12 maja 2016

[16] Moja Alaska


            Otwieram oczy, nie rozumiejąc gdzie się w tej chwili znajduję. Widzę biały sufit, słyszę pikanie urządzeń w rytm serca. Boli mnie całe ciało. Oprócz lewej nogi. Podnoszę dłonie w górę i widzę wenflon na prawej ręce. Kroplówka.
            Mój umysł podpowiada mi, że coś jest nie tak. Rozglądam się i widzę Jacka, śpiącego przy moim łóżku. Każdy skrawek ciała boli mnie. Ale nie lewa stopa. Rwie mnie za to lewe kolano. Bardzo mocno.
Jestem w szpitalu. W żółtej sali, gdzie znajdują się jeszcze dwie inne osoby, ale one teraz śpią.
Unoszę się na łokciach i próbuję unieść lewą nogę. Widzę jak koc, którym mnie odkryto unosi się, ale jakoś tak nienaturalnie. Odkrywam się i zamieram.
Patrzę na mój kikut, nie rozumiejąc. Gdzie moja noga? Dlaczego jej nie czuję?
Straciłem ją.
Dopiero wtedy zaczynam wrzeszczeć.
Wolałbym umrzeć.
CHCĘ UMRZEĆ.

***

Znów budzę się w szpitalu. Miałem nadzieję, że to tylko zły sen.
Myliłem się.
- Mat. – Jacek pochyla się nade mną. – Nie ruszaj się. Nikt nie chce cię znowu usypiać.
- Czemu nie? Uśpijcie mnie. – Mruczę, a mężczyzna marszczy brwi.
- To nie koniec świata, Mat. – Mówi tak po prostu. Jakby nie było się czym przejmować. Jakby to, że straciłem nogę nic nie znaczyło.
- Koniec świata może i nie. – Zgadzam się. – Ale mój na pewno.
- O czym ty do cholery gadasz?
- Nie mogę już grać. – Szepczę.
- Nie myśl o tym na razie…
- Jak mogę o tym nie myśleć! – Wrzeszczę, a jeden z pacjentów na sali rzuca mi wściekłe spojrzenie. To mężczyzna średniego wieku.
- Młody, nie tylko ty jesteś chory. – Mówi kręcąc głową. – Twój ojciec ma rację. To nie koniec świata. Nawet bez jednej nogi będziesz mógł chodzić.
- Po pierwsze to nie mój ojciec, po drugie chrzanie chodzenie. Ja nie będę mógł biegać! – Krzyczę jeszcze głośniej.
- Mat, uspokój się. – Trener chwyta mnie za ramię. – Będziesz mógł biegać. Będziesz mógł nawet grać w kosza! Musisz się tylko nauczyć chodzić z protezą. Już załatwiłem ci miejsce w ośrodku…
- Nie chcę protezy. Chcę stopę. – Do oczu napływają mi łzy. Nie mogę zagrać w pierwszej lidze z protezą, choćbym nie wiem jak dobrze nauczył się z nią grać.
Jestem wściekły na świat, na cholerny samochód, na rodziców, których tutaj nie ma, na Emila, że mnie zostawił, na Julkę, że zabrała mnie na tą imprezę, na Klaudię, że mnie wtedy pocałowała. I na siebie najbardziej. Bo to wszystko moja wina.
- Zabiłem kogoś? – Pytam jeszcze.
- Nie. Tego gościa, z którym się zderzyłeś, wypisali dwa dni temu. – Odpowiada mężczyzna.
             To dobrze, pomyślałem. Bo gdyby on zginął, zabiłbym się od razu.
            Zamilkłem. Nie jadłem, utrzymywali mnie przy życiu jedynie kroplówkami. A po tygodniu, gdy przeniesiono mnie do innego szpitala z ośrodkiem rehabilitacyjnym, nie chciałem ćwiczyć. Mam wszystko gdzieś. Przy życiu trzymała mnie jedynie koszykówka. Teraz, gdy ją straciłem, nie mam nic.
            Umarłem zanim dotarłem na Alaskę.

***

Od czasu do czasu odwiedzała mnie Marta, która była tutaj pielęgniarką. Wprawdzie nie zajmowała się osobami w mojej sali, ale zawsze znalazła dla mnie czas. Nie rozmawiałem z nikim. Z nią też. Ale lubiłem, gdy przychodziła. Siadała wtedy przy mnie i nuciła kołysankę, którą znałem z dzieciństwa. Przez moment wracałem do przeszłości.
            Po miesiącu spędzonym w szpitalu odwiedziła mnie drużyna. Trener sądził, że to dobry czas, chodź wcześniej trzymał ich ode mnie z daleka. Ja jednak tylko spojrzałem na ich uśmiechnięte, sztucznie gęby i zamknąłem oczy, wygłuszając się na ich gadanie. Emila z nimi nie było. Nie chcę ich widzieć.
            Julka też przychodziła od czasu do czasu. Jedynie jej udawało się wmusić we mnie trochę normalnego jedzenia. Nie chciałem, by się o mnie martwiła.
            Był tu także psycholog. Ale jak już wspominałem, nauczyłem się wygłuszać na gadaninę innych ludzi. Stwierdził, że mam depresję, czy coś w ten deseń. Nie mam depresji. Ja po prostu nie chcę żyć.

***

- Ja pierdole, Mat! – Krzyknął na mnie trener. W sali było dwóch pacjentów, którzy gapili się na mnie z niechęcią. Nie lubią mnie. Dobijam ich moją pesymistyczną stroną.
- Nie możesz dłużej leżeć w łóżku. – Stwierdził terapeuta. – Mięśnie przestaną niedługo w ogóle pracować!
            I dobrze, pomyślałem.
- Mat, podnieś się do cholery! – Wrzasnął Jacek.
- Proszę pana, to nic nie da. – Zauważył kat, stojący nade mną z jakimiś przyrządami do ćwiczeń.
            Czasem udało im się mnie zmusić do ruchu. Od leżenia już mnie wszystko bolało, więc sam czasem chciałem sobie trochę ulżyć. Ale do głodu się przyzwyczaiłem. Lubię to uczucie.
- Boże, ja nie wiem co z tym dzieckiem… - Jęknął Jacek, patrząc na mnie bezsilnie.
            Było mi głupio, że tak się o mnie martwi. Ale moja żałoba była silniejsza od wyrzutów sumienia.
            Mężczyzna nagle rzucił wszystkie papiery, które trzymał w ręku i wyszedł.
            Czyżby postanowił mnie zostawić?
            Terapeuta też wyszedł. Na mojej twarzy moi współtowarzysze z pewnością dostrzegli żal. Odwrócili głowy i wrócili do swoich zajęć. Jeden rozwiązywał sudoku, a drugi bazgrał coś po kartce.

***

            Popołudniu, gdy Wacław i Irek, tak się nazywali pacjenci w łóżkach obok, wyszli na spacer, zostałem sam. Gapiłem się w okno. W widok, który towarzyszył mi już od dwóch tygodni. Dwa tygodnie byłem nieprzytomny, a kolejne dwa spędziłem w letargu, w tym ośrodku. Stracony miesiąc życia. Stracone i resztę jego lat…
            Nagle do pokoju ktoś wchodzi. Spoglądam na postać i otwieram szerzej oczy z zaskoczenia. On jest przerażony.
- Emil… - Wydukałem ochrypłym głosem. Od dawna nie wydałem z siebie żadnego dźwięku, więc teraz dziwnie było się znów odezwać.
- Debilu! – Wydarł się. – Dlaczego nie jesz! Wyglądasz jak anorektyk!
            Zacisnąłem usta. To prawda. Dziwne, jak po miesiącu ciało ludzkie może się zmienić. Mój brzuch z pewnością skurczył się do rozmiarów mandarynki.
- Przepraszam… - Reflektuje się i podchodzi do mnie niepewnie. – Tak się zmieniłeś…
- Wiem. – Mruczę pod nosem. – Siadaj.
            Wykonał polecenie.
- Pewnie Jacek cię przysłał. – Zauważam. Ten facet jest okropny…
- Tak. – Przyznaje. – Sam bałem się do ciebie przyjść. Dopiero jak dowiedziałem się, co ze sobą robisz…
- Co niby robię?
- Zabijasz się. – Rzucił wściekły. - Dlaczego?
- Bo nie widzę sensu żyć w świecie bez koszykówki. – Mówię zmęczony.
- Jesteś debilem czy co?! Myślisz, że kogokolwiek obchodzi twoja koszykówka?! Martwimy się o ciebie! Wszyscy! Cała drużyna! Jacek sobie żyły wypruwa, żebyś tylko zaczął normalnie żyć. Widziałeś jak schudł?! Jak jego włosy posiwiały!? A Julka też nie powinna się denerwować. Jest w ciąży! A jej brat postanowił się zabić!
            Patrzy na mnie wściekle.
- Obchodzi cię tylko ta twoja koszykówka. – Ciągnie dalej. - Myślisz, że tylko ty cierpisz. A nie widzisz nas! Kurwa ogarnij się! – Widzę jak na mnie patrzy. Ma w oczach łzy i ból. – Przepraszam, Mat… Przepraszam…
            Ciężko siadam na materacu. W głowie mi się trochę kręci, ale nie zwracam na to uwagi. Opuszczam nogi… albo raczej nogę z materaca i obejmuję chłopaka. Odwzajemnia uścisk i podnosi się z krzesła, nie odrywając się ode mnie, siada obok.
- Gdybyś wtedy zginął… - Mówi łamiącym się głosem. – Ja… kurwa, dobrze, że straciłeś tylko nogę…
- Nie mogę iść z tobą do tego klubu…
- Pieprzyć klub!
            Całuje mnie mocno, a mi jeszcze bardziej kręci się w głowie. Odwzajemniam pocałunek. Trwa to dość długo. Jak dobrze, że mnie już odłączyli od tej pikającej aparatury…
- Mat… - Odsuwa się ode mnie i patrzy w oczy. – Ja nie pójdę do tego klubu, jeśli nie przestaniesz się głodować i uciekać przed ćwiczeniami.
- Szantażujesz mnie? – Krzywię się.
- Tak. – Uśmiecha się lekko. – Miejmy układ. Ja idę zdobyć mistrzostwa Europy, a ty będziesz biegał z protezą i uczył innych koszykówki.
- Uczył? – Dziwię się.
- Tak. Zostań trenerem.
            Miałem ochotę się roześmiać.
- Jesteś niemożliwy. – Mówię, uśmiechając się szeroko.
- Umowa stoi? – Wyciąga do mnie rękę.
- Stoi i się cieszy. – Śmieję się i ściskam mu dłoń.
            Chłopak parsknął i znów mnie pocałował.
            Moja Alaska się zmieniła, ale dalej jest Alaską.

[15] Moja Alaska


            Przebrałem się w zwykłe jeansy i czarną koszulkę, na którą założyłem kurtkę tego samego koloru.
- Bosko! Idziemy! – Julka bierze mnie pod rękę i idziemy do mojego samochodu. – Rafał pojechał po Emila.
- Czego się tak uczepiliście, żeby nas ze sobą zabrać? – Pytam, przekręcając kluczyk w stacyjce.
- Tajemnica.
            Jasne. Pewnie chcieli, byśmy się pogodzili. Każdy już zauważył, że oboje łazimy wkurwieni całe dni, ale jakoś ani ja, ani on nie mamy ochoty na zgodę. Jest dobrze tak, jak jest.
            Chyba jestem masochistą.
- Klub ten co zwykle?
- Tak.

***

            Dojeżdżając na miejsce od razu zauważyłem Emila i Rafała. Nie było to trudne, z racji ich wzrostu. I tego, że Emila mógłbym wypatrzyć wszędzie.
- Są. – Oświadcza dziewczyna odkrywczo i wychodzi z samochodu. Rafał podchodzi do niej i obejmuje ją ramieniem.
- Cześć! – Rzuca do mnie.
            Kiwam głową, zamykam auto i dołączam do nich. Emil czeka na nas przy wejściu do klubu. Olewa mnie całkowicie, więc i ja tak robię.
- Idę do baru. – Decyduję, gdy w końcu wpuszczono nas do środka.
            Stoję sam, gapiąc się na tłum tańczących. Rafał i Julka zaczęli bawić się w najlepsze, a Emil samotnie dał się porwać muzyce. Chodź nie wygląda na to, że sprawia mu to frajdę.
- Kogo moje oczy widzą! – Słyszę obok i wzdrygam się na ten dźwięk. Spoglądam na Klaudię. Cholera, jeszcze jej tu brakuje. W szkole ciągle próbuje zwrócić na siebie moją uwagę. Mam jej dość.
- Jesteś sam? – Pyta i przerzuca brązowe włosy w tył, odkrywając swój głęboki dekolt. Ma na sobie czarną bluzeczkę na ramiączkach i krótkie spodenki jeansowe. Pasujemy do siebie, zauważam rozbawiony.
- Nie. – Wskazuję na parkiet. – Ale wszyscy poszli tańczyć.
- A ty?
- A ja nie umiem.
- Nie prawda. – Chwyta mnie za rękę i uśmiecha szeroko. – Spróbujemy?
            Zerkam na Emila, który już upatrzył sobie jakąś ofiarę. Dziewczynę. Jestem zazdrosny i głupi, myślę zirytowany. Nie powinien on mnie obchodzić! I nie powinienem być zazdrosny, skoro jest gejem… A kto go tam cholera wie…
- Ok. Tylko się nie przestrasz. – Śmieję się i daję wyciągnąć na parkiet.
             Tańczymy. Ja niezgrabnie, a ona nie tak dobrze jak Julka, ale kto by się tym przejmował. Wywalam z mojej głowy wszystkie myśli. Pieprzyć wszystko. Musimy śmiesznie wyglądać razem, bo jestem od niej wyższy prawie pół metra. Ale jak już mówiłem, kto by się tym przejmował.
            Trwa to naprawdę długo. W końcu dostrzegam wolne miejsce przy jakiejś sofie i ciągnę ją w tamtym kierunku. Jestem zmęczony niemal tak samo jak Klaudia.
- Bywa gorzej. – Ocenia, gdy siadamy na upatrzonym miejscu. – Z tańcem.
- Nie wyobrażam sobie tego. – Śmieję się. Ból lewej nogi oznajmił mi, że przesadziłem.
- Mówiłeś, że z kimś przyszedłeś. Ale jak na razie nikogo nie widziałam.
- Bo zajęli się sobą. Dwóch kolegów z drużyny i Julka, moja przyjaciółka i dziewczyna Rafała. – Wskazuję na nią. – To ta blondynka.
- Mhm. – Zamiast na dziewczynę, gapi się na mnie. – Jesteś inny niż w szkole.
- Tak? A jaki tu jestem?
- Smutny. – Odpowiada, ku mojemu zaskoczeniu. – W szkole nie pokazujesz żadnych uczuć. No chyba, że zirytowanie moją osobą.
            A więc zauważyła. Dlaczego się ode mnie jeszcze nie odczepiła?
- Jesteś inny, niż chłopcy, których znam. – Ciągnie dalej. – Ty nigdy nie zwracałeś na mnie uwagi i nie traktowałeś, jak dziewczyny do bzyknięcia.
- Cóż, ciężko tak cię nie traktować. Sama się tak zachowujesz. – Palnąłem, bez przemyślenia. – Przepraszam. – Dodałem.
- Masz rację. – Przyznała. – No cóż. Lubię seks. Ale nie idzie on w parze ze znalezieniem sobie kogoś na stałe. Po prostu faceci zostawiają mnie zaraz po zdobyciu. To wkurzające.
            Prychnąłem. Jest jeszcze dziwniejsza, niż sądziłem.
-  Wiem, wiem. Moja wina. – Uśmiecha się do mnie lekko. – W każdym razie postawiłam sobie za cel zdobycie cię, ale jak widać nie jesteś mną zainteresowany. – Marszczy brwi. – Jesteś gejem?
            Wybucham śmiechem.
- Tak? – Dopytuje, a ja dalej śmieję się jak opętany.
- Szczerze? – Pytam, gdy już się trochę uspokajam. – Nie mam pojęcia.
- Nie wyglądasz na geja. – Stwierdza i przysuwa się do mnie. – Sprawdźmy to.
- Co?
            Zanim mój opóźniony mózg zdał sobie sprawę, co ona wyprawia, pocałowała mnie. Nie są to wprawdzie przyjemne i mocne usta Emila, ale też nie złe. Jest nawet przyjemnie, dopóki nie dotykam jej ciała. Miękkie, krągłe, delikatne… wzdrygam się i odsuwam od niej.
- Mat… - Zaczyna, ale ja jej nie słucham. Patrzę na Emila, który obserwuje nas z parkietu. Na twarzy ma maskę obojętności. Rusza w stronę wyjścia, a ja rzucam się za nim, kompletnie zapominając o dziewczynie.
            Kurwa!
- Czekaj! – Doganiam go dopiero w pobliżu mojego samochodu i łapię za ramię.
- Czego? – Warczy, wyrywając mi się.
            Gapię się na niego, a on na mnie. Ma wściekłość w oczach, które tak lubię. Nie rozumiem. Czemu jest zły? Przecież nie jesteśmy razem. Możemy robić co nam się żywnie podoba. Sam tak powiedział.
- Nie zrozum mnie źle. – Mówi po chwili. – Mam w dupie to z kim się pieprzysz.
- A jednak to cię ruszyło. – Zauważam.
- Chciałbyś. – Odwraca się na pięcie, ale nie daję mu odejść. Obejmują go za szyję i przytulam do jego pleców.
- Em. Co my do cholery robimy? – Szepczę do jego ucha. – Przecież oboje chcemy tylko siebie…
- Odwal się. – Warczy, próbując wyrwać się z uścisku. – Puść mnie!
- Nie. – Wdycham jego zapach. Lubię go…
- Nienawidzę cię draniu! – Mówi łamliwym głosem. Gdy nie daję mu się wyrwać z uścisku, uderza mnie mocno łokciem w żebra. Zginam się wpół, puszczając go i rzucając wiązankę przekleństw.
            Przez kilka sekund patrzy na mnie, a gdy się prostuję, odchodzi.

***

Jadę do domu jak w amoku. Mam ochotę po prostu zatrzymać się i zasnąć, zapominając o wszystkim. A już w szczególności o Emilu.
Nie rozumiem naszej relacji. Nigdy jej nie zrozumiałem. Nie wiem co to miłość, troska o drugą osobę. W sensie takim rodzinnym. Troszczę się o Julkę, tak jak Marta troszczyła się kiedyś o mnie. Ale to inny rodzaj więzi. Z Emilem… nie mam pojęcia jak rozumieć to wszystko. On był zazdrosny? Jeśli tak, to dlaczego się nie przyznał… Fakt. Ja też mu tego nie powiedziałem, gdy chodziło o Damiana… Aghh! Mogłem go w ogóle nie spotkać… Nie musiałbym teraz myśleć o takich pierdołach. Byłbym samotny, ale przynajmniej nie bolałoby mnie serce tak jak w tej chwili.
Przejeżdżam przez skrzyżowanie nawet nie zerkając na światła. A z prawej strony słyszę klakson.

[14] Moja Alaska


            Gdy wylądowaliśmy w klubie całą zgrają, ochroniarze spojrzeli na nas groźnie, jednak nie odmówili wejścia. Po godzinie picia przy barze i stolikach, większość wybyła na parkiet, wyrywając jakieś laski. Przyszła tu także Julka i dziewczyna Lucjana.
            - Gratulacje! – Woła moja przyjaciółka, obejmując Rafała, a następnie mnie.
- Dzięki. – Mówię jej do ucha.
- O, cześć! – Wita się Emil, podchodząc do nas z wyszczerzem na ustach. – Już słyszałaś? Mat się spisał!
- Słyszałam. – Posyła mu lekki uśmiech i spogląda na mnie z uwagą. – Ale coś nie za bardzo się z tego cieszysz.
            Wzruszam ramionami. Nie mam ochoty znów tego tłumaczyć. Od tej słodkiej przyjemności wybawia mnie zielonooki, próbując wyciągnąć mnie na parkiet.
- Em, przecież wiesz, że nie umiem tańczyć. – Mówię, co skutkuje tylko jego rozbawieniem. Jest pijany i nie przejmuje się tym, że może to dziwnie wyglądać.
- No dawajcie! – Woła Adam w naszą stroną. Dotąd stał przy barze i tylko się nam przyglądał ze zmarszczonymi brwiami, teraz na jego twarzy widnieje uśmiech wyrażający pogardę. – Ostatnio widziałem jak Emil tańczył z jakimś czerwonowłosym. Później wyszli razem… Też masz na niego ochotę, co Mat?
- Damian? – Zaciskam palce na ramieniu Emila i wbijam w niego gniewny wzrok. Nie uszło to uwadze osób, które obok nas stały.
- Ocho. – Parska Adam. Przez chwilę dostrzegam na jego twarzy zaskoczenie. – Jednak trafiłem.
- Byłeś z nim? – Pytam, zapominając kompletnie o tym, że powinienem się obronić i wszystkiemu zaprzeczyć. Ogarnia mnie wściekłość, na myśl o czerwonowłosym… Jeśli byli razem…
- Tak. – Przyznaje Emil, przechylając głowę w bok. – Nie jesteśmy przecież parą. – Dodaje ciszej.
            Nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy, przyznaję w myślach. Ale nie pozwolę, by ktokolwiek mi ciebie odebrał.
- Adam. – Rzucam do bruneta, który przestał się już uśmiechać. Teraz był jedynie zniesmaczony. – Możesz sobie pogratulować.
- Co? – Pyta zdezorientowany.
- Jestem gejem. – Walę prosto z mostu i przyciągam Emila do pocałunku.
            Nie całowaliśmy się od czasu tej kłótni na klatce schodowej, nie mówiąc już o czymś więcej, więc gdy w końcu wpijam się w jego usta, ogarnia mnie pożądanie. Chłopak nie protestuje, poddaje mi się całkowicie, a ja wykorzystuję to jak najlepiej potrafię. W końcu jednak przypominam sobie, że jesteśmy obserwowani, więc odrywam się od niego, przybierając maskę wyższości.
- Punkt dla ciebie. – Wołam do Adama. Zauważam resztę drużyny i parę innych osób, gapiących się na nas z niesmakiem. Julka jedynie spoglądała na mnie smutno. Było jej mnie żal. Nic bardziej upokarzającego nie może mnie już spotkać. – Koniec przedstawienia. – Mruczę i obejmując chłopaka w talii, wyprowadzam z klubu. Traktuję go jak przedmiot, boję się spojrzeć na niego. Nie zniosę, jeśli i on mnie odrzuci. Przecież nie chciał, by ktokolwiek się dowiedział, a ja…
            Cholera. Czemu muszę wszystko psuć?
            Przystaję dopiero w ciemnej, pustej uliczce i wtedy spoglądam na Emila. Ma oczy bez wyrazu, a usta zaciśnięte w wąską linię. Wrogie spojrzenia z pewnością go otrzeźwiły.
- Nie mogę przy tobie pić. Zapamiętam. – Mamrocze. – Cóż. Straciłem drugą drużynę.
- Czemu mnie zdradziłeś? – Pytam, olewając to, co przed chwilą powiedział.
- Nie jesteśmy razem. Sam tak zdecydowałeś. W wigilię.
- Przecież powiedziałem rodzicom! – Krzyczę wściekły. Dlaczego on nie potrafi tego zrozumieć!
- Powiedziałeś, że jesteś gejem. A to nie oznacza, że jesteśmy razem. – Stwierdza.
- Dlaczego się tak tego uczepiłeś!? Powiedziałem im, że jesteś moim chłopakiem!
- Daj spokój. Kogo chcesz oszukać…
- Jedyny który tutaj oszukuje, to ty! – Wydzieram się i uderzam pięścią w ścianę obok. Emil patrzy na mnie zmęczony.
- Na nic się nie umawialiśmy. – Zauważa. – I ja, i ty możemy robić co nam się żywnie podoba. Chciałem z tobą spać, to spałem. Nie chcę, to tego nie robię.
            Wlepiam w niego wzrok w niedowierzaniu. No tak. Zdawałem sobie sprawę z tego jaki jest nasz „układ”… Mimo wszystko, miałem nadzieję, że obowiązują jakieś „reguły”, typu że jeśli mamy kogoś, to nie idziemy do innego…
- Jeżeli chodzi o koszykówkę… Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że mogą nas jeszcze bardziej gnębić. – Mówię po chwili milczenia. – Nie musisz rezygnować. Choć jak dla mnie jedyną nadzieją będzie to, żebym się dostał do innej drużyny… Inaczej szukam pracy.
- Dalej nie rozumiem o co ci chodzi z tą pracą…
- Nie ważne. – Przerywam mu, a na jego twarzy dostrzegam ból. Chcę go dotknąć, uświadamiam sobie. Przecież to jedyna osoba, z którą byłem blisko… - Wybacz, że przeze mnie się dowiedzieli. – Mówię i odwracam się na pięcie.
            Mam ochotę biec. Jednak powstrzymuję się do czasu, aż znikam mu z oczu. Chociaż jestem zmęczony i mam nieodpowiednie buty, rzucam się biegiem w stronę swojego domu. Na drugą stronę miasta.
            Gdy docieram na miejsce, bolą mnie nogi i płuca. Chyba naciągnąłem sobie któryś mięsień w lewej nodze, bo gdy w końcu przystaję, z trudem docieram do swoich drzwi. Ale ten przyjemy ból, odciąga moje myśli Emila.
            Jestem takim głupcem…

***

            Chyba serio coś sobie naderwałem, myślę, budząc się rano. Ledwo staję na lewą nogę, a ból przechodzi prądem od stopy, aż po biodro. Cholera. Dobrze, że jest sobota, nie muszę iść do szkoły.
            Wybieram numer do Julki i czekam, aż odbierze.
- Mat! Martwiłam się o ciebie… - Słyszę na powitanie. – Jesteś z Emilem?
- Rozstaliśmy się. – Mruczę, próbując powstrzymać ogarniające mnie emocje. – Mógłby twój tata zawieźć mnie do lekarza?
- Co się stało?!
- Nic wielkiego. Chyba naciągnąłem sobie ścięgno.
- Już go wołam. Przyjadę z nim. – Zdecydowała.
- Jak chcesz.
            Przyjechali po mnie już po pół godzinie od telefonu. Otworzyłem im drzwi, skacząc na jednaj nodze. Mógłbym chodzić normalnie, ignorując ból, lecz bałem się, że mogę sobie tym zaszkodzić.
- Cześć Mat, co się stało? – Pyta pan Paweł.
- Głupota. – Uśmiecham się przepraszająco. – Postanowiłem wczoraj biegać, chociaż byłem zmęczony po meczu.
            Julka jedynie pokręciła głową i zabrała mnie z ojcem do mojego lekarza sportowego.

***

- To tylko przesilenie i minimalne naderwanie ścięgna, ale lepiej żebyś odpuścił sobie na jakiś czas treningi. – Stwierdza lekarz po kilku badaniach. – Maść i odpoczynek powinny wystarczyć.
- Dobrze. – Zgadzam się potulnie.
- I nigdy więcej takich zrywów, jeśli nie chcesz się nabawić stałej kontuzji. – Mówi ostro. - Już któryś raz lądujesz tu z tego powodu.
- Dobrze. – Powtarzam. W duchu cieszę się jak głupi, że to nic wielkiego. No prawie. Muszę sobie odpuścić treningi na co najmniej dwa tygodnie.
            Wychodzę od lekarza zadowolony, już normalnie stawiając stopy. Od chodzenia nic się nie stanie, a ból nie jest nie do wytrzymania.
- I co? – Pyta Julka.
- Dwa tygodnie przerwy, wizyta kontrolna i będę mógł dalej zasuwać.
- Głupi jesteś.
- Wiem. – Uśmiecham się do niej lekko.

***

- Jak to kontuzja! – Krzyczy trener na mnie.
- No normalnie. – Odpowiadam, trochę zirytowany. Co ja jestem, maszyna?
- Przecież nic ci nie było! – Krzyknął znowu.
            Staliśmy przy boisku i targowaliśmy się o to, czy coś się stało, czy może jednak nie…
- Oj no, odpocznę sobie trochę i po sprawie.
- Kiedyś ty się nabawił tej kontuzji?
- Wczoraj… w nocy. – Odpowiadam niechętnie. – Postanowiłem wrócić biegiem z klubu do domu.
- CO?!
            Rafał śmieje się, podchodząc do nas.
- Trenerze, daj mu spokój i w końcu powiedz o telefonie. – Obejmuje mnie ramieniem i uśmiecha szeroko do Jacka.
            Spoglądam na niego nieufnie. Chyba nie będzie się ze mnie nabijał za ten pocałunek z facetem, prawda? Zawsze jest po mojej stronie… Chodź reszta postanowiła na razie udawać, że jestem niewidzialny. A Emila jeszcze tu nie było…
- Dobrze, już dobrze… Masz szczęście, że nie proszą o mecz już za tydzień.. – Mruczał, szukając po swojej teczce odpowiedniego papierka. – Jest.
            Podał mi jakąś kartkę. Napisał tam datę i miejsce naboru do drużyny. Oraz dwa imiona „Mateusz, Emil”. Rozdziawiłem paszcze szeroko.
- Chcą mnie przyjąć?! – Krzyczę, a ci, którzy mnie wcześniej olewali, teraz gapili się na mnie zaskoczeni.
- Wprawdzie to tylko jedna ze słabych pierwszych lig… - Zaczął trener.
- Żartujesz?! – Przerywam mu, czytając list. – W czerwcu mają nabór i mam się wtedy zgłosić, tak?!
- Tak. Będziesz mógł walczyć stamtąd o lepsze miejsce twojej drużyny, albo przynajmniej zostać zauważonym przez innych. – Zauważył Rafał. – Gratulacje!
- Jeszcze wyślą listy, ale do tego czasu przekażesz wiadomość Emilowi? Nie odbiera ode mnie telefonu.
            To jeszcze nie wyrokuje, że zostaniemy przyjęci, ale teraz przynajmniej wiem, że nie mogę zrezygnować.

***

            - No zgódź się! – Woła Julka, stojąc w progu mojego mieszkania. – Zbieram grupkę. Chcę ostatni raz zatańczyć na dyskotece. Rafał też idzie!
- I kto jeszcze? – Pytam ze zmęczeniem. Nie mam ochoty nigdzie iść, ale ona wydzwania do mnie przez cały dzień, a teraz jeszcze przylazła do mojego mieszkania. Od wyleczenia mojej kontuzji minęły dwa tygodnie i już wróciłem na treningi, poświęcając się im i nauce całkowicie. Chciałem choć w sobotę odpocząć od wszystkiego.
- Emil. – Wyznała cicho.
            Emil. Przekazałem mu wiadomość i na tym nasz kontakt się skończył. Gramy razem, ale nic poza tym. Od czasu do czasu ktoś skomentuje coś złośliwie na treningach, ale jakoś po tygodniu od feralnego ujawnienia przestali, widząc, że kompletnie na to nie reagujemy. I nawet nie zbliżamy się do siebie. Trener dowiedział się o co chodzi od Rafała, w którym jako jedynym miałem jako takie wsparcie. Było mi ciężko. Naprawdę ciężko. Ale nie mogłem nic poradzić na to, co się stało. Nie mogę nikogo zmusić, żeby mnie pokochał… Z resztą sam nie potrafię kochać.
- Mat, no zgódź się! – Znów zaczyna błagać.
- Tylko się przebiorę. – Wzdycham i idę do swojego pokoju.
- Hura! – Słyszę za sobą.

[13] Moja Alaska


            Mimo pozornej zgody nasze relacje się ochłodziły. Nie przychodzi już do mnie na noc. Nie spotykamy się w ogóle poza boiskiem. A na nim gramy tak jak zwykle. Brak mi go, ale nie mogę dać tego po sobie poznać. W ogóle brak mi bliskości. Nawet Julce się już nie zwierzam. Ona ma już własne problemy.
            Koszykówka. Tylko to się liczy. Następny wygrany mecz.
            Chodzą słuchy, że na mistrzostwach województw będą wyłapywać graczy do drużyny narodowej. Oczywiście wszyscy się na to napalili. A już w szczególności ja. Bo jak nie teraz, to kiedy?

***

            Wreszcie nadszedł wyczekiwany dzień. Mecz między dwoma województwami już za kilka godzin. A ja siedzę właśnie w autobusie wraz z całą drużyną. Jedziemy do Wrocławia.
- Jak humory? – Pyta trener, spoglądając na nas z pierwszego siedzenia.
- Streeees. – Odpowiada Lucjan.
- Ty się stresujesz? – Śmieje się Marcin. – Chłopie, nie wierzę… będziesz na boisku pewnie z dziesięć minut… trener cię od razu zabierze.
- Nie pomagasz mu, Marcin. – Przemek klepie Lucka w ramię z poważną miną. – Pamiętaj o oddychaniu.
            Kręcę głową i zakładam słuchawki na uszy. Ich przekomarzania są dziecinne. Przed meczem zawsze któryś się pokłóci, powyzywa. A jak już zabrzmi pierwszy gwizdek, nikt nie pamięta o toczonych waśniach. Nawet Adam. Wtedy liczy się jedynie wygrana.
            Czuję jak ktoś siada obok mnie i ściąga mi słuchawkę z ucha. Patrzę na Emila, który uśmiecha się niepewnie.
- Stresujesz się?
- Nie. – Przeciągam się i zsuwam na siedzeniu. – Będzie fajnie jak wygramy, ale mi chodzi tylko o to, by się pokazać. Zbyt długo ćwiczę, bym mógł teraz pozwolić zjeść się stresowi.
- No tak.
            Wkładam słuchawkę, a on znów mi ją zabiera. Tym razem jednak ma zamiar posłuchać tego co ja. Uśmiecham się i puszczam „Imagine Dragons - It's Time”. Chłopak przekręca głowę i zaczyna szukać czegoś w swoim telefonie. Gdy kończy się piosenka, odłącza kabel od mojej komórki i podłącza do swojej.
            Słyszę delikatne nuty i męski głos, od którego przechodzą ciarki. Podoba mi się. A później wsłuchuję się w słowa.
"We were born sick - you heard them say it
My church offers no absolution
She tells me "worship in the bedroom"
The only heaven I'll be sent to
Is when I'm alone with you
I was born sick, but I love it
Command me to be well
Amen. Amen. Amen.”
            Zerkam na ekran telefonu Emila. Słuchamy właśnie „Hozier - Take Me To Church”.
- I jak? – Patrzy na mnie wyczekująco.
- Co mam ci powiedzieć?
- Nie wiem. – Odpina telefon i oddaje mi kabel. – Puść jeszcze coś.
            Gdy znów słyszymy muzykę, chłopak opiera się o moje ramię i przymyka oczy.
- Wstawajcie, wychodzimy. – Słyszę Rafała.
            Otwieram oczy i widzę lidera, stojącego nad nami. Emil śpi z głową na moim ramieniu.
            Cholera. Miałem nie spać. Będę padnięty przez resztę dnia…
- Już idziemy. – Mówię i szturcham zielonookiego w ramię. Nie reaguje.
- Hałas jak na targu, a wam się jakimś cudem udało zasnąć. – Rafał uśmiecha się, widząc moje nieporadne próby obudzenia Emila. – Czekaj, mam pomysł.
            Pochyla się nad nim i dmucha mu prosto w ucho. Chłopak odskakuje jak oparzony i nie widząc innej opcji odsunięcia się od czegoś co go zbudziło, siada mi na kolanach. Rafał prostuje się i śmieje głośno.
- Kurwa. – Rzuca do lidera, pocierając ucho. – Co ty…?
- Ciężki jesteś. – Stwierdzam, a on jak gdyby dopiero teraz mnie zauważa. Czerwieni się lekko i odskakuje ode mnie. Mam ochotę parsknąć.
- Suń się. – Przepycha się obok Rafała i wychodzi z autobusu, zabierając jeszcze po drodze swoją torbę.
- Zbieraj się. – Rafał rzuca we mnie moimi rzeczami i wychodzi.

***

            Wszyscy mamy te same stroje. Niebieskie. Załatwili nam specjalnie pod ten mecz. Strata kasy, no ale sponsorzy wymagają.
Czekamy w szatni, stresując się jak nigdy. Najbardziej widać to po Karolu, który i tak wejdzie dopiero na trzecią kwartę. Co jakiś czas ktoś chodzi nerwowo i wszyscy milczą jak zaklęci. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak grobowej atmosfery przed meczem.
            I wtedy do szatni wchodzi trener.
- Co jest? – Pyta. – Ludzie, ogarnijcie się! To zwykły mecz! – Siada obok mnie. – Chodźcie tu. Chcecie wygrać?
- No raczej. – Odpowiada Adam.
- Błąd. – Jacek kładzie mi rękę na ramieniu. – Jesteście tu po to, żeby się pokazać. Już zwyciężyliście. Będą was widzieć. Jedyne co macie zrobić przez następną godzinę, to dać z siebie wszystko. Rozumiecie? Tu nie chodzi o wygraną, a o grę. Więc pokażcie, czego was nauczyłem.

***

            Na trybunach nie ma wcale tak dużo osób. Ale to i lepiej. Nie lubię, gdy ktoś patrzy jak się rozgrzewam.
            Impreza zaczęła się przywitaniem drużyn i przedstawieniem sponsorów. Później rozgrzewka, ostatnie przygotowania. Aż w końcu piłka pojawiła się na horyzoncie.
            Na boisku stoję ja, Emil, Marcin, Sebastian i Tobias. Podchodzę do środka boiska i czekam na rozpoczęcie. Drużyna przeciwna to chłopaki tacy jak my. Mniej więcej tego samego wieku i wzrostu. Pewnie z tymi samymi ambicjami.
            To będzie dobra gra.
            Zaczynamy!
            Kątem oka upewniam się, gdzie jest Emil i podskakuję. Na moją twarz wypełza uśmiech, gdy dotykam piłki i posyłam ją dokładnie tam, gdzie to sobie zaplanowałem. Rozgrywamy między sobą, nie dając jej sobie odebrać. Zauważam lukę i gestem każę do siebie podać. Gdy dostaję piłkę w swoje ręce, posyłam ją do kosza z linii za  trzy punkty.
            Dziesięć minut mija naprawdę szybko. W ciągu tego czasu trener zmienił Tobiasa z Marcinem, a przeciwna drużyna dwie osoby, które i tak nie wniosły niczego nowego. Po pierwszej kwarcie prowadzimy pięcioma punktami.
            Dwie kolejne kwarty i przerwę spędzam na ławce. Podobnie Emil. Trener postanowił zostawić nas na koniec. Gdy w końcu wchodzę na boisko, przegrywamy. Jest czterdzieści do pięćdziesięciu pięciu. Jeśli zrównamy, to będzie kurwa cud.
            Patrzę na Emila, Karola, Rafała i Adama, którzy są ze mną. I uśmiecham się szeroko. Jacek, zostawiłeś najlepsze na koniec, myślę. Teraz nie ma mowy o zmianach, którymi męczyłeś wszystkich przez ostatnie dwie kwarty.
- No to gramy. – Wołam do nich i dostaję z powrotem uśmiechy.
            Rafał wybija piłkę.
            Teraz albo nigdy!
            Nie wiedziałem, że potrafię tak grać. I nie pamiętam, bym kiedykolwiek miał taką frajdę na meczu. Zrównaliśmy się z nimi!
            Wygrywamy do cholery!
            Końcowy wynik to sześćdziesiąt do sześćdziesięciu pięciu. Dla nas!
            Przystaję, słysząc gwizdek. Jak przez mgłę pamiętam mecz. I teraz jak przez mgłę słyszę krzyki mojej drużyny. Ktoś mnie obejmuje, ale ja jedynie gapię się na tablicę wyników. Chcę to zapamiętać. Wygraliśmy. Przyczyniłem się do tego.
- Mat! – Jacek obejmuje mnie ramieniem. – Byłeś niesamowity!
- Dzięki. – Odpowiadam. Chyba jako jedyny nie skaczę. Cóż… Może dlatego, że po prostu nie mam już sił.

***

Powrót do domu był jeszcze większym koszmarem niż przyjazd tutaj. Wszyscy są tak głośno, że łeb mi pęka. Zaszywam się więc na początku autokaru i gapię bezmyślnie w ciemne okno.
- Mat, czemu nie dołączysz? – Dosiada się do mnie Emil. – To dzięki tobie świętujemy.
- Może.
- Co jest? Nie cieszysz się?
- Nie wiem… - Wyznaję. – Jeśli mnie nigdzie teraz nie zechcą… moja kariera zakończy się przed rozpoczęciem.
- Głupi jesteś. – Splata nasze palce i ściska moją dłoń. – Jeśli nie teraz, to kiedy indziej udowodnisz im na co cię stać. To jeszcze nie koniec.
- Muszę znaleźć pracę.
- Po co? Przecież rodzice cię utrzymują.
- Nie chcę tego… Ehhh… Sorry, niszczę ci humor. – Spoglądam na niego zmęczony. – Idź do nich się bawić.
- Spać mi się chce. – Stwierdza i kładzie na moim ramieniu.
            Dlaczego nie mogę cieszyć się z tego meczu? Dopóki nie usłyszałem gwizdka, moje życie było takie piękne. A później musiałem zdać sobie sprawę z tego, że to tak naprawdę mój ostatni mecz. Owszem, mógłbym pracować i grać tak jak Emil… ale jest jeszcze szkoła, której nie mogę rzucić. Nie chcę też, by koszykówka była jedynie pasją. Jestem na takim etapie, że chcę wszystko, albo nic. Może i głupie myślenie, mimo wszystko jestem tym wszystkim zmęczony. Szkoła, treningi, pusty dom. Ot i moje życie.
- Mat, Emil. – Kolejny raz tego dnia budzi mnie głos Rafała. Znów stoi nad nami z poważną miną. – Wy serio lubicie ze sobą spać.
- Czego? – Warczę, wtulając twarz we włosy Emila. Mam gdzieś, jak to wygląda. Oczy mnie bolą. I głowa.
- No ludzie…
- Wstawajcie pedały. – Przerywa mu Adam, podchodząc do nas. Znowu jest zły…
- Spierdalaj. – Odburkuje Emil, a ja wybucham śmiechem. Nawet przez sen potrafi mu odpowiedzieć w ten sposób.
- Już idziemy. – Decyduję, spychając go z siebie. W łóżku, zabiera mi wszystkie poduszki, a w autobusie mnie za nie bierze. Co za człowiek…
            Wszyscy chcą świętować. Nie mam ochoty na żadne wygłupy. A oni zapraszają mnie do jakiegoś klubu…
- Co jest? – Jacek planował jechać już do rodziny, ale gdy zobaczył mnie, smętnie gapiącego się na resztę, podszedł do mnie. – Nie cieszysz się?
- Jeszcze nie mam z czego. – Zauważam.
-No tak. – Mężczyzna uśmiecha się. – Mimo wszystko idź się zabaw.
- Nie lubię imprez.
- Emil idzie.
- No i? – Spoglądam na niego nie rozumiejąc.
- Nic. – Wzdycha ciężko. – Chyba myślałem, że to cię przekona.
- Jedź już do żony. Nie martw się o mnie. – Klepię go w ramię i odwracam się na pięcie. Idąc w stronę drużyny, czuję na sobie jego wzrok.