Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jednorozdziałowiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jednorozdziałowiec. Pokaż wszystkie posty

30 maja 2016

Zagubiony


Wąskie uliczki miasta są zimne i ciemne. Czuję zapach wilgoci, ludzi i zwierząt. Słyszę dziwne pojazdy człowieka, oraz rozmowy zza ścian budynków. Jednak tu, gdzie jestem, nikogo nie ma. Idę więc spokojnie, rozglądając się wkoło i kołysząc białym, puchatym ogonem. Mam nadzieję, że nie przybłąka się dzisiaj żaden pies. Prych! Na samą myśl włosy stają mi dęba. Co ludzie widzą w tych brudnych-paskudach-pasch? To naprawdę nierozsądne trzymać w domu źródło chaosu. Łażą wszędzie, brudzą, gryzą, szczekają. Głośne i nierozgarnięte. Prych!
Wskakuję na parapet jednego z nielicznych okien. Miauczę, próbując zwrócić na siebie uwagę któregoś z domowników. Wszyscy homo sapiens siedzą na wielkiej kanapie przed migoczącym ekranem. Ludzie. Prych! Gapią się non stop w jakieś ekrany i nie ruszając przez cały dzień. Nie mam pojęcia co ich ciekawi w tych kolorowych obrazkach. Przecież są bez sensu.
Zeskakuję zirytowana z parapetu, lądując niefortunnie w kałuży. Prycham, zła o swoją nieuwagę. Wychodzę z wody i siadam pod parapetem, bo tylko tam jest sucho. Przeszedł mnie dreszcz. Moje mokre łapki zaczynają marznąć, liżę je więc, by się osuszyć.
Muszę znaleźć jakieś schronienie. Może w śmietniku będzie jakieś suche miejsce? Kto to myślał, żebym musiała tułać się po ulicach w środku nocy! Moja pani zapłaci za to! Jak wrócę do domu, to rozwalę jej poduszkę. Albo nasikam na kołdrę. Albo jedno i drugie…
Zrobiłabym to, gdybym wiedziała, gdzie teraz jest. Zostawiła mnie tak nagle.
W oddali zauważam niedomknięte drzwi jednej z kamienic. Uradowana biegnę do środka. Jest tu cieplej niż na zewnątrz, ale podłoga holu jest z kamienia, co nie jest przyjemne. Rozglądam się, ale nie ma żadnej poduszeczki... Nic nie ma. Prych! Jak tak można? Miska mleka dla spragnionego wędrowca, to nie łaska? Prych! Ludzie.
Łapki coraz bardziej mi marzną, przebieram więc w miejscu, zastanawiając się, czy nie zadrapać w czyjeś drzwi. Ludzie czasem dają coś ciepłego. Może i tym razem się uda? Postanawiam spróbować.
- Edward! - Słyszę wrzask jakiejś starszej pani. - Weź zobacz co tak drapie w te cholerne drzwi!
- Już, już! - Wielkie drewno-drzwi uchylają się, ukazując w progu starszego mężczyznę. Od razu wyczuwam od niego coś śmierdzącego i szczypiącego w nos. Chyba nie najlepszym pomysłem było drapać akurat w te drzwi. Jakby na potwierdzenie tych myśli, dostaję potężnego kopniaka, który odrzuca mnie na ścianę. Dzwoni mi w uszach. Przez moment nie potrafię dojść do siebie, a gdy otwieram oczy i z bólem szyi rozglądam się dookoła, drzwi mieszkania są już zamknięte. Żadnej ciepłej miseczki mleka, żadnej poduszeczki. Teraz tylko ból pleców i głowy. Prych!
Wychodzę z kamienicy, próbując nie zwracać uwagi na ból. Idę powoli w stronę ruchliwej ulicy. Ktoś się zlituje. Na pewno.  Ludzie są dobrzy, nie chcą zrobić krzywdy bezbronnym zwierzętom. Ten tam był chory, nie myślał o tym co robi. Chyba...
Moja pani była dobra. I inni ludzi, których spotykałam. Tylko dlaczego mnie zostawili? Wyszłam jak zwykle z domu, by nie brudzić swoją potrzebą mieszkania pani, ale już mnie więcej nie wpuściła… Zawsze mnie wpuszczała! Później przyjechało więcej ludzi. Naprawdę dużo. Bałam się tłumu, więc nie wchodziłam do domu. W końcu odjechali. Ale mój dom już się więcej nie otworzył.
Każdy krok sprawia mi potworny ból. Mam wielka nadzieję, że nic sobie nie zrobiłam, jak mam w wkrótce uciec przed gromadą psów? Na pewno mnie złapią, jeśli nie będę zwinna i szybka.
            Moja pani… Ja tylko żartowałam z psotami…

9 maja 2016

Anioł Stróż



Ulice nocą nie są tak piękne, jak kiedyś mi się zdawało. W ciemnościach, do których dochodzi jedynie nikłe światło księżyca, jest coś mrocznego. Coś, co spędza mi sen z powiek. Bo moją największą obawą jest zaczajone w tych miejscach zimno.
Dzisiejszej nocy mróz przenika aż do kości, płynie wraz z krwią do wnętrza, szczypie, a jednocześnie znieczula. Powoli doprowadzi do tego, że będzie mi gorąco. Ale owo uczucie nie przyniesie ulgi, a przerażenie. Bowiem będzie to ostatni etap, jaki mnie w tym życiu spotka.
Moje upragnione i wyczekiwane ciepło może mnie również zabić.
Otulam się szczelniej kocem, by wiatr nie przedostawał się pod szorstki materiał. Jestem boso i już praktycznie nie czuję stóp. Jedyne co teraz mogę robić, to pluć sobie w brodę, że w odpowiednim czasie nie zarobiłam na buty.
Siedząc na bruku w wąskiej uliczce, dostrzegam postać, która zbliża się do mnie wolnymi krokami.
- Pati. – Słyszę znajomy głos. Należał do kogoś. Do osoby, na której mi niegdyś zależało. Teraz już nie pamiętam. Zimno i lód skutecznie przysłaniają mi tę część świadomości. - Co tu robisz?
Chłopak jest wysoki i szczupły. Ma szare włosy, które niegdyś zapewne lśniły czernią. Jego twarz nagle mi coś przypomina. Bo tu, przy starej kamienicy w centrum miasta nie mogłabym go z nikim pomylić. Nigdy bym nie mogła.
Fabian.
- Jak… - Próbuję coś powiedzieć, jednak język odmawia mi posłuszeństwa. Przygryzam go za to boleśnie i krzywię się nieprzyjemnie.
- Co się stało? Dlaczego tu siedzisz? – Fabian kuca przede mną. Jego twarz przepełniona jest przerażeniem. Wygląda, jakby nie wierzył, że mnie tu spotkał.
- Ja… nie w-wiem. – Rzężę, wyciągając dłoń w jego kierunku. Chcę poczuć jego ciepło jeszcze raz po tak długim czasie. Pamiętałam jak kiedyś mnie obejmował i ogrzewał oddechem. Jak chronił od złego...
Mogła go powstrzymać jedynie śmierć.
Chłopak chwyta moją dłoń. Ale nie jest ciepły. Dopiero teraz, gdy się zbliżył, zauważam, że jego niegdyś ciemna cera teraz jest blada i kolorem przypomina kość słoniową.
- Masz jeszcze szansę. – Mówi, ściskając moje palce. – Musisz znaleźć odpowiedni dom i...
- I co? – Prycham. Mój głos nabiera na sile, ale dalej jest szorstki niczym papier ścierny. - Wejdę do pierwszego, lepszego i powiem „Cześć, zimno mi, mogę tu zanocować?”.
- Tak. – Pewność w jego oczach zbija mnie z tropu.
- Nie będę robić z siebie żebraka. Nie chcę litości. - Rzucam zdenerwowana. Już dawno zrobiłabym to, o czym mówi, gdyby nie moja duma.
- Tu nie o litość chodzi.
- A o co?! – Wbijam paznokcie w jego skórę. Nie robi to jednak na nim żadnego wrażenia.
- O przeżycie. - Odpowiada szeptem.
- Ty umarłeś. – Stwierdzam, jakby fakt, że odwiedził mnie nieboszczyk, był czymś oczywistym. – Zostawiłeś mnie!
- Zostawiłem? - Prycha i puszczając mnie, wstaje. – Oczywiście że nie. Umarłem, ale z pewnością nie zostawiłem.
Patrzę na niego wściekła. Wracają do mnie każde wspomnienia, które tak bardzo staram się zapomnieć.
Nienawidzę go. Gdyby nie wyścigi, to nic by się nie stało… Ale on kochał motory, były całym jego życiem. Nie mogłam mu zakazać. Nawet nie potrafiłam. Nie jemu, który ocalił mnie od losu, który teraz przeżywam. To dzięki niemu nie stało się to wcześniej.
Ale wcześniej nie wiedziałabym ile tracę.
- Dlaczego mnie nawiedzasz? – Pytam słabo. Nie mam już nawet sił, na przyciągnięcie koca, który zsunął się z moich ud.
- Idź do domu na rogu. - Mówi twardo. W jego oczach dalej czai się coś na podobieństwo strachu. Teraz jednak powoli zostaje zastąpione przez determinację.
- Po co...? - Mruczę, opierając głowę o cegły za mną.
- To twoja ostatnia szansa. - Chwyta mnie za ramiona. - Musisz wstać. - Nie udaje mu się jednak mnie unieść. Już po chwili leżę na boku i o dziwo zauważam, że nie czuję już chłodu, choć koc całkiem zsunął mi się z ciała.
- Nienawidzę cię, wiesz? – Zaczynam bredzić. - Mogłeś mnie zostawić wcześniej. Teraz wiem co tracę... To boli, Fabian. Nie dam rady...
- Do cholery nie po to ratowałem ci tyłek przez tyle lat! - Wrzeszczy.
Jego postać mnie przytłacza. Mam wyrzuty sumienia, że tak łatwo się poddaję. Bo czy odpowiednio mocno walczyłam? Czy zrobiłam wszystko, co tylko bym mogła?
Nie.
Jest jeszcze jeden sposób.
- Gdzie mam iść? - Jęczę. Próbuję się ruszyć, ale jest to bardzo trudne. I sprawia ból.
- Tam, na rogu są drzwi. - Wskazuje kierunek.
Trzydzieści metrów. Tylko tyle dzieli mnie od pozbycia się wyrzutów sumienia. Bo jeśli dotrę tam i umrę, nikt nie będzie mógł mi zarzucić, że się nie starałam. Fabian nie będzie mógł.
Z początku podnoszę się i idę. Przechodząc dziesięć metrów, mam wrażenie, że wszystko będzie dobrze. A wtedy się potykam. Lądując na kolanach, nie czuję bólu. Czołgam się więc kolejne pięć metrów, aż w końcu zauważam krew na zdartych stawach. Przepełnia mnie przerażenie, które niemal każe mi zastygnąć w miejscu. Jednak obecność Fabiana daję mi mentalnego kopa, więc brnę dalej. Jeszcze dziesięć metrów. Każdy kolejny centymetr to pogłębiający się ból. Teraz jest mi już ciepło. Błogie uczucie rozchodzi się po moim ciele. Tracę zmysły i jestem tego świadoma. To najgorszy ze scenariuszy, który może mnie spotkać tuż przed ostatnim metrem.
Ostatnie centymetry są wiecznością.
Gdy ledwo dosięgam do dzwonka, ciemność powoli pochłania wszystko dookoła. A wtedy drzwi się otwierają.

_________
Komentarze z poprzedniego bloga:
~Basia
Witam,
wspaniały tekst, umarł, ale wciąż był przy niej opiekował się nią…
Dużo weny życzę Tobie…
Pozdrawiam serdecznie


Rozmowa


A - Widzisz? Sikorki.
B - Co z nimi?
A - Dałem im ziarna.
B - Po co? Przyzwyczają się.
A - Ja też się przyzwyczaiłem.
B - Co to ma z nimi wspólnego?
A - Będą tęsknić. Jak ja.
B - Zdechną z tęsknoty.
A - Och… Naprawdę...? Dlaczego?
B - Bo nie znajdą jedzenia. Jak będą dalej żyć?
A - Ja jakoś daję sobie radę.
B - Nie dajesz.
A - Skąd ten wniosek?
B - Bo karmisz biedne ptaki, które później zdechnął. Przez ciebie.
A - Z tęsknoty. Piękna śmierć...
B - One nie będą rozumieć. To brutalne.
A - Świat jest brutalny.
B - Owszem.
A - On to nam odebrał.
B - Nam?
A - I mnie, i tym ptakom.
B - Tylko tobie odebrał. Czemu ciągniesz to dalej?
A - Muszę się zemścić.
B - Na kim?
A - Na życiu.
B - To tylko niewinne stworzenia.
A - Ale żyją.
B - Zabiłbyś człowieka?
A - Skąd to pytanie?
B - Ludzie też żyją.
A - Nie mógłbym…
B - Cóż to za różnica?
A - Znacząca.
B - Wcale nie. Ptaki żyją i ludzie żyją.
A - Jesteś stuknięty.
B - One zdechnął.
A - Ja też.
B - Najpierw ty, później one.
A - Jak ci tak bardzo zależy, będziesz dawał im ziarna.
B - Nie dam rady.
A - Dlaczego?
B - Bo już się zemściłeś.
A - ...
B - Nie karm nikogo więcej.

__________
Komentarze z poprzedniego bloga:

Melancholijna Panda
Kojarzy mi się z Małym Księciem :) Te filozoficzne rozmowy o życiu….
Świetne ;)

Mały książę… coś w tym jest. Mi się teraz nasuwa „Oskar i pani Róża”, bo jest tam mowa o pogodzeniu się ze śmiercią.
Dziękuję :)

Wybór


Nigdy mi się nie uda, pomyślałam sącząc drinka przy barze. Nie mam pieniędzy ani znajomości, by cokolwiek zacząć. Jak mam niby stworzyć własną firmę? Same chęci nie wystarczą… to wszystko jest bez sensu.
- Jesteś pewna, że wszystko? – Zapytał ktoś z boku. Odwróciłam się by zobaczyć piękną twarz młodzieńca. – Co cię tak kochana trapi? Czyżbyś nie znała drogi na sam szczyt?
- Nikt jej nie zna. – Westchnęłam zrezygnowana. Jeszcze gadam sama do siebie… Super dzień…
- Jesteś pewna? A co byś chciała osiągnąć? – Przysunął się bliżej i także zamówił coś do picia.
- Sukces.
- Wiadomo, ale jaki? Co chcesz by było na końcu tej ciężkiej drogi do spełnienia.
- Ja, moja rodzina i wielka firma stworzona własnymi rękami. Chcę pomagać ludziom a jednocześnie na tym zarobić by utrzymać rodzinę, tylko do cholery tak się nie da!
- Mylisz się. Ja mogę to zrobić. – Uśmiechnął się do mnie. – Mogę ci pomóc.
- I co będziesz z tego miał?
Zaśmiał się głośno i wypił jednym haustem cały drink.
- Już moja w tym głowa co będę z tego miał. Daj sobie pomóc, obiecuję, że uda ci się spełnić te cele, które tutaj wymieniłaś.
- Dalej nie rozumiem co będziesz z tego miał.
- Dziesięć lat.
- Dziesięć lat… czego?
- Twojego życia.
- Chyba żartujesz. – Uniosłam brwi. – Nie jestem aż tak pijana by oddawać ci dziesięć lat. Co zrobisz z tym czasem?
- Sprawię, że osiągniesz swój cel. Ty nie będziesz musiała nic robić. Obudzisz się po tym czasie z mężem przy boku z gromadką dzieci i wielką firmą na twych szczupłych barkach. – Dotknął mojego ramienia i spojrzał głęboko w oczy. Mój zaćmiony alkoholem umysł pracował na zwolnionych obrotach. – Daj mi te dziesięć lat, a zaprowadzę cię tam, gdzie chcesz się znaleźć.
- Jesteś dziwny. – Wymamrotałam cicho wlepiając wzrok w kieliszek. Kusząca propozycja, ale…
- Kochana, ktoś stworzył mnie po to by pomagać innym w osiągnięciu celów. Zaufaj mi. – Dotknął palcem mojego policzka, odwracając moją głowę w jego stronę. Spojrzał mi w oczy. – Co teraz masz? Mieszkanie na utrzymaniu… psa. Trudno będzie się wyplątać z długów, jakim cudem chcesz pomagać innym jeżeli sama nie dajesz pomóc sobie? Razem damy radę, obiecuję.
Po policzkach popłynęły mi łzy. Nie chcę do końca życia tyrać i nic z tego nie mieć. Nie spełniać marzeń przez głupie długi. Sama nie dam sobie rady…
Zamknęłam oczy i westchnęłam ciężko. Podjęłam decyzję.
- Jak to ma dokładnie wyglądać?
- Licząc od teraz, zabiorę ci dziesięć lat. Po tym czasie obudzisz się spełniona. Będziesz pamiętać wszystko co robiłem w twoim imieniu, więc nie martw się, że ominie cię coś ważnego.
- Dobrze… niech ci będzie.
- Podpisz tylko tutaj. – Dał mi długopis i jakiś dokument. Nie patrząc na to co jest w nim zawarte podpisałam go.
Chłopak schował papierek i wyciągnął nóż. Nawet nie zdążyłam jęknąć, gdy poderżnął mi gardło, a przed moimi oczami pojawiła się ciemność.

Obudziłam się w własnym łóżku. Pachniało ładnie, ładniej niż w moim mieszkaniu… zaraz? Gdzie ja jestem?
Zerwałam się nagle, budząc mojego męża. Męża? Wymamrotał coś niewyraźnie i zaczął chrapać ponownie. Rozejrzałam się po pokoju chłonąć nowy a jednocześnie tak dobrze znany widok. Uśmiechnęłam się szeroko. Ten koleś z pubu nie kłamał. Firma! Wyskoczyłam z łóżka i zbiegłam na dół do kuchni z zamiarem obejrzenia domu… chwila, przecież mogę sobie wszystko przypomnieć zamiast biegać jak głupia.
Zamknęłam oczy i zaczęłam wędrować pamięcią po kartach mojej historii. Od pubu, gdzie spotkałam tego gościa… Boże, jaka ja byłam zdeterminowana! Zabrałam się od razu za pracę!
Pracowałam naprawdę ciężko, w dwa lata zdobyłam odpowiednie wykształcenie, poznałam przyszłego męża. Tak bardzo się w nim zakochałam! Później zatrudniłam się w jakiejś firmie… zaraz, ale ja nigdy nie chciałam pracować wśród tak zakłamanych ludzi i do tego bawić się w ich gierki...
O nie! Co ja zrobiłam?! Zdradziłam chłopaka?! Tylko po to by osiągnąć lepsze stanowisko… Nie, to nie może być prawda… Och, to się zdarzało częściej, Boże!
Po roku zarabiałam już tyle by spłacić swoje długi, a za następny zdobyłam tyle pieniędzy by starczyło na założenie własnej firmy. Udało mi się zaledwie w cztery lata rozpocząć własny biznes! Wyszłam za mąż za Mateusza. Założyłam firmę, zaszłam w ciążę… ale nie jestem pewna czy to dziecko mojego ukochanego, nigdy też nie zrobiłam testów na ojcostwo…
W czasie ciąży założyłam firmę, taką jak chciałam. Z jednym wyjątkiem… pomagam ludziom… ale żeby zarobić coś dla siebie po jakimś czasie pogrążam ich w jeszcze większych długach. Nie, nie, nie… to nie ma być tak! Ja chciałam pomagać, a nie kłamać!
Nie jestem uczciwa! Zdradzam męża i… nie zajmuję się córką? Co? Od dnia jej narodzin nie spędziłam z nią ani jednego dnia, poświęcając czas tylko jej. Nie wiem kiedy stawiała pierwszy krok i kiedy nauczyła się wiązać buty… Dlaczego nie miałam na to czasu?!
Po siedmiu latach od oddania czasu ponownie zaszłam w ciążę. Moja firma kwiknęła, a coraz więcej ludzi nas nienawidziło. Często nie mieli wyboru i przychodzili do nas po pomoc, jednak wraz z podpisanym dokumentem już nigdy nie mieli szansy na wyrwanie się z długów, musieli spełniać warunki, pracować nie wiadomo ile godzin by nie zbankrutować całkowicie. To nie jest pomoc, nie tak to sobie wyobrażałam.
Nie chciałam nigdy zdradzać męża i nie mieć czasu dla swoich własnych dzieci, które praktycznie nie miały matki. Nie chciałam oszukiwać ludzi!
Oddałam swoje życie diabłu!
Osiągnęłam sukces… ale jakim kosztem…

Przez następny rok snułam się po swojej firmie jak widmo, obserwując jak pogrążam ludzi w jeszcze większych kłopotach niż mieli wcześniej. Nie wiedziałam w jaki sposób mogę to wszystko odplątać. Nie potrafiłam nic zrobić!
Zaczęłam się obwiniać o podjętą decyzję. Nie chodzi przecież o osiągnięcie sukcesu, a o drogę jaką do niego przebywamy. Ta droga określa jakimi jesteśmy ludźmi.
Moja rodzina była w rozsypce. Córki były przywiązane bardziej do swoich nianiek niż do mnie. Młodsza płakała, gdy tylko próbowałam wziąć ją na ręce, a starsza udawała, że nie istnieję... Nie rysowała mnie jako rodziny, na jej rysunkach pojawiali się siostra i ojciec. A mój mąż? Nie miałam z nim dobrych relacji, kłóciliśmy się z byle powodu. Prawdopodobnie mnie zdradzał. Znikał czasem na kilka dni, a wracał szczęśliwszy i rozpromieniony. Oczywiście wracał do córek, nie do mnie.
Pewnego dnia, gdy mój ukochany nie wrócił na noc, usiadłam wtedy przy łóżeczku mojego trzyletniego dziecka, które nie uważało mnie za matkę. Patrzyłam na jej spokojną twarzyczkę i płakałam z myślą, że wolałabym umrzeć. Nie potrafiłam już tak żyć. Nie akceptowałam zmiany w sobie i czułam, że jedyne co robię to ranienie innych. Nikt mnie nie kochał. Byłam sama…
- Wzywasz mnie, kochana? – Usłyszałam znany szept tuż przy moim uchu.
- Okłamałeś mnie. Nie jestem szczęśliwa. – Wyszlochałam.
- Ale ty nie prosiłaś o szczęście, tylko o osiągnięcie sukcesu. Dotrzymałem słowa.
- Wykorzystałeś mnie! – Krzyknęłam, a moja córeczka poruszyła się gwałtownie i wykrzywiła twarzyczkę, gotując się do płaczu. – Ciii skarbie. Śpij, śpij. – Próbowałam ją uspokoić, ale mój głos wcale nie był dla niej kojący. Budząc się, ostatecznie zaczęła płakać.
- Chodź. – Warknęłam do młodzieńca i niemal wywlokłam go z pokoju córki. – Jak śmiesz tu przychodzić?!
- Wołałaś mnie. – Odparł spokojnie, z uśmiechem na ustach. Przez te dziesięć lat wcale się nie zmienił.
- Co?!
- Twoje myśli o śmierci mnie wezwały.
Patrzyłam na niego w niedowierzaniu. Myśli o śmierci? No tak… ale…
-Pójdę do piekła, prawda? – Zapytałam zrezygnowana.
Słyszałam płacz córki zza drzwi. Nie mogłam go znieść. Uciekłam do salonu i przytuliłam się do poduszki, zwijając się wokoło niej w kłębek.
- Oddałaś dusze diabłu. Owszem, pójdziesz do piekła. – Młodzieniec pojawił się przede mną z nożem w ręku i uśmiechem na ustach. – Wiesz, że gdy ty umrzesz, twoja firma splajtuje. Wszyscy, którzy kiedykolwiek podpisali umowy będą wolni, a twoja rodzina… szczęśliwa.
- Skąd to wiesz?
- Znam przyszłość. – Wyszeptał pochylając się w moją stronę. - Twój mąż przyprowadzi swoją nową ukochaną do domu, a ona prawidłowo zajmie się twoimi dziećmi. W końcu będą otoczone należytą miłością.
- Nie chcę umierać… Kocham moje córki… To ty mnie do tego doprowadziłeś!
- Nie. Sama to zrobiłaś. Chciałaś osiągnąć sukces, a to był jedyny sposób… Ja cię jedynie poprowadziłem. A ty się na to wszystko zgodziłaś. Nie obchodziło cię to, jakie masz relacje z ludźmi… liczyło się tylko to, co zaplanowałaś… Zadowolona?
- Nie… - Załkałam, uświadamiając sobie, co zrobiłam. To była całkowicie moja wina…
- Ludzie są tacy naiwni. – Uśmiechnął się do mnie, ale w jego twarzy nie dojrzałam ani krzty radości czy dobroci.
- Zakończ swoją agonię. – Powiedział spokojnie, siadając obok mnie. – Nic dobrego już cię nie spotka. To koniec…
Wyciągnęłam rękę po nóż, który mi ofiarował.
To moja wina… to ja nawaliłam… Jestem zła. Nikt nie potrafi mnie pokochać, a ja już dawno utraciłam okazję na zmianę…
- Mamo?! – Usłyszałam z góry głos swojej starszej córki.
Powiedziała do mnie mamo!
Spojrzałam w stronę schodów, pragnąc usłyszeć to po raz kolejny. Moja córka mnie woła… po raz pierwszy usłyszałam, jak mówi do mnie „mamo”… Chcę żyć dla niej. Chcę wszystko naprawić. Ona jeszcze mnie nie skreśliła…
- Nie wahaj się. Nie będzie bolało. – Mamrotało zło. – Twoim dzieciom będzie lepiej bez ciebie… z kochającą rodziną.
To ja jestem ich rodziną! Kto inny może im podarować większą miłość od maki?! Muszę to naprawić! Przynajmniej jedno zrobić dobrze! Nie chcę umierać. Nie chcę by moje dzieci zostały same na tym świecie… chcę je tyle nauczyć, przekazać…
Byłam bliska omdlenia, diabeł chwycił za moją dłoń, trzymającą nóż i powtarzał „Zabij się, tak będzie lepiej”, a z góry moja córeczka wołała do mnie „mamo” i błagała żebym przyszła jej pomóc uspokoić siostrę, bo nie może spać.
Kochanie nawet nie wiesz jak ci chcę pomóc…
Wezbrał we mnie gniew. Jeśli posiadam takie uczucie do córki, to oznacza, że w jakimś stopniu jestem dobra. To co robiłam było pod wpływem. Zmienię się! Mam szansę na normalne życie. Nie mogę uciekać od problemów jak zrobiłam to jedenaście lat temu!
Chwyciłam pewniej nóż i odepchnęłam dłoń młodzieńca. Pchnęłam go w sam środek klatki piersiowej… Chłopak otworzył szerzej oczy i osunął się na ziemię. Z rany w miejscu, gdzie powinien mieć serce, wypływała czarna ciecz…
Zemdlałam.


Znalazłam się w pubie, a obok mnie siedział diabeł.
- Kochana, ktoś stworzył mnie po to by pomagać innym w osiągnięciu celów. Zaufaj mi. – Dotknął palcem mojego policzka, odwracając moją głowę w jego stronę. Spojrzał mi w oczy. – Co teraz masz? Mieszkanie na utrzymaniu… psa. Trudno będzie się wyplątać z długów, jakim cudem chcesz pomagać innym jeżeli sama nie dajesz pomóc sobie? Razem damy radę, obiecuję.
- Nie. – Powiedziałam dobitnie, trzeźwiejąc nagle.
- Co? – Zdziwił się moją nagłą pewnością siebie.
- Chcę sama decydować o swoim życiu. – Odłożyłam drinka i wstałam.
- Ale posłuchaj mnie…!
- Nie. – Uśmiechnęłam się do samej siebie. – Ważne jest to w jaki sposób osiągamy cel. Odejdź i nie kuś mnie nigdy więcej Diable.
Wyszłam z pubu i spojrzałam na nocne niebo. Nie widziałam na nim gwiazd, ale to nie znaczyło, że ich tam nie ma. Wyjadę z miasta. Z daleka od lamp z pewnością będę mogła je podziwiać.



______

~Basia
Witam,
przepięknie, diabeł chciał skusić, ale ostatecznie to mu się nie udało…
Dużo weny życzę Tobie…
Pozdrawiam serdecznie

Ślepi, głusi wokół mnie


Najgorszy jest żal. Człowiek mógłby przeżyć wszystko, jeśli tylko nie przepełniałoby go później to frustrujące uczucie. Nie chcę żałować mojego życia. Nie chcę patrzeć wstecz. Jednak jak mam tego do cholery nie robić, jeśli za każdym razem mam sporo czasu do namysłu, gdy patrzę na te pieprzone schody! Przecież z nich nie zjadę. Chociaż w sumie mogłabym zlecieć. Może i nie jest to najlepsza z metod, ale przynajmniej osiągnęłabym cel.
Za każdym razem się tu zatrzymuję. Mieszkając w klatce stworzonej z chorych dobrych chęci osób zdrowych, mogę podziwiać widoki. Z pierwszego piętra starej kamienicy. Co z tego, że mam blisko do sklepu i lekarza? Sama nie pójdę. Tak więc mogę gnić na wózku inwalidzkim, gapiąc się przez okno na pełen życia rynek miasta, w którym, niech to wszyscy diabli, wylądowałam. Mogę codziennie wyjechać na klatkę schodową i podziwiać strome kraty.
Nie mam jednak nic do stracenia. W końcu już umarłam. Za życia. Umarłam w moim mieszkaniu, w mojej prywatnej klatce, stworzonej przez niechęć dobroć tych, co mnie ponoć nienawidzą kochają. Trzeba było mi wynająć coś na parterze. Bo i tak zejdę, choćbym miała wyrżnąć na mój nic niewarty łeb. Nie po to ćwiczę całymi dniami, bym nie mogła tego nigdzie wykorzystać. Mogłabym być kulturystką. O! Od pasa w górę, ale zawsze.
Zablokowałam koła mojego wózka, zsunęłam się na ziemię i pchnęłam mój środek transportu ze schodów. Z fascynacją patrzyłam jak obija się na wszystkie sposoby, by w końcu rąbnąć o ziemię na dole. Widzicie? Do tej pory nawet mój wózek osiągnął więcej niż ja. Teraz chcąc niechcąc muszę do niego dołączyć, więc chwytam się barierek i unoszę na rękach. Zsuwam się powoli tyłem ze schodów, zastanawiając się jednocześnie dlaczego lekarze nie mogą ulżyć mi w cierpieniu i odciąć zbędny balast w postaci nóg, których nie czuję. Kiedyś ich nawet o to pytałam, ale moja tak zwana kochana rodzina szybko uniemożliwiła mi rozmowę, twierdząc, że zwariowałam.
O dziwo zsunięcie się ze schodów nie było jakimś większym problemem. Już po chwili byłam na dole i prostowałam wózek, który wygiął się nieznacznie. Dziadostwo. Powinni przewidywać takie rzeczy.
Wyjeżdżając z kamienicy, nawet się na nią nie obejrzałam. Za to chłonęłam widok ulicy z innej perspektywy. Dotychczas widziałam ją z góry, wisząc na balkonie niczym stara, wredna baba. A teraz, rozglądając się dookoła, nie mogłam się zdecydować na co patrzeć, ani gdzie jechać. Może w prawo, może w lewo, może prosto, w ziemię się przecież wkopywać nie będę, a i nie mam skrzydeł, dzięki którym polecę w górę, albo zawrócę do mieszkania. Moja wolność powinna być dobrze przemyślana.
Mogłabym rzucić też monetą. Która została na górze…
Już miałam zdecydować się na lewo, gdy zobaczyłam znajomą twarz mojej opiekunki, która przychodziła dwa razy w tygodniu na godzinę. Nigdy jednak nie wiedziałam kiedy zostanę zaszczycona spotkaniem. Dziewczyna, dostrzegając mnie, spojrzała na mnie ze znużeniem. Skuliłam się nieznacznie, tracąc pewność siebie. Z odkrywczyni znów stałam się osobą, która straciła wszystko.
- To już czwarty raz w tym miesiącu. – Westchnęła, wyciągając komórkę. Przyłożyła ją sobie do ucha. – Janek? Przyjedziesz wnieść mamę? Znowu zeszła na dół. – Zakończyła połączenie i chwytając za rączki mojego wózka inwalidzkiego, pokierowała mnie z powrotem do budynku. – Niech się mama nie martwi. Za chwilę wniesiemy mamę do domu.
Szarpnęła mocniej wózkiem, a ja przymknęłam oczy, chcąc się odciąć od świata zewnętrznego. Zawsze bałam się, gdy ktoś mnie prowadził. Wolałam, by mi zostawili siłowanie się ze sprzętem. Nic nie dawały widoczne oznaki mojego strachu, moja córka już dawno oduczyła się dostrzegać. Patrzyła na świat pustym spojrzeniem, zmechanizowanym do tego stopnia, że obawiałam się nie tylko o siebie, ale i o swoje wnuki, które nie mogą przecież zrozumieć jej zachowania tak jak ja.
Gdy przyjechał mój syn, zostałam wniesiona na piętro. Po ukaraniu mnie, dziewczyna poszła po zakupy i zostawiła je na stole w jadalni. Ta część z nich, która nie grozi zepsuciem, pewnie zostanie tam dopóki nie zostanie użyta. Nie miałam zwykle sił na wkładanie tego wszystkiego do szafek.
Po godzinie znów byłam sama. Zamknięta w mieszkaniu, żebym pewnie kolejny raz nie zeszła na dół. Pozostało mi więc wpatrywanie się w okno. Moja przeklęta cierpliwa rodzina znów umieściła mnie w złotej klatce. Tu nic mi się nie stanie. Tu nic złego mnie nie spotka. A oni… Oni mogę przyjść dwa razy w tygodniu zaleczyć kalekie sumienie.
Przesunęłam rękaw, chcąc zakryć sińce na rękach. To mała cena za miej obolałą twarz.
Już dawno przestałam krzyczeć, upominać się o swoje. Przestałam mówić. Pozostał jedynie żal. Ludzie nie dość, że ślepi, to są jeszcze głusi. Każdy zajęty jest sobą, widzi tylko to, co zechce.
Nie wszyscy mają szczęście przekonać się, że jest inaczej.