Nie jestem odpowiedzią / Nie jestem nawet pytaniem / Jestem za to zdaniem twierdzącym / Prostym. Nic nie wnoszącym
28 marca 2017
19 marca 2017
Wiersz "Geniusz artystyczny"
Tutaj jedna
plama
Właśnie w
tym kolorze
Tam druga o
odmiennym odcieniu
Składanie
obrazu od podstawy
Przez szkic
Figurę
Po miękkie
pociągnięcie pędzlem
Tutaj cień
założony
Tam
dostrzeżony i zrozumiany
Godziny
spędzone przy obserwacji
W ciszy
Albo w
hałasie
Później
ocena widza
Czy
dostrzeże precyzje?
Zauważy
namacalność kształtów?
Geniusz!
Twierdzi
krytyk
Co za
bazgroły!
Twierdzi
laik
A ja
Patrzę na
swe dzieło
I wśród
rytmu barw
W kompozycji
przedmiotów
Widzę własną
twarz
Pochyloną
nad książką
Czytającą
historię sztuki
Odkrywającą
perspektywę
Światło
Zrozumienie
iluzji
Działanie
jednego koloru
W stosunku
do drugiego
Widzę
godziny pracy
Więc
Co z tego
Że podążyłem
własną ścieżką
Nazwano mnie
geniuszem
Gdy
najzwyczajniej w świecie
Jestem
sfrustrowany
Że sztuka
Nie jest
tchnieniem
Nie jest
weną
Jest
precyzją
Kunsztem
Wyuczeniem
A tylko
nieliczni
Szaleńcy
Potrafią się
w niej odnaleźć
16 marca 2017
Informacje
Witajcie.
Zakończyłam publikację Wracaj do domu. Na blogu możecie przeczytać wszystkie rozdziały za darmo, a jeśli chcecie zakupić ebooka, zapraszam - klik.
Na chwilę obecną nie mam żadnego tekstu do wydania. W najbliższym czasie na blogu pojawi się trochę rysunków, wierszy mojego autorstwa, lub te przeze mnie znalezione.
Nie wiem kiedy będzie można się spodziewać Basisty. Jeśli już się pojawi, będzie on dopracowany na takim poziomie, na jaki mnie stać i ani gram mniej. Może to potrwać kilka miesięcy albo lat. Nie wiem. I wątpię czy napiszę w trakcie coś innego – nie chcę się już rozpraszać.
Od tego postu nie będę o Basiście więcej pisać. Gdy już będę mieć cały tekst i zaczną się ostateczne poprawki, powiadomię Was o tym i ustalę datę wydania. Nie wcześniej.
Do tego czasu pomyślę nad formą publikacji. Być może zrobię jak dotychczas, albo wstawię na bloga jedynie część (nie mniej niż połowa), a reszta będzie do kupienia.
Mam nadzieję, że chociaż część z Was zostanie. Jeśli chcecie, możecie podać kontakt (w komentarzu pod tym postem bądź na moim mailu), żebym mogła Was powiadomić osobiście, kiedy zacznę znów publikować. W końcu nie wszyscy będą zainteresowani obrazkami.
To chyba wszystko. Dziękuję za Wasze komentarze i obecność.
Zakończyłam publikację Wracaj do domu. Na blogu możecie przeczytać wszystkie rozdziały za darmo, a jeśli chcecie zakupić ebooka, zapraszam - klik.
Na chwilę obecną nie mam żadnego tekstu do wydania. W najbliższym czasie na blogu pojawi się trochę rysunków, wierszy mojego autorstwa, lub te przeze mnie znalezione.
Nie wiem kiedy będzie można się spodziewać Basisty. Jeśli już się pojawi, będzie on dopracowany na takim poziomie, na jaki mnie stać i ani gram mniej. Może to potrwać kilka miesięcy albo lat. Nie wiem. I wątpię czy napiszę w trakcie coś innego – nie chcę się już rozpraszać.
Od tego postu nie będę o Basiście więcej pisać. Gdy już będę mieć cały tekst i zaczną się ostateczne poprawki, powiadomię Was o tym i ustalę datę wydania. Nie wcześniej.
Do tego czasu pomyślę nad formą publikacji. Być może zrobię jak dotychczas, albo wstawię na bloga jedynie część (nie mniej niż połowa), a reszta będzie do kupienia.
Mam nadzieję, że chociaż część z Was zostanie. Jeśli chcecie, możecie podać kontakt (w komentarzu pod tym postem bądź na moim mailu), żebym mogła Was powiadomić osobiście, kiedy zacznę znów publikować. W końcu nie wszyscy będą zainteresowani obrazkami.
To chyba wszystko. Dziękuję za Wasze komentarze i obecność.
Pozdrawiam serdecznie,
Kyna
15 marca 2017
[10] Wracaj do domu
Pożegnanie
Koniec
września zbliżał się nieubłaganie. Słońce coraz mniej grzało, a ziemia zaczęła
okazywać pierwsze przygotowania do zimy w postaci krótszych dni i przekwitłych
roślin. Nawet wiewiórki w lesie jakby wzmocniły swoją działalność. Często
widziałem je na spacerach z Kamilem, śmialiśmy, że to są takie leśne ninja i
zaraz zaczną w nas rzucać orzechami. Oczywiście to nigdy nie mogło mieć
miejsca, w końcu potrzebowały jedzenia na zimę – wmawiałem sobie, jakby to był
jedyny powód.
Dziś,
dwudziestego dziewiątego września, szedłem na grób Piotra. Chciałem się
pożegnać. Nie, żebym wyjeżdżał, nie zdążyłem jeszcze zarobić u Bartosza
odpowiedniej kwoty. Z siostrą planowaliśmy opuścić wieś dopiero za rok, co było
całkiem realne.
Nie
miałem pojęcia dlaczego postanowiłem zrobić to dzisiaj, ale potrzebowałem tego.
Nie miałem zamiaru zadawać sobie pytań i drążyć. Jeśli o tym pomyślałem,
dobrze, niech się dzieje. Może i lepiej dla mnie.
Tym
razem nie miałem problemu trafić na odpowiednie miejsce. Spojrzałem na krzyż,
na datę i na Jezusa wiszącego nad nią. Dokładnie w tej kolejności.
Klęknąłem
i, o zgrozo, uśmiechnąłem się do figurki. Siedziałem za kościołem, przy grobie
wisielca, któremu ksiądz odmówił pochówku na cmentarzu i byłem pewien, że Bóg
wcale się od Piotra nie odsunął.
Być
może zwariowałem. Ale byłem pewien, że jeśli będę w to naprawdę wierzył, tak
się stanie. W końcu co znaczy zdanie księdza? To tylko człowiek. Mający
dodatkowo dziwne poglądy. Nie raz w niedziele nasłuchałem się jego kazań. Były
okropne i w pewnym momencie przestałem słuchać, no bo ileż można o polityce? Co
o n ma do tego? A do kościoła
przychodziłem dla Boga, więc w tych momentach po prostu mówiłem do niego tak,
jak nauczyła mnie boja babcia.
—
Wyglądasz przerażająco — usłyszałem za sobą znajomy głos i drgnąłem nerwowo.
Wciąż miałem tiki nerwowe po tamtej akcji z Rafałem. Większości już się
pozbyłem, ale nie znosiłem jak ktoś zachodził mnie od tyłu.
—
Wiem. — Spojrzałem na Adriana. Mężczyzna usiadł obok mnie. O dziwo nie miał
piwa w ręku. Chyba pierwszy raz go tak widziałem. — Co cię tu sprowadza?
—
Ty. Widziałem jak idziesz. — Uśmiechnął się i spojrzał na krzyż. — Okropne, że
nie pochowali go na cmentarzu. Nie ma nawet pomnika, tylko ten badyl.
—
On tu jest najbardziej potrzebny.
—
Powinien mieć normalny grób — burknął.
—
Nie zmienisz tego — westchnąłem. — Co tam u ciebie? Dawno cię nie widziałem.
—
Próbowałem się otrząsnąć.
—
Od?
—
Od widoku ciebie. — Spojrzał na mnie znacząco. — Całującego tego biednego
chłopaka Michlników. Mózg mi to zlasowało. Nie możecie znaleźć sobie jakiegoś
miejsca wewnątrz, a nie po lasach łazicie?
Wybuchłem
niepohamowanym śmiechem, a Adrian skrzywił się z obrzydzeniem, pewnie
wspominając tamten incydent.
—
On jest młodszy od ciebie osiem lat… Masakra — burknął.
—
Nie mów, że nie podobają ci się osiemnastolatki — prychnąłem. — Nie uwierzę w
to.
—
No dobra, coś w tym jest, ale… — Przerwał, znowu się krzywiąc. — Dobra,
mniejsza, kurwa, nie chcę o tym nawet myśleć.
Znów
się roześmiałem radośnie. Na jego obrzydzenie nie zwracałem uwagi, cieszyłem
się za to, że na swój dziwny sposób mnie akceptuje. Nigdy bym się tego nie
spodziewał, w szczególności po nim. Zawsze był pierwszy do obrażania
kogokolwiek, kto był chociaż trochę inny niż on sam.
—
Jak tam żona? — zapytałem ciekawy. — Jeszcze z tobą wytrzymuje?
—
Znowu planuje wyjechać do teściowej — wyznał, wzdychając ciężko. — Ale chyba
zostanie... Skosiłem trawnik.
—
O cholera, szacun.
—
Nie drwij ze mnie…
—
Nie, ale serio. Jestem ciekawy jak wygląda twoje podwórko, ciężko było zobaczyć
coś przez te chaszcze… — przerwałem, gdy rąbnął mnie w ramię. Zaśmialiśmy się
obaj.
Chwilę
siedzieliśmy bez słowa, nasłuchując śpiewu jakiegoś ptaka. Nigdy nie byłem
dobry w rozróżnianiu, który gatunek jaki wydaje dźwięk, ale ten konkretny
zawsze kojarzyłem z Piotrem. Słuchaliśmy go, gdy pierwszy raz poszliśmy nad
jezioro.
—
A tak na poważnie… Przyszedłem cię znaleźć, żeby się pożegnać — powiedział
nagle mężczyzna.
—
Wyjeżdżasz?
—
Na odwyk…
—
Wow. Super! — ucieszyłem się szczerze, przyglądając się jego naburmuszonej
twarzy.
—
Tya. Będą wspaniałe wakacje. Wprost zajebiste.
—
Będzie można cię tam odwiedzać?
—
Nie jestem pewny… Chyba z początku nie.
—
To daj znać, albo niech twoja żona da, obojętnie. Przyjadę do ciebie.
—
Jasne. Dzięki. — Uśmiechnął się lekko, niemal z ulgą. Chyba potrzebował
wsparcia kogoś jeszcze, zapewnienia, że dobrze robi. — Zabij mnie jak
zrezygnuję.
—
Nie będę musiał, myślę, że twoja żona zrobi to sama.
Tym
razem Adrian roześmiał się głośno i ze szczerą radością. Obserwowałem go jak
się powoli uspokaja i patrzy na mnie z błyskiem w oku.
—
Tak. Uwielbiam tę kobietę.
***
Pokój
Kamila lśnił czystością. Zapewne tylko z tego powodu, że jego rzeczy były
spakowane do dwóch wielkich walizek, stojących obok drzwi. Już teraz
współczułem jego kolegom w akademiku. Chaos, jaki wytwarzał ten chłopak wokół
siebie, potrafił dać w kość. Kamil był naprawdę oporny pod tym względem, bo
nawet jego matka, pedantka, nie mogła nic z tym zrobić.
Blondyn
leżał na łóżku, z laptopem i grał. Gdy wszedłem, zaszczycił mnie jedynie
zerknięciem, by się upewnić kto to i olał mnie na rzecz zabicia jakiegoś
potworka. Westchnąłem ciężko i położyłem się obok niego, całując w policzek.
—
Ile poziomów wbiłeś dzisiaj?
—
Siedem — odparł krótko, wciąż skupiony na wirtualnej walce.
—
Nie nudzi ci się to?
—
Nie.
Prychnąłem
zniecierpliwiony. Ja sam byłem anty wszelkim technologiom. Moi dziadkowie nigdy
nie mieli pieniędzy na komputer, więc wychowałem się z dala od tego typu
rzeczy. Czasem u Piotra przeglądałem Internet, ale to wszystko. Teraz miałem
przyspieszony kurs tolerowania tego sprzętu w okolicy Kamila.
—
Co to? — zapytałem, gdy potworek zniknął, a na ekranie pojawił się wielki napis
Win. Wspominałem, że te wszystkie gry są po angielsku? Kamil nie miał zupełnie
z tym problemu, ale jak dla mnie mogłyby być po chińsku, nie zrobiłoby to
większej różnicy.
—
Wygrałem.
—
Zawsze wygrywasz, nie jest to banalne?
—
Nie. Po prostu jestem dobry — odparł nieskromnie i zaczął walczyć z kolejnym
potworkiem.
Zmarszczyłem
nos niezadowolony. Jutro wyjeżdża, ale i tak ważniejsza dla niego była gra.
Oparłem głowę na jego barku i polizałem go przez materiał bluzki. Może się w
końcu oderwie od tego, nadzieja matką głupich.
—
Adrian idzie na odwyk — powiedziałem i ugryzłem go lekko w ramię.
—
Au, przestań — fuknął nawet na mnie nie zerkając. — Ten pijaczek?
—
Tak.
—
Skąd wiesz?
—
Rozmawialiśmy dzisiaj. Przy grobie Piotra — dodałem, ciekaw czy wywołam tym
jakąś reakcję. Może chociaż to go zainteresuje.
—
Och. — Widziałem jego oczy przez jedną sekundę. — Po co tam poszedłeś?
—
Pożegnać się. Więcej tam nie będę chodził. No chyba, że na rocznicę jego
śmierci.
Chłopak
posmutniał trochę, wgapiony w ekran.
—
Na studiach nie będziesz mógł tyle grać — stwierdziłem z niejaką satysfakcją.
—
Tam będę miał zajęte ręce czym innym.
—
Wyrzeźbisz mnie kiedyś? — wymruczałem nisko.
—
Może… — parsknął z rozbawieniem. — Twój akt z liściem na kutasie.
Skrzywiłem
się w odpowiedzi. W sumie nie chciałbym, żeby oglądali mnie jacyś obcy ludzie.
Nawet jeśli miałaby być to tylko jakaś rzeźba.
Byłem
dumny z chłopaka, że postawił na swoim i wybrał wymarzony kierunek. Przez
krótki moment, miesiąc temu, gdy miała miejsce rozprawa, skazująca winowajców kradzieży
i napaści na mnie, baliśmy się, że Kamil też pójdzie do więzienia. Na szczęście
miał jedynie odpracować niewielkie szkody, które zrobił. Uwzględniono, że sam
zadzwonił po policję, przyznał się do win, chciał chronić mnie i do tego
wszystkiego żałował – no i jako jedyny z winnej piątki miał przyszłość, która w
tamtym momencie była w rękach sędziego.
—
Kiedy twoi rodzice wrócą? — zainteresowałem się. Wiedzieli o nas, a ku mojemu
wielkiemu zaskoczeniu, nie mieli nic przeciwko. Dowiedzieli się od Kamila, co
chyba było dla mnie jeszcze większym szokiem, niż ich reakcja. Ale cieszyłem
się, fajnie było czuć się akceptowanym.
—
Wieczorem. Jak zwykle.
Jeszcze
jakiś czas obserwowałem jak gra, po czym wpadłem na pomysł.
Bez
ostrzeżenia wsunąłem mu rękę między uda, zaczynając masować jego jądra przez
cienki materiał dresów i jednocześnie całując odsłoniętą szyję. Kamil mruknął
coś niewyraźnie, wyginając się pod moim dotykiem. Przygryzłem delikatną skórę,
wyrywając z jego gardła zduszony jęk. Uśmiechnąłem się, gdy usłyszałem zamykany
laptop. Odsunąłem się na moment, by odłożyć sprzęt na ziemię.
—
Fabian… — zaczął chłopak, gdy wróciłem do całowania jego szyi. — Ja… myślę o
czymś już jakiś czas… I może… — urwał speszony.
—
Hm? — westchnąłem w jego skórę.
Kamil
objął mnie i pchnął na materac tak, bym wylądował na plecach. Pozwoliłem mu na
to, zaciekawiony. Usiadł na moich udach i spojrzał z góry z zastanowieniem.
—
Bo nie wiedziałem, czy jak coś spróbuję, to się nie wystraszysz… — zaczął nieco
nerwowo. — Ale głupio mi o tym mówić…
Przekręciłem
głowę, obserwując jego podniecony, ale też nieco przestraszony wzrok.
—
Nie czytam ci w myślach, Kamil — powiedziałem, powoli gładząc jego uda.
—
No… Nie moglibyśmy się zamienić? Zawsze jesteś na górze… a ja… chciałbym
spróbować… no wiesz. — Patrzył na mnie z obawą. — Ale jak nie chcesz, to…
—
Och… — Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć. Nie myślałem, że tego chce,
nigdy o tym nie wspominał, ani nie wykonywał żadnych gestów w tą stronę, ja też
nie byłem gotowy, by samemu proponować.
—
Zapomnij — powiedział nagle cały czerwony. Już się podnosił, żeby ze mnie
zejść, gdy chwyciłem go za rękę i powstrzymałem.
—
Kamil, to nie jest takie łatwe… — szepnąłem, czując, że też robię się czerwony.
— Ale kiedyś nie miałem z tym problemu i… — Cholera, wysłów się, warknąłem w
myślach. — Ufam ci… — dodałem szybko. — Ale nie wiem jak zareaguję, jak
będziemy… — urwałem, chcąc się zapaść pod ziemię.
Niebieskie
oczy patrzyły na mnie z mieszanką zażenowania, obawy i nadziei.
—
Więc? — Przełknął ślinę. — Chcesz spróbować?
Z
tą atmosferą będzie ciężko, pomyślałem. Ale z drugiej strony… Nie będziemy
mieli długo takiej okazji, o ile w ogóle… Zacisnąłem wargi, czując nieodpartą
chęć zatrzymania go przy sobie. Bałem się, że jak wyjedzie i zobaczy ile ma
możliwości, więcej do mnie nie wróci.
Musiałem
zadać sobie pytanie, czy byłem gotowy mu zaufać, że będzie się umiał zachować,
jeśli stchórzę. Obawiałem się, że mogę wpaść w panikę, jeśli mnie tam dotknie. Ostatnie co pamiętam, to
chłodną szyjkę butelki i przerażenie. Na samą myśl robiło mi się niedobrze.
—
Chcę cały czas widzieć twoją twarz — powiedziałem drżącym głosem. — Nie chcę
się tego bać… Ale jeśli powiem stop…
—
Przestanę — powiedział chłopak stanowczo. Na jego twarzy pojawiła się nuta
radości, co mnie samego z miejsca rozluźniło.
To
Kamil, do cholery. Poznaliśmy swoje ciała, własne reakcje i niemal swoje myśli.
Jeden aspekt nas do tej pory hamował, ale i to obaj chcieliśmy zburzyć, mimo,
jak się okazuje, naszych wspólnych obaw.
Chłopak
pochylił się do mnie i pocałował delikatnie. Zaczął masować moje barki
powolnymi ruchami, pewnie chcąc, bym się trochę odprężył. Z pewnością czuł jak
spinam, to rozluźniam mięśnie. Próbowałem skupić się na jego ustach, uczuciu
ciepła, które bardzo powoli pojawiało się w moim ciele tuż obok strachu. Nie
bałem się Kamila, a tego, że nie będziemy w stanie tego zrobić. Chyba bałem się
samego strachu, a gdy tylko to do mnie dotarło, objąłem Kamila za szyję i
pogłębiłem pocałunek. Chciałem go czuć, wiedzieć całym sobą z kim mam do
czynienia.
Wsunąłem
palce w jasne kosmyki, przytrzymując go i niemal miażdżąc nasze usta. Chłopak
stęknął i podparł się ramionami tuż obok mojej głowy. Zaraz jednak zsunął niżej
jedną rękę i wsunął ją pod materiał spodni i bokserek. Jego dłoń zaczęła
masować penisa, a ja aż zadrżałem z podniecenia. Odsunąłem jego twarz, dysząc
ciężko, gdy chłopak zaczął mnie masturbować mocno i wprawnie. Jęknąłem,
wbijając głowę w materac. Moje ciało falowało, pragnąc spełnienia.
Zapomniałem
o czymkolwiek i dopiero, gdy ruch na moim członku zelżał przed samą kumulacją,
z niechęcią musiałem przyznać mu rację, że to był dobry pomysł, choć, kurwa,
sam w tamtym momencie nie byłem pewien. Chciałem dojść!
Gdy
Kamil zsunął się ze mnie i zaczął rozbierać z nieukrywanym triumfem na twarzy,
spojrzałem na niego, próbując udać oburzenie. Wątpię, czy mi wyszło.
—
Zobaczymy, czy będziesz się tak szczerzył, jak sam ci kiedyś tak zrobię —
wydyszałem, pomagając mu ściągnąć ze mnie bluzkę. Chwyciłem zaraz po tym i jego
koszulę, pociągnąłem do góry. Przez wakacje, gdy jakiś czas pracował ze mną na
polu, nabrał trochę mięśni. Przesunąłem po nich dłonią z zachwytem.
—
To w dobrej wierze — zaśmiał się i pchnął mnie na materac, samemu klękając po
obu stronach moich nagich już bioder. Patrząc mi w oczy, zaczął powoli zsuwać
luźne spodnie, które nie ukrywały jego erekcji. Zsunął je aż po trzon penisa i
uniósł brwi. Opadł dwa razy na moje krocze, ocierając się o nie.
Chyba
zapomniałem o oddychaniu. A uświadomiłem to sobie, gdy w końcu musiałem wziąć w
płuca drżący z podniecenia oddech.
—
Ty wężu przebrzydły — warknąłem, trochę zły, że mnie prowokuje. Chwyciłem za
pasek jego spodni i pociągnąłem w dół. Moim oczom ukazał się półtwardy penis,
którego, nie mogąc się powstrzymać, wziąłem do ręki. Aż drgnąłem, słysząc jak z
ust blondyna wyrywa się westchnienie. Stwardniał niemal natychmiast, gdy
dodatkowo ścisnąłem jego pośladki.
—
Eeej… Nie dotykaj… — wymruczał z udawaną pretensją i kręcąc tyłkiem. Mógłbym go
pożreć wzrokiem.
—
Ściągaj te spodnie i weź lubrykant — poleciłem, czując jak serce wali mi
młotem. Uczucie strachu znów się pojawiło, ale zdusiłem je w zarodku.
Kamil
zeskoczył ze mnie, zsunął spodnie razem z bielizną i poszukał chwilę w szafce
tego, o co prosiłem. Po krótkiej chwili rzucił we mnie tubką i wrócił na moje
biodra, tym razem rozsuwając mi nogi i kładąc się pomiędzy nimi.
—
Nie schrzań tego — mruknąłem, przymykając oczy.
—
Nie zamierzam — odpowiedział z rozbawieniem. — Fabian?
—
Hm?
—
Patrz na mnie — szepnął mi do ucha i znów zaczął całować.
Myśl
o jego ustach, myśl o jego ustach, powtarzałem, patrząc na niego z bliska i
słysząc jak otwiera lubrykant, by wysmarować sobie nim palce. Napiąłem się,
czując dotyk na pośladkach. Chłopak na razie położył tam dłoń i odsunął nieco
głowę, by spojrzeć mi w twarz.
—
Spokojnie — szepnął. Jego opanowanie powoli zaczynało mi się udzielać, gdy
leżeliśmy tak, patrząc na siebie. — Mogę?
Kiwnąłem
głową, ale zaraz znów się napiąłem, gdy podrażnił moją dziurkę. Sapnąłem, zły
na siebie za tą reakcję. Kurwa, przecież nic mi wtedy nie zrobili. Nie mogę tak
reagować!
—
Fabian, patrz na mnie — usłyszałem z góry stanowczy głos chłopaka, gdy zacząłem
zamykać oczy, nie chcąc, by mnie widział w tym stanie. — Fabian…
—
Nie dam rady… — jęknąłem żałośnie.
Chłopak
zabrał rękę i cmoknął mnie w usta. Zaczął coś szeptać, żebym się uspokoił.
Drżałem pod nim i chyba nawet zacząłem płakać. Zupełnie nad sobą nie panowałem.
—
Nienawidzę go… — powiedziałem, rozklejając się zupełnie. — Czasem seks… na dole
nie był jakoś specjalnie przyjemny… ale nigdy się go nie bałem…
—
Nie musimy — szepnął chłopak, nadal próbując zachować spokój.
—
Chcę do cholery — warknąłem. — Nie chcę się bać. Chcę, żeby to było normalne…
naturalne… jak wcześniej. Tylko nie wiem jak to zrobić…
—
Może… na siłę? — powiedział niepewnie. — W sensie wsadzić palec na siłę, nawet
jak się zaciskasz. Nie powinno aż tak boleć… To głupi pomysł — uznał od razu.
Przez
jakiś czas trawiłem to, co powiedział. Nasze podniecenie opadło, pozostawiając
po sobie frustrację. Nie chciałem, żeby tak się to skończyło. Spojrzałem w jego
błękitne oczy, dostrzegając w nich smutek i jakiś rodzaj współczucia. Żadnej
złości, żadnych pretensji, o co niemal byłem wdzięczny.
—
Daj rękę — poprosiłem. — Nie tą, tą z lubrykantem.
Pozwolił
mi poprowadzić jego dłoń do mojego wejścia. Sam nakierowałem palec chłopaka w
odpowiednie miejsce i pchnąłem do środka. Denerwowałem się, przez co też
zaciskałem niepotrzebnie, ale to było w miarę kontrolowane. Odetchnąłem ciężko,
czując jak porusza się we mnie na próbę.
—
Jesteś niesamowity… — szepnął, unosząc się nieco, by ułatwić nam zadanie.
—
Pocałuj mnie — poprosiłem, obejmując go mocno i teraz zdając się na jego
inicjatywę. Najgorsze było za nami, tak mi się zdawało.
Powoli
się rozluźniałem, gdy całował mnie czule i przygotowywał na dole. Nie minęło
wiele, gdy mógł wsunąć we mnie drugi, a później trzeci palec. W pewnym momencie
znalazł czułe miejsce w moim wnętrzu, sprawiając, że wygiąłem się pod nim i
zajęczałem przeciągle. Gorączka podniecenia wróciła do naszych ciał,
sprawiając, że jeszcze mocniej się na niego otworzyłem. Nie było już chłodu
wspomnienia, bo dotyk, który teraz otrzymywałem był zupełnie inny, przyjemny i
sam na niego pozwoliłem.
—
Kamil… — jęknąłem, czując gorąco i witając z radością powrót moich starych
reakcji. Nie spinałem się już, za to zaczynałem pragnąc więcej. — Już możesz…
—
Tak… — wydyszał mi przy uchu.
Czułem
i widziałem jak bardzo podnieciła go ta penetracja. Podziwiałem go za
samokontrolę. Ja sam nie wytrzymałem przy naszym pierwszym razie. A to on jest
tym młodszym podobno.
Pozostałem
na plecach, bym mógł widzieć jego twarz. Materac za plecami dawał mi potrzebne
w tamtym miejscu oparcie psychiczne. Kamil ustawił się nade mną, a gdy oplotłem
jego biodra nogami, wszedł we mnie powoli, patrząc w oczy i próbując odczytać w
nich, czy sprawia mi ból. Widziałem jak zaciska szczękę i napina mięśnie, gdy
jego ciało chciało przyspieszyć, a on je powstrzymywał. Zadrżał, gdy wsunął się
we mnie cały i przymknął oczy, dysząc ciężko.
Był
piękny. Leżałem pod nim, ufając, że nie straci kontroli i że nie zechce sprawić
mi bólu. Czułem jak mnie rozpiera, ale teraz niosło to za sobą jedynie dziwną
przyjemność. O strachu już nie pamiętałem.
—
Możesz… — szepnąłem. Zadrżał, gdy chwyciłem go za kark i delikatnie
przejechałem po nim paznokciem. Wiedziałem, że to uwielbiał.
Wysunął
się ze mnie ostrożnie i pchnął znowu.
—
Ja pierdole — warknął, wciąż zaciskając mocno oczy. — Fabian… ja… — Znów się
zatrzymał. — Nie dam rady… się kontrolować… — wydyszał cały czerwony.
Chryste…
—
Kamil, do cholery, pieprz mnie po prostu — warknąłem bezmyślnie.
W
pierwszej chwili jęknąłem boleśnie, gdy zaczął poruszać biodrami, wciąż jednak
hamując swoje reakcje. Później, gdy zdołałem się rozluźnić i zachęciłem do
mocniejszego tempa, zapomniał się zupełnie. Ja zresztą też. Trochę bolało, ale
i tak było kurewsko dobrze. Chłopak zaczął mnie dodatkowo masturbować.
Obaj
spalaliśmy się szybko. Jakimś cudem orgazm dosięgnął mnie prędzej od niego, ale
i tak, czując moje zaciskanie, nie wytrzymał. Doszedł z moim imieniem na ustach
i to było cholernie satysfakcjonujące.
Jeszcze
po żadnym seksie nie byliśmy tak wykończeni fizycznie i psychicznie. Chłopak
dochodził do siebie, wciąż na mnie leżąc. Ja uspokajałem oddech, bawiąc się
jego włosami. Byłem rozleniwiony i szczęśliwy, że dopięliśmy swego. Obaj.
—
Dziękuję — szepnąłem.
Kamil
uniósł głowę i spojrzał mi w oczy cały rozpromieniony. Pocałował mnie leniwie.
—
Ja też, Fabian. Uwielbiam cię — zaśmiał się radośnie, mrużąc przy tym oczy. —
Jak ja cię teraz tutaj zostawię?
—
Nie mam pojęcia.
—
Jedź do Warszawy — szepnął, patrząc mi w oczy. — Tak jak ja.
—
Nie wiem, kochanie. Tam są drogie czynsze… — jęknąłem. Znów wszystko rozbijało
się o pieniądze. O rzeczywistość. Mogłem mieć jedynie nadzieję, że nasze
szklane złudzenia nie pękną, bo wtedy już nie będzie szans na pozbieranie
wszystkiego do kupy, na chęć walki z przeciwnościami.
Chłopak
przewiercał mnie wzrokiem i vice versa. Obaj zapamiętywaliśmy tę chwilę, chcąc,
jeszcze po jego wyjeździe, mieć ją wyrytą głęboko w umysłach.
Czas
niemal się zatrzymał.
—
Poradzimy sobie, nie? — zapytał z nadzieją.
—
Tak. — Uśmiechnąłem się. — Myślę, że tak.
KONIEC
"O jaki świat dziś walczysz?
Jaki świat ci się marzy?
[...]
Z życzliwym wielkim sercem idź teraz proszę w świat
[...]
Uciekaj chłopcze od wielkich idei co
Niczym bajeczne race płoną nad moim miastem
[...]
Jaki świat ci się marzy?
[...]
Z życzliwym wielkim sercem idź teraz proszę w świat
[...]
Uciekaj chłopcze od wielkich idei co
Niczym bajeczne race płoną nad moim miastem
[...]
Biegnij dalej sam
Żeby sprawdzić komu ufać
Kogo mijać i się bać"
Żeby sprawdzić komu ufać
Kogo mijać i się bać"
13 marca 2017
Wiersz "Spotkanie z kontrem"
Wysłuchałam Was
aby zrozumieć
Nie zrozumiałam, ale szanuję
oczekując tego samego
8 marca 2017
[9] Wracaj do domu
Zraniony
Widziałem
jak traktowano cweli w więzieniu. Byli rzeczami, nic nie wartymi śmieciami,
które można było dowolnie użyć. Niektórzy się buntowali, inni już nie mieli do
tego sił. Bardzo szybko byli złamani, bez wiary w lepsze jutro. Niektórych
zostawiano po kilku razach, innych dręczono przez cały ich pobyt w więzieniu.
Zdarzył się nawet chłopak, który się zabił.
Zwalili
mnie na kolana z nadal związanymi boleśnie rękami i przygnietli obolałą od
wcześniejszych uderzeń twarz do śmierdzącego muru.
—
Wiesz — zaczął Rafał. — To nie tak, że cię nie lubię.
Poczułem
coś chłodnego na plecach, przymknąłem oczy. Jedno mogło mnie cieszyć –
nieobecność Kamila. Nie chciałem, by mnie takim widział. Nie chciałem też
wiedzieć, że się temu bezradnie przyglądał, a nie daj Boże przyłączył. Było
łatwiej wszystko znosić w tym cuchnącym zaułku, jeśli w ogóle to możliwe.
—
Jesteśmy kolegami po fachu — ciągnął dalej chłopak. — Ale nie możemy pozwolić,
żeby ktoś myślał, że można nami manipulować. — Słyszałem w jego głosie coś na
kształt radości. — Orłowscy, trzymajcie go.
Momentalnie
go posłuchali. Poczułem silne uściski na ramionach. Podnieśli mnie w górę i tym
razem przycisnęli do ściany klatką piersiową. Spojrzałem w górę na jednego z
nich. Ile oni mogli mieć lat? Dwadzieścia? Coś koło tego. Ich twarze nie
wyrażały niczego, skupione na słowach Rafała. Byłem pewny, że to on był
podżegaczem w tej grupie. Wszystko kręciło się wokół niego, jego słowo było
najważniejsze.
—
Weź komórkę i rób zdjęcia, tylko tak, żeby nas nie było widać — rozkazał Rafał.
Nagle poczułem nóż na karku, lekko wbijający się w skórę. Drgnąłem nerwowo. — W
sumie dobrze, że Kamil stchórzył. On zawsze jest słaby, byłyby z nim tylko
problemy — stwierdził nagle, po czym przejechał nożem po mojej skórze wzdłuż
kręgosłupa. Byłem pewien, że nie głęboko, ale bolało jak cholera. Zadrżałem
mimowolnie, zaciskając zęby i wtulając policzek w ścianę. Czułem jak serce wali
mi w piersi, a adrenalina pulsuje w żyłach. Byłem napięty do skoku, ale niczego
nie mogłem zrobić.
—
Jeśli ktoś się o nas dowie, już nie ważne z czyjej winy — wymruczał mi do ucha.
Czułem go za plecami. — Zdjęcia, które teraz zrobimy, wylądują u twojej
siostry… I u każdego w skrzynce na listy.
Krzyknąłem
boleśnie, gdy kopnął mnie w plecy. Kręgosłup zapulsował tępym bólem niemal mnie
otumaniając. Dostałem jeszcze dwa takie ciosy, po czym zsunął mi spodnie i
kopnął między nogi.
Nie
miałem pojęcia jaki dźwięk z siebie wydałem, ale towarzyszył mu śmiech
napastników. Przeorałem twarzą po betonie, gdy zgiąłem się w pół z bólu, który
promieniował od krocza aż na całe ciało. Łzy popłynęły po moich policzkach. Nie
mogłem powstrzymać zbliżającej się rozsypki i świadomości, że to dopiero
początek mojej udręki.
Spanikowałem,
gdy poczułem coś chłodnego między pośladkami. Gówniarze śmiali się i wyzywali
mnie w sposób, jaki tylko przyszedł im do głowy. Widząc moje reakcje tylko
bardziej się nakręcali. A ja nie potrafiłem się opanować.
Gdy
Rafał naparł na mnie tym czymś, zacząłem się wyrywać. Ból w ramionach i ręce
synów leśniczego nie mogły mnie powstrzymać. Zacząłem wrzeszczeć, ale wsadzili
mi w usta jakąś szmatę, śmierdziała potem i smakowała brudem, ziemią, być może
jakimś smarem.
Pierdolę,
pomyślałem. Mogą mnie zabić, ale nie pozwolę się zgwałcić. Kurwa, trzy lata w
więzieniu się nie dałem.
Zrobiło
mi się niedobrze, gdy znów poczułem nóż na gardle.
—
Spokój, bo zrobisz sobie krzywdę — usłyszałem.
Miałem
ochotę zaśmiać się histerycznie. Szarpnąłem się w tył, z dala od noża, ale, co
prawda, niewiele mi to dało. Nie minęła sekunda, jak nóż zniknął, ale trzy
ciała przyparły mnie do muru.
Znów
poczułem to zimne coś między pośladkami.
***
Dźwięk
syreny policyjnej i pisk opon kilka metrów dalej sprawił, że straciłem oparcie
w trzymających mnie dłoniach i runąłem na ziemię. Skuliłem się, słysząc za sobą
okrzyki policji, nawet jakieś wystrzały.
—
Fabian! — Głos Kamila wcale nie sprawił, że się lepiej poczułem. Wciąż miałem
zamknięte oczy, gdy chłopak podciągnął mi spodnie, wyciągnął szmatę z ust i
rozwiązał ręce.
Usiadłem
z jego pomocą i odsunąłem się, przywierając obolałymi plecami do ściany. Ich
chłód w minimalnym stopniu ukoił ból, ale przede wszystkim dał mi pewność, że
już nie mam nikogo za sobą. Panika powoli ustępowała, ale nadal oddychałem
nierówno i szybko. Moje serce wciąż nie chciało się uspokoić.
—
Prze-praszam — wyszlochał Kamil z czerwonymi od płaczu oczami. Siedział tam,
gdzie go zostawiłem, bojąc się do mnie zbliżyć. — Nie zdążyłem… Przepraszam…
Policja… Oni pytali, a ja nie byłem pewien, gdzie pojechaliście… — Ciężko go
było zrozumieć. Kompletnie się rozkleił.
—
Prawie nie zdążyłeś — poprawiłem drżącym głosem, na co chłopak zamarł. — Nie
zdążyli mi się dobrać do dupy — powiedziałem z niejaką satysfakcją. Histeryczną
co prawda, ale można to na razie pominąć.
Chłopak
patrzył na mnie z bólem, ale i jakąś dziwną ulgą jednocześnie. Był rozbity i
mimo tego, że ja oberwałem, czułem chęć pocieszenia go. Wyciągnąłem rękę do
niego, z czego od razu skorzystał. Usiadł obok i przytulił policzek do mojego
zdrowego ramienia.
—
Dziękuję — szepnąłem, całując go w czoło. Miałem ochotę zostać tutaj, przy
ścianie w tej właśnie pozycji, z nim przy boku i zimnem za sobą. Nie dane mi
jednak było, bo podszedł do nas jeden z policjantów.
—
Pogotowie zaraz przyjedzie — powiedział, patrząc na nas uważnie. — Pana
Michlnika zaraz przesłuchamy, a do pana…
—
Rzutowski — powiedziałem słabo. Zaczynało mi się kręcić w głowie. — Fabian
Rzutowski.
Policjant
skinął głową.
—
Pana przesłuchamy w…
Nagle
zrobiło mi się ciemno przed oczami.
—
Fabian?! — Kamil chwycił mnie mocniej, odwracając do siebie twarzą. — Fabian!
Mówił coś, klepiąc mnie po
policzkach, ale nie mogłem niczego zrozumieć. Miałem mroczki przed oczami, aż w
końcu ciemność zakryła wszystko.
***
Obudziłem
się w szpitalu następnego dnia. Moja siostra i Kamil siedzieli przy moim łóżku,
wgapiając się we mnie jak… w sumie nie wiem w co. Po prostu patrzyli z dziwnymi
minami, których nie potrafiłem rozpoznać.
Po
tym, jak przepytałem ich mniej więcej jaki jest mój stan, stwierdziłem, że mogło
być gorzej. Kilka siniaków i zadrapań… to znaczy rozcięć, niezbyt głębokich
swoją drogą, ale w odpowiednich miejscach, żebym stracił sporo krwi. Bolało
mnie wszystko i nie byłem pewien czy leżeć na plecach, boku czy brzuchu.
Obojętnie jak się ułożyłem, coś mnie piekło.
Niestety
lekarze, kilka godzin po obudzeniu, pozwolili policji mnie przesłuchać.
Bałem się wkopać Kamila, ale postanowiłem powiedzieć po prostu tak jak było.
Chłopak sam do nich zadzwonił, miałem nadzieję, że to uwzględnią. Fatalnie się
czułem, opisując jak Rafał mnie katował, ale nie chciałem puszczać mu tego
płazem. Przyznałem nawet, że planował mnie zgwałcić. Tylko tego obdukcja nie
mogła wykazać, ale na miejscu znaleźli butelkę poplamioną moją krwią. Sama myśl
przyprawiała mnie o wymioty. Dziękowałem Bogu, że Kamil zdążył na czas.
Jeszcze
tego samego dnia wieczorem puścili mnie do domu. W opatrunkach i plastrach, ale
i tak się cieszyłem. Miałem zalecenie jeść dużo czekolady, z czego już w ogóle
byłem zadowolony.
Kamil,
o dziwo, wracał z nami. Czwórkę chłopaków zatrzymano, ale on, z racji tego że
się jakoś wytłumaczył, nie drążyłem jak, i sam zadzwonił po policję, był
puszczony wolno. Co nie oznacza, że później nie będzie miał problemów.
Jadąc
maluchem Adriana, z siostrą za kierownicą, chociaż prawka nie miała, zacząłem
się zastanawiać jakim cudem Kamil był zaraz za policją. Jadąc do tej przeklętej
uliczki sam po pewnym czasie nie umiałem stwierdzić gdzie jestem. Skąd więc
wiedział?
—
Jak przyjechałeś? — zapytałem, zerkając na tylnie siedzenie, gdzie siedział
blondyn.
—
Gdzie?
—
No… Za policją, jak mnie bili.
—
Jak cię wtedy złapałem za… no wiesz. — Zarumienił się nieznacznie. — Zabrałem
ci kluczyki od samochodu. I pojechałem za nimi. Tyle że nie chciałem, żeby
mnie widzieli i na chwilę ich zgubiłem... — Jego głos zadrżał. — Na szczęście
nie zajechali daleko od tamtego miejsca. Potem musiałem zadzwonić po policję…
Długo to trwało.
—
Widziałeś wszystko? — zapytałem z niepokojem w głosie. Nie chciałem, by był
świadkiem mojego upokorzenia.
Chłopak
pokręcił głową, a ja niemal odetchnąłem z ulgą.
—
Obaj jesteście siebie warci — powiedziała nagle siostra. — Głupi i głupszy.
Macie naprawdę szczęście, że zamknęli tamtych sukinsynów, ale was zostawili.
Szczególnie ciebie, Fabian. — Zerknęła na mnie groźnie. — Masz zawiasy do
cholery!
—
Gośka. Nie teraz. Za kilka dni mi rób wymówki, teraz chcę odpocząć.
—
A zastanawiałeś się choć raz czego ja chcę?! — krzyknęła. — Chcę spokoju!
—
Miałem go tak zostawić?
—
Tak! Jest debil, to niech się uczy na własnych błędach, skoro na cudzych nie
potrafi!
Oboje
nabraliśmy wodę w usta. W tej sprawie byłem pewien, że nie dojdziemy do
porozumienia. Kamil był dla mnie ważny, dla niej też, ale to ja byłem jej
bratem i to mnie chciała chronić. Nie mogłem mieć jej tego za złe.
—
Fabian? — usłyszałem z tyłu.
—
Tak?
—
Dziękuję.
Uśmiechnąłem
się na te słowa. Dały mi jakieś wewnętrzne ciepło. Gośka prychnęła obok, ale
nie zwróciłem na to większej uwagi.
—
Nie powiem, że nie ma za co — odpowiedziałem, odwracając się i patrząc w jego
błękitne oczy, teraz wilgotne od powstrzymanego płaczu.
***
—
Podwieźć cię do domu, Kamil, czy zostajesz z nami? — zapytała siostra, gdy
dojechaliśmy do wsi.
—
Mogę? — Chłopak spojrzał na mnie z nadzieją. Kiwnąłem jedynie głową.
—
To idźcie do domu, a ja odwiozę auto — zdecydowała. — A ty, Fabian, masz leżeć!
— krzyknęła jeszcze jak wysiadaliśmy. — Wiesz gdzie są klucze.
Uśmiechnąłem
się do chłopaka rozbawiony i otworzyłem mu furtkę. Znalazłem klucz i bez
zwlekania weszliśmy do domu. Dopiero tam pierwszy raz zobaczyłem się w lustrze,
wiszącym w przedsionku. Aż się na siebie zagapiłem. Miałem siniec na lewym oku
i opuchniętą połowę twarzy. Do tego opatrunki na szyi i zakrwawioną koszulę –
nie miałem niczego na przebranie, byłem na nią skazany.
—
Brakuje mi tylko zielonej skóry, by wyglądać jak Hulk — stwierdziłem z krzywym
uśmiechem.
Kamil
spojrzał w moje lustrzane oczy i wszedł do kuchni. Nie mogłem stwierdzić co w
tamtym momencie czuje, jego twarz na chwilę obecną była stężałą maską.
—
Chcesz coś pić? — zawołał, gdy ściągałem buty.
—
Herbaty.
Stanąłem
przy stole, obserwując jak krząta się po kuchni. Było to irracjonalne zjawisko.
—
Idź się połóż. Gośka mnie już naprawdę zabije, jak cię zobaczy tutaj — burknął.
Miałem
ochotę się roześmiać z absurdu tej sytuacji, ale powstrzymałem wewnętrzną chęć.
Podejrzewałem, że mógł być to nieco przerażający dźwięk.
Jak
oboje, Kamil i Gośka, kazali, położyłem się na swojej kanapie, próbując
przybrać jakąś wygodną pozycję i przymknąłem oczy. Z ulgą powitałem poczucie
bezpieczeństwa. Wtuliłem mniej obolałą część twarzy w poduszkę, wdychając
znajomy zapach.
Drgnąłem
nerwowo, gdy poczułem dotyk na ramieniu.
—
Przepraszam — powiedział Kamil, momentalnie cofając dłoń. — Przyniosłem herbatę.
Usiadł na ziemi obok łóżka, stawiając
wcześniej dwa kubki na szafce obok. Zaczął się bawić telefonem, nie zwracając
na mnie uwagi. Patrzyłem na niego spod półprzymkniętych powiek, a po paru
chwilach wyciągnąłem dłoń i pogładziłem jego jasne włosy. Nastawił się do
dotyku, ale wzrok wciąż miał wlepiony w urządzenie. Wygiąłem usta w uśmiechu,
zaczesując włosy w tył. Gdy zjechałem dłonią na jego kark, zadrżał.
—
Łaskoczesz — prychnął. — Popatrz.
Podstawił
mi pod nos telefon, więc musiałem go nieco odsunąć, by złapać ostrość. Chłopak
szczerzył zęby zadowolony. Spojrzałem na wyświetlacz, gdzie wymienione były
przedmioty typu język polski, matma i procenty obok nich. Większość powyżej
dziewięćdziesiąt, a jedynie dwa osiemdziesiąt coś.
—
Co to? — Zmarszczyłem brwi.
—
Moje wyniki z matury — powiedział szczęśliwy.
—
O ja pierdole… Jak można mieć z matmy dziewięćdziesiąt pięć procent? — Aż się
trochę uniosłem na łokciu, chcąc dosięgnąć telefon i jeszcze raz się przyjrzeć.
—
Czekaj, jeszcze jedno ci pokażę — zawołał, zabierając komórkę z mojego zasięgu.
Poklikał coś i jeszcze raz mi podał.
Tym
razem miałem przez sobą coś jakby… mail, w którym jakaś uczelnia ogłaszała, że
chętnie wezmą Kamila pod swoje skrzydła.
—
I to. — Znów zabrał telefon, poklikał i mi podał.
Tym
razem był inny wygląd strony, ale znów napisy głosiły, że pozytywnie przeszedł
konkurs świadectw. Spojrzałem na chłopaka z nieukrywanym podziwem.
—
Przyjęli mnie na medycynę i mogę sobie wybrać z dwóch specjalizacji — wyjaśnił.
— I przyjęli mnie na ASP! — wykrzyknął, aż mu się oczy zaświeciły.
—
Wow. Gratulacje — powiedziałem z szerokim uśmiechem. Miałem ochotę go
przytulić. — I co wybierzesz?
—
Nie wiem jeszcze. Muszę się pochwalić rodzicom!
—
Jeszcze im nie powiedziałeś?
—
Dopiero o północy były wyniki matury, a dzisiaj o czternastej ogłaszali nabór
na uczelnie — wyjaśnił, nadal cały szczęśliwy.
Usłyszeliśmy
otwierane drzwi wejściowe.
—
Adrian kazał przekazać, że jesteś debilem! — krzyknęła Gośka i zaraz pojawiła
się w pokoju. — Co tacy szczęśliwi?
—
Kamil dostał się na ASP i medycynę — ogłosiłem dumny. — Właśnie się dowiedział.
Chłopak
spojrzał na moją siostrę z radością, czekając na jej reakcję. Miałem ochotę się
roześmiać na ten widok. Wyglądał jak szczeniak łaknący pochwał.
—
Och… — Siostrę wcięło, ale po chwili uśmiechnęła się przyjaźnie. — Gratulacje.
Będziesz musiał powiedzieć rodzicom.
—
Nooom, ale później — powiedział ze śmiechem i spojrzał na mnie.
—
To ja idę się zająć zwierzakami — ogłosiła Gośka. — Przez to wszystko nie
dostały rano jeść.
Gdy
wyszła, utkwiłem wzrok w Kamilu. Wyglądał wspaniale, gdy był szczęśliwy. Jego
oczy lśniły, śledząc co rusz przeglądane strony na telefonie. Usta ułożył w
szczerym uśmiechu, od którego aż czułem ciepło w środku.
—
Kamil… — szepnąłem, kładąc się spowrotem na poduszce i wyciągając dłoń do jego
głowy. Chwyciłem go za kark.
—
Co? — Oderwał wzrok od telefonu. W końcu.
—
Chodź tu.
Przyciągnąłem
go delikatnie i pocałowałem. Zamruczałem, gdy oparł się ramionami tuż przy
mojej głowie i pogłębił pocałunek. Zaśmiał się, uniemożliwiając mi tym
całowanie go. Spojrzałem z bliska w jego błękitne oczy. Znów czułem się
odkryty, ale tym razem było to przyjemne.
—
Chyba nie muszę mówić, że nigdy nie miałem na myśli wykorzystania cię w niczym?
— mruknąłem, chcąc mieć pewność.
—
Jesteś za bardzo naiwny, żebyś mógł kogoś wykorzystać z premedytacją…
—
Więc nie jesteś już na mnie zły?
Chłopak
odsunął się ode mnie odrobinę i spojrzał w oczy poważniej.
—
Fabian, ja… ja cię zawsze lubiłem — powiedział niepewnie. — Jak miałem
czternaście lat… No… ty mnie chroniłeś zawsze i… Nie znosiłem siebie za to, ale
i tak…
Otworzyłem
szerzej oczy w szoku. Usiadłem, zsuwając nogi obok Kamila i patrząc na niego z
góry. Nie wierzyłem w to, co słyszę.
—
Zazdrościłem Piotrowi twojego wzroku — kontynuował, patrząc gdzieś w bok. —
Wiedziałem, że między wami niczego nie ma… To znaczy, tak myślałem — poprawił. —
Jak usłyszałem te plotki, że jesteś gejem… Chciałem ci powiedzieć co czuję, ale
nie miałem już okazji...
—
Miałeś wtedy piętnaście lat — zauważyłem, wciąż nie mogąc tego ogarnąć.
—
No i co z tego?
—
Byłeś za młody!
—
A ty kiedy wiedziałeś, że nie lecisz na dziewczyny? — burknął urażony.
—
No… Nie no, chyba od zawsze… W sensie jak w ogóle zacząłem zdawać sobie sprawę,
że ktoś mi się może podobać.
—
No właśnie — mruknął.
—
Kamil, siadaj obok — powiedziałem, czując się dziwnie z nim przy kolanach. Gdy
posłuchał, kontynuowałem: — Jak już mówiłem, powinieneś znaleźć sobie…
—
Czy ja powiedziałem, że chcę z tobą być? — prychnął nagle, ale widząc moją
minę, złagodniał. — No dobra, masz rację, ale, kurde, co mam zrobić? Czemu moje
uczucia nie mogą się liczyć tylko dlatego, że jesteś jedynym gejem jakiego
znam? Ufam ci, przyjaźnimy się odkąd pamiętam, co w tym niewłaściwego?
—
W tym, że się przyjaźnimy?
—
Nie, idioto.
Westchnąłem,
czując jak zaczyna mnie boleć głowa. Miałem dość tego wszystkiego. Nie chciałem
teraz decydować, lubiłem Kamila, ale nie wiedziałem, czy potrafilibyśmy coś
stworzyć. Pociąg fizyczny niczego nie wyjaśniał. Do tego dopiero zaczynałem
wyrzucać z głowy Piotra. Nie mogłem jeszcze zrozumieć co czuję, za mało czasu
minęło. Do tego to zdarzenie sprzed parunastu godzin…
—
Nie wiem co zrobić, Kamil — powiedziałem w końcu. — Nie chcę cię skrzywdzić,
ale i tak mogę to zrobić. Zresztą, nie wiem gdzie wylądujemy obaj we wrześniu.
I nie wiem co sam czuję, to jest chyba najgorsze — przyznałem.
—
Chyba jedyne co możemy zrobić, to poczekać, nie? — zapytał, patrząc mi w oczy. —
Ale nie odtrącaj mnie tylko dlatego, że wydaje ci się, że mnie ranisz. Po
prostu mów, co czujesz…
—
Tya. A ty się nie wściekaj, że planuję przyszłość z siostrą nie uwzględniając
ciebie…
—
To wredne. — Zmarszczył brwi.
—
Nie. To prawdziwe, Kamil. Muszę wyjść na prostą, wyrwać się stąd. Wyrwać się z
przeszłości, nie chcę, żeby mnie coś znowu hamowało…
Chłopak
przełknął ślinę. Wiedziałem, że zrobiło mu się smutno na te słowa.
—
Nie uprzedzajmy faktów — mruknąłem w końcu. — Chcę po prostu wyjść na prostą,
Kamil. Z tobą czy bez ciebie. Musisz mieć tego świadomość, jeśli chcesz…
cokolwiek ze mną próbować.
Chłopak
skinął głową, zagryzając wargę. Sprawiłem mu przykrość i już teraz gryzłem się
z myślami z tego powodu. Nie chciałem go krzywdzić. No ale obaj nie mieliśmy
doświadczenia w sprawach miłosnych. Musieliśmy się wiele pod tym względem
nauczyć.
—
Chodź tu — szepnąłem, otwierając ręce. Chłopak przylgnął do mnie, wciąż
uważając na moje rany, objął dłońmi w pasie i wtulił twarz w pierś. Objąłem go
mocno, wdychając jego zapach. Nie wiedziałem co będzie dalej, ale chciałbym móc
go ochronić przed światem.
Nie
mogłem go tylko ochronić przed samym sobą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)