21 września 2016

[12] Gonitwa


Dni mijały, przeplatając ze sobą chwile szczęścia, gdy mogłem przebywać z Sarnadem lub Patrykiem i chwile samotności, gdy zostawałem sam i nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Swoją uwagę w całości poświęcałem treningowi i rozwojowi mojego ogiera. Po licznych próbach w końcu odkryłem jak karmić Sarnada, by na drugi dzień zachowywał się tak, jak tego chciałem. Swoją drogą zajęło mi to o wiele więcej czasu, niż z początku sądziłem.
Z Danielem pisałem od czasu do czasu i wiedziałem, że firma zajmuje cały jego wolny czas. Wyniki badań wyszły dobre, więc teraz bez przeszkód rzucił się w wir pracy i zmagań z polskim prawem podatkowym, które jest na tyle skomplikowane, że praktycznie to na zrozumieniu go poświęca większość swojego czasu. Kompletnie nie rozumiałem jego zapału. Mnie papierkowa robota by od razu odrzuciła. On jednak, mimo, że miał osobę, która by się tym zajęła, sam też chciał to wszystko wiedzieć.
Nadszedł sierpień, który był jeszcze gorętszy niż lipiec. Musieliśmy przed to ograniczyć z Patrykiem jazdy, bo po prostu nie dało się wytrzymać w siodle. Zresztą nie zazdrościłem ogierom tego, że musiały grzać się pod czaprakami. Za każdym razem jak ściągaliśmy z nich siodła, sierść pod nim była tak mokra, jakby ktoś oblał je wodą. Oczywiście po chwili już wysychały, a my mieliśmy problem z wyczyszczeniem ich polepionej sierści.
Odkąd Patryk zaczął uczyć Magdę swojego stylu jazdy, poczyniła ogromne postępy. Nie pomogłem mu w zniechęceniu jej, więc chcąc nie chcąc, kontynuowali naukę. Z rozbawieniem obserwowałem, jak próbuje złagodzić dla niej swoje sposoby, żeby mogła bez problemu się tego wszystkiego nauczyć. Nie miałem nic przeciwko, bo widziałem, że Harfie nic złego się nie dzieje. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy go wcześniej źle nie oceniłem.
***

W sierpniowy poranek, gdy sprzątałem z Patrykiem stajnię, stało się coś, czego się nie spodziewałem. Odwiedziła mnie moja siostra. W momencie, gdy zobaczyłem ją na korytarzu, myślałem, że mam omamy. W końcu ostatni raz spotkaliśmy się w święta wielkanocne! Niby rozmawialiśmy parę razy przez telefon, ostatnio nawet dwa tygodnie temu, ale nie zapowiadało się, by któryś z nas chciało zacieśnić już niemal zerwane więzi.
                Widząc ją teraz przede mną, młodszą o osiem lat i dziewczyńską wersję mnie, uśmiechnąłem się szeroko, puściłem łopatę i przytuliłem ją mocno. Rany. Naprawdę za nią tęskniłem. Dlaczego zawsze uświadamiam sobie o tym dopiero, gdy już kogoś zobaczę?
                – Iga. Cieszę się, że przyjechałaś – wyszeptałem w jej włosy.
                – No ja myślę. Nie odzywasz się. – Uderzyła mnie w ramię i zrobiła krok w tył, żeby spojrzeć mi w twarz – dodajmy, bo to bardzo ważne – na równej wysokości.
                Zawsze przerażało mnie to, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Mieliśmy te same nosy, zielone oczy, brązowe włosy, które miały nawet taką samą długość – nie uzgadnialiśmy tego, zawsze samo tak wychodziło. Jej twarz i ciało było podobne, choć bardziej kobiece i szczuplejsze od mojego, bo mimo podobnego odżywiania, nie ćwiczyła jak ja.
                – Kto przyszedł? – zawołał Patryk z jednego z pustych boksów i zaraz pojawił się na korytarzu. Przystanął, mrugając z zaskoczeniem. – Dagmara mi coś dodała do śniadania, że podwójnie widzę? – palnął.
                – To moja siostra, Iga – przedstawiłem. Zaraz się zorientowałem, że nie po kolei, ale było już za późno. – A to jest Patryk.
                – Spoko, pracujecie razem? – zapytała dziewczyna.
                – Mamy tą przyjemność – odparł Patryk i zbliżył się, by podać jej dłoń. – Jak chcecie pogadać, to śmiało. Zostały tylko dwa boksy, mogę się nimi zająć.
                – Dzięki. – Uśmiechnąłem się do niego i chwyciłem swoją siostrę za ramię. – Chodź.
                Zaprowadziłem ją na murek przed stajnią i usiadłem na nim. Dziewczyna skrzywiła się, a zanim dołączyła do mnie, sprawdziła, czy jest czysto. W przeciwieństwie do mnie dbała o ubiór. Zawsze miała ładne ciuchy, mimo tego, że naszych rodziców nie było stać na wiele. Uwielbiała wyszukiwać najlepsze tanie rzeczy. Jej wygląd to potwierdzał, miała na sobie jasne dżinsy i różową koszulę z ładnie wciętym dekoltem i napisami, którym już się nie przyglądałem dokładniej.
                – Masz dużo pracy, co? – zapytała pierwsza, rozglądając się przy tym dookoła.
                – No trochę jest. – Wzruszyłem ramionami. – Nawet nie zauważam, że ten czas tak szybko ucieka…
                – Widać. – Wbiła we mnie wzrok. – Kiedy ty chcesz odwiedzić rodziców? Przecież tak nie można, Seba… Wiesz jacy oni są. Nie okazują uczuć i uważają, że tutaj ci dobrze i nie chcą cię hamować… No ale…
                – Wiem, Iga – przerwałem jej. – Po prostu… Może zabrzmi to okropnie, ale jakoś mi nie po drodze. – Skrzywiłem się. – Kocham ich, ale… Czuję się winny – przyznałem i zaraz tego pożałowałem. Przy niej zawsze miałem za długi język. Chciałem, by mnie rozumiała, by znała powód mojego zachowania, ale jednocześnie nie potrafiłem ukrywać swojej orientacji i wytłumaczyć jej na czym polega mój problem. Nasz kontakt nie był najgorszy, ale do wzorowego brakowało mu lat świetlnych. Nie potrafiłem się przy niej zdobyć na całkowitą szczerość.
                – Czemu? – zdziwiła się.
                Wzruszyłem ramionami, próbując ukryć zmieszanie.
                – Po prostu… – westchnąłem, próbując wymyśleć coś na poczekaniu. – Za daleko to chyba zabrnęło. Głupio mi teraz tam wracać. Oddaliliśmy się. – Brawo, pomyślałem, wybrnąłeś i do tego nie kłamstwem!
                – Jesteśmy beznadziejni – mruknęła.
                Uśmiechnąłem się lekko i szturchnąłem ją w ramię.
                – A jak tobie się układa?
                – Z rodzicami? Spoko. Wiesz jacy są, za dużo nie mówią, ale się troszczą. Jest ok.
                – A w szkole? Wiesz, poopowiadaj mi coś – zachęciłem. W końcu to była moja młodsza siostra. Powinienem bardziej się nią interesować, pomyślałem z naganą skierowaną do samego siebie.
                – O szkole mam ci mówić? – jęknęła. – Nauka. Czy to takie ważne?
                – A co jest ważne?
                Zerknęła na mnie i przeczesała dłonią włosy.
                – Od niedawna mam chłopaka – wymamrotała speszona, a ja aż otworzyłem szerzej oczy. Nie odzywałem się jednak, pozwalając jej kontynuować. – Ma na imię Adrian i jest w klasie wyżej. Miesiąc temu zapytał mnie o chodzenie… I tak jakoś wyszło.
                – Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? Przecież rozmawialiśmy niedawno.
                – Przez telefon miałam mówić? – burknęła i z nerwów zaczęła machać nogami. – Jeszcze rodzice by usłyszeli.
                – Nie wiedzą? – zapytałem, chociaż znałem już odpowiedź. Dodatkowo mnie w tym utwierdziła, gdy zagryzła wargę i skinęła głową.
                O Boże, w którego nie wierzę, moja siostra ma chłopaka! Przecież ona ma dopiero piętnaście lat! Ja w jej wieku… Dobra. Stop. Może w jej wieku nie robiłem nic złego, ale z pewnością nie chciałbym by była taka jak ja później…
                – A kiedy chcesz im powiedzieć? – ciągnąłem. Zaczynałem się o nią coraz bardziej martwić.
                – Nie wiem. Wstydzę się trochę – mruknęła.
                – Nie ma czego.
                – Ty jakoś nigdy nie mówiłeś im o swoich miłościach. Nie wierzę, że jeszcze nikogo nie miałeś – prychnęła i spojrzała na mnie uważniej.
                – Nie byłem jeszcze z nikim w związku. – Wzruszyłem ramionami i wpatrzyłem się we wnętrze stajni, gdzie Patryk kończył sprzątać boksy. Zauważył, że mu się przypatruje i posłał mi szeroki uśmiech. Miałem ochotę parsknąć śmiechem, widząc go takiego rozradowanego zupełnie bez powodu. Szczególnie, że ostatnio miał niby problemy z chłopakiem. Bardzo często zastanawiałem się, jakim cudem jego optymizm uchował się tu, w Polsce, wśród największych smutasów świata. Kompletnie nie pasował do swojej narodowości.
                Iga też spojrzała w stronę stajni i zmarszczyła brwi.
                – Co go tak rozśmieszyło? – zapytała, wpatrując się w zamiatającego, rozradowanego Patryka.
                – Nic. On taki jest – stwierdziłem z rozbawieniem.
                – To trochę przerażające.
Skinąłem głową z uśmiechem na ustach. Niestety szatyn za chwilę wyjechał ze stajni z pełną taczką nieczystości i zniknął za rogiem budynku. Mój humor momentalnie się pogorszył. Jakby jego widok dodawał mi energii do życia, a jego brak sprawiał, że wracałem do dawnego, zimnego mnie.
– W ogóle co cię skłoniło do tego, żeby tu przyjechać? – zapytałem poważnie. – Tak serio. Bo jakiś impuls musiał być.
Dziewczyna westchnęła i również zmarkotniała.
– Bo… – zaczęła – tak naprawdę potrzebuję pomocy…
– W czym?
– Chcę się dostać do Wrocławia do technikum fryzjerskiego. I chciałabym, żebyś przekonał rodziców… – przyznała ze skruchą. – Co ja tutaj mogę? Nie chcę pracować przy krowach jak rodzice… Nie ma z tego kasy, szczególnie, że oni robią to strasznie nieporadnie.
– Rozumiem. – Przymknąłem oczy i pomasowałem nasadę nosa. – Porozmawiam z nimi.
– Serio?! – wykrzyknęła, a ja się skrzywiłem.
– Nie krzycz tak…
– Jesteś super! – Rzuciła mi się na szyję i mocno uścisnęła, aż stęknąłem z bólu.
Nie miałem pojęcia czy cokolwiek uda mi się wskórać. Przecież z rodzicami kontakt miałem zerowy. Jednak może… może coś z tego będzie. Odkąd się wyprowadziłem i radzę sobie sam, to zauważyłem, że rodzice zaczęli patrzeć na mnie inaczej. Niby wcześniej też pracowałem i im pomagałem, ale teraz zdawało mi się, że mam prawo głosu, że liczą się z moim zdaniem. Być może będę mógł to po raz pierwszy wykorzystać.
***

Siedząc pewnego wieczora z Dagmarą w kuchni, zastanawiałem się, czy mogę napisać do Daniela z pytaniem, czy byśmy się nie spotkali. Brakowało mi jego obecności. Niby pisaliśmy ze sobą czasem, ale to mi nie wystarczało. Z drugiej strony wiedziałem, że to by było bez sensu. Spotkamy się, strzepiemy sobie i co? Nie mogę mu non stop zawracać głowy. Może teraz, jak wychodzi na prostą, w końcu sam ułoży sobie życie? Pozna kogoś z kim mógłby być?
– Co taki zamyślony? – zapytała kobieta, stawiając przede mną dużą miskę budyniu czekoladowego. Spojrzałem na nią zaskoczony. Wiedziała, że go uwielbiam, choć rzadko go gotowała. – Smacznego.
– Dzięki. – Wyszczerzyłem zęby. – Jesteś najlepsza.
Zjadłem już połowę, gdy do kuchni wszedł Patryk. Wcześniej był jeszcze w stajni i czyścił Groma, który postanowił wytarzać się w błocie. Dzieciaki miały z chłopaka nie złą polewkę. Prawdopodobnie nie dociął im tylko dlatego, że pomogły dziś sprzątać stajnię.
– O, co masz? – zapytał z entuzjazmem, przysiadając się do mnie.
– Budyń. Chcesz? – Przesunąłem miskę w jego stronę. – Mam dość.
– Pewnie! – Bez zastanowienia chwycił moją łyżkę i zaczął wsuwać budyń. Parsknąłem śmiechem.
– Powoli, bo się zadławisz – upomniałem złośliwie.
Patryk rzucił mi jedynie rozbawione spojrzenie i wrócił do pochłaniania budyniu. Ciekawe czy w ogóle poczuł jego smak. Zerknąłem na Dagmarę, która obserwowała nas z matczynym uśmiechem na ustach.
– Było pyszne. Dzięki. – Uśmiechnąłem się do niej i wstałem od stołu. Szatyn też zaraz do mnie dołączył. – Najadłeś się? – zapytałem ze zdziwieniem. Ostatnio jego apetyt mnie przerażał.
– No. Dzięki Dagmara – rzucił i poszliśmy razem do mojego pokoju.
Usiedliśmy naprzeciw siebie na łóżku i zaczęliśmy grać w karty. Jak zwykle. I nie działoby się nic nadzwyczajnego, gdyby nie jedna wiadomość, która przyszła na jego komórkę. Patryk odczytał ją natychmiast, zapewne sądząc, że to od Adama. Jego chłopak odezwał się do niego tydzień po urodzinach i przeprosił za milczenie. Jak dla mnie to było mocno naciągane, ale nie wtrącałem się w ich sprawy.
Patryk przeczytał wiadomość i pobladł mocno. Patrzył z szokiem na ekran komórki, nieruchomiejąc całkowicie.
– Co jest? – zapytałem, wiedząc już, że stało się coś niedobrego.
Rzucił komórkę na łóżko i wyszedł z pokoju trzaskając głośno drzwiami. Zamrugałem zaskoczony i uniosłem jego telefon, by zobaczyć o co chodzi. Wiadomość… A raczej zdjęcie było od Ewy i przedstawiało Adama, całującego się w jakimś barze z innym mężczyzną.
Zakląłem głośno, zerwałem się z łóżka i poszedłem za Patrykiem. Myślałem, że będzie w swoim pokoju, ale zastałem jedynie sterylnie czyste i puste pomieszczenie. Przyzwyczaiłem się już, że po tym człowieku nie ma śladów użytkowania i życia, co teraz jednak dodatkowo mnie zasmuciło, bo widać było, że nie zamierza tu zostać. To miejsce jest jedynie na chwilę.
Szukałem Patryka dobrych kilkanaście minut, by w końcu znaleźć go w boksie Groma. Siedział na słomie w pozycji embrionalnej ze schowaną głową. Gdy otworzyłem boks, Grom łypnął na mnie nieprzychylnie, jakbym to ja był winien smutku jego pana. Nie byłem, pomyślałem ze żalem. Tak naprawdę wolałbym nim być, bo Patryk z pewnością nie cierpiałby mocno z mojego powodu. Zamknąłem za sobą i minąłem konia, by usiąść obok chłopaka.
Objąłem go ramieniem i przycisnąłem do swojego boku. Poddał się temu bez oporu. Spojrzał na mnie z niepewnością. Płakał. Oczywiście, że płakał. Kto by tego nie robił, jeśli by się okazało, że osoba, którą kochasz, cię zdradziła? Jednak on płakał jak na jego osobę przystało – bezgłośnie. Krajało mi się serce, widząc go w tym stanie. Nie zasługiwał na to.
– To moja wina – szepnął. Miał lekko zachrypnięty głos. – Ewka już kilka razy mówiła, że cos jest nie tak. Sugerowała, że może mnie zdradzać, ale jej nie wierzyłem. Mogłem wrócić… Zawalczyć o niego…
– Przestań – fuknąłem. – Nawet tak nie myśl. To nie twoja wina, ten debil na ciebie nie zasługiwał.
– To najgorsze, co mogłeś powiedzieć. – Zaśmiał się histerycznie. – Co ja zrobię po Pardubickiej? Nie mam tam już po co wracać – jęknął.
– Nie myśl o tym.
– A o czym mam myśleć? Może o ojcu, który już dawno nie kontaktuje? Miałem tylko Adama… – Głos mu się załamał.
– Masz mnie – szepnąłem.
Samarytanin się kurwa znalazł, pomyślałem. Najpierw Daniel, byłem dla niego wsparciem, ale nie oczekiwałem, że wyniknie z tego jakieś uczucie… bo w sumie sam nie chciałem, to by było bezcelowe. A teraz to. Patryk mnie nigdy nie pokocha. Dlaczego uwielbiam robić za czyjeś koło ratunkowe?
– Wiem – mruknął i wtulił się we mnie mocniej.

19 września 2016

Spotkanie z autorami blogów LGBT



Witam :)
Drugie spotkanie autorów już za nami. Pogoda dopisała, co doskonale wykorzystaliśmy. Serdecznie dziękuję wszystkim obecnym za cudowną atmosferę!
I do zobaczenia :D

Byli:
Ruttan: http://ruttan-po-godzinach.blogspot.com/

PS. Serdecznie dziękuję Danielowi za załatwienie pamiątkowych długopisów! Są wspaniałe :D

16 września 2016

Wiersz "Trwajmy w tym..."

Nie zmieniajmy nic, trwajmy w wąskiej ramie.
Przeszłości dajmy żyć w ropiejącej ranie.
Naśladujmy zamierzchłe pokolenia!
Niech nic tu się nie zmienia…
I myślmy, że tak właśnie trzeba.
Bo przecież jesteśmy
za młodzi by żyć i za starzy by umierać.

14 września 2016

[11] Gonitwa


Kilkudniowa przerwa dobrze mi zrobiła. Wróciłem do pracy z nowym zapałem i siłą. Na drugi dzień już dosiadłem Sarnada, wiedząc, że muszę być przygotowany na wszystko. Ogier był naładowany energią, którą kumulował od czasu mojego wyjazdu. Jednak mimo moich obaw cwał na torze był niesamowity. Słuchaliśmy siebie nawzajem, ja pozwalałem mu się wyszaleć, a on oddawał mi kontrolę. Widać było w jego spojrzeniu i ruchach, że jest chętny do współpracy i zrobi cokolwiek mu rozkażę. Uczucie, które rozpierało moją pierś, było niewiarygodnie silne. Nie miałem pewności, czy było to szczęście, duma, czy adrenalina. Może wszystko naraz.
Wróciłem z toru rozpromieniony i najzwyczajniej w świecie szczęśliwy. Poklepałem gniadosza po boku i spojrzałem na Patryka. Albo mi się wydawało, albo nasze oczy spotkały się o chwilę za długo. Chłopak po kilku sekundach wgapiania się we mnie, odwrócił wzrok, wyraźnie zmieszany i odjechał na Gromie na drugą stronę padoku. Zmarszczyłem brwi, ciekaw, co to oznaczało.
Trener też wypuścił ich na tor, by zrobili cztery okrążenia cwałem. Obserwowałem Patryka z dziwnym wrażeniem, że coś było nie tak. Nie cieszył się z jazdy jak zwykle, tylko po prostu robił to, co musiał. Nie popędzał konia zbytnio, nawet jeśli ten był już przyzwyczajony do jego żądań. Szybko skończył, zrobił jeszcze okrążenie galopem i kłusem, by po chwili wrócić z powrotem na padok.
– Dobrze – powiedział trener. – Wracam do pracy, a wy rozprężcie je jeszcze. – Uśmiechnął się lekko i odszedł.
Podjechałem do Patryka blisko, byśmy niemal stykali się kolanami. Nasze ogiery nawet nie zwróciły na siebie uwagi. Zawsze dziwiła mnie ich akceptacja w stosunku do siebie. Zwykle ogiery walczyły ze sobą, ale Sarnad i Grom wychowali się razem, być może miało to jakiś wpływ.
– Ściągamy siodła? – zapytałem radośnie.
– Możemy. – Chłopak westchnął i podjechał do barierki.
Ustawiłem się obok niego i zeskoczyłem na ziemię. Szybko pozbyłem się siodła, zostawiłem je na ogrodzeniu i wróciłem na grzbiet konia.
– Dawno nie jeździłem na oklep – powiedział Patryk, także wskakując na Groma. Zrobił to mniej poradnie niż ja, mimo tego, że był wyższy. – Uch. Serio dawno…
– Chodź. – Szturchnąłem gniadosza łydkami, byśmy ruszyli powoli wzdłuż ogrodzenia. Po chwili Patryk ustawił się obok mnie. Zamyślony, wpatrywał się bezsensownie w przestrzeń przed sobą. – Coś się stało?
– Co? – palnął, wracając do rzeczywistości.
– O czym tak myślisz?
Chłopak odchylił się trochę do tyłu i westchnął.
– Nieważne. – Klepnął mnie w ramię. – Co powiesz na piwo i karty wieczorem?
– Pewnie – podchwyciłem i wyszczerzyłem zęby.
Jechaliśmy w milczeniu obok siebie. To było przyjemne. Oddychałem pełną piersią, napawając się zapachami i świeżym powietrzem. Brakowało mi tego w mieście.
W pewnym momencie Patryk położył się na grzbiecie Groma i zaśmiał cicho. Spojrzałem na niego z góry.
– Matko, jak dawno tego nie robiłem – rzucił. – Masz. – Wcisnął mi wodze do ręki i splótł ramiona nad głową. Zamruczał z zadowoleniem, przymykając oczy. Mój wzrok momentalnie zlustrował jego ciało. A szczególnie krocze chłopaka, na którym mocno opiął się materiał bryczesów. Uśmiechnąłem się półgębkiem i trzymając luźno wodze, także się położyłem. Sarnad zmylił krok, ale uspokoiłem go, klepiąc po boku.
– Spokojnie, młody – wyszeptałem.
Patryk spojrzał w bok na mnie i uśmiechnął się lekko. Czułem pod sobą ciepło ogiera i mocne mięśnie, którym w tym momencie ufałem ponad wszystko. Byłem w miejscu, które kochałem, z istotami, na których mi zależy.
Tak. To jest zdecydowanie moja definicja szczęścia.
***

Magda i trener już zjedli kolację, więc Dagmara przygotowała jedynie trzy talerze na stole z porcją zapiekanek dla każdego. Widząc to, już przeliczałem kalorie. Ostatnio nie odżywiałem się odpowiednio i mniej ćwiczyłem, przez co zdawało mi się, że przybrałem na wadze. Bez słowa jednak zabrałem się za jedzenie, nie chcąc zrobić przykrości gospodyni.
Po kolacji poszedłem z Patrykiem na górę.
– Przebiorę się i przyjdę do ciebie – powiedział i skierował się do swojego pokoju.
Ja sam poszedłem do siebie i także się przebrałem w jakieś czyste, luźne ciuchy. Wyciągnąłem też karty z szafy i zwaliłem kołdrę z łóżka na podłogę, by było wygodniej. Zwykle tylko przeszkadzała. Z doświadczenia wiedziałem, że trochę poczekam na Patryka, więc postanowiłem napisać do Daniela.
„Cześć. Co tam? Żyjesz?”
Nie czekałem długo na odpowiedź – „Ale co to za życie?”
„Boli?”
„Tak. Próbuję odwrócić swoją uwagę, ale niewiele to daje.”
„A co robisz?”
„Biznesplan”
Wpatrzyłem się w ekran z niezrozumieniem. Co to u licha jest? I po co? Nie chciałem się jednak zbłaźnić, więc nie pytałem. Mogłem jedynie podejrzewać, że chodzi o tę jego firmę. Niby logiczne. Biznes plan. Plan biznesu, tak? Po czorta, jak on jej jeszcze nie założył?!
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi.
– Patryk – rzuciłem bez zastanowienia – wiesz po co jest biznesplan?
– Często się to robi, jak się zakłada firmę i chce się na przykład pożyczki, a co? – Usiadł obok mnie. Miał na sobie krótkie spodenki… Czarne! O Boże, on ma też czarne spodnie… – Co się tak gapisz?
– Yyy… – Sapnąłem. No tak, jak zrobić z siebie debila w pół minuty. – Kolor. W sensie zawsze nosisz białe spodnie – wyjaśniłem.
                – Ach, to. – Zaśmiał się. – Fakt. Lubię ten kolor. Suń się.
                Usiedliśmy obok siebie, opierając się o ścianę. Dopiero teraz zauważyłem, że Patryk przyniósł ze sobą także piwo. Już po chwili piliśmy je ze smakiem. Było przyjemnie chłodne.
                – Gramy? – zapytałem po paru łykach.
                – W sumie mi się nie chce – mruknął. – Czemu pytałeś o biznesplan?
                – Daniel je robi. – Wzruszyłem ramionami. – A było mi głupio go pytać.
– Hm. Może i nie powinienem, ale zżera mnie ciekawość. – Zaśmiał się krótko. – Jak coś, nie musisz odpowiadać.
                – Wal – pogoniłem z rozbawieniem.
                – Dlaczego do niego pojechałeś?
                – Miał operację. Potrzebował mnie – powiedziałem takim tonem, jakby było to najzwyklejsze w świecie. W sumie co innego mogłem powiedzieć?
                – Lubisz go, co? – Spojrzał na mnie uważniej.
                – Jak przyjaciela. Ostatnio wkroczyliśmy… na nowy poziom tej znajomości. – Westchnąłem. – Nie do końca wiem do czego to prowadzi. Niby go lubię, ale nie ma szans byśmy byli ze sobą.
                – Dlaczego? – Oparł się o mój bok, biorąc przy tym duży łyk piwa. Spojrzałem na jego profil z zamyśleniem.
                – Bo on nie opuści miasta, a ja nie opuszczę wsi – mruknąłem.
                Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Niby jesteśmy obok siebie całe dnie, ale tak naprawdę bardzo rzadko rozmawiamy na jakieś poważniejsze tematy, pomyślałem.
                – A ty i Adam? Jak tam u was? – zagadnąłem, również ciekaw.
                – Kiepsko – wyznał. – Tak naprawdę nie odzywa się od paru dni. Niby to nic wielkiego, bo przez jego pracę często tak się dzieje, ale… – Przetarł twarz dłonią. – Miałem kilka dni temu urodziny, a on nawet nie zadzwonił.
                Pierwsza moja myśl była – jak można tak traktować osobę, którą się kocha?! Druga zaś podpowiedziała, że może coś się stało, że się nie odzywa… Trzeci głos w głowie wytykał mi, że nawet nie wiedziałem kiedy Patryk ma urodziny.
                – Nie chcę cię straszyć… Ale nie miał wypadku, albo coś w tym stylu? – mój głos był trochę nerwowo. Ostatnio za dużo szpitali, przez które mam same czarne myśli.
                – Nie. Mam kontakt z Ewą, naszą wspólną przyjaciółką. Widzi go codziennie w pracy, więc wiem, że do niej chodzi. Niestety nie ma czasu zagadać, żeby spytać co się stało.
                – Dlatego byłeś taki nieobecny dzisiaj? – zapytałem, kojarząc jego wcześniejsze zachowanie na jeździe.
                – Chyba tak. Martwię się.
                – Pożarliście się o coś? – dopytałem cicho. Tak naprawdę nie wiedziałem, gdzie jest moja granica zwykłej chęci pomocy, a wścibstwa.
                – O to co zwykle. Że mogłem nie wyjeżdżać – mruknął. – Mam tego powoli dość. Doskonale wie, że mam powód, by to robić. Tutaj mam szansę na wygraną. Tomasz ma świetne konie.
                Powód. No właśnie. Patryk ma coś, czego ja nigdy nie będę mieć. Determinację. Ja nie lubię zawodów, nie chcę wygrywać, tylko po prostu przebywać z końmi. To jest moja wielka wada jako zawodnika. W sumie dziwię się, że trener nie wybrał kogoś innego na moje miejsce. Dopiero po czasie uświadomiłem sobie, że wybór Patryka nie miał mnie dobić. Tomasz chciał po prostu równych szans dla obu swoich koni, nawet jeśli jeden z nich miał większy potencjał. Ja mogę przeszkodzić Sarnadowi w wygranej, a Patryk może pomóc Gromowi.
                – Cóż... A dlaczego chcesz wygrać? – zapytałem z czystej ciekawości.
                – Moja mama zginęła w tym wyścigu – padła odpowiedź, a ja poczułem, jakby ktoś mnie walnął obuchem w głowę.
                – I ty chcesz wziąć w tym udział?! – podniosłem głos, patrząc na niego z niedowierzaniem. – Oszalałeś? Co na to twój ojciec?
                – No właśnie o niego chodzi. Chcę udowodnić, że to tylko nieszczęśliwy wypadek.
                – Jesteś dziwny – prychnąłem. – Na twoim miejscu nawet bym się nie zbliżył do toru. Ile miałeś wtedy lat?
                – Siedem. I byłem przy tym wypadku. To znaczy jechałem z nią później do szpitala… Albo raczej z jej ciałem.
– Boże…
– Ojciec popadł w depresje. – Uśmiechnął się smutno. – Też kochał konie, a od tamtej pory ani razu nie wsiadł na żadnego. – Spojrzał na mnie poważnie. – Przecież wszyscy wiedzą, że na Pardubickiej ginął ludzie. W jeździectwie ginął ludzie. Wystarczy, że koń się potknie, tak jak ostatnio Grom. Tylko tyle, zwykła rzecz, ale przy takiej prędkości jest karkołomna. Ludzie o tym zapominają, a potem mają pretensje.
– No tak. Ale to nie powód, by ryzykować. Jak się poczuje twój ojciec, jeśli i tobie coś się stanie? – mruknąłem nieprzekonany. Jego tłumaczenie było moim zdaniem mocno naciągane, jeśli nie powiedzieć, że głupie.
– Nic mi się nie stanie. – Spojrzał na mnie z bliska. – A jeśli tak… Cóż. Może ma tak być? Nie wiadomo. Moim celem jest wygrana. Dla mamy. Obiecałem jej to.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. W jego oczach widziałem smutek pomieszany z pewnością siebie. On wychował się, myśląc o tym, że pomści w ten sposób matkę. Nikt mu tej pewności nie odbierze. Jak widać jest to dla niego ważniejsze, niż ukochana osoba, którą opuścił na kilka miesięcy, by przygotować się do tego jednego dnia, gdy będzie miał szansę osiągnąć swój cel.
– Nie rozumiem tego – wyszeptałem. – Ja nie mam celu. Nie mam niczego, oprócz tej pracy.
 Zabrzmiało to cholernie żałośnie. Źle. Jakbym nie potrafił sobie poradzić w życiu. Ale to nie prawda. Byłem szczęśliwy. Byłem kochany, choć nie były to miłości romantyczne, a braterskie. Miałem wiele. Mimo to zawsze człowiek chce więcej, lepiej, mocniej.
– I nie mów mi, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży – sarknąłem, gdy już otwierał usta, by mi odpowiedzieć. – Nie potrzebuję tego.
– A czego potrzebujesz? – Uniósł brew.
– Wygadania się od czasu do czasu. – Uśmiechnąłem się lekko i szturchnąłem go w bok. – Jak teraz.
Dopiłem piwo i odstawiłem butelkę na ziemię, zaraz wracając na poprzednią pozycję. Naprawdę lubiłem te chwile, gdy mogłem z nim siedzieć, czuć jego ciepło na swoim ramieniu. Przyzwyczaiłem się do tego, że wieczorami jest obok mnie. I nie miałbym przeciwko, gdyby przedłużyło się to do nocy. Jednak zdawałem sobie sprawę, że nie jest to realne.
– Spać mi się chce – powiedział nagle Patryk i bardziej oparł się o mój bok. W sumie trafniej byłoby nazwanie tego położeniem się na mnie. Zsunął się niżej i oparł głowę na moim ramieniu. – Wiesz – szepnął – tęsknię za bliskością.
Spojrzałem na jego włosy, bo twarzy w tej pozycji nie mogłem zobaczyć, zaskoczony i trochę zdezorientowany. Dlaczego on mi to do cholery mówi?! Chce żebym coś zrobił…?
– To jest najgorsze – kontynuował. – Przyzwyczaiłem się, że mam kogoś blisko. Wiesz, że jestem z Adamem. Seks seksem, ale ta cała otoczka wokół… Tego mi brakuje.
– Nawet nie wiem o czym mówisz – prychnąłem nerwowo. – Nigdy tego nie miałem.
Chłopak wyprostował się trochę i spojrzał na mnie smutno. Pogłaskał mój policzek, a ja wstrzymałem oddech i wpatrzyłem w jego oczy. Niestety tak szybko jak dotyk się pojawił, tak zniknął.
– Muszę iść – mruknął i wstał z łóżka. – Dobranoc – rzucił jeszcze i wyszedł.
Patrzyłem chwilę na drzwi, które się za nim zamknęły, nie wiedząc, co o tym wszystkim mam myśleć. Gubiłem się. Czasem słyszałem i rozumiałem jego słowa tak, jakbym chciał, a nie jak było naprawdę. Nie potrafiłem spojrzeć na to obiektywnie.
Jedno jest pewne. Dziś nie będę miał problemów z wyobrażeniem sobie, że mnie całuje, a jego ciepła dłoń z długimi palcami zsuwa się z policzka na moje pośladki.

12 września 2016

Rysunek 12.09.16


Czarna kartka, ołówek, brak gumki (bo się robią przebarwienia)

Zgadnijcie kogo narysowałam...

Ps. Nikt mi nie wmówi, że rysowanie ołówkiem po czarnym papierze to zły pomysł!

8 września 2016

Postępy dnia dzisiejszego


Takie tam w trakcie pracy nad Basistą. Exel jest niesamowitym narzędziem do planowania.

PS. Wątpię czy książka ukarze się w tym roku...

7 września 2016

[10] Gonitwa


Siedziałem w klinice prywatnej już drugą godzinę, czekając na to, aż będę mógł zobaczyć Daniela po zabiegu. Denerwowałem się. W końcu nie miałem pojęcia, na czym to wszystko polega i czy w ogóle jest się czego obawiać. Przed zabiegiem Daniel uspokajał mnie i namawiał, żebym poszedł do jego mieszkania i tam poczekał. Jasne. Już lecę. Na szpitalnym korytarzu nie mogłem wysiedzieć, a co dopiero w domu.
Przy nim starałem się hamować emocje, by go dodatkowo nie stresować. Na szczęście sam podchodził do tego w miarę na luzie, a przynajmniej udawał. Ja też udawałam, do czasu aż znikł mi z oczu. Wtedy mogłem zacząć chodzić nerwowo tam i z powrotem po zadbanym, pustym korytarzu. Jedynie od czasu do czasu ktoś tędy przechodził, ale na ogół byłem sam, więc bez skrępowania mogłem rwać włosy z głowy.
Gdy już myślałem, że czas się zatrzymał, podeszła do mnie młoda pielęgniarka – na moje oko dwudziestopięcioletnia. W oczy rzuciły mi się jej kolczyki w kształcie strzykawek i aż się na nie zagapiłem przez chwilę.
– Pan Sebastian? – zapytała niepewnie.
– Tak – odpowiedziałem zdumiony. W sumie nie spodziewałem się, że ktoś zwróci na mnie uwagę. Byłem tu na doczepkę, a Daniel miał podobno wyjść ze szpitala jeszcze tego samego dnia, więc praktycznie nie powinno mnie tu być, jako że jestem spoza rodziny.
– Pan Daniel prosił, by pana zawołać – wyjaśniła. – Jest w sali pięćdziesiąt dwa.
– Och. Jasne – rzuciłem trochę zdezorientowany i rozejrzałem się. – Tylko… Gdzie to jest?
– Tym korytarzem prosto i w lewo. – Wskazała na jedno z rozwidleń przy klatce schodowej.
– Dzięki.
Miałem problem, by znaleźć odpowiednie drzwi. W końcu jednak mi się udało.
Pokój był mały i jasny. Stały w nim dwa łóżka, jedno puste, drugie zaścielone z rozrzuconą kołdrą. Daniel stał przy oknie i patrzył trochę zdezorientowanym wzrokiem na lekarza, który umilkł, gdy wszedłem do środka. Facet w kitlu wyglądał mi na czterdziestolatka i był w miarę zadbany. Speszył mnie trochę jego oceniający wzrok.
– Dzień dobry – powiedziałem do niego i zerknąłem na mojego kochanka. Nie powinien leżeć? – Wszystko ok…?
– Wszystko poszło zgodnie z planem – odpowiedział mi lekarz. – Niech chwilę pochodzi i będzie mógł usiąść. Wypiszemy go jak minie znieczulenie. – Zerknął jeszcze na swoje notatki. – To chyba wszystko. O kolejnych badaniach powiedziałem… O środkach przeciwbólowych też… Jakieś pytania?
– Kiedy będę mógł współżyć? – Zapytał Daniel poważnie, a ja nie powstrzymałem rozbawionego uśmiechu. No a o co innego facet może zapytać po takim zabiegu? Lekarz znów zerknął na mnie i wzruszył ramionami.
– Jak się rana zasklepi. Za tydzień panu powiem po konsultacji. Zwykle tyle wystarcza. Byle później jeszcze na to uważać. – Uśmiechnął się lekko. – Macie panowie jeszcze jakieś pytania?
Daniel przeniósł na mnie wzrok i pokręcił głową.
– W razie czego, wiadomo gdzie mnie szukać – powiedział jeszcze doktor i wyszedł z sali.
Usiadłem na niepościelonym łóżku i odetchnąłem. Stres powoli ze mnie schodził.
– Jak się czujesz? – zapytałem cicho, patrząc na Daniela uważnie.
– Dziwnie. – Wzruszył ramionami i podszedł do mnie, krzywiąc się lekko. – W każdym razie nie polecam. – Usiadł obok i oparł się o moje ramię. – Za kilka dni będę miał jeszcze wyniki, które mają potwierdzić, że te cholerstwo się nie rozprzestrzeniło.
Objąłem go ramieniem i cmoknąłem w policzek. Cieszyłem się, że jest już po wszystkim i mogę go dotknąć. To były tylko dwie godziny niepewności, a i tak mnie wykończyły.
– Będzie dobrze. Hm... Jestem ciekawy jak będziesz wyglądać z jednym jądrem – mruknąłem z rozbawieniem, próbując rozluźnić atmosferę.
– Raczej nie zauważysz różnicy. – Spojrzał na mnie z ukosa. – Mam implanty.
– Serio? Tak się da? – Zaśmiałem się. – Fajnie.
Daniel uśmiechnął się lekko i wcisnął twarz w moją szyję. Uniosłem kąciki ust w górę i mocniej go do siebie przytuliłem, tym razem całując jego krótkie włosy, które musiał regularnie ścinać. Włączył mi się jakiś dziwny rodzaj czułości.
***

Pierwszy raz robiłem omlety na śniadanie. Znalazłem w necie przepis i postanowiłem go wykorzystać. Zajmowałem całą kuchnię Daniela, nieudolnie próbując nie nabałaganić. Pojęcia nie miałem jak moja mama ogarniała kuchnię, robiąc obiady dla czterech, a nie dwóch osób. Choć logicznie myśląc, nie ma chyba w tym wielkiej różnicy.
Od operacji Daniela minęły dwa dni. W tym czasie niewiele się działo, wręcz wiało nudą. Nie byłem przyzwyczajony do siedzenia w jednym miejscu, w przeciwieństwie do gospodarza tego mieszkania. On mógł grać godzinami na komputerze, albo siedzieć przed telewizorem. Dlatego właśnie zająłem się gotowaniem i wymyślaniem dziwnych potraw. Wczoraj nawet odkurzyłem i umyłem podłogi. Jeszcze trochę to zostanę idealną panią domu…
Mimo różnic w spędzaniu czasu, zauważyłem, że byliśmy z Danielem dość podobni. Oboje mieliśmy niemalże identyczny gust muzyczny, dzieliliśmy te same poglądy polityczne – czyli nie wierzyliśmy nikomu. I mogliśmy milczeć, bez obawy, że wywołamy krępującą atmosferę. Tyle lat się spotykamy, a tak naprawdę dopiero teraz zaczynaliśmy się trochę poznawać.
– Śniadanie! – zawołałem, pukając w drzwi łazienki. – Żyjesz?
– Zaraz przyjdę – usłyszałem w odpowiedzi.
Usiadłem już przy zastawionym stole, zerkając jeszcze w stronę kuchni, by się upewnić, że nie zostawiłem bałaganu. Po jakiejś minucie dołączył do mnie Daniel.
– Ładnie pachnie – pochwalił i uśmiechnął się szeroko, patrząc na swój talerz.
– Boli cię? – zapytałem, bo już nad ranem zauważyłem zmianę w jego ruchach.
– Trochę. – Wzruszył ramionami. – Przeżyję – zbył mnie i zaczął kroić omlet.
Przyjrzałem mu się uważniej i westchnąłem cicho. Też zabrałem się do jedzenia, a po kilku kęsach stwierdziłem, że nawet mi wyszło. Następnym razem muszę jedynie dodać odrobinę cukru i będzie idealne.
– Pyszne – wypalił nagle Daniel. Zerknąłem na niego. – Serio. Przez ciebie utyję – zarzucił mi z rozbawieniem.
– Przyda ci się.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie radośnie, na chwilę odrywając się od jedzenia. Aż się na niego dłużej zagapiłem.
Boże. Co my wyprawiamy? Czy to już nie zakrawa na zachowanie ludzi, którzy ze sobą są? Dbanie o siebie w trakcie choroby, wsparcie psychiczne, rzucenie dla siebie swoich obowiązków… wspólne mieszkanie… Nie. Nie mogę do tego dopuścić. Jesteśmy z innych światów. JA jestem z innego świata. Taki związek nie miałby racji bytu. Po jakimś czasie chcielibyśmy czegoś więcej, niż spotykanie się w weekendy, a czasem nawet tego nie mógłbym dać.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk komórki. Poszedłem do sypialni, by odebrać.
– No cześć – usłyszałem głos Patryka. – Jak tam?
– Dobrze… chyba… – zaciąłem się. Nic nie było dobrze. – Nadal nie wiem kiedy wrócę.
– Spoko. Bez pośpiechu. A co z… – przerwał, pewnie nie pamiętając imienia – twoim kolegą – powiedział w końcu. Całe szczęście nie nazwał go kochankiem czy coś podobnego. Ktoś mógłby podsłuchać.
– Daniel – przypomniałem. – Przedwczoraj miał zabieg.
– Och… Już mu lepiej?
– Chyba tak… – Zerknąłem przez uchylone drzwi na Daniela, który siedział skulony na krześle. Gdy nie patrzyłem, ściągał z siebie maskę i przestawał udawać, że jest wszystko porządku. Miałem świadomość, że go boli.
– To dobrze… Pozdrów go.
– Jasne. – Uśmiechnąłem się lekko, gdy usłyszałem w tle rżenie i szczęk otwieranej bramki. – Gdzie jesteś?
– Na padoku u Sarnada. O! Przywitaj się ładnie. Dam na głośnomówiący – głos ucichł trochę. – Powiedz dzień dobry Sebie.
– Co ty robisz? – Pokręciłem głową rozbawiony. Wyobraziłem sobie, jak przykłada komórkę do ucha Sarnada, a ten patrzy na niego z niezrozumieniem. Naprawdę tęskniłem za tym koniem. Z początku nie byłem przekonany do gniadosza, ale z czasem pokochałem go całym sercem. W sumie jeszcze nigdy nie miałem konia, do którego tak bardzo bym się przywiązał, zawsze traktowałem wszystkie na równi.
– Sarnad chciał się z tobą przywitać – głos Patryka był już w odpowiedniej odległości od telefonu, bym mógł go normalnie słyszeć. – Byś widział jego minę, jak cię usłyszał w tej złej rzeczy, z którą się do niego zbliżyłem.
– Mam nadzieję, że się nie wystraszył.
– Nie. Jest spokojny. Tylko gdyby ten wzrok mógł zabijać… – Zaśmiał się głośno. –  No już, nie zjadaj tego… – powiedział nagle. Podejrzewałem, że ogier zaczął coś kombinować. – Chyba dotarło do niego, że to serio twój głos. W końcu się ożywił i dał do siebie podejść.
– On zawsze jest żywy. Czasem aż za bardzo… Zaraz. Nie daje do siebie podejść? – zdziwiłem się.
– No od twojego wyjazdu jest osowiały, a od trzech dni nie daje się nikomu złapać. No, a teraz chyba zacznę się obawiać o swoje życie, bo patrzy na mnie z takim mordem w oczach... Jakbym to ja zamknął cię w telefonie. – Zaśmiał się znowu.
– Przesadzasz.
– Nie, serio.
Nastała cisza. Przymknąłem oczy, wyobrażając go sobie z Sarnadem. To był przyjemny widok, obydwoje byli dla mnie ważni. Choć tak naprawdę mogłem na nich jedynie patrzeć z boku, czekając, aż znikną z mojego życia. Patryk ma chłopaka, a na Sarnada nigdy nie będzie mnie stać. Nie powinienem się do nich tak przywiązywać.
– No to… – Chrząknął cicho. – Do zobaczenia. Mam nadzieję, że w miarę szybko.
– Mhm. Cześć – mruknąłem bez przekonania, bo chętnie jeszcze posłuchałbym jego głosu.
Wróciłem do kuchni ze smętną miną. Nie było dobrze, że gniadosz tak reaguje na nasze rozstania. Za bardzo go do siebie przywiązałem. Usiadłem przed swoim talerzem i wpatrzyłem się w niego bezsensownie.
– Co jest? – Daniel wyrwał mnie z letargu.
– Ach. Nic. – Potrząsnąłem głową. – Co zamierzasz teraz robić? – palnąłem, chcąc zająć czymś myśli. Teraz nic nie mogłem zrobić z ogierem, chociaż coraz bardziej zaczynałem się o niego martwić.
– Ale z czym? – zdziwił się.
– Z życiem. – Machnąłem ręką, wymyślając na poczekaniu. – Praca i te sprawy.
– Założę firmę – odpowiedział spokojnie, a mnie wmurowało.
– Jaką?
– Reklamową. Jestem w tym dobry i nie chcę znowu zaczynać w jakiejś nowej firmie. Mam przez te nieobecności w pracy złą opinię. Niestety. – Pokręcił głową. – Nikt nie spojrzy na moje osiągnięcia.
– Ale to będzie… stresujące, nie? – zapytałem z niepewnością. – Nie masz już dość?
– Życie samemu na ogół jest stresujące – zauważył. – Nie ma marginesu błędu. Nikt cię nie wyciągnie z dołka w razie czego. A skoro już muszę być sam, to wolę trzymać się powierzchni jak najmocniej się da.
– Wiesz, że masz mnie… – szepnąłem, czując coś nieprzyjemnego w piersi.
– Wiem, Seba. Ale ty to co innego. – Posmutniał nagle. – Doceniam co dla mnie zrobiłeś. – Przetarł twarz, już kompletnie zapominając o jedzeniu. – Myślałem o tym w nocy… – szepnął. – Chyba już czas żebyś wrócił do domu.
Zacisnąłem usta. To nie tak, że czułem się wykorzystany. Że przyjechałem tu, by go wesprzeć, a teraz mnie wyrzuca, gdy nie jestem potrzebny. Wiedziałem, o co mu chodzi, w końcu sam myślałem w ten sposób. Nie możemy się od siebie uzależniać, przyzwyczajać do swojej obecności. Im dłużej tu jestem, tym trudniej mi będzie odejść. Będę coraz bardziej rozdarty między dwoma miejscami, aż w końcu mnie to zabije.
– Tak. Masz rację.
***

Powrót do domu był jak obudzenie się z długiego snu. Wróciłem do znanej mi rzeczywistości, a jednak byłem oderwany od tego świata. Jak kiedyś Daniel mi napisał, powoli stawałem się inny, obcy. Zaczynałem się zastanawiać czy mieszkanie w tej stajni jest tym, czego chcę od życia. W końcu samą pracą człowiek nie żyje.
Nie przywitałem się z nikim, tylko z marszu ruszyłem na padok Sarnada. Nie widziałem go sześć dni i bardzo za nim tęskniłem. Z wzajemnością, z tego, co słyszałem od Patryka. I chyba miał rację, bo gdy tylko gniadosz mnie zobaczył, zarżał głośno i podbiegł do mnie. Zostałem obwąchany z każdej strony, co skwitowałem cichym śmiechem i jakimiś słowami, które zupełnie nie miały znaczenia. Liczył się tylko dotyk ciepłej sierści pod moimi palcami i jego przywiązanie, o którym mogłem się w tej chwili przekonać. Jeśli przed chwilą miałem jakieś wątpliwości co do pobytu tutaj, tak teraz znikły bez śladu.
– Brudas jesteś. – Stwierdziłem, oglądając go całego. Miał poklejoną sierść i jej stan świadczył, że nikt się nim nie zajmował od kliku dni. A przynajmniej nie czyścił. – Było się nie alienować od ludzi. Chodź, przyda ci się kąpiel.
Otworzyłem bramkę i wyprowadziłem go na zewnątrz. Wiedziałem, że nie muszę go trzymać, by bez żadnych problemów szedł za mną. Zatrzymałem go przy szlauchu i zacząłem opryskiwać wodą. Nie wyglądał na zadowolonego, ale stał spokojnie, pozwalając mi się czyścić.
– Sebastian! – usłyszałem nagle od strony stajni. Odwróciłem się, by zaraz znaleźć się w objęciach Patryka. Aż sapnąłem z zaskoczenia. – Czemu nie mówiłeś, że wracasz? – Odsunął się i spojrzał z zadowoleniem na gniadosza. – Miałem rację – ucieszył się. – Nie wiem czy to był dobry pomysł, żebyśmy te konie tak do siebie przywiązali.
Patrzyłem to na Patryka do na Sarnada ze zamyśleniem.
– Co dokładnie robił? – zapytałem.
– W sumie nic. Oprócz tego, że kompletnie nie dało się do niego podejść. Zwiewał wszystkim, a jak już go złapaliśmy na lasso, to użarł trenera w ramię. Ma teraz wielkiego siniaka.
Przymknąłem lekko oczy. No to mamy problem, pomyślałem. Mimo to cieszyłem się, że koń był tak do mnie przywiązany. Miałem z tego jakąś egoistyczną satysfakcję.
– Cieszę się, że wróciłeś – wypalił nagle i uśmiechnął się szeroko, a mnie aż się zrobiło cieplej na sercu. – Nawet nie wiesz jak upierdliwe jest sprzątanie wszystkich boksów samemu. Jeszcze na początku mi pomagali, bo wiesz, szpital i te sprawy. Ale od przedwczoraj muszę sobie radzić ze wszystkim sam!
Przez chwilę patrzyłem na niego ze zdumieniem, bo kompletnie nie spodziewałem się pierwszego zdania, ale gdy w końcu dotarła do mnie cała wypowiedź, wybuchłem niepohamowanym śmiechem.  No tak, na co ja liczyłem?
– No co? – zaburczał niezadowolony.
– Nic – odpowiedziałem, nadal trzęsąc się ze śmiechu. Szturchnąłem go w bok i wyszczerzyłem zęby. – A jak tam z jazdami?
– Trener ci pewnie mówił, że miałem do tej pory się oszczędzać – burknął. – Chociaż jakoś tego nie zauważyłem. Wszyscy zaczęli mnie ostatnio prosić o pomoc. Na przykład Magda chciała, bym ją nauczył swojego stylu jazdy… Wiesz, tak jak jeździłem na zawodach, gdzie pierwszy raz się spotkaliśmy.
Skrzywiłem się nieznacznie. Nie chciałem, żeby ją tego uczył. Ona nie potrafi wyznaczyć granicy do której mogłaby nagiąć konia. To by było niebezpieczne i dla niej, i dla Harfy.
– Mam nadzieję, że się nie zgodziłeś? – zapytałem z nieudolnie ukrywaną nadzieją. No powiedz, że chociaż trochę myślisz…
– Mieliśmy jeden trening. – Wzruszył ramionami. – Ale jest beznadziejna. Nie wiem jak jej powiedzieć, że to bez sensu. Ona nie wyczuwa granicy w której może nagiąć konia. – Powiedział dokładnie to, o czym ja myślałem. – Zleciała ostatnio jak Harfa wyłamała. – Westchnął. – Pomóż – jęknął na koniec.
– W czym niby? – zapytałem i odwróciłem się do Sarnada, by kontynuować czyszczenie go.
– W zniechęceniu jej – wyjaśnił i zniknął na moment w stajni, by wrócił z dwiema szczotkami. – Masz – rzucił mi jedną i stanął po drugiej stronie ogiera. – Znasz ją lepiej, wymyśl coś.
– To twoja wina. Było się z tego wykręcić już na początku – prychnąłem i popryskałem go wodą.
– Ej! – krzyknął i wyciągnął rękę nad grzbietem konia, by mi zabrać węża ogrodowego. Nie udało mu się, a ja przez przypadek oblałem go jeszcze bardziej. Śmiesznie wyglądał z mokrymi, przyklapniętymi włosami i zabójczą miną. Roześmiałem się głośno, widząc go takim.
Patryk prychnął jak rozjuszona kotka i ominął konia, który cofnął się z zasięgu prysznica i otrzepał się jak pies, patrząc na nas z niezrozumieniem.
– Nie…! – krzyknąłem bezsensownie, gdy chłopak dopadł do mnie i odebrał mi szlauch. Zaczęliśmy się siłować, moknąc coraz bardziej. Nie miałem pojęcia czy się śmieję, czy krzyczę w złości. Prawdopodobnie coś pomiędzy.
W pewnym momencie potknąłem się i obaj polecaliśmy na kamień przed stajnią. Stęknąłem głucho, gdy uderzyłem w nierówne podłoże, przygnieciony ciężarem Patryka. Chłopak zaraz usiadł mi na biodrach i z triumfem w oczach wlał mi zimną wodę na brzuch.
– Sarnad, ratuj! – wrzasnąłem mało męsko, próbując się wyrwać. Śmiałem się przy tym głośno, tracąc kompletnie siły na cokolwiek. Mogłem jedynie leżeć pod Patrykiem, poddając się tej nieprzyjemnie zimnej kąpieli. Koń oczywiście nie przyszedł mi na pomoc, ale na szczęście stał obok. Mielibyśmy problem, gdyby zwiał.
– Co tu się dzieje? – usłyszałem obok ostry głos trenera. Woda przestała lecieć, wiec miałem szansę spojrzeć w jego kierunku. Stał, otoczony grupką dzieciaków i patrzył na nas z mieszanką nagany i rozbawienia. – Ja rozumiem, że jest ciepło, ale znam lepsze sposoby na wykorzystanie wody – powiedział już łagodniej. – I w ogóle kiedy wróciłeś?
– Przed chwilą – odpowiedziałem i korzystając z chwili nieuwagi Patryka, zepchnąłem go z siebie. Szatyn poleciał na bok, brudząc swoje jasne spodnie piachem.
– No dzięki – zamarudził i podniósł się z ziemi równocześnie ze mną.
Tomasz pokręcił głową, a jego wzrok zatrzymał się na Sarnadzie.
– O matko. Jak wam się udało…
– Tęsknił za Sebastianem – przerwał Patryk mężczyźnie i uśmiechnął się do mnie szeroko, z wyraźnym zadowoleniem. W porę się zorientowałem, że gapię się na niego jak ciele w malowane wrota. Miałem nadzieję, że nikt nie zauważył.

3 września 2016

Spotkanie z autorami blogów LGBT!

Witajcie!
W parę osób organizujemy spotkanie autorów blogowych LGBT. Ostatnio było mega miło i chcemy to powtórzyć z jeszcze większym gronem pisarzy.
Dla chętnych - by nas zobaczyć, porozmawiać, poznać - zbiórka 17 września o trzynastej w Warszawie na dworcu głównym przy Gitarze Hard Rocka. A gdzie później wylądujemy... nie wiadomo. Liczymy, że pogoda nas wesprze i będziemy mogli gdzieś przycupnąć na powietrzu (plener wyczekiwany z mocno bijącym sercem...). W innym wypadku poszukamy jakiegoś miejsca pod dachem.
Więcej informacji w wydarzeniu. Jeśli jesteście chętni, zapiszcie się na fb. Chcemy mniej więcej wiedzieć ile osób przyjdzie :)

Oprócz mnie będą:

Do zobaczenia!

2 września 2016

Wiersz "Nie dla nas"


Nie dla mnie jesteś nie ja dla Ciebie
Mogliśmy tylko patrzeć przed siebie
Bezwiednie przejść obok by w czas zrozumieć
Że ciężko bez siebie lecz ciężej ze sobą