10 sierpnia 2016

[6] Gonitwa


                Nad ranem obudził mnie telefon. Z niechęcią zwlekłem się z łóżka, żeby go odebrać. Przez chwilę stałem na środku słabo oświetlonego pokoju, nie mogąc skojarzyć skąd dobiega sygnał. Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, że komórkę miałem w spodniach, a one leżały rozwalone obok posłania.
– Halo? – mruknąłem niewyraźnie, odbierając.
– Seba? Gdzie ty do cholery jesteś?! – usłyszałem nerwowy głos Patryka.
– W mieszkaniu Daniela – odpowiedziałem i ruszyłem do kuchni na poszukiwania wody.
– To ten ciemnoskóry? Gdzie to jest? – dopytał. Zachowywał się jakby był moim rodzicem, a ja nieodpowiedzialnym smarkaczem. Trochę mnie to zirytowało.
– Nie ciemnoskóry... biały – poprawiłem. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy znalazłem butelkę wody mineralnej. Napiłem się z niej, nie zważając, że chłopak coś do mnie mówi.
– No? – rzuciłem do słuchawki, odstawiając wodę na blat i zakręcając butelkę.
– Gdzie jesteś? – powtórzył. Byłem pewien, że zaciska przy tym zęby. – Miałeś wrócić w nocy do hotelu, a nie włóczyć się z jakimiś…
– Nie ważne. Za jakiś czas się zbiorę. Mamy przecież cały dzień – przypomniałem. Zdecydowanie nie miałem ochoty z nim rozmawiać. – Nara. – Wyłączyłem się i przetarłem twarz dłonią. Cóż, później będę myślał o powodach mojego zachowania, zdecydowałem.
– Martwią się o ciebie – usłyszałem za sobą zmęczony głos Daniela. Spojrzałem w jego stronę. Miał na sobie jedynie dresowe spodnie i stał, oparty o witrynę. Nie wyglądał jakby się wyspał. Zresztą nic dziwnego, stwierdziłem, patrząc na zegarek. Była dziewiąta rano, a spać poszliśmy około czwartej.
– Niepotrzebnie – odpowiedziałem i ziewnąłem, nie mogąc się powstrzymać. – Sorry.
Daniel zmrużył oczy i podszedł do mnie blisko. Uniósł dłoń i na chwilę zatrzymał ją, jakby się wahał, zaraz jednak przeczesał mi włosy, próbując doprowadzić je do jako takiego stanu. Przechyliłem głowę, nastawiając się do jego dotyku. Był przyjemny.
– Musisz już iść? – zapytał spokojnie.
Spojrzałem na niego uważnie, próbując odczytać czy tego chce. Pokręciłem głową, uśmiechając się przy tym jednym kącikiem ust. Daniel odwzajemnił gest i pochylił się, chcąc mnie pocałować. Odsunąłem się szybko.
– Muszę umyć zęby – wyjaśniłem, a mężczyzna prychnął rozbawiony.
– Chrzanić – powiedział i uniósł mnie, sadzając na kuchenny blat, imitujący marmur. Zaraz też wcisnął się między moje nogi i chwycił w pasie. – Zawsze chciałem to zrobić.
Palcami przytrzymał mnie za brodę i patrząc w oczy, wpił się w moje usta. Wsunął mi język między wargi, a po chwili czułem, jak krzywi się lekko. Sam też nie miał zbyt świeżego oddechu, ale przynajmniej nie był poalkoholowy.
– Mówiłem – zaśmiałem się, gdy cofnął się odrobinę. Zaraz jednak poczułem jego dłoń na kroczu. Zmrużyłem oczy, czując jak powoli ogarnia mnie podniecenie.
– Powtórka z wczoraj? – szepnął mi do ucha i chwycił go zębami. – Podobało ci się…
– Dlaczego to robisz? – zapytałem, ale mimo to poddałem się jego dłoniom, rozszerzając nogi, by miał do mnie lepszy dostęp.
– Sprecyzuj pytanie.
– No wiesz. Jesteś taki… Nie wymagasz niczego w zamian, nawet jeśli chciałbym ci to dać… – Zmarszczyłem brwi, mając nadzieję, że będzie wiedział o co mi chodzi.
– Nie chcę twojej dupy – stwierdził, patrząc mi prosto w oczy. – Skończyłem ten etap.
– Nigdy mnie nie miałeś – przypomniałem, nie wiedząc o co mu chodzi. Jaki etap? Nie było żadnego etapu. A jeśli mu chodzi o spotykanie się z nieznajomymi, to chyba właśnie temu zaprzecza, pieszcząc się ze mną, prawda?
– Nie miałem – westchnął. – Po prostu nie chcę seksu. Chcę bliskości, to wszystko. – Oparł głowę na moim ramieniu. – Możesz mnie wyśmiać, ale serio nie mam ochoty na nic więcej.
Objąłem go ramionami za szyję i przyciągnąłem do siebie. Powoli do mnie dochodziło, że przekroczyliśmy jakąś granicę, która od zawsze nas dzieliła. Zawsze był tylko seks i zaraz się żegnaliśmy. Teraz obaj nie mieliśmy ochoty zostawać po tym wszystkim samemu.
– Nie masz kompletnie nikogo? Znasz tu pełno ludzi, nikt nie wydaje ci się odpowiedni? Nie musi być to od razu jakaś wielka miłość… ale chociaż przyjaźń – wymamrotałem w jego krótkie włosy. Pasowały mu, a wcześniej, gdy wychodził do klubu i upodabniał się do młodszych, bardziej… wyróżniających się gejów, nie był sobą. Być może nawet tak jak ja nie byłem topem, tak on nie był bottomem.
– Nie poszczęściło mi się – powiedział po dłuższej chwili i uniósł głowę. – Dobra, koniec tego smęcenia. Co chcesz na śniadanie? – Spojrzał mi z bliska w oczy i uśmiechając się lekko.
– Gofry.
– Gofry? – parsknął rozbawiony.
– Tak. – Roześmiałem się cicho. – To pierwsze mi przyszło do głowy.
– Jesteś za bardzo przyzwyczajony do kucharki, która umie wszystko… Może być coś bardziej realnego? – Przesunął dłońmi po moich udach, a ja oblizałem usta. Nadal byłem trochę podniecony, jednak chyba moment, w którym miałem się zgodzić na jego propozycję powtórki z wczoraj, minął. Zresztą głupio bym się czuł, gdybym znowu doszedł, podczas gdy on nie miał nawet na to ochoty.
– Zawsze w takich sytuacjach robi się jajecznicę – zauważyłem kreatywnie. Na filmach czy w książkach bardzo często po nocnym seksie była jajecznica na śniadanie.
– Kontynuujemy tradycję? – Zaśmiał się, a radość dosięgła i jego oczu. To było urocze, pomyślałem.
– Mhm. – Powstrzymałem go, gdy chciał się ode mnie odsunąć. – Ale najpierw… – zacząłem niepewnie – daj mi swój numer. – Podałem mu komórkę, która do tej pory leżała na blacie.
Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się we mnie zaskoczony. W końcu jednak wziął telefon i zadzwonił z niego do siebie. Przez krótki moment słyszeliśmy sygnał z sypialni.
– Dzięki. – Uśmiechnąłem się szeroko. – Pomóc ci ze śniadaniem?
– Tak. – Odsunął się i otworzył lodówkę. – Złaź z blatu.
***

Około dwunastej zwinąłem się do hotelu. Byłem ciekaw, czy Patryk wybędzie gdzieś z Adamem. A może jego chłopak już pojechał do siebie? Nie wiedziałem w końcu kiedy ma wracać.
Przywitałem się z recepcjonistką i ruszyłem w stronę wind, by dostać się na czwarte piętro. Często się tu zatrzymywałem, więc znałem z widzenia osoby tu pracujące. W przeszłości martwiłem się nawet, co sobie o mnie pomyślą, gdy zauważą, że co jakiś czas przychodzę tu z innymi mężczyznami. Później przestało mnie to obchodzić.
Gdy wszedłem do wynajętego przeze mnie i Patryka pokoju, zastałem go siedzącego z Adamem na łóżku. Rozmawiali o czymś cicho, jednak urwali, przenosząc na mnie wzrok. Patryk zmarszczył groźnie brwi i wstał z miejsca. Podszedł do mnie. Miałem wrażenie, że ma ochotę mną potrząsnąć.
– Czemu nie wróciłeś tu na noc?
– Dlaczego myślisz, że masz prawo mnie o to pytać? – Uniosłem brwi.
– Bo przyjechaliśmy tu razem! Martwiłem się. – Wyglądał, jakby nie mógł się zdecydować czy jest zły na mnie, czy mu głupio, że zachowuje się tak irracjonalnie.
– Rano wpadł w panikę, jak cię nie zastaliśmy – dodał Adam cicho. To mnie zaskoczyło.
– Serio? – Moja irytacja odrobinę zelżała. – Sorry. Spotkałem Daniela na mieście i poszliśmy do niego. Nie planowałem tego. – Klepnąłem Patryka w ramię i minąłem go, chcąc usiąść na krześle.
– A ten czarnoskóry? – zapytał chłopak, patrząc na mnie z rezygnacją. – Co z nim?
– A co ma być?
– Nie wiem, wyszliście razem.
– To był błąd. – Wzruszyłem ramionami.
– Nic ci nie zrobił?
Zamrugałem zdezorientowany. Cholera, dlaczego on mnie tak wypytuje? To się robi coraz bardziej niezręczne.
– Nie – warknąłem. – Możesz skończyć?
– Sorry. – Westchnął i spojrzał na Adama. – Za pół godziny masz pociąg.
– Wiem – mruknął tamten, patrząc to na mnie, to na Patryka ze zmarszczonymi brwiami. Wyglądał jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał.
***

Kolejny raz, wracając na wieś, czułem, że wkraczam w zupełnie inny świat. Siedząc jeszcze w taksówce, wyciągnąłem telefon i napisałem do Daniela:
„I znowu w domu. Czemu tu jest coraz bardziej obco?”
Oparłem głowę o szybę i wpatrzyłem się w mijający krajobraz. Lasy przechodziły powoli w pola, a na nich pojawiały się pierwsze domy z naszej miejscowości. To było niemal magiczne, jak ludzie zawładnęli tym miejscem, ziemią, roślinnością, zwierzętami… mną. Nie było szans, bym wyrwał się z tego miejsca. Było dla mnie wszystkim. Pasją. Miłością – raniącą, ale nadal kochaną.
Nagle przyszła do mnie wiadomość:
„Nie to miejsce staje się obce, lecz ty.”
Przesunąłem wzrokiem po literach i zagryzłem wargi, czując jak w moim gardle powstaje dziwna gula.
– Pojeździmy dziś na ogierach? – Patryk wyrwał mnie z rozmyślań.
– Przydałoby się – potaknąłem – ale daj mi godzinkę.
– Spoko, sam też się muszę ogarnąć. – Uśmiechnął się szeroko.
                Przygotowanie się do jazdy zajęło mi mniej, niż się spodziewałem. Już pół godziny później byłem gotowy i poszedłem po ogiera. Nie wiedziałem, czy Patryk już się zebrał, ale stwierdziłem, że najwyżej poczekam na niego w siodle.
                Sarnad podbiegł do mnie, gdy wszedłem na jego padok. Trącił mnie łbem, jakby z pretensją, że nie odwiedziłem go wieczorem i nie nakarmiłem rano.
                – Tęskniłeś piękny? – Zaśmiałem się cicho i pogłaskałem go po szyi. Był jednym z ładniejszych koni, jakie widziałem. Jego gniada sierść nie miała żadnych plam, a grzywa rosła prosta i mocna. Harmonijną budową ciała także się wyróżniał, nawet, jeśli w tej stajni były same konie pełnej krwi angielskiej.
                Otworzyłem szerzej bramkę, zostawiając mu drogę wyjścia. Byłem ciekaw, czy teraz także za mną podąży, gdy nowy świat będzie dla niego stał otworem. To był taki mały, nieplanowany test.
                – Chodź, młody – rzuciłem i podążyłem w kierunku stajni. Sarnad po chwili do mnie dołączył, nie rozglądając się za bardzo na boki. Poklepałem go po szyi.
                – Widzę, że jest coraz lepiej – usłyszałem głos trenera, dobiegający z jednego z padoków. – Macie świetną relację.
                – Chyba tak. – Uśmiechnąłem się ciepło.
                – Chcesz wjechać dzisiaj na tor? Tylko sam, nie chcę, żebyście się zaczęli z Patrykiem ścigać. Jeszcze nie – podkreślił.
                – Chcę – odparłem prosto i kontynuowałem przerwaną drogę do stajni.
                Wyczyściłem konia, osiodłałem i wyciągnąłem go na padok. Po rozgrzewce trener wpuścił mnie z Sarnadem na tor. Gdy tylko koń wkroczył na przystrzyżoną trawę, uniósł uszy i wydłużył krok, a ja zaraz przypomniałem mu, że na nim siedzę, ściągając na chwilę wodze.
                – Jedno okrążenie kłusem, drugie galopem, a trzecie cwałem – zadecydował trener – potem zrobisz co zechcesz.
                Kiwnąłem głową i odjechałem.
                Nie czułem żadnego stresu. Odpłynąłem kompletnie, skupiając uwagę jedynie na sobie, koniu i drodze przed nami. Czułem jak Sarnad ochoczo reaguje na moje propozycje zmiany tempa. Testowałem go, co chwila zwalniając i przyśpieszając. Wykonywał wszystko jak trzeba.
Kończąc drugie okrążenie, dałem mu mocną łydę, a Sarnad ochoczo przyśpieszył do cwału. Zauważyłem jeszcze, że na padoku zatrzymuje się Patryk, by poobserwować. Skarciłem się szybko za brak uwagi. Czułem jak moje serce mocniej bije w piersi. Unosiłem się nad siodłem w półsiadzie, wczuwając się w rytm konia pode mną. Sarnad pozwalał mi dyktować tempo, nie dekoncentrując się ani razu. Ciekawy co się stanie, poluzowałem wodze i pogoniłem łydami mocniej. Ogier zarżał i wyrwał do przodu.
Moje serce zakłuło w piersi, gdy poczułem szarpnięcie i widziałem jak ziemia pod nami przepływa z zawrotną prędkością.
Byłem pewien, że w życiu tak szybko żaden koń mnie nie nosił. W przypływie natchnienia, puściłem wodze i wydając z siebie okrzyk radości, rozpostarłem ręce. To było szaleństwo. Miałem tego świadomość, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Sarnad wyczuł mój entuzjazm i zwolnił nieco, rozluźniając się. Pędziliśmy jedynie dla przyjemności, bez żadnego przymusu, bez nakazów i zakazów, jak jedno ciało. Zrobiliśmy tak trzy okrążenia, po czym zwolniłem do galopu. Obaj oddychaliśmy głośno ze zmęczenia. Gdy się trochę uspokoiliśmy, przeszedłem do kłusa i pozwoliłem ogierowi wyciągnąć szyję.
Jakiś czas później, podjechałem do trenera, który miał grobową minę.
– Wariat – skomentował jedynie i odszedł, zostawiając mi otwartą furtkę.
Spojrzałem pytająco na Patryka.
– Jak puściłeś wodze, zaklął i stwierdził, że się zabijesz – wyjaśnił, musząc trochę podnieść głos, bym go usłyszał. Uśmiechał się przy tym szeroko. – Wracasz na padok?
– Nie. – Zawróciłem. – Zrobię parę kółek stępem.
***

Lato nadeszło z pełną pompą, paląc słońcem i dusząc suchością powietrza. Musieliśmy wcześniej wstawać, by wyrobić się ze sprzątaniem boksów i jazdą przed najgorszym ukropem. Mimo to lubiłem tą porę roku. Nie musiałem się grubo ubierać i mogłem spać w stajni. Było to dość dziwne i nikt o tym nie wiedział, ale gdy budziłem się czasem w nocy, nie było szans bym później znów zasnął. Właśnie w takich chwilach uderzała we mnie samotność. Czasem nawet myślałem, czy by nie zadzwonić do Daniela, ale nie odzywaliśmy się do siebie od dnia, w którym dał mi swój numer i odpowiedział na pierwszy sms, więc im więcej czasu mijało, tym bardziej głupio mi było dzwonić w środku nocy. Suma summarum wychodziłem wtedy z pokoju i lądowałem w boksie Sarnada, gdzie po jakimś czasie siedzenia na słomie, zasypiałem.
Pewnego czerwcowego dnia stwierdziłem, że szykowanie jedzenia dla koni było monotonnym zajęciem. Niby każdy dostawał odrobinę inną porcję, robioną tak naprawdę na oko, dzięki doświadczeniu. Jednak czasem miałem ochotę wsypać do worka wszystkie składniki, wymieszać, a później dać każdemu odpowiednią miarkę jakbym to robił z psami.
To nie tak, że nie lubię tej czynności. Uwielbiam się zajmować końmi w każdym tego słowa znaczeniu, ale robienie tego samego po raz… tysięczny, z całą pewnością może znudzić. Prawdopodobnie dlatego wpadłem na tak głupi pomysł, by przetestować Sarnada.
– Ile tego mu dajesz? – zapytał czarnowłosy ze zdziwieniem, gdy nasypałem już czwartą miarkę owsa do wiadra gniadosza. – Chcesz mieć jutro rodeo?
– Chcę zobaczyć czy mu nie odwali. Też spróbuj z Gromem. – Wzruszyłem ramionami. – Chcę wiedzieć ile żarcia będę miał mu dawać przed zawodami.
Patryk pokręcił głową i sam przygotował ostatnią porcję dla Magnolii. Od razu zanotowałem w głowie, że będzie trzeba jutro przynieść marchew ze składu, bo właśnie wykorzystaliśmy wszystko.
– Nie lepiej po prostu zdać się na trenera? – zapytał Patryk jakby od niechcenia.
– A nie lepiej samemu wiedzieć? – Uniosłem brwi. – W sumie trener nie zajmuje się karmieniem. Oczywiście wie co robić, ale każdy koń jest inny i może nie trafić.
– Lubisz to robić, nie? – Spojrzał na mnie z zaciekawieniem i uśmiechnął się przy tym lekko.
– Co?
– Zajmować się końmi.
– Dlatego tu jestem, nie? Ty nie lubisz?
– Wolę jeździć. – Wzruszył ramionami. – To wszystko muszę umieć, ale nigdy nie poświęcałem temu zbytniej uwagi.
– Hm. – Patrzyłem chwilę w ścianę, myśląc nad czymś intensywnie. – Spróbuj znaleźć coś dla Groma, żeby go pobudzić. Może będzie wtedy bardziej skory do współpracy?
– A nie jest? – Zrobił udawaną smutną minkę. – Myślałem, że dobrze nam idzie.
– Nie o to chodzi – parsknąłem rozbawiony. – Po prostu zobacz co mu smakuje i ile owsa mu dawać, żeby miał dużo energii, a jednocześnie się nie przejadł.
– A ty nie wiesz? – Spojrzał na mnie podejrzliwie. – Od zawsze się nim opiekujesz.
– Myślisz, że mając tyle koni, jestem w stanie każdemu ustalić odpowiednią dietę treningową? – zapytałem nerwowo. Trochę mnie ubodło, że próbuje sugerować, że nie wiem jak się nim zająć. – I tak każdy ma odpowiednią ilość jedzenia. Mam też inne rzeczy do roboty, a Grom jest zdrowo odżywiony, nic mu nie brakuje. Tylko…
– Dobra, dobra. Przecież rozumiem. – Klepnął mnie w ramię. – Wyluzuj, tylko się droczę. – Uśmiechnął się i schylił się po dwa wiadra. – Chodź, bo już się upominają o swoje.
Faktycznie. Słychać było nerwowe rżenie i szuranie ściółki oraz kopyt o posadzkę. Konie doskonale wiedziały, kiedy powinny dostać jedzenie. Nakarmiliśmy więc każdego i mogliśmy pozamykać stajnię. Cieszyłem się, że w tym roku nie było źrebaków, bo trzeba by było jeszcze kilka razy tu wracać. A teraz mogliśmy iść na kolację, nie przejmując się niczym więcej.
Dagmara przyszykowała dla naszej piątki prawdziwą ucztę. Były jajka, pomidory, bułki i ser własnej roboty. Obok tego stały dżemy, przyprawy i kompot. W momencie, gdy weszliśmy do kuchni, Magda kładła sztućce, a gospodyni robiła coś przy zlewie.
– Siadajcie – powiedziała dziewczyna, odrzucając w tył jasne włosy i uśmiechając się do nas. – Zaraz będzie gotowe.
Posłusznie zajęliśmy miejsca. Zawsze naprzeciw nas siadały kobiety, a miejsce trenera było u szczytu stołu. Przyzwyczailiśmy się do tego i nawet jeśli jedliśmy osobno, to każdy siadał tam, gdzie zawsze. Nie miałem pojęcia skąd to się brało.
Po chwili trener też dołączył do nas i wspólnie zaczęliśmy jeść, co jakiś czas prosząc, by ktoś coś podał. Magda i Patryk przy okazji rozmawiali o jakimś filmie, a Dagmara z Tomaszem wymieniali uwagi odnośnie wakacji konnych, które chcą zacząć prowadzić. Moim zdaniem było to planowane o wiele za późno, ale nie chciałem się wtrącać.
– Właśnie – rzucił nagle Tomasz. – Chłopcy, ja was zapisałem na zawody. Non stop o tym zapominam… – Skrzywił się.
Spojrzeliśmy z Patrykiem po sobie, kompletnie zaskoczeni.
– Kiedy? – zapytałem, chcąc się dowiedzieć więcej.
– Za dwa tygodnie. Jesteście obaj zapisani na dwa dwieście metrów, na tą samą gonitwę. Po płaskim oczywiście, bez żadnych przeszkód – wyjaśnił i odłożył sztućce. – Musimy wam znaleźć zastępstwo na trzy dni.
– Możemy poprosić Romka, jak ostatnio – zauważyłem.
– Można. – Trener kiwnął głową. – Zajmij się tym, jeśli możesz. A ja załatwię transport. Nie chce mi się prowadzić.
– Ja mogę – zgłosił się Patryk.
– Ty masz się skupić na zawodach. – Tomasz uśmiechnął się szeroko i wrócił do jedzenia. – Seba… – kontynuował z pełną buzią. – mamy w ogóle strój na niego?
Zmarszczyłem brwi i zerknąłem na chłopaka. Mieliśmy zapasowe stroje, ale podejrzewałem, że żaden nie był na tyle duży, by na niego pasował. Każda stajnia miała swoje barwy i jeźdźcy mieli szyte pod to ubranie na gonitwy. Zakładaliśmy wtedy zwykłe bluzki, kamizelki ochronne a na to bluzy z długimi rękawami i barwami stajni. W naszym przypadku niebiesko czerwona kratka.
                – Zajmiemy się tym później – mruknąłem.
                Po kolacji razem z Patrykiem poszliśmy do biura Tomasza, by poszukać strojów. Chaos, jaki zastaliśmy, z lekka nas przeraził. Pokój był niewielki, ale można było tu znaleźć masę rzeczy. Od pucharów po paszporty koni i rachunki za gaz. Nie miałem pojęcia jak trener się w tym odnajduje i byłem w szoku, że Dagmara się jeszcze do tego nie dobrała. W jednej z szaf, które po kolei otwieraliśmy, dopatrzyliśmy się zmiętych ubrań. Wyciągnąłem stamtąd jedną z bluz i podałem szatynowi.
                – Powinna być dobra – stwierdził, gdy zapiął guziki i pomachał rękami w górę i na boki, sprawdzając, czy nie będzie krępować ruchów.
                – No to problem z głowy. – Uśmiechnąłem się i zbliżyłem do niego, by szarpnąć czerwono niebieski materiał, podwijający się wyżej niż powinien. – Chociaż może być trochę za krótkie. Minimalnie.
                – Ubiorę białą bluzkę pod to i tyle. Nie będziemy kombinować dla dwóch razy.
                Uniosłem głowę, by spojrzeć na niego z bliska. Z jakiegoś powodu rozbawiła mnie wizja jego w białych bryczesach i białej bluzie. Ludzie w tych czasach najczęściej wybierali czarny kolor, a on robił wszystkim na przekór.
                – Z czego się cieszysz? – zapytał ciekawsko, a kąciki jego ust zadrgały z rozbawienia.
                – Tak o. Uwielbiasz biały kolor. – Wzruszyłem ramionami i zacząłem rozpinać mu bluzę, by schować ją spowrotem. To był odruch, ale gdy napotkałem jego zmieszany wzrok, zorientowałem się, że to nie jest do końca normalne… – Sorry. – Nieświadomie oblizałem usta i zrobiłem krok w tył.
                Patryk jeszcze kilka sekund wpatrywał się we mnie, aż w końcu sam zdjął bluzę i mi ją oddał. Nie cierpię krępujących sytuacji, pomyślałem. Niestety sam ją wywołałem.

7 sierpnia 2016

Bezmózgów nie brakuje

Po prostu nie mogę zostawić tego bez komentarza.
Pomagam przy rajdzie konnym. W nocy z piątku na sobotę ktoś z premedytacją spłoszył nasze konie (15 koni). W panice przebiegły ponad 30 km! Szukaliśmy ich kilkanaście godzin. Jeden z nich wpadł w drut kolczasty, drugi pod samochód.
Nawet nie wiecie jakie to uczucie widzieć żywe zwierzę z tak rozszarpaną klatką piersiową, że widać kości (nie przesadzam) i trzymać jego głowę, by nie opadła, kiedy weterynarz zaszywał rany.

Głupie zabawy pijaczka doprowadziły do kalectwa dwóch koni i zagroziły życiu ludzi w samochodzie, pod które wbiegło pół tonowe zwierze.

UŻYWAJCIE MÓZGU!

3 sierpnia 2016

[5] Gonitwa


               Sarnad łypnął na mnie swoim ciemnym okiem, jakby nie dowierzając w to, czego od niego wymagam. Raz jeszcze pociągnąłem za uzdę, zmuszając go do przejścia obok wiszących butelek i wszelkiego rodzaju dziwnych przedmiotów, których przygotowanie zajęło mi o wiele więcej czasu, niż przyprowadzenie tu konia.
                – No dalej – powiedziałem, tym razem puszczając krótki uwiąz i sam przechodząc pod frędzlami z folii. Z ulgą zobaczyłem jak koń podąża za mną. Nie był zadowolony, ale nie miał innego wyjścia. Na najmniejszym padoku zrobiliśmy z Patrykiem ala tor przeszkód, ogrodzony tak, żeby Sarnad nie mógł ominąć kolejnych wyzwań. Wszystko tu szeleściło i migotało, zwracając na siebie uwagę i dekoncentrując konia. Parę rzeczy było nowych, byśmy mogli sprawdzić czy tylko do foli się przyzwyczaił, czy ogólnie mi zaufał.
                Na szczęście bez większych problemów przeprowadziłem go przez tor, a Sarnad ani razu się nie spłoszył. Byłem z niego dumny, trzy tygodnie ćwiczeń się opłaciły.
                Patryk z Gromem też zrobił postępy. Zrozumiał, że do tego konia potrzeba cierpliwości i jakimś cudem potrafił już zachęcić go do większego wysiłku. W końcu zaczął obserwować konia i nie sprawiał wrażenia, że wszystko mu się należy. Zaczęli się nawet bawić na padoku, a Patryk nauczył ogiera, by dostosowywał się do jego tempa biegu. Wspaniale było na nich patrzeć. Czasem jeszcze zaczynał się irytować, ale wtedy zaraz nakazywałem im kończyć pracę. Z początku nie rozumiał dlaczego to robię, ale po kilku dniach sam przyszedł do mnie, śmiejąc się, że traktuję go jak kolejnego konia, którego trzeba ułożyć. Nie zaprzeczyłem.
                Przy czwartkowym obiedzie dowiedzieliśmy się od trenera, że w piątek znów możemy osiodłać ogiery. Oboje cieszyliśmy się jak dzieci, wiedząc jednak, że to będzie trudna jazda po tak długiej przerwie. Konie były pełne energii, mimo tego, że przez ostatnie tygodnie ćwiczyliśmy z nimi regularnie.
                Wieczorem jak zwykle Patryk przyszedł do mojego pokoju.
                – Słuchaj, mam pomysł – powiedział z entuzjazmem. Spojrzałem na niego znad kart, a on kontynuował. – Chciałbyś pojechać jutro wieczorem do Wrocka? Umówiłem się z Adamem, by iść do jakiegoś klubu. Wiesz, dawno się z nim nie widziałem, a fajnie, żebyście się poznali. I moglibyśmy zaoszczędzić na paliwie. Zdobyłem numer tego taksówkarza, co cię ostatnio podwoził.
                – A kto rano zająłby się końmi? – mruknąłem, niezbyt zadowolony.
                – Oj no, raz jakbyśmy zrobili sobie wolne, to by się nic nie stało. Trzeba zapytać trenera i Magdy, czy nie mogliby się nimi zająć. Zresztą można poprosić o to też tych, co jeżdżą. Wiesz, na przykład w zamian za darmową jazdę. A my byśmy mieli dzień wolny. – Wyszczerzył zęby, zadowolony ze swojego planu.
                – No ma to sens…
                – To idę zapytać! – Zerwał się z miejsca i po sekundzie zamykały się już za nimi drzwi.
                – Ale tak na ostatnią chwilę? – prychnąłem, wiedząc, że mnie nie usłyszy. Nie byłem pewien, czy chcę z nim jechać. Będę się gapił na nich i co? Wyrwę kogoś? Nie miałem za grosz ochoty się kimś zajmować, nawet jeśli będę mógł się przy tym spuścić. Do tego zdawałem sobie sprawę, że Patryk mi się podoba i ciężko będzie patrzeć jak mizia się z Adamem.
***

                Było cudownie po ponad dwóch tygodniach znów wsiąść na konia. Tym bardziej, że przez ten czas zaufałem Sarnadowi i pogodziłem się z tym, że niektóre rzeczy po prostu się zdarzają. Dalej mogłem spaść, ale przecież od zawsze się z tym liczyłem. Wsiadając na koń, podpisujemy niemą umowę z losem, że teraz on ma nad nami pełną władzę.
                Ogier nie wyrywał do przodu, bo sam go gnałem jak najszybciej w kłusie, by się zmęczył. Patryk robił to samo z Gromem, który nie oponował na szybszą jazdę.
                – No, teraz możemy pracować – powiedział trener z szerokim uśmiechem. – Zagalopujcie. Nie puszczę was jeszcze na tor. W niedzielę spróbujecie! – zawołał, próbując przekrzyczeć wiatr, który tego dnia był wyjątkowo silny.
                – Jasne! – odpowiedział Patryk z radością. Zwykle był pozytywnie nastawiony do wszystkiego, ale dzisiaj wstąpiły w niego jeszcze nowe siły. Podejrzewałem, że to przez widmo nie tak dalekiego spotkania z Adamem. Aż go nosiło, żeby się z nim zobaczyć.
                Gdy skończyliśmy jazdę, podjechał do mnie i szturchnął w ramię.
                – Ubierz się dzisiaj ładnie – nakazał.
                – A co, zwykle nie wyglądam ładnie? – Uniosłem brwi i spojrzałem na swoje starte ubrania.
                – Mogę uznać, że tego nie powiedziałeś? – zapytał, nie bardzo wiedząc jak zareagować.
Parsknąłem śmiechem.
                – No przecież wiem, że nie – zdołałem wydusić, dalej chichocząc. Zauważyłem, że trener przygląda nam się z zaciekawieniem.
                – Nie ty, tylko twoje ubrania – powiedział z zażenowaną miną, a mnie wcięło. Czy on właśnie dał mi do myślenia, że ładnie wyglądam?
                – No dalej panienki. Z koń – przypomniał trener z rozbawieniem. – Wy gadacie o ubraniach, czy mi się przesłyszało?
                – Tak – powiedział Patryk.
                – Przesłyszało – powiedziałem ja w tym samym momencie.
                Spojrzeliśmy po sobie i nagle parsknęliśmy niekontrolowanym śmiechem.
                – Nie wnikam. – Tomasz uniósł dłonie w poddańczym geście i odszedł do swoich obowiązków.
***

                Chyba z godzinę wybierałem, co na siebie włożyć. No jak baba. W końcu ze zrezygnowaniem wybrałem te same czarne, obcisłe, skórzane, idealnie na mnie pasujące spodnie. W nich zawsze wyglądałem zajebiście, nawet jeśli się tak w danym momencie nie czułem. Podkreślały wszystkie moje atuty – czyli twardy tyłek i mięśnie nóg… koniec atutów. Do tego wziąłem bordową koszulę na ramiączkach, lubiłem ten kolor. Spakowałem ubrania jak zwykle do torby, by dopiero później się przebrać i nie pokazywać się tutaj tak ubranym. Jedynie raz mi się zdarzyło mieć te rzeczy na sobie w stajni – po ostatnim wyjeździe.
                – Gotowy? – zawołał Patryk, wchodząc do mojego pokoju bez pukania. Miał na sobie to, co zwykle i tak jak ja zabrał ze sobą torbę. Skinąłem głową i zeszliśmy na dół.
                – Uważajcie na siebie! – krzyknęła Dagmara, wychodząc z kuchni. – Dobrze robisz, zabierając go ze sobą – powiedziała do Patryka. – Bardzo rzadko robi sobie wolne na więcej niż pół dnia.
                Tym razem biorę urlop na jeden dzień. Ale zaszalałem…
                Pożegnaliśmy się z nią i Magdą, która wyszła ze swojego pokoju na parterze, gdy usłyszała rozmowy. Obie wyściskaliśmy i poszliśmy do czekającej na nas taksówki.
***

                We Wrocławiu wynajęliśmy jeden pokój w hotelu, gdzie przebraliśmy się i zostawiliśmy rzeczy. Miałem wrócić tu na noc, podczas gdy Patryk zwinie się ze swoim chłopakiem.
                – Gdzie się spotkamy z Adamem? – spytałem, gdy wyszliśmy z hotelu. Słońce już dawno schowało się za horyzontem, ale miasto nadal żyło swoim życiem, nie przejmując się naturalnym rytmem dnia.
                – Przy ratuszu – odpowiedział, rozglądając się wokół. – Tylko… wiesz może jak tam dojść?
                – No raczej – prychnąłem, przyglądając mu się z coraz większym rozbawieniem. On i brak orientacji w terenie? Z jakiegoś powodu mi się to gryzło. – Chodź.
                Pół godziny później byliśmy już przy ratuszu, a Patryk zaczął rozglądać się za swoim chłopakiem. Ludzi na rynku było sporo, jak to w dużym mieście, ale żaden z nich nie był tym, którego szukaliśmy.
                – Powinien być na dworcu jakieś piętnaście minut temu – wyjaśnił nerwowo, a ja wskazałem Macdonald, gdzie mogliśmy usiąść.
                – To trochę poczekamy. Wie jak tu przyjść? Mogliśmy w sumie iść na dworzec po niego – zauważyłem. – Mieliśmy po drodze.
                – Serio? – zdziwił się, a ja uśmiechnąłem się kącikiem ust. Pierwszy raz widziałem go tak zestresowanego. – Zadzwonię do niego. – Wyciągnął telefon, szybko w nim czegoś szukając. Przyłożył go do ucha i poczekał chwilę, aż jego chłopak odbierze. – No cześć, jesteś już?... No… Nie wiem. Czekaj. – Podał mi nagle komórkę. – Wytłumacz mu jak tu przyjść.
                Spojrzałem na niego jak na wariata, ale w końcu odezwałem się do Adama.
                – Cześć, jesteś na dworcu? – zacząłem.
                – Tak. Stoję przed – odpowiedział mi dość niski głos.
                – Widzisz skrzyżowanie po lewej?
                – Yhy.
                Wytłumaczyłem mu mniej więcej jak tu dojść, mając nadzieję, że mnie zrozumie. Pożegnaliśmy się i oddałem telefon Patrykowi.
                – Dzięki – mruknął, rozglądając się nerwowo. – Może jednak lepiej by było, gdybyśmy po niego poszli…
                – Skąd w ogóle jesteście? – zapytałem. Wiedziałem, że mieszkał w pobliżu Gdańska, ale chciałem go zająć rozmową, by się przestał wiercić na krześle jakby miał owsiki. Rozumiem, że tęsknił i się trochę martwił, ale Adam był dorosłym facetem, jeśli sądzić po głosie, i doskonale poradzi sobie z przejściem paru ulic sam.
                – Z Gdańska.
                – I rzuciłeś wszystko, żeby wziąć udział w Wielkiej Pardubickiej? – kontynuowałem. Teraz miałem szansę dopytać o to, co od dawna chodziło mi po głowie. Na pół roku przeprowadził się na drugą stronę kraju, by mieć możliwość wzięcia udziału w gonitwie. Dla mnie było to co najmniej dziwne. – Toż to szaleństwo.
                – Sam ten wyścig jest szaleństwem – zauważył. – Mam swoje powody – zbył mnie. – W sumie Tomasz trafił w dobry moment. Z początku tylko podszedł do mnie, chcąc się zorientować, czy ma w ogóle szansę mnie do tego zgarnąć. Widać było, że jest w szoku, że mu się udało. – Zaśmiał się krótko, a ja mu zawtórowałem.
                – Przynajmniej mam kogoś do pomocy – dodałem, opierając się wygodniej o krzesło. Kontynuowaliśmy rozmowę, gadając o jakichś mało istotnych rzeczach, do czasu, aż Patryk zauważył swojego chłopaka. Zerwał się wtedy na równe nogi i podbiegł do niego, rzucając mu się w ramiona.
                Adam był wyższym od niego i masywniejszym mężczyzną. Miał krótkie brązowe włosy i owalną twarz. Też objął szatyna, przyciągając go do siebie mocniej i nie zważając na zaskoczone spojrzenia przechodniów. Większość jednak ich zignorowała. Podszedłem do pary wolnym krokiem, a gdy odsunęli się od siebie, wyciągnąłem rękę do Adama.
                – Cześć, jestem Sebastian – przywitałem się z lekkim uśmiechem. Uch. Czułem się przy nim jeszcze mniejszy. Ten facet górował nad Patrykiem, a co dopiero nade mną.
                – Adam – odpowiedział i ścisnął moją dłoń, mocno i pewnie. – To gdzie idziemy? – Przeniósł wzrok na Patryka, który nie odrywał od niego oczu.
                – W sumie to nie wiem. – Zaśmiał się nerwowo. – Seba, masz jakieś propozycje?
                Uniosłem brwi i siłą woli powstrzymałem się od złośliwego komentarza. Mógł się mnie zapytać w taksówce, skoro nie znał miasta. Byłem pewny, że mają wszystko ustalone.
                – H2O – zdecydowałem bez wahania. – Tędy.
                Patryk przez całą drogę gadał jak najęty, opowiadając chyba o wszystkim, co zdarzyło się od jego wyjazdu. Adam słuchał go cierpliwie, choć nie wydawało mi się, żeby był tego ciekaw. Obaj jednak nie przerywaliśmy brunetowi, który był w swoim żywiole. Patrzyłem na nich z boku, próbując ukryć rozczarowanie. Teraz Adam stał tu z krwi i kości i nie było mowy, żebym sobie wmawiał, że nie istnieje. Los ze mnie zadrwił, stawiając u mego boku zajętego geja.
                Odetchnąłem z ulgą, gdy dotarliśmy do klubu i Patryk musiał się w końcu zająć czymś innym, niż streszczaniem naszego życia w stajni, składającego się przede wszystkim ze sprzątania gówien końskich. Stanęliśmy w kolejce do klubu, a po zapłaceniu i pokazaniu dowodów, weszliśmy do środka. Rozejrzałem się odruchowo za Danielem, zdając sobie nagle sprawę, że już go tu nie zobaczę.
– Fajnie tu – stwierdził Adam, rozglądając się po wnętrzu, gdy stanęliśmy obok parkietu. Migoczące światła nadawały nastrój, muzyka była dobra, a tańczący ludzie pijani. Czego więcej chcieć? – Chodźcie po drinki.
                Ruszyłem za nimi, ciesząc się, że w tym tłumie mogę kogoś wykorzystać jako taran. Dotarliśmy do baru i zamówiliśmy alkohol. Patryk przylepił się do boku Adama, gdy czekaliśmy na zamówione napoje. Obrzuciłem ich niechętnym spojrzeniem. Miałem rację, nie było przyjemnie na nich patrzeć i już teraz chciałem się ulotnić.
                Adam chyba to zauważył, bo nagle uniósł brwi i pocałował Patryka mocno, aż ten jęknął mu w usta. Skrzywiłem się i odwróciłem wzrok. Nigdy nie byłem dobrym aktorem, a teraz tym bardziej nie potrafiłem udawać. Przesunąłem wzrokiem po tańczących ludziach, próbując tym odwrócić swoją uwagę.
                Dostaliśmy w końcu drinki, a ja swój opróżniłem w ekspresowym tempie.
                – Idę tańczyć – zakomunikowałem. – Nie przejmujcie się mną.
                Patryk spojrzał na mnie uważniej, ale szybko zniknąłem mu z oczu, wchodząc między tańczących ludzi. Poddałem się rytmom, chcąc zapomnieć o otaczającym mnie świecie. Dwie rzeczy dawały mi wytchnienie: jazda konna i połączenie alkoholu z tańcem. Co jakiś czas szedłem do baru, zamawiając kolejne drinki i wracając na parkiet. Straciłem poczucie czasu, a ludzkie twarze zaczęły się rozmywać.
                W pewnym momencie poczułem dłonie na biodrach. Przekrzywiłem głowę, by spojrzeć do góry i w tył na ciemnoskórego faceta. Nie był jakoś mega przystojny, ale i tak mi się podobał. Obstawiałem, że ma mniej więcej dwadzieścia pięć lat. Obróciłem się w jego ramionach. Nie był zbyt wysoki, co mi się szczególnie spodobało i dodało pewności siebie. Gdybym stanął na palcach, zrównałbym się z nim.
                – Samotny? – wymruczał mi do ucha. Ledwo go usłyszałem. Położyłem ręce na jego ramionach i zacząłem się bujać do rytmu.
                – Hm, chyba już nie, co? – zapytałem głośniej, unosząc jeden kącik ust.
                Przeraził mnie fakt, że w tym momencie miałem wszystko gdzieś. Nawet to, co ja o sobie mogę myśleć. Jedyne ciche przerażenie w mojej głowie zostało skutecznie stłamszone przez hałas tego miejsca. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie szeroko, a jego brązowe oczy błądziły po mojej twarzy. Był wstawiony, tak jak ja.
                – Obserwowałem cię od jakiegoś czasu – wyznał, zjeżdżając jedną dłonią na mój pośladek. Pomasował go przyjemnie, a ja miałem ochotę zamruczeć. Tym razem czerwona lampka się nie włączyła. – Świetnie się ruszasz.
                – Tak? – szepnąłem do jego ucha. Wątpiłem czy mnie usłyszał. – Ty też pokaż jak tańczysz – rzuciłem głośniej.
                Mężczyzna uśmiechnął się i zaczął nas kołysać do rytmu. Więcej mnie macał, niż tańczył, ale nie przeszkadzało mi to. Wreszcie miałem to, czego tak pragnąłem, dotyk drugiego, dominującego mężczyzny. Rozum mi odjęło…
                – Chcesz się gdzieś wyrwać? – usłyszałem po kilku minutach tego specyficznego ruszania się.
                – Mhm – wymruczałem i kiwnąłem głową. Zaraz potem zostałem pociągnięty w stronę wyjścia.
                Chyba chciałem udowodnić światu, że i ja mogę być szczęśliwy.
***

                Szliśmy ulicami Wrocławia w milczeniu. Prawdopodobnie prowadził mnie do siebie, ale nie byłem pewien. Zdążyłem już trochę wytrzeźwieć i zacząłem się zastanawiać, co ja najlepszego robię. Miałem mu się oddać? Był pewien, że to zrobię. Ja też byłem pewien, zanim nie wyszedłem na świeże powietrze. Teraz wpadałem w panikę i jedynie o czym myślałem, to jak się z tego wyplątać.
                A los w tym wypadku stał się dla mnie łaskawy. Chociaż raz…
                Rozpoznałem znajomą twarz w jednym z nielicznych przechodniów i przystanąłem osłupiały. Daniel. Ale nie wyglądał jak on. Miał na sobie spodnie od garnituru i koszulę. Włosy ściął bardzo krótko, niemal do zera. I palił papierosa, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało. Nie żebym go dobrze znał, no ale…
                – Daniel! – krzyknąłem, gdy minął mnie bez słowa. Wpatrywał się swoje buty, gdy szedł, więc nic dziwnego, że mnie nie zobaczył. – Czekaj!
                Odwrócił się z zaskoczeniem wypisanym na twarzy, a czarnoskóry spojrzał na nas z irytacją.
                – Seba… co ty tutaj robisz? – zapytał Daniel, zaraz przenosząc wzrok na mojego towarzysza. Skrzywił się. Chyba nie musiałem odpowiadać.
                – Sorry – rzuciłem szybko do mężczyzny, którego imienia nie znałem – muszę iść.
                – Co? – Uniósł brwi, ale za chwilę machnął ręką z irytacją. – Zresztą, jak tam chcesz – warknął i oddalił się bez żadnych pytań. To mnie trochę zdziwiło, spodziewałem się większego… oporu. Odetchnąłem z ulgą.
– Dalej się w to bawisz? – wtrącił Daniel, ponownie zwracając na siebie moją uwagę. W jego ciemno niebieskich oczach dostrzegłem spokój, ale też specyficzne zmęczenie. – Mówiłem ci coś.
                – Wiem – mruknąłem. – Przekimasz mnie? – zapytałem, nie chcąc wracać sam do hotelu. Czułem się okropnie.
                Mężczyzna westchnął i skinął głową. Ruszyliśmy wolnym tempem do jego mieszkania. Tylko raz tam byłem, gdy zabrał mnie z klubu przy naszym pierwszym spotkaniu. Czyli jakieś… sześć lat temu? Mogłem go wtedy podać do sądu za seks z nieletnim. Nieważne, że to ja zawsze byłem na górze.
                – Dlaczego tutaj wróciłeś? – zapytał po kilku minutach ciszy.
                – Patryk mnie zabrał.
                – Patryk?
                – Pracujemy razem na stadninie. Chciał się spotkać z chłopakiem… no to przyjechaliśmy razem.
                – Właśnie widzę to razem – prychnął.
                – Nie będę im przecież siedział na głowie.
                Daniel pokręcił głową, a ja przyjrzałem mu się uważniej. Dziwnie wyglądał, nie udając już kogoś, kim nie jest. W tym garniturze sprawiał wrażenie poważnego mężczyzny, do czego zupełnie nie byłem przyzwyczajony. Mimo tego stwierdziłem, że ten styl bardzo do niego pasuje.
                – Czemu w ogóle jesteś o tej godzinie na dworze? – zapytałem, nie rozumiejąc co tu może robić, skoro sam skończył z nocnym życiem. – Do tego tak ubrany – dodałem.
                – Nie mogę spać. A wcześniej pracowałem. – Wzruszył ramionami. – Jesteśmy. – Wskazał na starą kamienicę przy ulicy. Weszliśmy do środka. Nie pachniało tu przyjemnie, a i wygląd klatki schodowej pozostawiał wiele do życzenia. Przez ostatnie lata jedynie się tu pogorszyło.
                Daniel miał małe mieszkanie, jednak gustownie urządzone. Wszędzie było czysto i ciepło, dzięki jasnym kolorom ścian i drewnianym meblom. Po telewizorze, laptopie i jeszcze paru szczegółach, mogłem stwierdzić, że dobrze mu się powodzi.
                – Chcesz coś pić? – zapytał, odbierając ode mnie kurtkę i zostawiając ją na wieszaku przy drzwiach.
                – Nie, dzięki.
                Gdy się do mnie odwrócił, zrozumiałem, że coś jeszcze się w nim zmieniło. Miał inne nastawienie. Nie patrzył na mnie z pożądaniem lecz spokojnie z jakąś dziwną emocją, której nie mogłem odszyfrować. Miałem ochotę przylgnąć do niego i tak już zostać. Tęskniłem za nim, uświadomiłem sobie. Ta informacja, że się więcej nie spotkamy, sprawiła, że zacząłem doceniać jego obecność i to, że zawsze wiedziałem, gdzie mogę go znaleźć.
                – Dobrze wyglądasz w tych ubraniach – pochwaliłem, obejmując go w pasie i po prostu przytulając się do niego. Też mnie objął, wzdychając w moje włosy. Pocałował je po chwili. – Jak tam praca?
                – Powoli się układa – szepnął, przyciągając mnie bardziej do siebie. – Nie powinieneś tu wracać.
                – Wiem.
                Odsunąłem się odrobinę, by na niego spojrzeć. Dopiero teraz dostrzegłem delikatną potrzebę w jego postawie. Patrzył na moje usta z wahaniem, którego wcześniej nigdy nie pokazywał.
Niewiele myśląc, pocałowałem go. Miał suche usta i smakował papierosami, ale tylko trochę mi to przeszkadzało. Wtuliłem się w niego i poddałem jego woli. Chyba po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy, przejął inicjatywę. Pchnął mnie w stronę swojego pokoju i tyłem zaprowadził do łóżka, podtrzymując, bym nie stracił równowagi. Chwilę później wylądowałem na materacu, a on zawisł nade mną, jedynie na moment odrywając się od moich ust. Nie był jednak natarczywy, lecz delikatny.
                – Oddałbyś się mu? – zapytał między pocałunkami.
                – Chciałem.
                Daniel usiadł mi na biodrach i spojrzał na mnie z góry. Nie zapalaliśmy światła, ale i tak w pokoju było jasno dzięki oświetleniu ulicznemu. Okna jego kawalerki wychodziły na główną ulicę.
                – Dlaczego? – zapytał krótko. Wiedział, że nigdy tego nie robiłem.
                – Nie wiem… – Zakryłem twarz dłońmi. – Cholera… Chciałem, ale idąc z nim, zrozumiałem, że robię błąd. Nawet jeśli tego pragnę…
                Poczułem jak przesuwa palcami po moich ramionach. Zabrał mi dłonie z twarzy i pochylił się nisko.
                – Jesteś najbardziej wartościowym dzieciakiem jakiego znam – wyszeptał.
                – Nieprawda – mruknąłem, a on uśmiechnął się łagodnie.
                – Dobrze by było, gdybyś w to uwierzył…
                – W ogóle jakie dzieciaku? – prychnąłem nagle. – Odezwał się staruszek.
                Jego uśmiech w końcu sięgnął oczu. Przyciągnąłem go do pocałunku. On mnie nie zrani, przeszło mi przez myśl, mogę mu zaufać. Był moim pierwszym w wielu sprawach. Nigdy nie czułem się przy nim źle, chodź z początku zżerał mnie stres. Zawsze też wiedział jak mnie pocieszyć, nawet jeśli nie znał powodu mojego smutku.
                Stęknąłem w jego usta, gdy pomasował moje krocze.
                – Nie chcę być na górze – wyszeptałem z napięciem. Spojrzał mi w oczy z bliska.
                – Na dole też nie będziesz – mruknął. Jego klatka piersiowa zafalowała szybciej, a źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej, zdradzając pożądanie. Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc. Nie chciał nic zrobić? To dlaczego tu leżymy w takiej pozycji?
                Daniel mruknął coś cicho i cmoknął mnie w usta, by później skupić się na pozbyciu się moich spodni. Uniosłem się, żeby mu pomóc i kolejny raz przyciągnąłem do pocałunku, który tak uwielbiałem. Przez jakiś czas pieścił wnętrze moich ust, by naraz odepchnąć mnie lekko i z uśmiechem zsunąć się w dół. Zanim zdążyłem ogarnąć co się dzieje, on już uwolnił mojego na wpół sztywnego penisa z bokserek i wsunął go sobie do ust. Na szczęście przytrzymał moje biodra, bo odruchowo pchnąłem nimi w górę.
                – Spokój – nakazał, na chwilę wypuszczając członek z ust, potem kolejny raz wsuwając go do środka. Jęknąłem z pretensją, nie mogąc sklecić porządnego zdania. Chciałem protestować, ale to było zbyt dobre. Mój puls szalał, a oddech coraz bardziej przyśpieszał.
                Nikt mi jeszcze nie obciągał. Nikt mnie nawet ustami nie dotknął w tamtym miejscu, bo zwykle albo nie było na to czasu, albo bali się różnych chorób z HIV na czele. Naprawdę wiele mnie minęło, pomyślałem, gdy wsunął do ust niemal całą jego długość i zacisnął usta.
                Niewiele mi trzeba było, by skończyć. Próbowałem go ostrzec, ale nic sobie z tego nie robił. Tak więc spuściłem się do jego gardła, jęcząc, wyginając się i dysząc ciężko. Orgazm był cudowny i zamroczył mnie na parę chwil.
                Daniel wstał na moment, a później szturchnął mnie, bym się przesunął na łóżku i pozwolił wyciągnąć spod siebie kołdrę. Gdy przytulił się do mnie i okrył nas, zauważyłem, że ściągnął spodnie i koszulę.
                – Nie chcesz też…? – szepnąłem, masując jego bok. Powoli dochodziłem do siebie.
                – Nie. Śpij. – Cmoknął mnie w nos i przymknął oczy.
                Nie nalegałem, tylko mocniej się w niego wtuliłem i odpłynąłem.