy się uspokajało, tętniła życiem w niej zawartym. Teraz zmieniła się w nieprzyjazne miejsce. Czasem miało się wrażenie, że niemal martwe. Jeszcze parę dni temu można było się przejrzeć w zastygniętej morskiej tafli. W nocy zmieniała się w lód a w dzień rozpływała. Wiem z opowieści, że przy dużym wietrze i mrozie fale mogą zamarzać w swoich kształtach. Wyczekuję tego zjawiska z niecierpliwością, ale i obawą, że minusowe temperatury przyniosą większe rachunki za prąd. Nawet teraz nagrzanie mojego i Michała mieszkania jest problemem. Chociaż m i e s z k a n i e to za dużo powiedziane. Jest to połączenie pracowni, jadalni, sypialni i łazienki w jednym pomieszczeniu. Wylądowaliśmy w nim pięć miesięcy temu, po tym jak znajomy wyrzucił nas ze swojej pracowni. Zatrudniliśmy się u niego zaraz po skończeniu studiów, ale nie przepracowaliśmy nawet miesiąca. Olaliśmy postawiony przez niego warunek na temat palenia zioła. Niestety przyłapał nas na gorącym uczynku. Nie, żeby to było jakieś trudne, ostro zaczęliśmy przesadzać. Wtedy, jeszcze na haju, zdecydowaliśmy się wynieść nad morze. Zabraliśmy wszystkie oszczędności, parę ciuchów i wyjechaliśmy, zostawiając wszystko i wszystkich za sobą. Nie było dnia, żebym był trzeźwy. Pasowało mi takie życie. Z początku, gdy było ciepło, spaliśmy na plaży, później zgarnął nas Tomasz, właściciel wynajmowanej przez nas miejscówki. Dał nam pracę. Sprzątaliśmy w jego motelu a w wolnych chwilach rzeźbiliśmy. Udało nam się nawet sprzedać parę prac.

Dopiero po dwóch miesiącach od mojego zniknięcia otrzeźwiałem – dosłownie i w przenośni – na tyle, że dotarło do mnie co zrobiłem. Moja rodzina pewnie się zamartwiała, a ja bawiłem się w najlepsze. Od dawna nie miałem komórki ani komputera. Czasem jedynie korzystałem z Internetu u Tomasza, gdy chciałem coś sprzedać na allegro. Nie logowałem się jednak na facebooka czy maila. Zniknąłem. Nawet Kasia nie wiedziała gdzie wyjechaliśmy i dlaczego. Chyba, że dowiedziała się od naszego byłego pracodawcy. Ale nawet on nie miał pojęcia gdzie nas wywiało. W pewnym momencie chciałem skontaktować się z rodziną. Wtedy Michał skutecznie odwrócił moją uwagę od tego problemu. Teraz już sam nie wiedziałem co miałbym im powiedzieć przez telefon. Tak wyszło? Przecież to głupie. Powinienem z nimi porozmawiać. Byłem jednak tchórzem.

Tu. Nad morzem mieliśmy proste, choć notabene ciężkie życie. Seks, jedzenie, rzeźba. Tyle. Musieliśmy się sami utrzymać. Nie mogliśmy liczyć na niczyją pomoc. Żyliśmy jednak po swojemu. Paląc zioło, będąc razem. Z dala od innych. Z dala od miasta. To śmieszne, że znów wylądowałem na zadupiu i tak dobrze się tu czułem. Od zerwania z Fabianem moje kontakty towarzyskie zwęziły się do trzech najbliższych mi osób. Teraz pozostała jedna.

Z rozmyślań wyrywa mnie dźwięk szurania po piachu. Odwracam głowę i zbieram z twarzy włosy, które zakryły mi pole widzenia. Wiatr jest naprawdę silny.

— Chcesz się przeziębić czy co? — pyta Michał i siada obok mnie.

Jest ubrany w ciepłą ale brudną od gliny kurtkę. Na nogach ma glany. Wygląda nieco jak bezdomny, któremu ktoś pożyczył ciuchy. Ja zapewnie nie wyglądam lepiej. Obaj nadal jesteśmy chorobliwie chudzi.

— Skończyłeś?

— Nie. — Krzywi usta. — Brakuje nam gipsu, wiesz o tym? Nie zaleję całej rzeźby. Pytałem Tomasza czy nie pożyczy nam samochodu. W końcu się zgodził, ale chyba musimy częściej pokazywać mu się trzeźwi.

— Ogólnie powinniśmy mniej ćpać. To kosztuje. Jeść też coś musimy.

— Załatwiam tanie działki.

Kręcę głową i podwijam nogi pod siebie. Mam wrażenie, że zamarzły już na kamień.

— Nie wiem co ty widzisz w tym morzu — mówi. — Widok jak widok, nic nadzwyczajnego. Do tego jest zimno.

— Z początku sam się zachwycałeś.

— Tak. Ale oglądanie tego setny raz może się znudzić. No i nie chciałbym odmrozić sobie dupy. Jest zima, wiesz o tym?

Wzruszam ramionami. Widzę już tylko maleńki fragment tarczy słonecznej. Wstrzymuję powietrze. Wciąż się łudzę, że kiedyś zobaczę zielony błysk w ostatniej chwili. Barwę, która pojawia się na niebie wraz z przemijaniem ostatniego promienia słońca nad taflą wody.

Nic takiego się jednak nie dzieje. Gwiazda naszego układu słonecznego chowa się przed moim wzrokiem dokładnie w chwili, kiedy Michał podnosi tyłek z piasku.

— Chodź do domu — prosi wyciągając do mnie dłoń.

Wzdycham i pozwalam, by pomógł mi wstać. Ruszam wolno za nim, wciąż oglądając się za siebie. Niestety szybko wydmy zasłaniają mi widok. Sto metrów dalej lądujemy już na naszej uliczce. Dookoła piętrzą się identyczne, nowo wybudowane domki. Marzę, żeby kiedyś zamieszkać w jednym z nich. To znaczy teoretycznie rzecz biorąc już w nim mieszkam. Garaż się liczy?

Jak tylko wchodzimy do naszego m i e s z k a n i a, w moje nozdrza uderza smród stęchlizny. Ciężko się do niego przyzwyczaić, nawet jeśli czuję go non stop. Mam wrażenie, że ten zapach przeszedł już nas na wskroś i nawet jeśli kiedyś wyprowadzimy się i zamieszkamy gdzieś indziej, nadal będzie obecny. Jedynym – wymuszonym – plusem garażu jest to, że chyba po raz pierwszy w życiu utrzymuję porządek. Niestety nie jest to spowodowane zmianą mojego nastawienia. Po prostu w bałaganie nie dałoby się żyć w tak wielofunkcyjnym pomieszczeniu.

Omiatam wzrokiem formę do rzeźby Michała i odnajduję ostatni worek gipsu. Chociaż worek to za dużo powiedziane. Jego zawartość zmieściła by się w foliówce na kanapki. Kręcę głową i ściągam kurtkę. Kładę ją na wąskiej szafce, w której trzymamy ubrania i z miejsca rzucam się na kanapę służącą nam za łóżko. Wgapiam się w wysoki, brudny sufit i szeroką bramę wjazdową, którą można otworzyć na oścież. Przydaje się to przy wynoszeniu rzeźb. Gdyby nie nasze graty, zmieściłby się tutaj dwa samochody. Ogólnie rzecz biorąc, gdy Tomasz nas tu przyprowadził, zastaliśmy białe ściany, betonową podłogę, zamontowany prowizorycznie grzejnik, parę kafelek przy kranie. Ze śmietnika przywlekliśmy kanapę, kupiliśmy miski i wielki kalfas na glinę. Szafkę podarował nam właściciel po miesiącu mieszkania u niego. Chyba zlitował się, gdy zobaczył, że nadal trzymamy rzeczy w torbach na podłodze. O łazience nawet nie będę wspominać. Toaleta jest na dworze, a kąpiemy się w wiadrze po farbie. Dostaliśmy parę innych propozycji zamieszkania, ale były to małe pokoje. Garaż wydawał się nam najlepszy – mogliśmy tu też pracować.

Zastanawiam się co o tym wszystkim pomyślałby Fabian.

— Chcesz? — słyszę tuż przy sobie.

Michał pochyla się nade mną ze skrętem w ręku. Krzywię się na samą myśl o braniu tego świństwa. Mam już chyba dość. Na tę chwilę. Czasem czuję wręcz ssanie w żołądku, przez które muszę zapalić, żeby nie zwariować. Teraz przepełnia mnie obrzydzenie.

— Wiesz, fajnie być czasem trzeźwym — mówię odpychając jego rękę.

— Jak chcesz.

Siada obok mnie i pali sam. Obserwuję go w milczeniu. Czy zmienił się przez ten czas? I tak, i nie. Jest po prostu bardziej zestresowany niż zwykle. No ale nic dziwnego. Samodzielność jest dość wymagająca, a my… wypłynęliśmy daleko od portu. Sami. Na tratwie. Za koło ratunkowe mając Tomasza, człowieka, którego ledwo znamy. A i on pojawił się przypadkiem. Na nasze głupie szczęście.

Z westchnieniem gładzę Michała po plecach. Wydaje mi się być taki kruchy, tak podatny na zranienia. Odchyla głowę w tył i wypuszcza dym z płuc. Patrzy na mnie nieco zamglonym wzrokiem. Wyrzuca skręta na podłogę. Pochyla nade mną. Mam ochotę go ochrzanić za śmiecenie, ale wtedy mnie całuje. Lubię jego usta, poddaję się im z cichym pomrukiem zadowolenia. Siada na moich biodrach i powoli rozpina guziki koszuli, którą mam na sobie. Pozwalam mu na to i mógłbym... chcę pozwolić na więcej.

Przypomina mi się nasz pierwszy raz, gdy mnie wziął. Było to zaraz po tym jak zerwałem z Fabianem.



Mieszkanie Michała było większe od mojego. Miał za to trzech współlokatorów. Byli dla niego niemal obcymi ludźmi. Między innymi dlatego niezbyt często tam nocowałem. Nie obchodziło mnie, że ktoś usłyszy jak uprawiamy seks. Niestety Michał miał na ten temat inne zdanie. Przed przyjaciółmi niczego nie udawał, jednak z innymi miał już problem. Nie chciał wyjść na tego, co daje. A ciężko było to ukryć, gdy przyciskałem go do materaca a on jęczał moje imię, ozdabiając je paroma przekleństwami. Dlatego próbowaliśmy się hamować.

Tym razem nie wyszło.

Pochłaniałem jego usta w brutalnym pocałunku. Byłem wściekły. Chciałem się wyżyć, zapomnieć o Fabianie, którego nie mogłem wyrzucić z głowy nawet na moment. Nie raz łapałem się na tym, że gapię się na jego kontakt w komórce. W ostatniej chwili powstrzymywałem się by do niego nie zadzwonić i nie prosić o wybaczenie.

Michał był moją ostatnią deską ratunku, żeby wyciągnąć mnie z rozmyślań. Pozbawiłem nas ubrań i przycisnąłem jego chude ciało mocniej do materaca. Jęknął z pretensją, gdy go zabolało. Robiłem wszystko, by skupić się na jego ciele. Mimo nadchodzącego spełnienia czułem się coraz gorzej. On doszedł pierwszy, ja zostałem daleko w tyle i tak naprawdę z każdym ruchem traciłem zapał.

To było naprawdę upokarzające. Chciałem pozbyć się myśli z mojej głowy, a tylko je pomnożyłem. Odsunąłem się od niego. Nerwowo zacząłem się ubierać. Musiałem wyjść. Uciec. Nie mogłem mu spojrzeć w oczy.

— Kamil… — powtarzał.

Chciał mnie zatrzymać i dopiero po dłuższej chwili mu się udało. Przytulił się do moich pleców i szeptał coś, co w tamtym momencie nie miało żadnego znaczenia. Ale jego bliskość sprawiła, że zacząłem płakać. Położyliśmy się obok siebie objęci ciasno. Długo nie potrafiłem się uspokoić.

— Odbierz mu mnie — wyszeptałem. — Michał, zrób coś…

Jedyne na co wpadł to pocałunek. Długi. Taki, jakiego jeszcze nie mieliśmy. Biernie pozwalałem mu na ten przejaw uczuć. Z pieszczot ust przeszedł na szyję. Pierś. Ramiona. Dłoń. Spojrzał mi w oczy. Pchnął na plecy, wsunął się na mnie. Nie rozumiałem co się dzieje, ale tego właśnie potrzebowałem. Pozwoliłem mu się dotykać. Pierwszy raz gdziekolwiek chciał. Sam ograniczałem się do jego pleców. Przesuwałem po nich palcami, drapałem, ściskałem mocno.

Przez krótką chwilę wszystko było okej. Normalnie. Dobrze. Przyjemnie.

A później Michał zasnął przytulony do mojego boku. A ja zorientowałem się, że to niczego nie zmieniło. Danie komuś dupy nie było rozwiązaniem. Nie było też złym pomysłem, jeśli miało się ochotę.



— Kocham cię — te słowa wyrywają mnie ze wspomnień.

Zagryzam wargę i kiwam głową na znak zrozumienia. Nigdy jeszcze nie odpowiedziałem tym samym. Michał stał się całym moim światem, ale to wciąż nie jest to samo uczucie, które miałem z Fabianem. Zaczynam wątpić czy kiedykolwiek będzie. Może miłość nigdy nie ma identycznych barw? Nie jestem pewien. I nie chcę go okłamywać.

Moje milczenie przedłuża się a on odsuwa ode mnie. Mogę tylko obserwować jak zakłada kurtkę i wychodzi. Powinienem za nim pobiec. Palił tylko trochę, ale i tak wiem, że może zrobić coś głupiego. Jednak nie mam już sił. I tak nie wiedziałbym co powiedzieć.

Zamykam oczy.

***


W grudniu, przed świętami, otwieramy z Michałem wystawę dla mieszkańców. Na ten pomysł wpadł Tomasz, gdy jak co miesiąc przychodził do nas po pieniądze za czynsz. Nie mieliśmy ich tym razem. O dziwo mężczyzna nie wściekł się, tylko rozejrzał po garażu, przyjrzał pracom a później stwierdził, że udostępni nam halę, jeśli chcemy zrobić wystawę i coś sprzedać. Nawet udzielił nam pożyczki na materiały. Przez dwa tygodnie robiliśmy gipsowe stroiki na święta i małe figurki. Dwa dni zajęło nam zniesienie tego wszystkiego na miejsce.

Jesteśmy niezwykle zaskoczeni, że ten pomysł wypalił. Przychodzi sporo osób, a że ceny są przystępne, wiele z nich kupuje coś dla siebie. Zarabiamy na dwa kolejne miesiące życia. Możemy też spłacić zaciągnięte u Tomasz długi.

Cieszymy się tak bardzo, że gdy tylko mężczyzna pojawia się w zasięgu naszego wzroku, biegniemy go uściskać. Nie wiemy czym zasłużyliśmy sobie na tego człowieka.

— Co robicie na wigilię? — pyta.

— Zapewne nic.

— A więc zapraszam was do siebie. Moja żona napiekła tyle jedzenia, że ktoś musi pomóc nam to zjeść.

Uśmiecha się do nas promiennie i zostawia ze sprzątaniem po wystawie. Przez całą noc znosimy pozostałe rzeźby do pracowni.

***


Tomasz ma żonę, Matyldę i dwie córki. Iga ma piętnaście, Tosia siedemnaście lat. Obie nie bardzo są zadowolone z obecności obcych przy świątecznej kolacji, jednak starają się zachowywać miło. Jest rodzinnie i świątecznie jak u zwykłej, szczęśliwej rodziny. Ja jestem po raz pierwszy poza domem w wigilię, przez co czuję się co najmniej niekomfortowo. Mam ochotę na kreskę, ale przez wzgląd na Tomasza nie brałem niczego. Michał za to wygląda na szczęśliwego. Rozmawia z gospodynią wesoło, odpowiada na pytania o studia, pracę. Kobieta jest przemiła i z tego co mogę zaobserwować niewiele o nas wie. Jej mąż musiał zataić parę faktów – na przykład, że wziął pod swój dach ćpunów.

— A wasze rodziny jak spędzają święta?

Jest to niewinnie zadane pytanie. Zapewne chodzi jej o jakieś nowe potrawy, które mogłaby w przyszłości zrobić, jednak obaj z Michałem spinamy się momentalnie.

— Podobnie do was — odpowiadam szybko.

Małżeństwo wymienia spojrzenia. Gospodarz dotyka jej dłoni i kręci głową.

— Czemu nie wróciliście do domu? — dodaje Iga nie zwracając uwagi na rodziców.

— Nie musicie odpowiadać — wtrąca szybko Matylda. — Przepraszamy za wścibstwo.

— Nic się nie stało — mówi Michał. — Zerwaliśmy z nimi kontakt jakiś czas temu. Nie wracamy już do domu.

Słyszę w jego głosie radość, która zbija mnie z tropu. Czy on nigdy nie tęskni za rodziną? Mnie od kontaktu z nimi powstrzymuje poczucie winy. Nie jestem pewien, czy lepsze jest zadzwonienie do nich i przyznanie, że po prostu zapomniałem o nich na pewien czas… Czy utrzymywanie, że zniknąłem i nie wiadomo co się ze mną dzieje. I tak źle i tak niedobrze. Wiem, że nawaliłem i nie mam pojęcia jak to naprawić.

— Są święta. Nie myśleliście, żeby się z nimi pogodzić? — pyta kobieta łagodnie.

— Tak. Cokolwiek się stało, nie chcielibyście chociaż życzyć wesołych świąt? — popiera ją Tomasz.

— Mogę pożyczyć komórkę? — wypalam nagle.

To jest impuls. Muszę go wykorzystać, inaczej nigdy nie zbiorę się na odwagę. Potwierdzenie, że dobrze robię przychodzi momentalnie. Pani domu patrzy na męża zadowolona i podaje mi swój telefon. Wystukuję odpowiedni numer, jedyny który znam na pamięć. Wstaję od stołu.

— Przepraszam na chwilę — rzucam wychodząc na korytarz.

Zatrzymuję się dopiero na werandzie przed drzwiami wejściowymi. Gapię się na numer do Fabiana, bojąc się nacisnąć zieloną słuchawkę. Już niemal to robię, gdy drzwi za mną się otwierają, a telefon znika z moich rąk.

— Co ty robisz? — syczy Michał.

— Jak to co? Już dawno powinniśmy dać znać gdzie jesteśmy.

— Nie potrzebujemy tego!

— Być może. Ale oni się martwią. Oddawaj to!

— Teraz, po kilku miesiącach ruszyło cię sumienie? Czyś ty zwariował?!

— Tylko dam im znać, że żyję i złożę życzenia! Czy to tak wiele?!

— Nie mogą wiedzieć gdzie jesteśmy. Kupimy telefon i nową kartę. Później ją wyrzucimy…

Mrugam zaskoczony i parskam śmiechem. Po co mielibyśmy to robić? Czasem mam wrażenie, że ukrywamy się tu jak jacyś przestępcy. Z dala od prawa i obowiązków. Przecież to niedorzeczne.

— Czyś ty zwariował? Przecież nawet jeśli będą chcieli nas znaleźć i przyjechać, to nic się nie stanie — mówię z rozbawieniem, które przygasa widząc jego minę. — Michał, kurwa, przecież to, że do nich zadzwonię nie oznacza, że wracamy. Chcę tu zostać.

Opanowuje wyraz twarzy i wzrusza ramionami. Patrzy gdzieś za mnie.

— Tęsknisz za nimi? — pyta cicho.

— No jasne. Tylko się boję… Już za późno, żeby to wszystko odkręcić. Wątpię czy zrozumieją. Ja sam nie rozumiem dlaczego nie dawaliśmy od początku znać gdzie jesteśmy.

— Przepraszam…

Wzdycham i tulę go mocno.

— To nie twoja wina — mówię do jego ucha.

— Moja. To ja cię do tego cały czas odciągałem. Myślałem, że tak będzie lepiej. Że zbliżymy się i… — Urywa biorąc drżący oddech. — Ale ty i tak nic nie będziesz do mnie czuł.

— Nie wiem co czuję, Michał. Zależy mi na tobie. Przecież tu jestem. Żyję z tobą. Nie mogę się tylko uwolnić od przeszłości… I myślę, że nawet nie chcę. — zaciskam mocniej palce na jego ramieniu. — Mamy rodziny, Michał.

— Przed wyjazdem mój ojciec dowiedział się o nas — wypala nagle z prędkością karabinu.

Robię krok w tył i spoglądam na niego z zaskoczeniem. Z tego co wiem, jego rodzice dowiedzieli się o jego orientacji jeszcze zanim poszedł na studia. Zaakceptowali go. Szczerze powiedziawszy nigdy ich nie spotkałem, mieszkali daleko, a on rzadko do nich jeździł i nie proponował, żebym do niego dołączył. Sam był u mnie parę razy. Moja rodzina go znała.

— Jak to dowiedział? Przecież…

— Okłamałem cię. Nic mu nie mówiłem… Ja… On nie mógł wiedzieć. Na zakończenie magisterki przyjechał do mnie i zobaczył nasze zdjęcia. Nie spodziewałem się go. Nigdy tego nie robił.

Czuję coraz większy ciężar na sercu. Znowu mój związek nie opiera się na szczerej rozmowie. Kolejny raz ukrywana jest prawda, emocja. To moja wina? Jestem jakiś wybrakowany?

— Czemu nic nie mówiłeś? — pytam głosem wypranym z emocji.

— Wstydziłem się.

— I jak twój tata zareagował?

— Wściekł się. Groził mi…

— Dlatego zaproponowałeś morze?

— Nie! — protestuje gwałtownie. — To był spontan… Przecież obaj wtedy nie myśleliśmy rozsądnie. Niczego nie planowałem. Chciałem tylko być z tobą.

Kiwam głową i przesuwam dłonią po włosach. Muszę to przemyśleć. Na spokojnie. Albo zapomnieć. Cokolwiek, byle świat nie usunął się spod moich stóp.

— Porozmawiamy o tym później. Dobrze, że mi powiedziałeś. A teraz chodź, jest wigilia.

***


Byłem zły na Michała, że wcześniej nie mówił mi o swoich problemach. Teraz nic nie mogliśmy z tym zrobić. Chłopak nie chciał wracać do domu w przeciwieństwie do mnie. Może nie tyle wracać… Co po prostu utrzymywać kontakt z najbliższymi. Wiedząc już o wszystkim postanowiłem powiadomić rodziców, że nic mi nie jest. Teraz już nie miałem pojęcia z czym tak długo zwlekałem.

Poszliśmy na kompromis. Michał potrzebował mojego zapewnienia, że przy nim zostanę i miałem zamiar mu to dać. To była jedyna rzecz, którą mogłem dla niego w tej chwili zrobić. Kupiliśmy komórkę i kartę. Miałem wykonać jedno połączenie. Powiadomić wszystkich, że żyję, mam się dobrze, po czym się rozłączyć. Obojętnie co powiem, nie zrozumieją dlaczego postąpiłem tak a nie inaczej. Nie było sensu wyjaśniać. To głupie i szczeniackie, ale widocznie nie stać mnie na nic więcej.

Jest dzień przed nowym rokiem. Stoję na plaży wpatrując się w numer, który chciałem wybrać tak wiele razy. Przede mną zachodzi słońce. Na niebie nie ma ani jednej chmurki, a wiatr milczy wraz z uśpionym morzem. Jak okiem sięgnąć nie potrafię dostrzec żadnej fali. Pierwszy raz jest tu tak cicho. Patrząc na znikające słońce, naciskam zieloną słuchawkę. Mija parę chwil zanim słyszę wyczekiwany głos.

— Halo?

Nie mogę wydusić słowa. Łzy zbierają się pod powiekami, a tęsknota uderza w całe ciało, niemal powalając mnie na kolana. Drżę.

— Halo? — powtarza zirytowany głos.

— Fabian… — zaczynam i natychmiast zaciskam usta.

Muszę się uspokoić. On nie może rozpoznać, że płaczę. Po drugiej stronie słyszę jakiś rumor i przekleństwo.

— Boże, Kamil… To naprawdę ty? — pyta z niedowierzaniem połączonym z nadzieją. Z całą pewnością jest w szoku. Sam bym był.

— Tak. Ja… Ja jestem bezpieczny. Nic mi nie jest. Przekaż moim rodzicom, że wszystko jest porządku i że ich przepraszam. Potrzebowałem tego… Przepraszam — czując, że już dłużej nie mogę wytrzymać, rozłączam się.

Zaciskam oczy, próbując powstrzymać łzy. Schrzaniłem tę rozmowę. Gdy otwieram powieki na horyzoncie błyska zielone światło, lecz gdy tylko przyglądam się uważniej, nie dostrzegam nic więcej prócz zwyczajnego, pustego nieba.

Komórka ląduje w morzu, a ja biegiem ruszam w stronę garażu.

Kolejny raz popełniłem błąd.


5 grudnia 2017

Basista - opis + wygląd głównego bohatera



Nie obiecuję, że opis do Basisty się nie zmieni, ale na razie brzmi właśnie tak:

Tom wszedł w moje życie z wielkim bagażem doświadczeń. Co prawda nie było to nagłe, lecz wciąż szokujące. Uwielbiam go doświadczać. Wchłaniać całym sobą. Zmienił mnie. Pokazał sens życia. Stał się nim dla mnie. Wszystko co robiłem było dyktowane Tomem Lisieckim.
I tak już zostanie. Na zawsze.
Mój Ukochany, obiecuję Ci miłość i wierność. Wszystko, co sam przysięgałeś w kościele.
Przyrzekam dotrzymać obietnicy.
I nie martw się. Zajmę się wszystkimi Twoimi Dziećmi.
Bez wyjątku.

Twój Bastian



4 grudnia 2017

[7] Wróć do domu

Przepraszam za opóźnienie. Zaplanowałam rozdział, ale nie kliknęłam "Publikacja".
Zapraszam.
__________________


Przyjaciel


Niespodziewanie Adam stał się częścią mojego życia. Spotykałem się z nim niemal codziennie. Moje mieszkanie wiele na tym zyskało. Znów panował w nim porządek. Wróciłem też na siłownię. Szybko odzyskałem formę, na szczęście miesiąc nie był jakąś znaczącą przerwą. Wszystko powoli się ustawiało. Czas płynął, a ja wraz z nim. Brałem to, co było mi dane i nie sięgałem po nic więcej. Po prostu trwałem.

W sierpniu trudno mi było wytrzymać na budowie. Żar lał się z nieba strumieniami i nie sposób było od niego uciec. Szef zlitował się i puścił nas godzinę wcześniej. Z wdzięcznością wziąłem od kolegi butelkę wody. Nawet nie zakładałem koszulki wsiadając do samochodu. Miałem tak spaloną skórę, że dotknięcie jej czymkolwiek przyprawiało mnie o dreszcze. Szybko dotarłem do mieszkania, marząc o lodowatej kąpieli. Drzwi zastałem otwarte, wiec pierwsze co, ruszyłem w stronę kuchni.

— Fabian!

Adam wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Wyjmował właśnie piwo z lodówki. Podszedł do mnie i już wyciągał rękę, żeby dotknąć jakiegoś skrawka mojego ciała, ale odsunąłem się jak oparzony. Dosłownie.

— Cześć. Sorry, ale najpierw muszę się wykąpać.

— Jasne. Miałem właśnie robić obiad, tylko za bardzo nie mam pomysłu.

— Dlatego wziąłeś piwo? — prychnąłem rozbawiony i sam zajrzałem do lodówki. — Jest zupa z wczoraj. Można po prostu podgrzać.

— A drugie danie?

— Za bardzo jesteś przyzwyczajony do obiadów mamy…

— To zdrowa dieta. W sam raz dla mięśni.

Znów chciał mnie dotknąć, ale zrobiłem unik i roześmiałem się.

— Idę do łazienki — oświadczyłem i już mnie nie było.

Zimna woda była wybawieniem. Gorzej z ręcznikiem, który znów podrażnił moją skórę. Sporo czasu zabrało mi osuszenie się. Zerkałem co jakiś czas w lustro z niezadowoleniem stwierdzając, że mam opaleniznę typowego budowlańca. Od kolan do pasa biało, reszta nieco zaróżowiona a barki i ręce spalone do czerwoności. Masakra.

Ubrałem krótkie spodnie i wróciłem do kuchni. Mężczyzna czekał na mnie z obiadem. Sam stał z jogurtem w ręku.

— Siadaj — rozkazał.

Uniosłem brwi, ale wykonałem polecenie. Przede mną stała zupa, za mną Adam. Miałem wrażenie, że coś nie gra i po chwili dowiedziałem się co. Poczułem coś lodowatego na plecach i aż podskoczyłem zaskoczony.

— Spokojnie. To pomoże — usłyszałem za sobą.

Pierwsze wrażenie było najgorsze, ale gdy jego palce zaczęły rozcierać po moich plecach jogurt, miałem ochotę wzdychać z przyjemnością. Chłód! Odsunąłem zupę dalej i wyłożyłem się barkami na stole nastawiając się do dotyku.

— O tak… — wymruczałem cicho przymykając oczy.

— Brzmisz jakbym co najmniej robił ci genialnego loda.

— Tak się czuję — parsknąłem. — Nie przestawaj.

Zaśmiał się wciąż delikatnie smarując moją skórę.

— Wiesz, muszę cię doprowadzić do porządku, jeśli chcę cię dotykać — powiedział, wyjawiając swoje niecne zamiary.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Po chwili skończył, więc zabrałem się za jedzenie. Po takim dniu zupa była idealnym posiłkiem. Adam usiadł naprzeciw i obserwował mnie.

— Jutro nie mogę iść do Gośki — oświadczył.

Posłałem mu pytające spojrzenie znad talerza.

— Mama idzie na badania. Muszę się zająć dzieciakami.

— Możemy ich zabrać ze sobą. Mamy przecież dwa auta — zaproponowałem.

Nie musiałem nawet patrzeć na jego minę, by znać odpowiedź. Miałem wrażenie, że nigdy nie zgodzi się na to, bym naprawdę poznał jego rodzinę. Znałem ich z opowieści i zdjęć. Niby też wiedzieli o mnie, ale nie chciał, żebyśmy się spotkali.

— To nie jest dobry pomysł — powiedział powoli. — Twoja siostra jest w ciąży. Potrzebuje spokoju.

— Bez przesady. To nie choroba. A tylko Maciek i Ewka mogą sprawiać problem, są najmłodsi. Adam, reszta ma po naście lat. Potrafią się zachować.

— Nie zawsze.

— Jakoś ich w czwórkę ogarniemy… — urwałem i machnąłem ręką z irytacją. — Z resztą jak chcesz. Czasem zastanawiam się czy bardziej wstydzisz się mnie czy ich.

— To nie tak…

Wzruszyłem ramionami. Wstałem by umyć talerz, a on podążył za mną.

— Nie jesteśmy przecież razem — zauważył. — Czemu się złościsz?

— A gdybyśmy byli razem, to byś im mnie przedstawił?

— Tak.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Opierał się o blat i patrzył na mnie uważnie.

— Ja cię poznałem z Gośką. Myślałem, że traktujemy się jak przyjaciele.

— Tak, Fabian. Ale jeśli przedstawię kogoś rodzinie, będzie to mój partner. Wiedzą o tobie, ale… — Odwrócił wzrok. — Jeśli się do ciebie przywiążą, a ty odejdziesz…

— Rozumiem — przerwałem mu.

Tak naprawdę nie rozumiałem, ale przyjąłem do wiadomości, że nie czuje się z tym komfortowo. Jeśli ma jakiś argument, dobrze. Nie chciałem go do niczego zmuszać, tylko pomóc. Ale on tego nie przyjmował.

— Przepraszam — mruknął nachylając się w moją stronę. Polizał mój bark i zaśmiał się cicho. — To nawet smaczne.

Uniosłem brwi, ale pozwoliłem by stanął za mną i powoli zlizywał ze mnie jogurt. Było mi przyjemnie. Przede wszystkim przestawałem myśleć o tym co nas łączy a co dzieli. No może oprócz tego, że nie mogłem odwrócić się i przyszpilić go do najbliższej ściany. Nigdy nie pozwalał mi dominować i zawsze kontrolował nasze zbliżenia. Brakowało mi pewnych aspektów seksu, ale chociaż go miałem.

Sapnąłem, gdy opadł na kolana i zaczął podgryzać wciąż nieopaloną skórę nisko na plecach. Wiedziałem do czego dąży i bardzo podobał mi się ten kierunek. Po kuchni rozszedł się dźwięk mojego jęku.

***



Ćwiczyłem właśnie z Adamem na siłowni, gdy podszedł do nas Kacper. Przywitał się i odciągnął mojego przyjaciela na bok. Rozmawiali o czymś ożywieni, a ja kontynuowałem podnoszenie ciężarka bacznie ich obserwując. Ostatnimi czasy bardzo rzadko spotykałem się z Adamem sam na sam. Coraz więcej ludzi wyciągało go na jakieś imprezy. Niby nie miałem nic przeciwko temu, ale… No właśnie. Fajnie by było jakbyśmy po prostu posiedzieli w domu, a nie latali po jakichś klubach. To nie były moje klimaty. Czasem zgadzałem się towarzyszyć, ale zwykle później uznawałem to za błąd. Nie potrafiłem się rozluźnić w tłumie obcych mi ludzi. Adam miał tylko paru stałych znajomych, reszta przypływała i odpływała niczym morze szargane sztormem. Zbyt szybkie tempo jak dla mnie.

Miałem ochotę zapłacić sobie dychę, za wygrany zakład, gdy wrócił od Kacpra z pytaniem czy nie wyjdę dzisiaj na miasto.

— Mieliśmy coś dzisiaj obejrzeć — przypomniałem.

— Film nie ucieknie. To jak, idziesz?

Pokręciłem głową, a on westchnął ciężko. Spojrzał na przyczynę tego zamieszania i wzruszył ramionami. Potem odszedł bez słowa i więcej go tego dnia nie widziałem.

***



O czwartej w nocy usłyszałem rumor przy drzwiach, kroki w korytarzu. W końcu uchylanie drzwi. Adam wszedł do środka chwiejnym krokiem. Podniosłem się szybko, żeby w ostatniej chwili uchronić zdjęcia na szafce obok przed demolką. Odciągnąłem mężczyznę od mebla i pchnąłem na łóżko.

— Faaabian! — wymamrotał mało przytomnie.

— Po cholerę wróciłeś tu w takim stanie? — warknąłem tracąc cierpliwość.

Miałem na szóstą do pracy. Została mi niecała godzina snu, z nim obok nie mam szans na choćby minutę. Mówiłem mu, myślałem klnąc bezsłownie, mówiłem, żeby nie pojawiał się tu w takim stanie.

— Cho… tu… — czknął.

Przetarłem twarz i zbliżyłem się do niego na tyle, że zdołał chwycić mnie za rękę i pociągnąć na łóżko obok siebie. Zaczął nasze usta w niezdarnym pocałunku, po czym wgramolił się na moje biodra. Mamrotał coś pod nosem co jakiś czas. Nie miałem zamiaru wnikać w znaczenie tych słów.

— Adam. — Chwyciłem stanowczo jego dłonie, gdy zaczął zsuwać ze mnie piżamę. — Chodź spać. Jestem wykończony.

Wolałem nie mówić mu, że w tym stanie nie da rady nic zrobić. Wystarczyło mi raz popełnić ten błąd. Nie skończyło się ciekawie. W ogóle nie kończyło się dobrze, gdy Adam pił zbyt wiele. Z uśmiechniętego, towarzyskiego człowieka zmieniał się w despotę i nie raz potrafił powiedzieć nieprzyjemne rzeczy. Do tego cuchnął. Nienawidziłem go w takich momentach. Gdyby był w stanie, zgwałciłby mnie. Na szczęście dla siebie byłem równie silny.

— Nie jestem Kamilem — stwierdził nagle, wyjątkowo jak na tę chwilę wyraźnie. — Nie będę nim nigdy!

— Nie będziesz — zgodziłem się z nim. — Nie chcę tego. Chodź spać.

— Nie będę nim — wymamrotał jeszcze i przewalił się na bok.

Odetchnąłem ciężko i zsunąłem się z łóżka. Na dzisiaj koniec snu. Nie chciałem go nawet widzieć, a co dopiero czuć jego zapach przy sobie. Ruszyłem do kuchni zrobić kawę. Może dzięki niej przeżyję jakoś ten dzień.


***



Gdy wróciłem do domu, byłem naprawdę padnięty. Zastałem Adama siedzącego w kuchni z butelką wody w ręku. Spojrzał na mnie z niewyraźną miną. Coraz rzadziej się przy mnie uśmiechał. Najlepsze było jednak to, że miało to swoje plusy i minusy. Z jednej strony pokazywał mi prawdziwą twarz z drugiej… No właśnie. Ta twarz nie była do końca taka przyjemna.

— Przepraszam — wymamrotał niewyraźnie i odwrócił wzrok.

Usiadłem naprzeciw niego i zmusiłem by spojrzał mi w oczy. Skrzywił się, ale nie wyrwał z uścisku mojej dłoni. Gdyby nie czuł się naprawdę winny, nigdy nie pozwoliłby mi sobą kierować.

— To, że ty masz wolne, nie oznacza, że możesz przychodzić w środku nocy i mnie budzić, jasne? — zacząłem nieznoszącym sprzeciwu tonem. — I w ogóle nie życzę sobie, żebyś przychodził do mnie pijany. Rozmawialiśmy już o tym… Jeszcze raz i wymienię zamki.

— Nie mogłem w takim stanie wrócić do domu…

— To nie pij. Albo wynajmij hotel — wzruszyłem ramionami.

Skinął głową i schował twarz w dłoniach. Nie zachowywał się normalnie. Nawet jak na osobę, która chce przeprosić. Było coś jeszcze o czym mi nie mówił. Obserwowałem go dłuższy czas zanim nie zadałem pytania.

— Co się dzieje, Adam?

Westchnął ciężko. Napił się wody i zaczął się bawić butelką.

— Bo… Nie chcę przyjaźni, okej? — zerknął na mnie niepewnie.

Coraz częściej zaczynałem się zastanawiać gdzie podziała się ta osoba z początku naszej znajomości. Było oczywiste, że wesołość tego człowieka jest tylko i wyłącznie pozą. Kłamstwem w które sam już uwierzył. Uwielbiał się wygłupiać, gadać. Przegadywać wręcz. Krył się za humorem i słowami. W rzeczywistości był podatny na zranienia, szukał akceptacji otaczających go ludzi. Do niedawna nie podejrzewałem, że odejście jego ojca miało dla niego jakieś znaczenie. Okazało się, że jest zgoła inaczej. Adam bał się odrzucenia jeszcze mocniej ode mnie.

— Ale ty nadal kochasz Kamila. Wiesz, że mamroczesz jego imię przez sen?

Milczałem. Nie było nic co mógłbym powiedzieć na ten temat, o czym by już nie wiedział. Byłem z nim szczery od samego początku.

— Dlaczego do niego nie wrócisz? — zapytał.

— Zraniłem go.

— On ciebie też. Ale nadal chcesz z nim być.

Opowiadałem mu historię z zerwaniem, ale wstydziłem się przyznać do mojej gwałtowności. Do chęci skrzywdzenia mojego byłego. Nie powiedziałem całej prawdy.

— Wiesz już, że na… pożegnanie uprawiałem z nim seks. Tyle, że wtedy mnie poniosło. — Odwróciłem twarz i kontynuowałem: — Wiem, że nawet gdyby się nie zgodził, zmusiłbym go do tego. Chciałem go zranić. Wykorzystać. I to właśnie zrobiłem. Byłem brutalny, a on krwawił. Potem spierdzieliłem stamtąd jak ostatni tchórz.

— Nie możesz sobie wybaczyć, ale chcesz wybaczenia. Od niego — stwierdził.

Trafił w sedno. Nie miałem nic więcej do powiedzenia. On widocznie też. Zamilkliśmy pogrążeni we własnych myślach. Trwało to dłuższą chwilę zanim się odezwał.

— Nie chcę być twoim przyjacielem — powtórzył. — Nie chcę cię też pytać czy chcesz czegoś więcej. Wiem, że nie… Nie zamknąłeś poprzednich spraw. I nigdy tego nie zrobisz, jeśli z nim nie porozmawiasz.

— Nie potrafiłbym spojrzeć mu w twarz.

— Być może. W takim razie stań przed nim i patrz na jego stopy. Powiedz coś, albo milcz. Ale spotkaj się z nim. Zrób to dla siebie. Obojętnie co powie i zrobi. Przynajmniej będziesz wiedział na czym stoisz.

— Wiem na czym stoję.

— Nieprawda.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Adam odstawił butelkę i tym razem spojrzał na mnie bez krępacji czy skruchy.

— Gdyby nie Kamil… Powiedz mi, tylko szczerze. Potrafiłbyś zaakceptować moje wady? Potrafiłbyś być ze mną?

— Tylko jeśli ty zaakceptowałbyś moje.

Uśmiechnął się do mnie promiennie. Ale tę maskę zdołał utrzymać jedynie kilka sekund. Później się rozpadła niczym domek z kart. Zdradził jeden minimalny skurcz i już nie było sensu utrzymywać, że jest okej.

— Już to zrobiłem — odpowiedział. — Załatw swoje sprawy. I jeśli zechcesz, odezwij się do mnie po wszystkim. Jeśli nie, to cóż… Fajnego życia.

Wstał i wyciągnął do mnie dłoń. Zaskoczony uścisnąłem ją mechanicznie. Dopiero gdy opuścił moje mieszkanie zostawiając klucze, uświadomiłem sobie co dla mnie zrobił.


***



Zapukałem nerwowo do drzwi. Był późny wieczór, a ja musiałem porozmawiać. Już. Teraz. W tym momencie. Nie mogłem czekać. Jednak nikt nie odpowiadał a ja zacząłem się zastanawiać czy coś się stało. Rozejrzałem się po podwórku szukając jakichś oznak zagrożenia. Ostatnio naprawdę mi odwalało.

Gdy tylko drzwi się lekko uchyliły, doskoczyłem do nich i siłą otworzyłem na oścież. W progu stał zirytowany Adrian. Wypchnął mnie na zewnątrz gwałtownie, gdy chciałem go minąć.

— Czy tobie odpieprzyło? Nie możesz normalnie poczekać aż otworzę? Usypiam dzieci! — syknął.

— Pomóż mi znaleźć Kamila — wypaliłem praktycznie nie zwracając uwagi na to co powiedział.

— A co ja jestem? — warknął. — Swatka? Detektyw? Zadzwoń do jego rodziców i tyle. Lubią cię przecież, raczej nie będą ukrywać gdzie teraz mieszka.

No tak. Nie wie. No bo skąd? Sam byłem zaskoczony i przerażony jednocześnie, gdy się dowiedziałem. Nikt mnie wcześniej nie raczył poinformować, a Gośka z pewnością wiedziała, do cholery! Musiała wiedzieć!

— Kamil… On nie odzywał się do nikogo od dwóch miesięcy.

Adriana wcięło na chwilę, ale szybko odzyskał panowanie nad sobą.

— A jego przyjaciele ze studiów? Muszą wiedzieć gdzie jest.

— Zniknął razem z cholernym Michałem — warknąłem. — Nikt nie wie. I to nie ja pytałem, a rodzice Kamila. Wszyscy go szukają! Czemu nikt mi, kurwa, o tym nie powiedział?!




1 grudnia 2017

Andrzej Kotański - "Mój psychiatra słucha jazzu"


"nowojorskiego
mówi że nienowojorski
nie ma wystarczającej przestrzeni

i pomalował sobie ściany na jasnoszaro
podobno też z powodów akustycznych

jak jest
zapytał

trochę smutno

i bardzo dobrze
to nie ściany mają być wesołe"


Polecam cały tom Wiersze o moim psychiatrze Andrzeja Kotańskiego. Ostatnio czytam na okrągło :)

27 listopada 2017

[6] Wróć do domu



Szukając sensu



To nie tak, że moje życie się skończyło. Oczywiście, zerwanie kontaktu z Kamilem bolało. Byliśmy razem prawie pięć lat. Jednak przez większość czasu nasz związek był tylko teorią. Nie przyzwyczailiśmy się do swojej obecności tuż obok. Rozmawialiśmy za to przez komórkę, pisaliśmy. Gdy działo się coś ciekawego, mogliśmy się tym podzielić. Dlatego prawdziwa tęsknota uderzyła mnie dopiero wtedy, gdy mój kolega opowiedział jakiś żart, a do mnie dotarło, że nie mam go już komu powtórzyć.

Zacząłem się bać. Chociaż z a c z ą ł e m to nie jest dobre słowo. Bałem się już wcześniej. Wielu rzeczy. Strach towarzyszył mi przez większość życia. Moja podświadomość dobrze go przede mną ukrywała, a wychodził na powierzchnię w najmniej odpowiednich momentach — kiedy musiałem podejmować decyzje. To prawda, że zachowywałem się irracjonalnie nie chcąc opuścić swojego mieszkania, miasta. Przecież nikt oprócz siostry mnie tu nie trzymał, a i ona tak naprawdę mnie nie potrzebowała. Jednak to tutaj wyrobiłem swoją strefę komfortu, której nie chciałem opuszczać na rzecz innych miejsc, ludzi. Co prawda nowe twarze pojawiały się non stop. Przepływały gdzieś obok i rozpływały w odmętach pamięci. Należały jednak do m o j e g o miejsca. A ja potrzebowałem czuć się pewnie. Nie chciałem zmian. Nigdy nie dane mi było cieszyć się spokojem. Wiele razy traciłem grunt pod nogami; gdy umarli moi rodzice, później dziadkowie, kiedy wywalili mnie ze szkoły, albo zamknęli w więzieniu. To tylko niektóre z przykładów. Miałem już dość wrażeń. Niestety teraz mimo tego, że nadal tkwiłem w owej strefie komfortu, strach zjadał mnie żywcem. Rozpoczął się w momencie, kiedy ostatni raz zamknąłem za sobą mieszkanie Kamila. Niemal sparaliżowany gapiłem się parę chwil na klamkę. Nie wiedziałem czy powinienem chwycić ją znowu, czy wykonać następne kroki, by przypieczętować odejście od chłopaka. Byłem przerażony na samą myśl, że już nigdy go nie zobaczę. Nawet jeśli później chciałbym wrócić, on mi już nie wybaczy. Nie po tym co mu zrobiłem.

Skrzywdziłem Kamila. Świadomość, że wziąłbym go wtedy nawet jeśli stawiałby opór, była nie do zniesienia. Zgwałciłbym go i tylko szczęście w nieszczęściu, że pozwolił mi na wszystko. W trakcie seksu byłem pewien, że czerpie z niego przyjemność, ale gdy zobaczyłem krew na kutasie… Wystraszyłem się. Dostrzegłem co tak naprawdę zrobiłem. W jedną sekundę znienawidziłem się za to i uciekłem jak ostatni tchórz. Jeszcze wiele razy w drodze do domu zatrzymywałem się z chęcią powrotu, ale zbyt mocno się bałem. Wiedziałem, że słowa, które mogę od niego usłyszeć, miałyby moc złamania mnie. Jakaś cząstka instynktu samozachowawczego nie chciała dopuścić do takiej sytuacji.

Brak Kamila oznaczał samotność, od której uciekałem całe życie. Bycie samemu wiązało się z ponownym wyrwaniem się ze strefy komfortu. Przecież zawsze otaczałem się chociaż kilkoma osobami, do których mogłem się zwrócić w razie potrzeby. To było normalne, miałem mentalność osoby pochodzącej ze wsi, czego nie zmieni nawet całe życie spędzone w mieście. Jednak zamiast wyjść do ludzi, poszukać kogoś, kto zapełni dręczącą mnie pustkę, zamknąłem się w domu. Nawet przestałem chodzić na siłownię. Wieczorem, po pracy zaszywałem się w mieszkaniu i piłem więcej niż powinienem. Straciłem sens, który mnie napędzał. Zawsze w mojej głowie był okres czasu wyznaczający cel. Jeszcze tydzień i go zobaczę, jeszcze kilka miesięcy a zda piąty rok, jeszcze trochę, a zamieszkamy razem i wszystko się ułoży. Miałem w głowie wyobrażenie happy end’u. Tak jakby ukończenie przez Kamila studiów miało rozwiązać wszystkie nasze problemy. Łudziłem się, że tak właśnie będzie. I to nas prawdopodobnie zniszczyło. Za późno dotarło do mnie jak ważny dla mnie był. Przecież oprócz niego i siostry nie miałem nikogo. A teraz, gdy potrzebowałem rozmowy, nie mogłem się do nich zwrócić. Mój związek przepadł, a Gośce nie potrafiłem się zwierzyć, przyznać do wszystkiego. Pozostało mi jedynie ukrywanie swojego załamania.

Praca. Dom. Praca. Dom. Nieznośna pustka. Tęsknota i dziwnego rodzaju strach. Z tego teraz się składałem.

***


Moje mieszkanie wyglądało strasznie. Przestałem sprzątać. Dałbym głowę, że wyglądało gorzej niż u Kamila. Dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca miałem małe zrywy. Myśli, że trzeba w końcu się ogarnąć i iść dalej. Przecież nikt nie umarł, nic wielkiego się nie stało. Sprzątałem wtedy przestrzeń wokół siebie, wywalałem puszki po piwie, wkładałem naczynia i ubrania do szafek. Ale wystarczyły dwadzieścia cztery godziny, by moja chęć zmian zmieniła się w proch. Zgliszcza, które zalewałem kolejną porcją alkoholu. Dym ze zniszczonej nadziei otumaniał. Trułem się nim jeszcze mocniej.

Tego wieczora, trzy dni po mentalnym pożarze, postanowiłem wyjść z domu. Panicznie potrzebowałem ludzi. Alkoholu i ludzi. Miałem też ochotę na seks, ale o tym starałem się myśleć mniej. Odpowiedzią na te pragnienia był klub gejowski. Pojawiłem się w nim trochę przed północą, usiadłem przy barze i zacząłem wlewać w siebie alkohol. Wyglądałem pewnie jak rasowy pijak, ale i tak po pewnym czasie ktoś się do mnie dosiadł.

— Fabian! Dawno cię nie widziałem na siłce — usłyszałem tuż przy uchu.

Spojrzałem na mężczyznę i niemal zakrztusiłem się piwem. Znałem go. Adama dość często widywałem podczas ćwiczeń. Też miał hopla na tym punkcie. Był trochę mniej umięśniony ode mnie – no dobra, teraz bardziej – i mniej więcej w moim wieku. Czasem rozmawialiśmy, ale niewiele. Nie sądziłem, że może być gejem. Był strasznie towarzyski, rozmawiał z wszystkimi i wiecznie się uśmiechał. Podobał mi się, ale wcześniej nie zwracałem na niego zbytniej uwagi. Miał ciemniejszą karnację, brązowe oczy i swoją zwyczajową brodę, zgoloną na policzkach, a starannie przyciętą przy szczęce. Coś w jego uśmiechu przypomniało mi Piotra. Przez tą myśl moje serce ścisnęło się boleśnie. Czasem przez takie akcje zaczynałem się obawiać, że nigdy nie wyleczę się z mojej pierwszej miłości. Nigdy nie zapomnę i już zawsze będzie to do mnie wracać.

— Cześć — powiedziałem po dłuższej chwili wciąż zaskoczony. — Jesteś gejem?

Mężczyzna zaśmiał się i skinął głową. Pochylił się do mnie wciąż szczerząc zęby. Pachniał mocnymi perfumami.

— Też cię nie rozpoznałem. Fajnie, że się tu spotkaliśmy — wykrzyczał mi do ucha. — Czemu zrezygnowałeś z ćwiczeń?

Wzruszyłem ramionami i wbiłem wzrok w swoje piwo. Tak naprawdę sam nie wiedziałem dlaczego. Dotychczas siłownia pomagała mi się ogarnąć, zapełnić czas i myśli. Jednak teraz nie wystarczała. Przez ten miesiąc straciłem trochę mięśni i przybrałem tłuszczu. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro tyle piłem. Jeszcze chwila i wyląduję z dużym brzuszkiem na kanapie. Jak typowy budowlaniec, tylko bez żony i dzieci na karku, za to z dużą ilością samotnych nocy.

Czułem na sobie wzrok mężczyzny. Poruszyłem się niepewnie.

— Zatańczysz? — zaproponował. — No chyba, że planujesz się dzisiaj tylko upić, to nie będę przeszkadzał.

— Zawsze mogę to połączyć — powiedziałem szybko.

Nie chciałem stracić okazji i znów zostać sam. Pozwoliłem się wyciągnąć na parkiet. Mężczyzna zdecydowanie był w dobrym humorze, a ja potrzebowałem jego optymizmu. Nigdy nie widziałem go bez uśmiechu. Nawet gdy ćwiczył, nie widać było po nim irytacji czy specyficznego zmęczenia, które pojawiało się na wielu innych twarzach. Nie wiedziałem dlaczego zwrócił uwagę na takiego mruka jak ja. Schlebiało mi to.

Na szczęście nie wypiłem jeszcze tyle, by mieć problemy z koordynacją ruchów. Byłem za to przyjemnie rozluźniony. Czułem na ciele jego dłonie i sam odpowiadałem na dotyk. Nie było szans na rozmowę w takim hałasie. Za to patrzyliśmy sobie w oczy, a mnie po raz kolejny uderzyło jego podobieństwo do Piotra. Czułem się tak, jakbym tracił kontakt z rzeczywistością. Nawet się nie zorientowałem w którym momencie od spojrzeń na nasze usta, przeszliśmy do czynów. Całowaliśmy się namiętnie, pozbawialiśmy się tchu. Ścieraliśmy swoje ciała. Lgnęliśmy do siebie.

Gdy byłem z Kamilem, nie pozwalałem sobie nawet na myślenie o innych facetach. Niby mieliśmy związek otwarty, ale nie potrafiłem z tego korzystać. Zawsze też próbowałem wyrzucać z głowy fakt, że on nie miał oporów. A teraz nic oprócz ciała Adama nie miało znaczenia. Potrzebowałem tego. Już po paru chwilach nabawiłem się porządnej erekcji. Dlatego, gdy mężczyzna odsunął mnie stanowczo, jęknąłem z pretensją. Wbiłem w niego wzrok pełen pragnienia, które tylko jeszcze bardziej się wzmogło, gdy dostrzegłem to samo w jego twarzy. To wszystko działo się tak szybko.

— Chodź — zrozumiałem z ruchu warg.

Pociągnął mnie w stronę wyjścia. Niby byłem podniecony a jednak z każdym krokiem czułem się coraz bardziej podle. Próbowałem zmusić się do wyłączenia myślenia. Chciałem poddać się chwili i zapomnieć. Pozwolić sobie odpłynąć. Potrzebowałem seksu, ale jednocześnie czułem dziwny opór.

— Niestety nie mogę zaprosić cię do siebie — powiedział, gdy wyszliśmy na zewnątrz. — Więc do hotelu czy do ciebie?

Zacisnąłem usta i wbiłem wzrok w ścianę za nim. Cholera. Nie miałem pojęcia co mam teraz zrobić. To byłby prosty układ. Zabrałbym go do mieszkania, dał upust frustracji, a później byśmy się pożegnali. Przecież robiłem to tak wiele razy przed Kamilem. Zanim nie poznałem co znaczy kochać się z kimś, kto odwzajemnia moje uczucia.

— Jak nie masz kasy na hotel to mogę…

— Nie o to chodzi — przerwałem mu szybko. — Po prostu niedawno zakończyłem związek i nie jestem pewien czy to dobry pomysł — przyznałem szczerze. — Przepraszam…

Mężczyzna spoglądał na mnie zdziwiony, ale zaraz na jego twarzy dostrzegłem zrozumienie. Rozluźnił się i posłał mi lekki uśmiech.

— Dlatego przestałeś przychodzić na siłownię?

Kiwnąłem głową i zrobiłem krok w tył. Staliśmy dość blisko siebie, a pomimo tego jak reagowało moje ciało, czułem się niezręcznie. Mężczyzna przeczesał włosy dłonią i rozejrzał się po pustej ulicy.

— Przepraszam — powtórzyłem. — Myślałem… Że tego chcę.

— Nie ma sprawy, Fabian. Ale trochę to już trwa, co? Kiedy zerwałeś? Miesiąc temu?

— Skąd wiesz?

— Bo cię obserwowałem.

Zamrugałem zdziwiony. Nie powiem, że nie poczułem się zagrożony. Co to znaczy, że mnie obserwował? Miałem nadzieję, że nie nabawiłem się jakiegoś stalkera czy coś w ten deseń…

— Na siłowni — wyjaśnił rozbawiony moją miną. — Nie mów, że nie zauważyłeś. W sumie powinno mi to schlebiać. To znaczy, że dość dobrze ukrywam swoje zainteresowania.

— Gapiłeś się na mnie na siłowni?

— Jak widać zaledwie zerkałem — zaśmiał się radośnie. — Gdybym wiedział, że gramy w tej samej drużynie już dawno bym do ciebie zagadał na poważnie.

Gapiłem się na niego chwilę zanim dotarło do mnie znaczenie tych słów.

— Podobam ci się…

— Nietrudno było zauważyć. Zastanawiam się też dlaczego ci umknęła moja orientacja. Wszyscy o niej wiedzą.

— Yyy… — zaciąłem się niepewny co powiedzieć.

Podejrzewałem, że po prostu według mnie zachowywał się normalnie. Nie zwracałem uwagi będąc skupionym na ćwiczeniach. No i nie słuchałem plotek. Skąd miałbym więc wiedzieć.

— To kim był ten szczęściarz? – zapytał nagle.

— Co?

— Twój były.

Skrzywiłem się nieznacznie. Może i wyglądał podobnie do mojej pierwszej miłości, ale z pewnością się tak nie zachowywał.

— Jak nie chcesz to nie mów. Przejdziemy się?

***


— A Maciek wtedy wpadł na pomysł, że wyciągnie farbki i namaluje mnóstwo kwiatów na ścianie… — paplał Adam.

Siedzieliśmy na ławce przy ratuszu. Opowiadał mi o swoim rodzeństwie. A miał o czym. Jego rodzina liczyła jedenaście osób. Matka, ojczym, on i ośmioro rodzeństwa. Był z nich najstarszy i jako jedyny miał innego ojca – który rozwiódł się z jego mamą i odszedł, gdy Adam miał siedem lat. Od tamtej pory nie miał z nim kontaktu. Jego rodzicielka po dwóch latach ponownie wyszła za mąż i dopiero wtedy pojawiło się rodzeństwo.

— Uwielbiam ich! — zaśmiał się radośnie. — To najlepsze co mnie w życiu spotkało. Wiesz, że Klara…

Przyjemnie było go słuchać. Jego entuzjazm zarażał. Sam śmiałem się z jego historii i było to miłą odmianą od letargu, w który ostatnimi czasu popadałem. Niestety w pewnym momencie zreflektował się i też zadał pytanie.

— A twoi rodzice? Jacy są? I masz rodzeństwo?

Patrzyłem na niego przez chwilę, nie wiedząc co odpowiedzieć. Prawdziwy ból po stracie już dawno stał się jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem. Teraz czułem… dyskomfort. Po prostu.

— Mam starszą siostrę — wyznałem.

— Jaka jest?

— Odpowiedzialna — parsknąłem. — Jest mi najbliższą osobą. Nie mam nikogo innego.

Adam spojrzał na mnie czujniej.

— Mam nie pytać?

— Moi rodzice zmarli jak byłem mały. Wychowywali mnie dziadkowie, ale i na nich przyszedł czas.

Wzruszyłem ramionami udając, że to nie ma już znaczenia. Chciałbym, żeby tak było. Nadal tęskniłem za dniami, kiedy czułem tą specyficzną lekkość. Szczególnie teraz. Żadnych zmartwień, akceptacja, pewność, że życie ma sens. Moi rodzice nie żyli, ale przecież nie mogliśmy z Gośką rozpaczać wiecznie. Nadeszły i dobre dni. Szkoda tylko, że tak szybko się skończyły. Po śmierci dziadków już nigdy nie czułem się tak bezpiecznie.

— Przykro mi — usłyszałem.

Spojrzałem na Adama i posłałem mu wymuszony uśmiech.

— Sporo przeżyłeś, co? — bardziej stwierdził niż zapytał.

Kiwnąłem głową na potwierdzenie. Wszystkie wspomnienia powoli zaczęły wracać. Układać się w jeden ciąg, pasmo nieszczęść, które wciąż i wciąż pojawiały się na mojej drodze. Czy to się kiedykolwiek skończy? Wątpiłem. Nauczyłem się już, że może być tylko gorzej. Żadnej nadziei. Nigdy. Tylko małe chwile szczęścia, które mogłem przyjąć. Krótkie złudzenia, którymi miałem się karmić i dzięki którym jeszcze żyłem.

— Byłem w więzieniu — wypaliłem nie wiedzieć po co.

Być może chciałem sprawdzić reakcję Adama. Odstraszyć go. Chyba. Mężczyzna milczał a ja nie mogłem na niego spojrzeć. Gapiłem się na swoje ręce pragnąc zniknąć.

— Wybacz — wymamrotałem. — Tylko ci zepsuję humor, nie jestem teraz dobrym towarzyszem do rozmów.

— Ja o tym zdecyduję — powiedział poważnie. — Dlaczego trafiłeś do więzienia?

— A co jeśli kogoś zabiłem?

Spojrzałem na niego. Poruszył się nieco niepewnie.

— Mam nadzieję, że miałeś powód… — zaczął dość cicho.

Parsknąłem śmiechem w którym próżno było szukać radości.

— Wsadzili mnie za włamanie i… Cóż. W resztę zostałem wrobiony.

Wyprostowałem się na ławce i wpatrzyłem w oświetlony ratusz przed sobą. Obok niego znajdował się pomnik. Przez chwilę zastanawiałem się co na jego temat powiedziałby Kamil. O nic nieznaczącej dla mnie rzeźbie potrafił rozmawiać godzinami.

— Gdy byłem w więzieniu mój — urwałem nie za bardzo wiedząc jak go nazwać — przyjaciel…

— Byłeś z nim?

— Nie. Miał narzeczoną. Zabił się, gdy siedziałem w więzieniu. Nikt nie zauważył depresji czy cokolwiek to było… Próżno w moim życiu szukać szczęśliwych opowieści.

— Nieprawda.

Uniosłem brwi, gdy Adam uśmiechnął się do mnie.

— Jeszcze miesiąc temu byłeś szczęśliwy. Widziałem to. Teraz jest gorszy okres. To normalne. Nic innego nie możemy dostać od życia. Zawsze są dobre i złe chwile.

— Mam wrażenie, że tych złych jest o wiele więcej.

— Nawet jeśli to już od ciebie zależy na czym się skupiasz.

— Pieprzenie — prychnąłem krzywiąc się.

Wzruszył ramionami i wpatrzył w zegar. Też tam spojrzałem i nagle do mnie dotarło, że jutro nie mam dnia wolnego. Wcześniej zupełnie mnie to nie obchodziło, ale widocznie wróciło opamiętanie. Nie mogłem stracić pracy.

— Cholera, muszę iść — wymamrotałem. — Jutro mam robotę.

— Gdzie pracujesz?

— Na budowie. A ty?

— Jestem elektrykiem. Ale mam po 12 godzin na zmiany, więc jutro wolne. Mogę cię odprowadzić?

— Jak chcesz…

Niemal przez całą drogę szliśmy w ciszy i o dziwo nie czułem się niekomfortowo. Adam pogwizdywał jakąś melodię. Cieszyłem się, że nie muszę iść sam. Te miasto zasypiało w nocy. Ruch uliczny ustawał, ludzie zamykali się w domach. Raz na jakiś czas można było spotkać jakąś samotną duszę albo pijaka, ale nic więcej. Miało się wrażenie, że miasto wymarło.

W końcu dotarliśmy pod mój blok. Przystanęliśmy przy drzwiach do klatki.

— Możemy się spotkać w najbliższym czasie? — zapytał.

— Chyba tak…

— Dasz mi swój numer?

Kiwnąłem głową. Zapisaliśmy swoje kontakty w telefonach. Spojrzałem na niego z dziwnym uczuciem, że nie chcę znów zostać sam. Bałem się odejść. Jakby ta rozmowa i ten mężczyzna mogły być tylko moim przewidzeniem. Naprawdę czułem się przy nim lepiej.

— Wiesz… — zaczął niepewnie i zrobił krok w moją stronę. — Lepiej wyglądasz jak jesteś zadowolony.

Czułem jego zapach i widziałem oczy utkwione w moich. Wciągnąłem głębiej powietrze. Chciałem do niego przylgnąć. Sprawiał wrażenie kogoś, kto potrafi rozwiązać wszystkie problemy. To głupie, ale w tamtym momencie było to dla mnie ważne.

— Jak każdy — palnąłem.

Adam uśmiechnął się i dotknął mojego ramienia. Przesunął palcami w górę aż na szyję. Nie widząc protestu przybliżył się do mnie i złączył nasze usta. To było zupełnie inne niż te pełne pośpiechu i gwałtowności pocałunki na parkiecie. Próżno szukać w tym uczucia, jakiego doświadczałem z Kamilem, ale mimo to z przyjemnością się temu poddałem. Wiedziałem, że jest to wszystko, co mogę dostać od ledwo znanej mi osoby. Teraz, w tym przypadku, mogłem na to przystać.

Zaprosiłem Adama do mieszkania. Niewiele mówiliśmy. Zdążyłem zrobić tylko porządek na swoim łóżku, a mężczyzna pchnął mnie na nie, przygniótł swoim ciałem i zaczął głęboko całować. Cieszyłem się, że z niczym się nie spieszył, bo dałbym głowę, że uciekłbym spod niego. To, że pozwalałem dominować Kamilowi, było jednak czymś innym, niż pozwolenie na dostęp do swojego ciała komuś obcemu. Bałem się, ale mężczyzna doskonale to wyczuł i w momentach, w których się spinałem, dawał mi czas. Obaj nie chcieliśmy robić nic na szybko.

— Ale to nie jest twój pierwszy raz na dole? — zapytał mnie, gdy spiąłem się zbyt mocno na dotyk na pośladkach.

— Nie. Po prostu miałem pewne… nieprzyjemności.

Kiwnął głową i wziął mnie w usta. Jęknąłem przeciągle. Miałem wrażenie, że zaraz odpłynę. Zdecydowane ruchy mężczyzny upewniały mnie, że nie mam się czego obawiać. Poświęcił mi sporo uwagi zanim się we mnie wsunął.

— Jesteś niesamowity — szeptał.

Nie wierzyłem w żadne jego słowo. Zgodziłem się na to zbliżenie i czerpałem z niego ile tylko mogłem. Dobrze było uprawiać seks. Niestety nie można go porównać z kochaniem. Nie tego jednak oczekiwałem.

Orgazm był cudowny i uwalniający. Ale gdy tylko się skończył, a Adam położył się obok, przyszły wyrzuty sumienia. Ganiłem się za nie. Niestety były silniejsze od rozumu.

— Na którą masz do pracy? — zapytał masując moją pierś.

— Ósma.

— A wiec trzy godziny snu…

Kiwnąłem głową i spojrzałem na niego uważniej.

— Zostaniesz?

Adam uśmiechnął się bokiem ust i cmoknął mnie w szyję.

— Tak.

Zostawał za każdym razem.