5 grudnia 2017

Basista - opis + wygląd głównego bohatera



Nie obiecuję, że opis do Basisty się nie zmieni, ale na razie brzmi właśnie tak:

Tom wszedł w moje życie z wielkim bagażem doświadczeń. Co prawda nie było to nagłe, lecz wciąż szokujące. Uwielbiam go doświadczać. Wchłaniać całym sobą. Zmienił mnie. Pokazał sens życia. Stał się nim dla mnie. Wszystko co robiłem było dyktowane Tomem Lisieckim.
I tak już zostanie. Na zawsze.
Mój Ukochany, obiecuję Ci miłość i wierność. Wszystko, co sam przysięgałeś w kościele.
Przyrzekam dotrzymać obietnicy.
I nie martw się. Zajmę się wszystkimi Twoimi Dziećmi.
Bez wyjątku.

Twój Bastian



4 grudnia 2017

[7] Wróć do domu

Przepraszam za opóźnienie. Zaplanowałam rozdział, ale nie kliknęłam "Publikacja".
Zapraszam.
__________________


Przyjaciel


Niespodziewanie Adam stał się częścią mojego życia. Spotykałem się z nim niemal codziennie. Moje mieszkanie wiele na tym zyskało. Znów panował w nim porządek. Wróciłem też na siłownię. Szybko odzyskałem formę, na szczęście miesiąc nie był jakąś znaczącą przerwą. Wszystko powoli się ustawiało. Czas płynął, a ja wraz z nim. Brałem to, co było mi dane i nie sięgałem po nic więcej. Po prostu trwałem.

W sierpniu trudno mi było wytrzymać na budowie. Żar lał się z nieba strumieniami i nie sposób było od niego uciec. Szef zlitował się i puścił nas godzinę wcześniej. Z wdzięcznością wziąłem od kolegi butelkę wody. Nawet nie zakładałem koszulki wsiadając do samochodu. Miałem tak spaloną skórę, że dotknięcie jej czymkolwiek przyprawiało mnie o dreszcze. Szybko dotarłem do mieszkania, marząc o lodowatej kąpieli. Drzwi zastałem otwarte, wiec pierwsze co, ruszyłem w stronę kuchni.

— Fabian!

Adam wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Wyjmował właśnie piwo z lodówki. Podszedł do mnie i już wyciągał rękę, żeby dotknąć jakiegoś skrawka mojego ciała, ale odsunąłem się jak oparzony. Dosłownie.

— Cześć. Sorry, ale najpierw muszę się wykąpać.

— Jasne. Miałem właśnie robić obiad, tylko za bardzo nie mam pomysłu.

— Dlatego wziąłeś piwo? — prychnąłem rozbawiony i sam zajrzałem do lodówki. — Jest zupa z wczoraj. Można po prostu podgrzać.

— A drugie danie?

— Za bardzo jesteś przyzwyczajony do obiadów mamy…

— To zdrowa dieta. W sam raz dla mięśni.

Znów chciał mnie dotknąć, ale zrobiłem unik i roześmiałem się.

— Idę do łazienki — oświadczyłem i już mnie nie było.

Zimna woda była wybawieniem. Gorzej z ręcznikiem, który znów podrażnił moją skórę. Sporo czasu zabrało mi osuszenie się. Zerkałem co jakiś czas w lustro z niezadowoleniem stwierdzając, że mam opaleniznę typowego budowlańca. Od kolan do pasa biało, reszta nieco zaróżowiona a barki i ręce spalone do czerwoności. Masakra.

Ubrałem krótkie spodnie i wróciłem do kuchni. Mężczyzna czekał na mnie z obiadem. Sam stał z jogurtem w ręku.

— Siadaj — rozkazał.

Uniosłem brwi, ale wykonałem polecenie. Przede mną stała zupa, za mną Adam. Miałem wrażenie, że coś nie gra i po chwili dowiedziałem się co. Poczułem coś lodowatego na plecach i aż podskoczyłem zaskoczony.

— Spokojnie. To pomoże — usłyszałem za sobą.

Pierwsze wrażenie było najgorsze, ale gdy jego palce zaczęły rozcierać po moich plecach jogurt, miałem ochotę wzdychać z przyjemnością. Chłód! Odsunąłem zupę dalej i wyłożyłem się barkami na stole nastawiając się do dotyku.

— O tak… — wymruczałem cicho przymykając oczy.

— Brzmisz jakbym co najmniej robił ci genialnego loda.

— Tak się czuję — parsknąłem. — Nie przestawaj.

Zaśmiał się wciąż delikatnie smarując moją skórę.

— Wiesz, muszę cię doprowadzić do porządku, jeśli chcę cię dotykać — powiedział, wyjawiając swoje niecne zamiary.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Po chwili skończył, więc zabrałem się za jedzenie. Po takim dniu zupa była idealnym posiłkiem. Adam usiadł naprzeciw i obserwował mnie.

— Jutro nie mogę iść do Gośki — oświadczył.

Posłałem mu pytające spojrzenie znad talerza.

— Mama idzie na badania. Muszę się zająć dzieciakami.

— Możemy ich zabrać ze sobą. Mamy przecież dwa auta — zaproponowałem.

Nie musiałem nawet patrzeć na jego minę, by znać odpowiedź. Miałem wrażenie, że nigdy nie zgodzi się na to, bym naprawdę poznał jego rodzinę. Znałem ich z opowieści i zdjęć. Niby też wiedzieli o mnie, ale nie chciał, żebyśmy się spotkali.

— To nie jest dobry pomysł — powiedział powoli. — Twoja siostra jest w ciąży. Potrzebuje spokoju.

— Bez przesady. To nie choroba. A tylko Maciek i Ewka mogą sprawiać problem, są najmłodsi. Adam, reszta ma po naście lat. Potrafią się zachować.

— Nie zawsze.

— Jakoś ich w czwórkę ogarniemy… — urwałem i machnąłem ręką z irytacją. — Z resztą jak chcesz. Czasem zastanawiam się czy bardziej wstydzisz się mnie czy ich.

— To nie tak…

Wzruszyłem ramionami. Wstałem by umyć talerz, a on podążył za mną.

— Nie jesteśmy przecież razem — zauważył. — Czemu się złościsz?

— A gdybyśmy byli razem, to byś im mnie przedstawił?

— Tak.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Opierał się o blat i patrzył na mnie uważnie.

— Ja cię poznałem z Gośką. Myślałem, że traktujemy się jak przyjaciele.

— Tak, Fabian. Ale jeśli przedstawię kogoś rodzinie, będzie to mój partner. Wiedzą o tobie, ale… — Odwrócił wzrok. — Jeśli się do ciebie przywiążą, a ty odejdziesz…

— Rozumiem — przerwałem mu.

Tak naprawdę nie rozumiałem, ale przyjąłem do wiadomości, że nie czuje się z tym komfortowo. Jeśli ma jakiś argument, dobrze. Nie chciałem go do niczego zmuszać, tylko pomóc. Ale on tego nie przyjmował.

— Przepraszam — mruknął nachylając się w moją stronę. Polizał mój bark i zaśmiał się cicho. — To nawet smaczne.

Uniosłem brwi, ale pozwoliłem by stanął za mną i powoli zlizywał ze mnie jogurt. Było mi przyjemnie. Przede wszystkim przestawałem myśleć o tym co nas łączy a co dzieli. No może oprócz tego, że nie mogłem odwrócić się i przyszpilić go do najbliższej ściany. Nigdy nie pozwalał mi dominować i zawsze kontrolował nasze zbliżenia. Brakowało mi pewnych aspektów seksu, ale chociaż go miałem.

Sapnąłem, gdy opadł na kolana i zaczął podgryzać wciąż nieopaloną skórę nisko na plecach. Wiedziałem do czego dąży i bardzo podobał mi się ten kierunek. Po kuchni rozszedł się dźwięk mojego jęku.

***



Ćwiczyłem właśnie z Adamem na siłowni, gdy podszedł do nas Kacper. Przywitał się i odciągnął mojego przyjaciela na bok. Rozmawiali o czymś ożywieni, a ja kontynuowałem podnoszenie ciężarka bacznie ich obserwując. Ostatnimi czasy bardzo rzadko spotykałem się z Adamem sam na sam. Coraz więcej ludzi wyciągało go na jakieś imprezy. Niby nie miałem nic przeciwko temu, ale… No właśnie. Fajnie by było jakbyśmy po prostu posiedzieli w domu, a nie latali po jakichś klubach. To nie były moje klimaty. Czasem zgadzałem się towarzyszyć, ale zwykle później uznawałem to za błąd. Nie potrafiłem się rozluźnić w tłumie obcych mi ludzi. Adam miał tylko paru stałych znajomych, reszta przypływała i odpływała niczym morze szargane sztormem. Zbyt szybkie tempo jak dla mnie.

Miałem ochotę zapłacić sobie dychę, za wygrany zakład, gdy wrócił od Kacpra z pytaniem czy nie wyjdę dzisiaj na miasto.

— Mieliśmy coś dzisiaj obejrzeć — przypomniałem.

— Film nie ucieknie. To jak, idziesz?

Pokręciłem głową, a on westchnął ciężko. Spojrzał na przyczynę tego zamieszania i wzruszył ramionami. Potem odszedł bez słowa i więcej go tego dnia nie widziałem.

***



O czwartej w nocy usłyszałem rumor przy drzwiach, kroki w korytarzu. W końcu uchylanie drzwi. Adam wszedł do środka chwiejnym krokiem. Podniosłem się szybko, żeby w ostatniej chwili uchronić zdjęcia na szafce obok przed demolką. Odciągnąłem mężczyznę od mebla i pchnąłem na łóżko.

— Faaabian! — wymamrotał mało przytomnie.

— Po cholerę wróciłeś tu w takim stanie? — warknąłem tracąc cierpliwość.

Miałem na szóstą do pracy. Została mi niecała godzina snu, z nim obok nie mam szans na choćby minutę. Mówiłem mu, myślałem klnąc bezsłownie, mówiłem, żeby nie pojawiał się tu w takim stanie.

— Cho… tu… — czknął.

Przetarłem twarz i zbliżyłem się do niego na tyle, że zdołał chwycić mnie za rękę i pociągnąć na łóżko obok siebie. Zaczął nasze usta w niezdarnym pocałunku, po czym wgramolił się na moje biodra. Mamrotał coś pod nosem co jakiś czas. Nie miałem zamiaru wnikać w znaczenie tych słów.

— Adam. — Chwyciłem stanowczo jego dłonie, gdy zaczął zsuwać ze mnie piżamę. — Chodź spać. Jestem wykończony.

Wolałem nie mówić mu, że w tym stanie nie da rady nic zrobić. Wystarczyło mi raz popełnić ten błąd. Nie skończyło się ciekawie. W ogóle nie kończyło się dobrze, gdy Adam pił zbyt wiele. Z uśmiechniętego, towarzyskiego człowieka zmieniał się w despotę i nie raz potrafił powiedzieć nieprzyjemne rzeczy. Do tego cuchnął. Nienawidziłem go w takich momentach. Gdyby był w stanie, zgwałciłby mnie. Na szczęście dla siebie byłem równie silny.

— Nie jestem Kamilem — stwierdził nagle, wyjątkowo jak na tę chwilę wyraźnie. — Nie będę nim nigdy!

— Nie będziesz — zgodziłem się z nim. — Nie chcę tego. Chodź spać.

— Nie będę nim — wymamrotał jeszcze i przewalił się na bok.

Odetchnąłem ciężko i zsunąłem się z łóżka. Na dzisiaj koniec snu. Nie chciałem go nawet widzieć, a co dopiero czuć jego zapach przy sobie. Ruszyłem do kuchni zrobić kawę. Może dzięki niej przeżyję jakoś ten dzień.


***



Gdy wróciłem do domu, byłem naprawdę padnięty. Zastałem Adama siedzącego w kuchni z butelką wody w ręku. Spojrzał na mnie z niewyraźną miną. Coraz rzadziej się przy mnie uśmiechał. Najlepsze było jednak to, że miało to swoje plusy i minusy. Z jednej strony pokazywał mi prawdziwą twarz z drugiej… No właśnie. Ta twarz nie była do końca taka przyjemna.

— Przepraszam — wymamrotał niewyraźnie i odwrócił wzrok.

Usiadłem naprzeciw niego i zmusiłem by spojrzał mi w oczy. Skrzywił się, ale nie wyrwał z uścisku mojej dłoni. Gdyby nie czuł się naprawdę winny, nigdy nie pozwoliłby mi sobą kierować.

— To, że ty masz wolne, nie oznacza, że możesz przychodzić w środku nocy i mnie budzić, jasne? — zacząłem nieznoszącym sprzeciwu tonem. — I w ogóle nie życzę sobie, żebyś przychodził do mnie pijany. Rozmawialiśmy już o tym… Jeszcze raz i wymienię zamki.

— Nie mogłem w takim stanie wrócić do domu…

— To nie pij. Albo wynajmij hotel — wzruszyłem ramionami.

Skinął głową i schował twarz w dłoniach. Nie zachowywał się normalnie. Nawet jak na osobę, która chce przeprosić. Było coś jeszcze o czym mi nie mówił. Obserwowałem go dłuższy czas zanim nie zadałem pytania.

— Co się dzieje, Adam?

Westchnął ciężko. Napił się wody i zaczął się bawić butelką.

— Bo… Nie chcę przyjaźni, okej? — zerknął na mnie niepewnie.

Coraz częściej zaczynałem się zastanawiać gdzie podziała się ta osoba z początku naszej znajomości. Było oczywiste, że wesołość tego człowieka jest tylko i wyłącznie pozą. Kłamstwem w które sam już uwierzył. Uwielbiał się wygłupiać, gadać. Przegadywać wręcz. Krył się za humorem i słowami. W rzeczywistości był podatny na zranienia, szukał akceptacji otaczających go ludzi. Do niedawna nie podejrzewałem, że odejście jego ojca miało dla niego jakieś znaczenie. Okazało się, że jest zgoła inaczej. Adam bał się odrzucenia jeszcze mocniej ode mnie.

— Ale ty nadal kochasz Kamila. Wiesz, że mamroczesz jego imię przez sen?

Milczałem. Nie było nic co mógłbym powiedzieć na ten temat, o czym by już nie wiedział. Byłem z nim szczery od samego początku.

— Dlaczego do niego nie wrócisz? — zapytał.

— Zraniłem go.

— On ciebie też. Ale nadal chcesz z nim być.

Opowiadałem mu historię z zerwaniem, ale wstydziłem się przyznać do mojej gwałtowności. Do chęci skrzywdzenia mojego byłego. Nie powiedziałem całej prawdy.

— Wiesz już, że na… pożegnanie uprawiałem z nim seks. Tyle, że wtedy mnie poniosło. — Odwróciłem twarz i kontynuowałem: — Wiem, że nawet gdyby się nie zgodził, zmusiłbym go do tego. Chciałem go zranić. Wykorzystać. I to właśnie zrobiłem. Byłem brutalny, a on krwawił. Potem spierdzieliłem stamtąd jak ostatni tchórz.

— Nie możesz sobie wybaczyć, ale chcesz wybaczenia. Od niego — stwierdził.

Trafił w sedno. Nie miałem nic więcej do powiedzenia. On widocznie też. Zamilkliśmy pogrążeni we własnych myślach. Trwało to dłuższą chwilę zanim się odezwał.

— Nie chcę być twoim przyjacielem — powtórzył. — Nie chcę cię też pytać czy chcesz czegoś więcej. Wiem, że nie… Nie zamknąłeś poprzednich spraw. I nigdy tego nie zrobisz, jeśli z nim nie porozmawiasz.

— Nie potrafiłbym spojrzeć mu w twarz.

— Być może. W takim razie stań przed nim i patrz na jego stopy. Powiedz coś, albo milcz. Ale spotkaj się z nim. Zrób to dla siebie. Obojętnie co powie i zrobi. Przynajmniej będziesz wiedział na czym stoisz.

— Wiem na czym stoję.

— Nieprawda.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Adam odstawił butelkę i tym razem spojrzał na mnie bez krępacji czy skruchy.

— Gdyby nie Kamil… Powiedz mi, tylko szczerze. Potrafiłbyś zaakceptować moje wady? Potrafiłbyś być ze mną?

— Tylko jeśli ty zaakceptowałbyś moje.

Uśmiechnął się do mnie promiennie. Ale tę maskę zdołał utrzymać jedynie kilka sekund. Później się rozpadła niczym domek z kart. Zdradził jeden minimalny skurcz i już nie było sensu utrzymywać, że jest okej.

— Już to zrobiłem — odpowiedział. — Załatw swoje sprawy. I jeśli zechcesz, odezwij się do mnie po wszystkim. Jeśli nie, to cóż… Fajnego życia.

Wstał i wyciągnął do mnie dłoń. Zaskoczony uścisnąłem ją mechanicznie. Dopiero gdy opuścił moje mieszkanie zostawiając klucze, uświadomiłem sobie co dla mnie zrobił.


***



Zapukałem nerwowo do drzwi. Był późny wieczór, a ja musiałem porozmawiać. Już. Teraz. W tym momencie. Nie mogłem czekać. Jednak nikt nie odpowiadał a ja zacząłem się zastanawiać czy coś się stało. Rozejrzałem się po podwórku szukając jakichś oznak zagrożenia. Ostatnio naprawdę mi odwalało.

Gdy tylko drzwi się lekko uchyliły, doskoczyłem do nich i siłą otworzyłem na oścież. W progu stał zirytowany Adrian. Wypchnął mnie na zewnątrz gwałtownie, gdy chciałem go minąć.

— Czy tobie odpieprzyło? Nie możesz normalnie poczekać aż otworzę? Usypiam dzieci! — syknął.

— Pomóż mi znaleźć Kamila — wypaliłem praktycznie nie zwracając uwagi na to co powiedział.

— A co ja jestem? — warknął. — Swatka? Detektyw? Zadzwoń do jego rodziców i tyle. Lubią cię przecież, raczej nie będą ukrywać gdzie teraz mieszka.

No tak. Nie wie. No bo skąd? Sam byłem zaskoczony i przerażony jednocześnie, gdy się dowiedziałem. Nikt mnie wcześniej nie raczył poinformować, a Gośka z pewnością wiedziała, do cholery! Musiała wiedzieć!

— Kamil… On nie odzywał się do nikogo od dwóch miesięcy.

Adriana wcięło na chwilę, ale szybko odzyskał panowanie nad sobą.

— A jego przyjaciele ze studiów? Muszą wiedzieć gdzie jest.

— Zniknął razem z cholernym Michałem — warknąłem. — Nikt nie wie. I to nie ja pytałem, a rodzice Kamila. Wszyscy go szukają! Czemu nikt mi, kurwa, o tym nie powiedział?!




1 grudnia 2017

Andrzej Kotański - "Mój psychiatra słucha jazzu"


"nowojorskiego
mówi że nienowojorski
nie ma wystarczającej przestrzeni

i pomalował sobie ściany na jasnoszaro
podobno też z powodów akustycznych

jak jest
zapytał

trochę smutno

i bardzo dobrze
to nie ściany mają być wesołe"


Polecam cały tom Wiersze o moim psychiatrze Andrzeja Kotańskiego. Ostatnio czytam na okrągło :)

27 listopada 2017

[6] Wróć do domu



Szukając sensu



To nie tak, że moje życie się skończyło. Oczywiście, zerwanie kontaktu z Kamilem bolało. Byliśmy razem prawie pięć lat. Jednak przez większość czasu nasz związek był tylko teorią. Nie przyzwyczailiśmy się do swojej obecności tuż obok. Rozmawialiśmy za to przez komórkę, pisaliśmy. Gdy działo się coś ciekawego, mogliśmy się tym podzielić. Dlatego prawdziwa tęsknota uderzyła mnie dopiero wtedy, gdy mój kolega opowiedział jakiś żart, a do mnie dotarło, że nie mam go już komu powtórzyć.

Zacząłem się bać. Chociaż z a c z ą ł e m to nie jest dobre słowo. Bałem się już wcześniej. Wielu rzeczy. Strach towarzyszył mi przez większość życia. Moja podświadomość dobrze go przede mną ukrywała, a wychodził na powierzchnię w najmniej odpowiednich momentach — kiedy musiałem podejmować decyzje. To prawda, że zachowywałem się irracjonalnie nie chcąc opuścić swojego mieszkania, miasta. Przecież nikt oprócz siostry mnie tu nie trzymał, a i ona tak naprawdę mnie nie potrzebowała. Jednak to tutaj wyrobiłem swoją strefę komfortu, której nie chciałem opuszczać na rzecz innych miejsc, ludzi. Co prawda nowe twarze pojawiały się non stop. Przepływały gdzieś obok i rozpływały w odmętach pamięci. Należały jednak do m o j e g o miejsca. A ja potrzebowałem czuć się pewnie. Nie chciałem zmian. Nigdy nie dane mi było cieszyć się spokojem. Wiele razy traciłem grunt pod nogami; gdy umarli moi rodzice, później dziadkowie, kiedy wywalili mnie ze szkoły, albo zamknęli w więzieniu. To tylko niektóre z przykładów. Miałem już dość wrażeń. Niestety teraz mimo tego, że nadal tkwiłem w owej strefie komfortu, strach zjadał mnie żywcem. Rozpoczął się w momencie, kiedy ostatni raz zamknąłem za sobą mieszkanie Kamila. Niemal sparaliżowany gapiłem się parę chwil na klamkę. Nie wiedziałem czy powinienem chwycić ją znowu, czy wykonać następne kroki, by przypieczętować odejście od chłopaka. Byłem przerażony na samą myśl, że już nigdy go nie zobaczę. Nawet jeśli później chciałbym wrócić, on mi już nie wybaczy. Nie po tym co mu zrobiłem.

Skrzywdziłem Kamila. Świadomość, że wziąłbym go wtedy nawet jeśli stawiałby opór, była nie do zniesienia. Zgwałciłbym go i tylko szczęście w nieszczęściu, że pozwolił mi na wszystko. W trakcie seksu byłem pewien, że czerpie z niego przyjemność, ale gdy zobaczyłem krew na kutasie… Wystraszyłem się. Dostrzegłem co tak naprawdę zrobiłem. W jedną sekundę znienawidziłem się za to i uciekłem jak ostatni tchórz. Jeszcze wiele razy w drodze do domu zatrzymywałem się z chęcią powrotu, ale zbyt mocno się bałem. Wiedziałem, że słowa, które mogę od niego usłyszeć, miałyby moc złamania mnie. Jakaś cząstka instynktu samozachowawczego nie chciała dopuścić do takiej sytuacji.

Brak Kamila oznaczał samotność, od której uciekałem całe życie. Bycie samemu wiązało się z ponownym wyrwaniem się ze strefy komfortu. Przecież zawsze otaczałem się chociaż kilkoma osobami, do których mogłem się zwrócić w razie potrzeby. To było normalne, miałem mentalność osoby pochodzącej ze wsi, czego nie zmieni nawet całe życie spędzone w mieście. Jednak zamiast wyjść do ludzi, poszukać kogoś, kto zapełni dręczącą mnie pustkę, zamknąłem się w domu. Nawet przestałem chodzić na siłownię. Wieczorem, po pracy zaszywałem się w mieszkaniu i piłem więcej niż powinienem. Straciłem sens, który mnie napędzał. Zawsze w mojej głowie był okres czasu wyznaczający cel. Jeszcze tydzień i go zobaczę, jeszcze kilka miesięcy a zda piąty rok, jeszcze trochę, a zamieszkamy razem i wszystko się ułoży. Miałem w głowie wyobrażenie happy end’u. Tak jakby ukończenie przez Kamila studiów miało rozwiązać wszystkie nasze problemy. Łudziłem się, że tak właśnie będzie. I to nas prawdopodobnie zniszczyło. Za późno dotarło do mnie jak ważny dla mnie był. Przecież oprócz niego i siostry nie miałem nikogo. A teraz, gdy potrzebowałem rozmowy, nie mogłem się do nich zwrócić. Mój związek przepadł, a Gośce nie potrafiłem się zwierzyć, przyznać do wszystkiego. Pozostało mi jedynie ukrywanie swojego załamania.

Praca. Dom. Praca. Dom. Nieznośna pustka. Tęsknota i dziwnego rodzaju strach. Z tego teraz się składałem.

***


Moje mieszkanie wyglądało strasznie. Przestałem sprzątać. Dałbym głowę, że wyglądało gorzej niż u Kamila. Dwa razy w ciągu ostatniego miesiąca miałem małe zrywy. Myśli, że trzeba w końcu się ogarnąć i iść dalej. Przecież nikt nie umarł, nic wielkiego się nie stało. Sprzątałem wtedy przestrzeń wokół siebie, wywalałem puszki po piwie, wkładałem naczynia i ubrania do szafek. Ale wystarczyły dwadzieścia cztery godziny, by moja chęć zmian zmieniła się w proch. Zgliszcza, które zalewałem kolejną porcją alkoholu. Dym ze zniszczonej nadziei otumaniał. Trułem się nim jeszcze mocniej.

Tego wieczora, trzy dni po mentalnym pożarze, postanowiłem wyjść z domu. Panicznie potrzebowałem ludzi. Alkoholu i ludzi. Miałem też ochotę na seks, ale o tym starałem się myśleć mniej. Odpowiedzią na te pragnienia był klub gejowski. Pojawiłem się w nim trochę przed północą, usiadłem przy barze i zacząłem wlewać w siebie alkohol. Wyglądałem pewnie jak rasowy pijak, ale i tak po pewnym czasie ktoś się do mnie dosiadł.

— Fabian! Dawno cię nie widziałem na siłce — usłyszałem tuż przy uchu.

Spojrzałem na mężczyznę i niemal zakrztusiłem się piwem. Znałem go. Adama dość często widywałem podczas ćwiczeń. Też miał hopla na tym punkcie. Był trochę mniej umięśniony ode mnie – no dobra, teraz bardziej – i mniej więcej w moim wieku. Czasem rozmawialiśmy, ale niewiele. Nie sądziłem, że może być gejem. Był strasznie towarzyski, rozmawiał z wszystkimi i wiecznie się uśmiechał. Podobał mi się, ale wcześniej nie zwracałem na niego zbytniej uwagi. Miał ciemniejszą karnację, brązowe oczy i swoją zwyczajową brodę, zgoloną na policzkach, a starannie przyciętą przy szczęce. Coś w jego uśmiechu przypomniało mi Piotra. Przez tą myśl moje serce ścisnęło się boleśnie. Czasem przez takie akcje zaczynałem się obawiać, że nigdy nie wyleczę się z mojej pierwszej miłości. Nigdy nie zapomnę i już zawsze będzie to do mnie wracać.

— Cześć — powiedziałem po dłuższej chwili wciąż zaskoczony. — Jesteś gejem?

Mężczyzna zaśmiał się i skinął głową. Pochylił się do mnie wciąż szczerząc zęby. Pachniał mocnymi perfumami.

— Też cię nie rozpoznałem. Fajnie, że się tu spotkaliśmy — wykrzyczał mi do ucha. — Czemu zrezygnowałeś z ćwiczeń?

Wzruszyłem ramionami i wbiłem wzrok w swoje piwo. Tak naprawdę sam nie wiedziałem dlaczego. Dotychczas siłownia pomagała mi się ogarnąć, zapełnić czas i myśli. Jednak teraz nie wystarczała. Przez ten miesiąc straciłem trochę mięśni i przybrałem tłuszczu. Nie ma w tym nic dziwnego, skoro tyle piłem. Jeszcze chwila i wyląduję z dużym brzuszkiem na kanapie. Jak typowy budowlaniec, tylko bez żony i dzieci na karku, za to z dużą ilością samotnych nocy.

Czułem na sobie wzrok mężczyzny. Poruszyłem się niepewnie.

— Zatańczysz? — zaproponował. — No chyba, że planujesz się dzisiaj tylko upić, to nie będę przeszkadzał.

— Zawsze mogę to połączyć — powiedziałem szybko.

Nie chciałem stracić okazji i znów zostać sam. Pozwoliłem się wyciągnąć na parkiet. Mężczyzna zdecydowanie był w dobrym humorze, a ja potrzebowałem jego optymizmu. Nigdy nie widziałem go bez uśmiechu. Nawet gdy ćwiczył, nie widać było po nim irytacji czy specyficznego zmęczenia, które pojawiało się na wielu innych twarzach. Nie wiedziałem dlaczego zwrócił uwagę na takiego mruka jak ja. Schlebiało mi to.

Na szczęście nie wypiłem jeszcze tyle, by mieć problemy z koordynacją ruchów. Byłem za to przyjemnie rozluźniony. Czułem na ciele jego dłonie i sam odpowiadałem na dotyk. Nie było szans na rozmowę w takim hałasie. Za to patrzyliśmy sobie w oczy, a mnie po raz kolejny uderzyło jego podobieństwo do Piotra. Czułem się tak, jakbym tracił kontakt z rzeczywistością. Nawet się nie zorientowałem w którym momencie od spojrzeń na nasze usta, przeszliśmy do czynów. Całowaliśmy się namiętnie, pozbawialiśmy się tchu. Ścieraliśmy swoje ciała. Lgnęliśmy do siebie.

Gdy byłem z Kamilem, nie pozwalałem sobie nawet na myślenie o innych facetach. Niby mieliśmy związek otwarty, ale nie potrafiłem z tego korzystać. Zawsze też próbowałem wyrzucać z głowy fakt, że on nie miał oporów. A teraz nic oprócz ciała Adama nie miało znaczenia. Potrzebowałem tego. Już po paru chwilach nabawiłem się porządnej erekcji. Dlatego, gdy mężczyzna odsunął mnie stanowczo, jęknąłem z pretensją. Wbiłem w niego wzrok pełen pragnienia, które tylko jeszcze bardziej się wzmogło, gdy dostrzegłem to samo w jego twarzy. To wszystko działo się tak szybko.

— Chodź — zrozumiałem z ruchu warg.

Pociągnął mnie w stronę wyjścia. Niby byłem podniecony a jednak z każdym krokiem czułem się coraz bardziej podle. Próbowałem zmusić się do wyłączenia myślenia. Chciałem poddać się chwili i zapomnieć. Pozwolić sobie odpłynąć. Potrzebowałem seksu, ale jednocześnie czułem dziwny opór.

— Niestety nie mogę zaprosić cię do siebie — powiedział, gdy wyszliśmy na zewnątrz. — Więc do hotelu czy do ciebie?

Zacisnąłem usta i wbiłem wzrok w ścianę za nim. Cholera. Nie miałem pojęcia co mam teraz zrobić. To byłby prosty układ. Zabrałbym go do mieszkania, dał upust frustracji, a później byśmy się pożegnali. Przecież robiłem to tak wiele razy przed Kamilem. Zanim nie poznałem co znaczy kochać się z kimś, kto odwzajemnia moje uczucia.

— Jak nie masz kasy na hotel to mogę…

— Nie o to chodzi — przerwałem mu szybko. — Po prostu niedawno zakończyłem związek i nie jestem pewien czy to dobry pomysł — przyznałem szczerze. — Przepraszam…

Mężczyzna spoglądał na mnie zdziwiony, ale zaraz na jego twarzy dostrzegłem zrozumienie. Rozluźnił się i posłał mi lekki uśmiech.

— Dlatego przestałeś przychodzić na siłownię?

Kiwnąłem głową i zrobiłem krok w tył. Staliśmy dość blisko siebie, a pomimo tego jak reagowało moje ciało, czułem się niezręcznie. Mężczyzna przeczesał włosy dłonią i rozejrzał się po pustej ulicy.

— Przepraszam — powtórzyłem. — Myślałem… Że tego chcę.

— Nie ma sprawy, Fabian. Ale trochę to już trwa, co? Kiedy zerwałeś? Miesiąc temu?

— Skąd wiesz?

— Bo cię obserwowałem.

Zamrugałem zdziwiony. Nie powiem, że nie poczułem się zagrożony. Co to znaczy, że mnie obserwował? Miałem nadzieję, że nie nabawiłem się jakiegoś stalkera czy coś w ten deseń…

— Na siłowni — wyjaśnił rozbawiony moją miną. — Nie mów, że nie zauważyłeś. W sumie powinno mi to schlebiać. To znaczy, że dość dobrze ukrywam swoje zainteresowania.

— Gapiłeś się na mnie na siłowni?

— Jak widać zaledwie zerkałem — zaśmiał się radośnie. — Gdybym wiedział, że gramy w tej samej drużynie już dawno bym do ciebie zagadał na poważnie.

Gapiłem się na niego chwilę zanim dotarło do mnie znaczenie tych słów.

— Podobam ci się…

— Nietrudno było zauważyć. Zastanawiam się też dlaczego ci umknęła moja orientacja. Wszyscy o niej wiedzą.

— Yyy… — zaciąłem się niepewny co powiedzieć.

Podejrzewałem, że po prostu według mnie zachowywał się normalnie. Nie zwracałem uwagi będąc skupionym na ćwiczeniach. No i nie słuchałem plotek. Skąd miałbym więc wiedzieć.

— To kim był ten szczęściarz? – zapytał nagle.

— Co?

— Twój były.

Skrzywiłem się nieznacznie. Może i wyglądał podobnie do mojej pierwszej miłości, ale z pewnością się tak nie zachowywał.

— Jak nie chcesz to nie mów. Przejdziemy się?

***


— A Maciek wtedy wpadł na pomysł, że wyciągnie farbki i namaluje mnóstwo kwiatów na ścianie… — paplał Adam.

Siedzieliśmy na ławce przy ratuszu. Opowiadał mi o swoim rodzeństwie. A miał o czym. Jego rodzina liczyła jedenaście osób. Matka, ojczym, on i ośmioro rodzeństwa. Był z nich najstarszy i jako jedyny miał innego ojca – który rozwiódł się z jego mamą i odszedł, gdy Adam miał siedem lat. Od tamtej pory nie miał z nim kontaktu. Jego rodzicielka po dwóch latach ponownie wyszła za mąż i dopiero wtedy pojawiło się rodzeństwo.

— Uwielbiam ich! — zaśmiał się radośnie. — To najlepsze co mnie w życiu spotkało. Wiesz, że Klara…

Przyjemnie było go słuchać. Jego entuzjazm zarażał. Sam śmiałem się z jego historii i było to miłą odmianą od letargu, w który ostatnimi czasu popadałem. Niestety w pewnym momencie zreflektował się i też zadał pytanie.

— A twoi rodzice? Jacy są? I masz rodzeństwo?

Patrzyłem na niego przez chwilę, nie wiedząc co odpowiedzieć. Prawdziwy ból po stracie już dawno stał się jedynie nieprzyjemnym wspomnieniem. Teraz czułem… dyskomfort. Po prostu.

— Mam starszą siostrę — wyznałem.

— Jaka jest?

— Odpowiedzialna — parsknąłem. — Jest mi najbliższą osobą. Nie mam nikogo innego.

Adam spojrzał na mnie czujniej.

— Mam nie pytać?

— Moi rodzice zmarli jak byłem mały. Wychowywali mnie dziadkowie, ale i na nich przyszedł czas.

Wzruszyłem ramionami udając, że to nie ma już znaczenia. Chciałbym, żeby tak było. Nadal tęskniłem za dniami, kiedy czułem tą specyficzną lekkość. Szczególnie teraz. Żadnych zmartwień, akceptacja, pewność, że życie ma sens. Moi rodzice nie żyli, ale przecież nie mogliśmy z Gośką rozpaczać wiecznie. Nadeszły i dobre dni. Szkoda tylko, że tak szybko się skończyły. Po śmierci dziadków już nigdy nie czułem się tak bezpiecznie.

— Przykro mi — usłyszałem.

Spojrzałem na Adama i posłałem mu wymuszony uśmiech.

— Sporo przeżyłeś, co? — bardziej stwierdził niż zapytał.

Kiwnąłem głową na potwierdzenie. Wszystkie wspomnienia powoli zaczęły wracać. Układać się w jeden ciąg, pasmo nieszczęść, które wciąż i wciąż pojawiały się na mojej drodze. Czy to się kiedykolwiek skończy? Wątpiłem. Nauczyłem się już, że może być tylko gorzej. Żadnej nadziei. Nigdy. Tylko małe chwile szczęścia, które mogłem przyjąć. Krótkie złudzenia, którymi miałem się karmić i dzięki którym jeszcze żyłem.

— Byłem w więzieniu — wypaliłem nie wiedzieć po co.

Być może chciałem sprawdzić reakcję Adama. Odstraszyć go. Chyba. Mężczyzna milczał a ja nie mogłem na niego spojrzeć. Gapiłem się na swoje ręce pragnąc zniknąć.

— Wybacz — wymamrotałem. — Tylko ci zepsuję humor, nie jestem teraz dobrym towarzyszem do rozmów.

— Ja o tym zdecyduję — powiedział poważnie. — Dlaczego trafiłeś do więzienia?

— A co jeśli kogoś zabiłem?

Spojrzałem na niego. Poruszył się nieco niepewnie.

— Mam nadzieję, że miałeś powód… — zaczął dość cicho.

Parsknąłem śmiechem w którym próżno było szukać radości.

— Wsadzili mnie za włamanie i… Cóż. W resztę zostałem wrobiony.

Wyprostowałem się na ławce i wpatrzyłem w oświetlony ratusz przed sobą. Obok niego znajdował się pomnik. Przez chwilę zastanawiałem się co na jego temat powiedziałby Kamil. O nic nieznaczącej dla mnie rzeźbie potrafił rozmawiać godzinami.

— Gdy byłem w więzieniu mój — urwałem nie za bardzo wiedząc jak go nazwać — przyjaciel…

— Byłeś z nim?

— Nie. Miał narzeczoną. Zabił się, gdy siedziałem w więzieniu. Nikt nie zauważył depresji czy cokolwiek to było… Próżno w moim życiu szukać szczęśliwych opowieści.

— Nieprawda.

Uniosłem brwi, gdy Adam uśmiechnął się do mnie.

— Jeszcze miesiąc temu byłeś szczęśliwy. Widziałem to. Teraz jest gorszy okres. To normalne. Nic innego nie możemy dostać od życia. Zawsze są dobre i złe chwile.

— Mam wrażenie, że tych złych jest o wiele więcej.

— Nawet jeśli to już od ciebie zależy na czym się skupiasz.

— Pieprzenie — prychnąłem krzywiąc się.

Wzruszył ramionami i wpatrzył w zegar. Też tam spojrzałem i nagle do mnie dotarło, że jutro nie mam dnia wolnego. Wcześniej zupełnie mnie to nie obchodziło, ale widocznie wróciło opamiętanie. Nie mogłem stracić pracy.

— Cholera, muszę iść — wymamrotałem. — Jutro mam robotę.

— Gdzie pracujesz?

— Na budowie. A ty?

— Jestem elektrykiem. Ale mam po 12 godzin na zmiany, więc jutro wolne. Mogę cię odprowadzić?

— Jak chcesz…

Niemal przez całą drogę szliśmy w ciszy i o dziwo nie czułem się niekomfortowo. Adam pogwizdywał jakąś melodię. Cieszyłem się, że nie muszę iść sam. Te miasto zasypiało w nocy. Ruch uliczny ustawał, ludzie zamykali się w domach. Raz na jakiś czas można było spotkać jakąś samotną duszę albo pijaka, ale nic więcej. Miało się wrażenie, że miasto wymarło.

W końcu dotarliśmy pod mój blok. Przystanęliśmy przy drzwiach do klatki.

— Możemy się spotkać w najbliższym czasie? — zapytał.

— Chyba tak…

— Dasz mi swój numer?

Kiwnąłem głową. Zapisaliśmy swoje kontakty w telefonach. Spojrzałem na niego z dziwnym uczuciem, że nie chcę znów zostać sam. Bałem się odejść. Jakby ta rozmowa i ten mężczyzna mogły być tylko moim przewidzeniem. Naprawdę czułem się przy nim lepiej.

— Wiesz… — zaczął niepewnie i zrobił krok w moją stronę. — Lepiej wyglądasz jak jesteś zadowolony.

Czułem jego zapach i widziałem oczy utkwione w moich. Wciągnąłem głębiej powietrze. Chciałem do niego przylgnąć. Sprawiał wrażenie kogoś, kto potrafi rozwiązać wszystkie problemy. To głupie, ale w tamtym momencie było to dla mnie ważne.

— Jak każdy — palnąłem.

Adam uśmiechnął się i dotknął mojego ramienia. Przesunął palcami w górę aż na szyję. Nie widząc protestu przybliżył się do mnie i złączył nasze usta. To było zupełnie inne niż te pełne pośpiechu i gwałtowności pocałunki na parkiecie. Próżno szukać w tym uczucia, jakiego doświadczałem z Kamilem, ale mimo to z przyjemnością się temu poddałem. Wiedziałem, że jest to wszystko, co mogę dostać od ledwo znanej mi osoby. Teraz, w tym przypadku, mogłem na to przystać.

Zaprosiłem Adama do mieszkania. Niewiele mówiliśmy. Zdążyłem zrobić tylko porządek na swoim łóżku, a mężczyzna pchnął mnie na nie, przygniótł swoim ciałem i zaczął głęboko całować. Cieszyłem się, że z niczym się nie spieszył, bo dałbym głowę, że uciekłbym spod niego. To, że pozwalałem dominować Kamilowi, było jednak czymś innym, niż pozwolenie na dostęp do swojego ciała komuś obcemu. Bałem się, ale mężczyzna doskonale to wyczuł i w momentach, w których się spinałem, dawał mi czas. Obaj nie chcieliśmy robić nic na szybko.

— Ale to nie jest twój pierwszy raz na dole? — zapytał mnie, gdy spiąłem się zbyt mocno na dotyk na pośladkach.

— Nie. Po prostu miałem pewne… nieprzyjemności.

Kiwnął głową i wziął mnie w usta. Jęknąłem przeciągle. Miałem wrażenie, że zaraz odpłynę. Zdecydowane ruchy mężczyzny upewniały mnie, że nie mam się czego obawiać. Poświęcił mi sporo uwagi zanim się we mnie wsunął.

— Jesteś niesamowity — szeptał.

Nie wierzyłem w żadne jego słowo. Zgodziłem się na to zbliżenie i czerpałem z niego ile tylko mogłem. Dobrze było uprawiać seks. Niestety nie można go porównać z kochaniem. Nie tego jednak oczekiwałem.

Orgazm był cudowny i uwalniający. Ale gdy tylko się skończył, a Adam położył się obok, przyszły wyrzuty sumienia. Ganiłem się za nie. Niestety były silniejsze od rozumu.

— Na którą masz do pracy? — zapytał masując moją pierś.

— Ósma.

— A wiec trzy godziny snu…

Kiwnąłem głową i spojrzałem na niego uważniej.

— Zostaniesz?

Adam uśmiechnął się bokiem ust i cmoknął mnie w szyję.

— Tak.

Zostawał za każdym razem.






20 listopada 2017

[5] Wróć do domu


Patrząc na prawdę


Siedzimy na moim łóżku. Razem z Fabianem patrzymy wszędzie, byle nie na siebie. Tak długo unikaliśmy poważnych rozmów, że teraz nie mamy pojęcia jak zacząć. Nie wiem czy potrafimy na spokojnie do wszystkiego podejść. Nasz związek opiera się na zapominaniu. Wybaczamy swoje potknięcia i idziemy dalej. A przynajmniej próbujemy. Teraz skończyło się udawanie, że wszystko jest w porządku. Obaj wiemy, że nie ma najmniejszego sensu uciekać przed problemami. Już dawno wygrały ten wyścig.

Pół godziny temu jedliśmy śniadanie, które Fabian przygotował. Wczoraj musiał zrobić zakupy, bo nie przypominam sobie, żebym miał w lodówce jajka oraz parę innych użytych produktów. To miłe. Wiedział, że będę miał pustki w lodówce i jeszcze zanim po mnie przyjechał na zajęcia, zrobił zakupy.

Zerkam na mężczyznę. Kolejny raz uderza mnie skala jego zmian. Tym razem nie jest jednak pozytywna. Oczy ma lekko podkrążone, ciało szczuplejsze, skórę poszarzałą. Ogólnie sprawia wrażenie osoby zmęczonej życiem.

— Czemu schudłeś? — pytam niemal szeptem. Dziwnie przerywać panującą wokół nas ciszę.

Fabian patrzy na mnie bez wyrazu. Wzrusza ramionami.

— Nie mogłem spać i jeść. Do tego w robocie było ciężej. Wiele rzeczy się złożyło.

— Przestałeś ćwiczyć?

— Nie. Ale zamiast trenować mięśnie to je spalałem.

— Czemu?

Wzdycha z wyraźną irytacją. Przeczesuje włosy i siada tak, by mi bez problemu patrzeć w twarz. Wygląda na bardziej zdeterminowanego niż jeszcze chwilę wcześniej.

— O tym chcemy rozmawiać? — pyta z nieukrywanym wyrzutem. — Nie odzywałeś się przez miesiąc! Jak mogłem się nie stresować?

— To czemu nie przyjechałeś?

— Miałem zapieprz w robocie. Dopiero teraz mogłem sobie pozwolić na wolne… A nawet musiałem. Coś ty sobie myślał biorąc jakieś świństwa w trakcie zajęć?!

Zaciskam usta i odwracam głowę. Wczoraj mnie poniosło. Mogłem naprawdę wiele stracić przez ten wygłup. Cieszę się z interwencji Przemka, a mimo to boli mnie, że Fabian przyjechał dopiero wtedy, gdy to on do niego zadzwonił. Ja nie raz prosiłem, by mnie odwiedził. Raz na pół roku robił to dla świętego spokoju, ale i tak miałem wrażenie, że nie jest mu to na rękę.

— Nie rozumiem — jęczę zaciskając dłonie na kolanach.

— Czego?

— Dlaczego nie chcesz tu ze mną być…

— Rozmawialiśmy już o tym setki razy. Co jeszcze mam powiedzieć?

— Nie wiem… Coś, co brzmiałoby sensownie. Jestem tym zmęczony. Wszystko co mówisz to wymówki wypowiedziane tylko po to, żeby zmydlić mi oczy. Nie wiem czy będę chciał zamieszkać u ciebie po studiach. A jeśli wybiorę pracę choćby tutaj, w tym mieście? Nadal będziemy w związku na odległość?

— Masz wybór, Kamil. Do niczego cię nie zmuszam.

— To żaden wybór! Chcę z tobą być, ale dlaczego mam się zgadzać wyłącznie na twoje warunki!? Nie możemy wypracować jakiegoś kompromisu? Czemu jesteś aż tak uparty!? O co w tym wszystkim chodzi?

Mężczyzna oddycha głębiej. Przez jego twarz przebiega cień niepewności.

— Okej… Zacznijmy może od początku — zaczyna. Chwyta mnie za rękę i nerwowo bawi się moimi palcami. — Powiem ci jak to wszystko wygląda z mojej perspektywy, a ty później powiesz swoją… Nie denerwuj się tylko. Zawsze chciałem dobrze. — Patrzy chwilę na moją twarz, doszukując się jakiejś reakcji, po czym kontynuuje: — Jak poszedłeś na studia byłem pewien, że się mną znudzisz. Znajdziesz sobie kogoś i z nim zostaniesz. Michał był jak spełnienie moich najgorszych myśli. To wtedy rozważałem przeprowadzkę… Ale jak wiesz, praca, siostra i moje obawy przed kolejnym poznawaniem okolicy, gdy już w swojej czułem się dobrze, wszystko utrudniały. Wtedy też udowodniłeś, że nadal chcesz mnie, nie jego. Pamiętasz naszą kłótnię? Byłem zdziwiony, o ile to dobre słowo. Byłem też przekonany, że poradzimy sobie z tym wszystkim. Po roku już wiedziałem, że się męczysz. Nam obu brakowało bliskości, a ty nie miałeś nikogo przy sobie… Wpadłem na głupi pomysł, żeby cię sprawdzić.

— Dlatego chciałeś otwartego związku? — pytam z niedowierzaniem.

— Tak. Bałem się też, że w końcu nie wytrzymasz i sam pójdziesz swoją drogą.

— Nie jestem jakimś napaleńcem! Potrafię się powstrzymać, Fabian — warczę. — Dlaczego myślisz o mnie tak źle? Byłeś moim pierwszym, nikogo więcej nie miałem!

— Myślałem, że będziesz chciał sprawdzić jak to jest z innymi…

— Bzdura! — Wyszarpuję dłoń z jego uścisku. Prawda jest taka, że pierwszy raz przespałem się z Michałem tylko dlatego, że byłem wściekły na Fabiana. To było zaraz po tym jak zdecydowaliśmy się na związek otwarty. Byłem zły, że wolał zaproponować to, niż zamieszkać ze mną. Jednocześnie nie chciałem wywierać na nim presji. Dlatego się zgodziłem. — Nie zwalaj swoich obaw na mnie. Nie mam z tym nic wspólnego. Nie dałem ci powodów, żebyś musiał się martwić.

— Nie dałeś — przytakuje. — Ale i tak się tego bałem…

— Czemu nigdy mi o tym nie powiedziałeś?

Wzrusza ramionami i odwraca twarz. Znów się zamyka, oddala ode mnie.

— Co było dalej? — zachęcam. Wiem, że i tak nie odpowie na tamto pytanie. Szczerze powiedziawszy powoli mam to gdzieś. Sam się o to prosi.

— Zgodziłeś się na ten układ i po pewnym czasie się zorientowałem, że z nim sypiasz… Byłem wkurzony jak nigdy. Ale nie mogłem mieć do ciebie pretensji.

Spuszczam głowę ze zrezygnowaniem. Nie ma sensu pytać dlaczego nie zerwał naszej umowy. Dlaczego nie przerwał tej szopki. Jedyne co mogłem teraz zrobić, to w milczeniu słuchać dalej. Fabian mówił z trudem, jakby coś w jego gardle blokowało słowa.

— W pierwszych latach częściej do ciebie wpadałem. Raz zastałem go u ciebie w mieszkaniu. To od tamtej pory nie chciałem przyjeżdżać. Nie chciałem widzieć go na oczy. Nie chciałem dowodów, że masz przy sobie kogoś, kto jest ci coraz bliższy, podczas gdy my się oddalaliśmy… — urywa nagle. — Prawie pięć lat. Nigdy nie byłem i chyba nigdy nie będę pewien czy jestem dla ciebie odpowiedni… W pewnym momencie zdecydowałem, że nie będę ingerował w twoje życie. Jeśli zechcesz ze mną być, ok. Ale jeśli nie… zostawię ci wolną drogę.

Nie wiem co odpowiedzieć. Nie sądziłem, że jest mnie aż tak bardzo niepewny. Zawsze musiałem mu udowadniać, że chcę naszego związku. Teraz czuję niechęć. Wiem, że mi nie ufa. Nigdy nie mówił mi o swoich obawach. Ukrywał je. Bił się z myślami, podczas gdy ja się dobrze bawiłem. Teoretycznie. Tak naprawdę i mnie to wszystko męczyło. Tylko nie byłem pewien co było przyczyną.

— Wychodzę na strasznego egoistę — zauważam. — Sypiałeś z kimś, kiedy ja pieprzyłem się z kim popadnie?

Mężczyzna krzywi się i kręci głową przecząco.

— Nikogo? Przez te pięć lat? — dopytuję. Chcę uzyskać odpowiedź słowną.

— Nie, Kamil.

— Kurwa, to dlaczego mnie na to pozwoliłeś?! — wybucham. Czuję się jak śmieć. Mam wyrzuty sumienia i świadomość, że Fabian cały czas podkładał się na baty, a ja tego nie widziałem. Nie chciałem widzieć. — Nie raz się zastanawiałem dlaczego nie powiesz czego ty oczekujesz! Zawsze było tylko to, czego ja chcę, co ja zdecyduję. Zwalałeś na mnie całą odpowiedzialność!

Zaciskam usta i wbijam w niego wściekły wzrok. Irytacja miesza się z uczuciem zniechęcenia. Mam dość. Nie chcę takiego związku, uświadamiam sobie. Nie chcę, by poświęcał się dla mnie w taki sposób. Łatwiej jest mu pozwolić, bym się z kimś pieprzył, niż przezwyciężyć lęk przed nowością. Naprawdę jestem mniej ważny od mieszkania? Przecież miasta tak wiele się nie różnią. Bez problemu mógłby odwiedzać Gośkę. Znalazłby pracę choćby i na mojej uczelni. Przy rzeźbach zawsze potrzeba silnych osób. Wystarczyłoby, żeby mnie posłuchał naprawdę. Zastanowił się. Kiedyś, gdy zaproponowałem mu owy pomysł, wyśmiał mnie. Nie wierzył, że mówię poważnie. Przypominają mi się słowa Michała, że ani to pieprzenie ani rozmowa. Miał rację. Kocham Fabiana… Ale czy nasz związek jest wart udręki? Nie taki jest przecież cel, a ten stan trwa już zbyt długo. I nie sądzę, żeby skończenie moich studiów coś zmieniło. Nie rozumiem. Niby jest okej, ale jednak dzieje się coś, czego nawet nie mogę nazwać. Coś nas niszczy. A ja mogę tylko bezradnie się przyglądać.

— Domyślałem się, że nie spałeś z nikim innym — mówię, patrząc mu w oczy poważnie. Widzę w nich smutek, który jest odbiciem mojego. — Odpychałem tą świadomość za każdym razem. Nie chciałem jej. Ale była. Wiedziałem, że nie jestem w porządku wobec ciebie. Czasem mnie to nawet cieszyło. — Zaciskam usta i odwracam twarz. — To nie ma sensu…

— Jeszcze parę miesięcy… — zaczyna mężczyzna i milknie, gdy zrywam się z miejsca.

— Nieprawda! Ty nigdy się nie zmienisz! I ja też!

— Nie chcę żebyś się zmieniał. — mówi niemal kurcząc się w sobie. — Chcę cię tylko w domu…

— Nie zamieszkam z tobą po magisterce — mówię tak spokojnym głosem na jaki w tej chwili mnie stać. — Nie w tym mieszkaniu, które masz teraz. Ty możesz znaleźć pracę wszędzie. Obojętnie gdzie wyjedziesz. I nie wmówisz mi, że jest inaczej. Ja zamierzam dopiero szukać swojego miejsca. Będziesz w stanie mi towarzyszyć?

Jego milczenie przedłuża się z minuty do wieczności. Jestem bezradny.

— Dobrze — mamroczę czując coraz większy ciężar na sercu. — Więc lepiej zakończmy to teraz… Nie ma sensu czekać i tylko ranić siebie nawzajem. Jeśli i tak nie mamy przyszłości…

— Kamil, to nie jest takie proste — przerywa mi.

— Owszem, jest. Chcę zwiedzać. Odkrywać. Imprezować z przyjaciółmi. Chcę móc porozmawiać z kimś o sztuce. O tym co robię, co tworzę — specjalnie przesadzam, żeby mu dopiec. Tak naprawdę nigdy nie wymagałem od niego wiedzy, jakichś górnolotnych rozmów. Chcę po prostu, żeby przy mnie był. — Z tobą nie mogę ani porozmawiać, ani… Ile razy się widzimy? Raz na miesiąc? Rzadziej? Nawet seksu z tobą nie mam!

Milknę, gdy zrywa się na równe nogi. Wygląda niczym zranione zwierze. Strach powoli zmienia się w agresję. Podchodzi do mnie i boleśnie chwyta za ramię drżącą dłonią. Jestem w szoku, że doprowadziłem go do takiego stanu pustymi słowami. Nie oponuję, gdy szarpie mną mocno.

— Może i nie mamy najlepszego związku, ale nie pozwolę ci sprowadzać go do tak błahych rzeczy — cedzi przez zęby.

— Błahych? — Unoszę brwi, jak głupiec chcąc go sprowokować jeszcze bardziej. Wycisnąć każdą emocje. Zmusić, żeby o mnie zawalczył. — Zadurzyłem się kiedyś w tobie jako szczeniak. Byłeś taki dorosły… Imponowałeś mi. A teraz stoisz w miejscu. Nie zamierzam skończyć jak ty…

Nie wiem co dostrzegam w jego twarzy. Odpycha mnie gwałtownie.

— Jeśli tak chcesz, dobrze — mówi stłumionym głosem. — Żegnaj.

Otwieram szeroko oczy. Nie takiej reakcji oczekiwałem. Całe moje ciało sprzeciwia się temu, czego doświadcza. Niewiele myśląc — ba, wcale nie myśląc — chwytam go za ramię, w momencie gdy odwraca się ode mnie z zamiarem odejścia. Nie wyrywa się tylko patrzy na mnie z irytacją i zaskoczeniem. Nie mam pojęcia co powiedzieć. Powinienem dać mu odejść. Tak byłoby lepiej. Przecież on się poddał… Po pięciu latach… Po paru złośliwie wypowiedzianych zdaniach. Puszczam go zdezorientowany i robię krok w tył.

— Nie rozumiem cię, Kamil — mówi wpatrując się we mnie, jakby chciał przewiercić na wylot, zajrzeć do mózgu i wydobyć odpowiednie informacje. — Totalnie nie rozumiem. Myślałem, że jesteś mądrym chłopakiem. — Znów się zbliża. Popycha mnie na ścianę. — Ale ty najpierw chcesz, żebym dał ci spokój, a później oczekujesz, że będę za tobą latał. Zdecyduj się w końcu. Nie siedzę w twojej głowie…

Jest tak blisko. Czuję jego zapach. Oddech na swojej skórze. Chcę go dotknąć i naprawdę ciężko jest mi się powstrzymać. Wiem, że to tylko wszystko skomplikuje.

— Czemu nigdy mi nie zabroniłeś spotykać się z Michałem? — szepczę drżącym głosem. — Czemu o mnie nie zawalczyłeś?

— Nie chciałeś tego — stwierdza kładąc mi dłoń na policzku. Nie ma w tym jednak czułości. — Straciłbym cię prędzej, gdybym coś chciał wymusić… Myślałem, że wszystko się jakoś ułoży, jeśli pozwolę ci decydować samemu. Miałem przynajmniej nadzieję. Ale nie we wszystkim potrafiłem się ugiąć. Mój dom jest jedną z nielicznych stałych, które w tej chwili mam…

Nie damy rady dojść do kompromisu, uświadamiam sobie. Obaj mamy swoje plany na życie, z których nie zamierzamy rezygnować. Jesteśmy na innych etapach. Z innymi doświadczeniami. Nasze drogi się mijają. Musimy się z tym pogodzić… Tylko jak? Przypominają mi się te wszystkie razy, gdy przyjaciele mówili mi, że powinienem to zakończyć. Może mieli rację? Nie potrafię myśleć przy nim racjonalnie. Być może ten jeden raz powinienem.

— Idź już — mówię zachrypniętym głosem. — To koniec.

Uświadamiam sobie, że płaczę. Łzy spływają po moich policzkach, zaczynam się trząść. Tak długo nie widziałem oczywistego. Teraz prawda dociera do mnie wraz z konsekwencjami. Powinienem wiedzieć wcześniej. Zorientować się, że ten związek już dawno się skończył. Przez długi czas szliśmy własnymi ścieżkami, które, owszem, znajdowały się w pobliżu, jednak z czasem zaczęły się rozwidlać, a my uparcie próbowaliśmy je naginać. Dłużej już się tak nie da. Chcę by zniknął i został przy mnie jednocześnie. Zbyt wiele sprzecznych i silnych emocji sprawia, że niemal popadam w histerię.

— Kamil…

Próbuje mnie przytulić, ale odpycham jego dłonie.

— Nie, Fabian. Zostaw mnie. Nie chcę…

Wtedy mnie całuje. Wpija się w moje wargi, gryzie je i jęczy coś niezrozumiale. Z początku nie reaguję zbyt mocno zaskoczony. Czuję potwierdzenie jego podniecenia na biodrze. Dotyka mnie niecierpliwie i wyczuwam w nim potrzebę, która mnie przeraża. Nie chcę się z nim kochać. Nie teraz. Próbuję go odepchnąć, a on przygniata moje ciało do ściany.

— Kurwa — sapię, gdy czuję spragnione usta na szyi. Łapie moje dłonie w żelazny uścisk uniemożliwiając mi próbę ucieczki. — Fabian, zostaw…

Przerywa i patrzy mi w oczy. Niestety wciąż ociera się o mnie biodrami.

— Ostatni raz… — niemal jęczy.

Widzę, że próbuje nad sobą zapanować. Mój strach i spięte ciało chyba go studzą. Przynajmniej na chwilę. Potem znów gryzie moją szyję, wydzierając ze mnie jęk. Drżę. Już sam nie wiem czy ze strachu czy pożądania. W końcu wyrywam dłonie i szarpię go w tył za włosy, by po sekundzie całować uchylone z zaskoczenia wargi. Chcę odzyskać kontrolę. Nie wiem, czy jest tego świadom, ale seks w ostatnim czasie stał się moim sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością. Tylko z tego powodu jestem w stanie pozwolić mu na ten nagły atak. Z resztą chyba nawet nie miałbym wyjścia.

Wszystko dzieje się szybko. Fabian niemal zrywa z nas ubrania. Przyciska mnie do ściany coraz mocniej, o ile to możliwe i całuje gdzie tylko na daną chwilę ma ochotę. Przez moment poddaję się jego poczynaniom, ale szybko też wykorzystuję chwilę jego nieuwagi i popycham go w stronę łóżka. Siada na nim ciągnąc mnie na swoje kolana. Nie ma w nas czułości. Gryziemy się, drapiemy skórę, zgarniamy co tylko się da. Sapiemy jak po sprincie. Wykorzystujemy dla własnej przyjemności. Pożądanie przejmuje kontrolę. Gdy mężczyzna mnie pieprzy, czuję ból.

— Jesteś mój — warczy, a ja nie jestem w stanie oponować.

Nawet przy naszym pierwszym razie nie było tak nieprzyjemnie. Mimo to uczepiam się dyskomfortu jak tonący brzytwy. Chcę, żeby bolało i mam z tego satysfakcję. Potwierdzeniem jest silny orgazm, który sprawia, że niemal tracę świadomość. Zwijam się w pozycję embrionalną, gdy Fabian wyciąga ze mnie kutasa i zaczyna się ubierać. Czuję się jak śmieć.

— Spieprzaj — rzucam słabo. — Nie chcę cię widzieć.

Wychodzi. Ucieka. Tak jak powiedziałem, spieprza z mojego życia.

Zostaję sam w mieszkaniu. Nie wiem ile leżę bezmyślnie, ale gdy w końcu wstaję cały obolały, na dworze już dawno panuje zmrok. Próbuję powstrzymać łzy, które po odzyskaniu kontroli nad umysłem, chcą wylać się ze mnie strumieniami. Potrzebuję czyjejś obecności. Kogoś, komu mógłbym zaufać. Bezmyślnie znajduję spodnie i wyciągam z kieszeni komórkę. Kładę się spowrotem na łóżku i wybieram numer. Po paru sygnałach słyszę głos:

— Tak?

— Przyjedź do mnie… — mówię niemal niezrozumiale. Zaczynam płakać, przez co mój głos się załamuje. Wyłączam komórkę i rzucam ją w kąt pokoju. Olewam dźwięk dzwonka sygnalizującego, że Michał próbuje się znów ze mną skontaktować. Wtulam się w poduszkę i ryczę. Nie wiem czy cokolwiek z tego zrozumiał, ale mam to gdzieś.

***


Słyszę kroki w korytarzu i głosy należące do trzech osób. Mimo to nie przejmuję się, że leżę nagi na łóżku wyglądając jak ofiara gwałtu. Ci ludzie mogliby mnie okraść, a ja nie kiwnąłbym palcem. To by nic nie zmieniło. Nie wiem jak teraz ma wyglądać moje życie. To śmieszne, bo o ironio będę tylko mniej rozmawiał przez telefon. Tylko tym przejawiała się obecność Fabiana.

— O Boże! — krzyczy Kaśka z progu pomieszczenia.

— Kurwa — wtóruje jej Michał. — Nie wchodź tu. Ty też wyjdź. Zajmę się nim.

Słyszę dźwięk zamykanych drzwi i kroków w stronę łóżka.

— Kamil, słyszysz mnie? — Michał łapie mnie za ramię i odwraca ku sobie. — Co on ci, kurwa, zrobił?

Patrzę na niego zamglonym wzrokiem. Troska na jego twarzy jest aż nazbyt widoczna. Nie zasługuję na nią. Sam doprowadziłem do tego wszystkiego.

— Nic — mówię zachrypniętym głosem. — Nic mi nie zrobił… Po prostu…

— Krwawisz — przerywa mi.

— Chrzanić to…

Unosi brwi i wzdycha ciężko. Siada obok mnie. Jestem zaskoczony, że nie czuję się źle pokazując mu się tak… upodlony. Wiem, że nic nie stracę w jego oczach. Nie wiem jednak czy po prostu niżej się upaść nie da, czy serio mu ufam.

— Rozstaliśmy się… Już go nie zobaczę…

Znów zaczynam płakać. Jak już pozwoliłem sobie na słabość, trudniej jest nad sobą panować. Michał głaszcze moje ramię. Milczy. Trwa po prostu przy moim boku, daje mi czas. Daje mi obecność. On daje, uświadamiam sobie. Cały czas to robił.

— Nienawidzę siebie — szlocham. — Nienawidzę.

— Wiem — mówi. — To nasza specjalność, nie sądzisz?

Kładzie się obok nie zważając na mój bród i zapach seksu. Przytula mnie. To śmieszne jak jego drobne ciało może okazać mi się potrzebne.

— Teraz będzie już lepiej. Tylko lepiej — słyszę.

***


Michał pomaga mi się ogarnąć. Kiedy ja się kąpię, on wraca do Kasi i Przemka, którzy czekają w kuchni. Kazałem wyjaśnić im co się stało. Całe to zdarzenie ma jedną dobrą stronę. W końcu wiem, że nie jestem sam. Moi przyjaciele są nimi naprawdę. Dotąd byliśmy blisko, ale nigdy nie śmiałem oczekiwać, że pomogliby mi w jakiejś ciężkiej sytuacji. Z tą myślą myję się dokładnie, ubieram i idę do nich. Jest mi wstyd, że mnie takiego widzą.

Staję w progu i patrzę na trójkę przez chwilę. Szepcą coś do siebie, a naraz urywają nieco zaskoczeni moją obecnością.

— Kamil! — Kaśka zrywa się z miejsca i tuli mnie mocno. — Tak mi przykro — mówi z nosem w mojej koszuli.

— No już, bo znowu się rozryczę.

Próbuję się zaśmiać, ale przez ściśnięte gardło wychodzi z tego karykatura rozbawienia. Dziewczyna ciągnie mnie do stolika, więc siadam obok nich. Krępuję się nieco, ale rozluźnia mnie Michał, który posyła mi lekki uśmiech.

— Wybacz, że musimy o to zapytać — zaczyna Przemek. — Czy Fabian zrobił coś wbrew twojej woli?

— Nie…

Zaciskam usta i odwracam twarz. Czuję, że mam czerwone policzki. Nie raz widzieli jak całuję Michała. Często obmacywaliśmy się na ich oczach bez krępacji. Ale to było co innego, niż widok mnie nagiego ze spermą i krwią na dupie. Dopiero teraz żałuję, że nie ubrałem chociaż spodni przed ich przyjściem. W łazience dostrzegłem, że jestem cały w siniakach, podrapany. Do tego gwałtowna penetracja musiała mnie nieco uszkodzić. Pod prysznicem zmywałem z ud zakrzepłą krew. Nie boli jakoś mocno, więc sądzę, że to tylko jakieś drobne skaleczenie. Więcej strachu niż faktycznych szkód.

— Inaczej to wyglądało — wtrąca Kasia. — Znam cię…

— Nie — przerywam jej z irytacją. Teoretycznie nie zrobił nic wbrew mojej woli… — Nie zgwałcił mnie. Sam się podłożyłem, okej? Przestańcie drążyć.

Dziewczyna rzuca Michałowi spojrzenie, na co ten wzrusza ramionami. Nastaje pełna krępacji cisza. Chciałem mieć kogoś przy sobie, ale trzy osoby wydają mi się być tłumem w tej sytuacji. Trochę mnie to męczy.

— Nie musicie przy mnie siedzieć — mówię cichym głosem.

— Nie zostaniesz teraz sam — oburza się Michał.

— Chcę spać.

Garbię się mocno, podczas gdy moi przyjaciele wymieniają spojrzenia. W końcu Przemek podejmuje decyzję:

— To Michał zostań tu, a my z Kasią się zbieramy. Tylko nie ćpajcie nic… — rzuca gniewnym tonem.

— Mam dość wrażeń jak na jeden dzień — zauważam.

— Wiem. Wypocznij, ale jutro chcę cię widzieć na zajęciach. Masz pracę do dokończenia. Wczoraj zabezpieczyłem wszystko.

Para zebrała się, uściskała nas na pożegnanie po czym wyszła. Ja zaś wróciłem do łóżka. Położyłem się i wtuliłem twarz w pościel pachnącą jeszcze mną i Fabianem. Chciałem zniknąć. To przerażające jakie wahania nastrojów miałem w ciągu dwóch dni.

Jakiś czas później słyszę Michała i czuję jak przytula się do moich pleców.

— Kamil…

— Mhm?

Nie słysząc odpowiedzi odwracam się ku niemu. Zagryza wargę i wygląda jakby bił się z myślami.

— Co? — dopytuję.

— Nigdy nie pozwalałeś, żebym… — zacina się. — Och, po prostu chodzi o to, że nie wierzę, że pozwoliłbyś mu na przerżnięcie się i wyjście. W ogólnie nie wyobrażam sobie, że byłeś w związku tym na dole. Nawet jeśli wiem jak on wyglądał…

— Nie mamy… — przymykam na moment oczy. Nie chcę się kolejny raz rozpłakać. Oczy mnie już od tego bolą. — Nie mieliśmy z Fabianem ścisłych ról w łóżku. Jak akurat chcieliśmy, tak robiliśmy. Z resztą też potrzebuję się czasem odprężyć.

— Ale teraz… Z pewnością był wściekły.

— On… To nie tak… Kurwa, nie chcę o tym rozmawiać. — Odwracam głowę i wpatruję się w sufit. — Kiedyś prawie został zgwałcony. Nie zrobiłby mi krzywdy. Trochę trwało, nim przyzwyczaił się do mojego dotyku, a jeszcze więcej czasu pozbywał się odruchów obronnych. Zerwaliśmy, ale to nie oznacza, że się nienawidzimy… Nadal go kocham…

Chcę wierzyć, że nie zrobiłby mi krzywdy, gdybym powiedział nie. Muszę w to wierzyć. Gdyby było inaczej… Nie wiem czy potrafiłbym już komukolwiek zaufać.

Przegrywam ze łzami, które razem z uczuciami torują sobie drogę na zewnątrz. Michał łapie mnie za brodę i przyciąga ku sobie. Patrzy mi w oczy z dziwnym wyrazem twarzy, którego jeszcze u niego nie widziałem.

— Dobrze. Nie myśl już o tym — mówi i przybliża się do mnie z zamiarem złączenia naszych ust.

Odwracam głowę uniemożliwiając mu to.

— Sam zacząłeś — zbywam go. — Chcę spać.

Odwracam się i pozwalam powiekom opaść a łzom płynąć. Nie mogę sobie wyobrazić jak będzie wyglądał mój następny dzień.