9 listopada 2016

[19] Gonitwa


                Patryk z pewnością wyczuł mój wisielczy nastrój, gdy wracaliśmy do mieszkania. Jednak nie śmiał pytać o nic przy trenerze, który pewnie myślał, że moja mina jest jeszcze pozostałością jego komentarza zaraz po zawodach. Pozwolili mi zająć pierwszemu łazienkę. Wykąpałem się więc jak najszybciej, przebrałem w piżamę, umyłem zęby i ruszyłem do łóżka, nie zważając, że jest dopiero dziewiętnasta. Miałem serdecznie dość tego dnia.
                Patryk wszedł do łazienki jako drugi, zostawiając mnie w sypialni  samego z trenerem. To był głupi pomysł, bo w tym momencie nie zależało mi na niczym i postanowiłem to wykorzystać na szczerość.
                – Słyszałem was – mruknąłem, odwracając się w jego stronę. Mężczyzna uniósł brwi i odłożył kapelusz na szafkę nocną.
                – Co? – Mimo pytania, wiedziałem, że domyśla się, o co chodzi. Musiał sobie poukładać w głowie moje zachowanie.
                – Ciebie i Adama. Wiem, że chcesz sprzedać Sarnada.
                – To biznes, Seba. Konie muszą na siebie zarobić, inaczej są bezwartościowe. Kiedyś to zrozumiesz – westchnął i usiadł na posłaniu. Wpatrzył się we mnie z dziwnym spokojem. – Bardzo się do niego przywiązałeś, co?
                – Przecież wiesz – warknąłem.
                Przymknąłem oczy, czując bezsilność. Rozprzestrzeniała się po moim organizmie jak zaraza i miałem wrażenie, że jeśli pozwolę jej się zakorzenić, to stracę coś bardzo ważnego.
– Co mogę zrobić, by był mój? – zapytałem już spokojniej. To biznes, tak? Możemy więc rozmawiać w ten sposób.
                Naprawdę nie spodziewał się tego pytania, pomyślałem, obserwując twarz mężczyzny. Znałem go niemal tak dobrze jak on mnie i mimo tego, że próbował ukryć emocje, rozpoznałem, że przez jego twarz przemknęło zaskoczenie, ale i zadowolenie. Nie wiedziałem jednak skąd wzięło się to drugie.
                – Nigdy nie będzie cię na niego stać – odpowiedział po chwili.
                – Ile?
                – Co ile? – zapytał z irytacją. Widać było, że ta rozmowa nie jest mu na rękę.
                – Ile za niego chcą zapłacić.
                – Dwieście pięćdziesiąt – mruknął, patrząc mi przy tym w oczy. Jakby z wyzwaniem.
                – Tysięcy złotych? – upewniłem się.
                – Tysięcy euro.
                Otworzyłem szerzej oczy i otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć.
                – Seba – uprzedził mnie jednak – za tę kwotę mogę spokojnie wytrenować kolejnego dobrego konia. Myślisz, że to wszystko bierze się z powietrza? – Zatoczył ręką koło. – Możecie tu zostać na miesiąc i nie musimy stresować naszych koni jazdą tam i spowrotem tylko dlatego, że mnie na to stać.
                – Wiem – szepnąłem i przymknąłem na moment oczy. To wszystko mnie przerastało. Nie chciałem tracić Sarnada. To był pierwszy koń, do którego się tak przywiązałem. Mimo to widziałem, że Tomasz nie chce źle, inaczej by mi się nie tłumaczył.
                – Na każdym wyścigu czekam na moment w którym się złamiesz – kontynuował mężczyzna. – Widzę, ile cię to wszystko kosztuje. Wiem, że nie masz charakteru dżokeja, ale wcale nie o to mi chodzi.
                – A o co? – Zmarszczyłem brwi.
                – Chcę, byś zrozumiał. Byś poznał ten świat z najbrutalniejszej strony. – Westchnął głęboko. – Jeszcze nie miałeś okazji dobić konia na którym jechałeś, żeby oszczędzić mu bólu po złamanej nodze, ale prędzej czy później to się stanie.
                Otworzyłem szerzej oczy. Nie wierzyłem, że mi to mówi. Chce mnie testować? O co mu do cholery chodzi?! Usiadłem na posłaniu i czekałem na jego dalsze słowa.
                – Konie nas nie kochają. Mogą uznać nas za przewodnika. Tak jak Sarnad ciebie, ale to nie znaczy, że gdy odejdziemy, zrobi im to jakąś różnicę. Prędzej czy później znajdą nową osobę, której będą słuchać. – Pochylił się w moją stronę. – To jest jeden z bardziej wymagających sportów, bo przyzwyczajamy się do maszyn, z którymi pracujemy. To żywe istoty i ci, co mają choć trochę normalnie w głowie, przeżywają ich krzywdę. – Zacisnął usta i po chwili kontynuował już głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Mam pod opieką rodzinę, was i kilkadziesiąt koni. I muszę zdecydować co jest dla nas lepsze, nie bacząc na swoje emocje. Nie miej mnie więc za wroga.
                Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, nie wiedząc, co jeszcze możemy dodać. Wiedziałem jak wielką odpowiedzialność ten mężczyzna wziął na siebie. Był wymagający, trochę ekscentryczny, ale dbał o nas i próbował podejmować jak najlepsze decyzje. Być może nie doceniałem go na tyle, na ile zasługuje.
                Nagle Patryk wyszedł z łazienki, a my spojrzeliśmy na niego z zaskoczeniem, jakbyśmy dopiero teraz sobie przypomnieli, że jest w mieszkaniu.
                – No to moja kolej – westchnął Tomasz. Wstał z miejsca, by wejść do łazienki, ale nagle zastygł w miejscu. – A tak w ogóle, chyba was jeszcze nie poinformowałem. Zakwalifikowaliście się na Pardubicką.
                Zniknął za drzwiami łazienki, a Patryk stanął naprzeciw mnie. Widziałem, że jest zmieszany. Z jednej strony chciał się cieszyć, z drugiej widział, że coś ze mną nie tak.
                – Wszystko dobrze? – zapytał z troską, uważnie mi się przyglądając. Miał na sobie szary dres, który kompletnie do niego nie pasował.
                – Chyba tak…
***

                Na drugi dzień Tomasz spakował swoje rzeczy, bo miał się zabrać do Polski z kierowcą Adama. Zostawiał nam auto i pieniądze, żebyśmy mieli czym dojechać codziennie na tor.
                Podczas gdy rano czekaliśmy na powrót Patryka, który miał kupić pieczywo, usiedliśmy przy stole z ciepłą herbatą w ręku. Dzisiejszy dzień był nieprzyjemnie chłodny. Co prawda było dwadzieścia stopni, ale po tych wszystkich upałach nie byliśmy przyzwyczajeni do takiej temperatury.
                – Wiesz – zaczął mężczyzna – w sumie mam jeden pomysł jak zatrzymać Sarnada.
                Spojrzałem na niego uważniej, a moje serce zabiło mocniej z ekscytacji. Nie spodziewałem się, że wrócimy do tego tematu. A już tym bardziej nie tak szybko.
                – Tylko jest jeden warunek – powiedział powoli i potarł dłonią szyję.
                – Jaki? – rzuciłem z niecierpliwością.
                – Musisz wygrać Wielką Pardubicką. – Chrząknął i kontynuował – jeśli wygramy, będziemy mieli szansę zarobić znaczną sumę na pokryciach klaczy. Wtedy mógłbym zapisać Sarnada na ciebie, a ty płaciłbyś mi siedemdziesiąt procent z tego co zarobisz na nim. Nie jeździłby już w wyścigach, tylko został z nami na miejscu. Oczywiście musiałbyś się wszystkim zająć, łącznie z klaczami, które nam przywiozą.
                – To da się zrobić – powiedziałem z szerokim uśmiechem.
                – Jednak – powiedział ostrym tonem, ostudzając mnie tym trochę – jeśli będziesz drugi, o dalszych miejscach nie wspominając, nie dostaniemy za niego tyle pieniędzy, co ze sprzedaży.
                Mina mi zrzedła. Czyli mam jakąś opcję, ale tylko pod warunkiem, że wygram ten cholerny wyścig?
                – A gdybyśmy nie brali w nim udziału? – zaproponowałem niepewnie. – Ludzie nie zobaczyliby przegranej…
                – I pomyśleliby, że ma jakąś kontuzję po tym jak stracił równowagę wczoraj – dokończył. – To nie przejdzie. Jedyną opcją jest wygrana. Dopiero wtedy mamy szansę utrzymać z tego kolejne konie, choć i tak jest to ryzykowne. – Wyprostował się. – To jest moja propozycja. Innej nie dostaniesz. – Wyciągnął dłoń nad stołem. – Zgoda?
                – Zgoda. – Uścisnąłem jego dłoń i uśmiechnąłem się szeroko.
                Jeszcze wiele może się zdarzyć, ale najważniejsze, że mam możliwość zawalczyć o Sarnada i Patryka. Mam niewielkie szanse, ale przynajmniej są.
***
       
                Po południu zostaliśmy sami, gdy Tomasz ruszył w drogę powrotną do domu. Nie mogliśmy zostawiać na tak długo dziewczyn samych w stadninie.
                Jakiś czas siedziałem w kuchni, wgapiając się w pomarańczową ścianę i rozmyślając nad tym jakim cudem mógłbym wygrać gonitwę i nie zrobić przy tym sobie, ani Sarnadowi krzywdy. Nie miałem pojęcia ile trwałem tak w bezruchu, ale w końcu Patryk nie wytrzymał i usiadł obok mnie, przysuwając sobie krzesło.
                – Co się dzieje? – zapytał z powagą, wpatrując się we mnie intensywnie. – I nie zbywaj mnie, że nic, bo przecież widzę.
                Właśnie. Doszedł jeszcze jeden problem. Do tej pory udawało nam się myśleć, że ze sobą nie rywalizujemy. Co się jednak stanie, gdy dowie się, że i ja mam powód by wygrać? Nie miałem pojęcia jak zareaguje i bałem się tego. Miałem świadomość, że zależy mu na pierwszym miejscu.
                – Muszę wygrać Pardubicką – powiedziałem wprost ze stanowczością.
                Szatyn zaśmiał się, jakby usłyszał naprawdę dobry żart, ale zaraz zamilkł, gdy zobaczył konsternację na mojej twarzy. Spochmurniał.
                – Skąd ta zmiana? – mruknął. Miałem wrażenie, że chce mi przewiercić wzrokiem czaszkę.
                – Trener chce sprzedać Sarnada. A tylko wygrana sprawi, że nie będzie musiał tego robić.
                – Przecież dzięki wygranej tylko więcej będzie mógł zarobić na sprzedaży – zauważył. Widziałem na jego twarzy niezrozumienie. – Na twoim miejscu jeżeli już, to pomyślałbym o ostatnim miejscu.
                – Nie. Dzisiaj rano o tym rozmawialiśmy. Jeśli wygram, będziemy mogli zarobić na pokryciach. A wtedy Sarnad będzie mój. Tomasz mi go przepisze i…
                – Naprawdę jesteś tak bardzo naiwny? – przerwał mi ze złością. – Przecież od razu widać, że on tobą manipuluje! Po ostatnim razie jaki miałbyś powód, by starać się o jakiekolwiek miejsce?
                – Wiem, że mną manipuluje – warknąłem. – Zawsze to robił. Ale nie mam wyjścia, jeśli chcę zatrzymać przy sobie Sarnada!
                To prawda. Trener zawsze znajdywał sposoby, by zależało mi na wygranej. Miałem świadomość manipulacji, ale co miałem zrobić? Odejść? Stajnia Tomasza była moim domem, a ja chcąc nie chcąc, stałem się zakładnikiem, którego można wykorzystać. Godziłem się na to, w zamian dostając dach nad głową, wypłatę, rodzinę i pasję. Takie było moje życie i już dawno się z tym pogodziłem. Wręcz z pełną świadomością to wybrałem.
                – Nie wierzę – prychnął. Zerwał się z krzesła i zaczął chodzić po jadalni nerwowo. – Od kiedy stałeś się taki…
                – No jaki?! – krzyknąłem i również wstałem. Czułem się tak, jakby podważał sens mojego istnienia. Musiałem się bronić.
                – Głupi, Seba! – Przystanął i spojrzał na mnie ostro. – Najzwyczajniej w świecie głupi! Ten koń jest wart setki tysięcy! On ci go nie odda! Jak bardzo naiwny musisz być, żeby w to wierzyć?!
                – Wiesz, dlaczego tak bardzo ci to wadzi? – zapytałem i nie pozwoliłem mu na odpowiedź. – Bo sam chcesz wygrać! Nagle zobaczyłeś, że ja również mogę tego chcieć! – Uśmiechnąłem się drwiąco. – A nie ważne jak bardzo będziesz się starać, jeśli ja pozwolę Sarnadowi być sobą, reszta nie ma przy nas szans. Boisz się tego.
                Patryk zrobił parę kroków w moją stronę i spojrzał na mnie z góry ze wściekłością, jakiej jeszcze u niego nie widziałem.
                – Do tej pory uważałem, że jesteś inny, lepszy niż cała reszta tak zwanych miłośników koni – zaczął z jadem w głosie – ale ty jesteś po prostu hipokrytą, który naiwnie wieży, że świat jest dobry i cię nie skrzywdzi. Naprawdę tak bardzo wierzysz swojemu trenerowi? – Cała jego postawa, lekko rozstawione nogi, wyprostowane plecy, zaciśnięte pięści, nie mówiąc już o głosie, sprawiała, że miałem ochotę skulić się w sobie.
                – On jest dla mnie jak ojciec. Nie znasz go! – wytknąłem. Czułem się coraz bardziej niepewnie pod jego wściekłym spojrzeniem. Po raz kolejny żałowałem, że nie jestem wyższy. Miałbym chociaż trochę psychicznej przewagi.              
                – Ale znam ludzi. – Zrobił kolejny krok w moją stronę. Niemal stykaliśmy się torsami i musiałem podnieść głowę, by spojrzeć mu w twarz. – Pomyśl chociaż trochę logicznie…
                – Właśnie myślę – prychnąłem, odpychając go od siebie. Nie miałem zamiaru się przed nim cofać. – Boisz się, bo mam szansę to zrobić, a ty nie będziesz mógł pomścić zmarłej matki.
                – Nie wciągaj mnie do tego – syknął. – Nie wiesz o czym mówisz. – Wpatrywał się we mnie z jakąś dziwną emocją, której nie rozumiałem. Nagle uniósł jeden kącik ust, robiąc naprawdę przerażającą minę. – Albo mam pomysł. Zadzwonię do niego i powiem, że jesteśmy razem. Zobaczymy jak bardzo możesz na niego liczyć. – Sięgnął do kieszeni spodni.
                Otworzyłem szerzej oczy, gdy zobaczyłem w jego dłoni telefon. Nie. Nie może tego zrobić. Paroma słowami zniszczyłby wszystko, na czym mi zależało. Przerażenie mnie sparaliżowało do tego stopnia, że nie potrafiłem drgnąć, nie mówiąc już o powiedzeniu czegoś.
                – Tak bardzo mu ufasz – powiedział z ironią w głosie. – A trzęsiesz portkami na myśl, że mógłby się dowiedzieć, że uwielbiasz jak ci wsadzam...
                Poczułem się jakbym dostał w twarz. Spałem z niezliczoną ilością mężczyzn, ale jeszcze nigdy nie poczułem się tak bardzo niewartościowy, jak teraz, gdy coś takiego powiedziała osoba, którą kocham. Której zaufałem i oddałem się w całości. Przy której pozwoliłem sobie na całkowitą szczerość.
                To był impuls. Odruch obronny, którego nie potrafiłem powstrzymać. I nawet nie chciałem. Zamachnąłem się jak najmocniej umiałem i uderzyłem go pięścią w twarz. Cofnął się o krok, puszczając telefon, który rozbił się o ziemię, a jego dłoń automatycznie powędrowała do bolącego miejsca. Trafiłem go w kość policzkową, przez co nie miałem pewności kogo z nas bardziej zabolało. Zagryzłem wargi, czując ostre pieczenie w knykciach.
                – Ty… – Patryk w sekundę znalazł się znów przy mnie i pchnął na ścianę. Uderzyłem w nią z cichym jękiem i skuliłem się, gdy szarpnął mną mocno. – Nigdy więcej nie podniesiesz na mnie ręki, zrozumiano?! – wrzasnął, nadal mnie szarpiąc. Próbowałem się wyrwać, ale był zbyt silny. Byłem przerażony jego zachowaniem. – Jesteś tak pewny jego szczerych zamiarów, co?! – krzyczał. – To może powiem mu jaka jest prawda?! Dowiemy się wtedy, czy nadal będzie dla ciebie tak dobry!
                – Przestań! – stęknąłem z paniką w głosie. Nie mogłem się uwolnić z bolesnego uścisku, a słowa, które wypowiadał… Nie byłem pewny, czy może spełnić groźbę. Byłbym skończony. Zabrałby mi tym wszystko, co się dla mnie liczyło. Zabiłby mnie tym. – Patryk, to boli! – krzyknąłem, a zdradzieckie łzy spłynęły po moich policzkach.
                Ostatnio zdecydowanie zbyt często płakałem.
                Szatyn znieruchomiał, chyba uświadamiając sobie co robi. Zaklął szpetnie i cofnął się ode mnie o krok. W jego oczach czaiła się złość, ale i zdezorientowanie. Tego było już zdecydowanie za dużo i dla niego. Opuścił ręce wzdłuż ciała, by po chwili wpatrywania się w mnie, pozbierał swoją komórkę i niemal wybiegł z mieszkania.
                Chwilę patrzyłem za nim zdezorientowany, a gdy pierwszy szok minął, zsunąłem się po ścianie i zakryłem twarz dłońmi, pozwalając łzom płynąć. Trzeba było po prostu trzymać język za zębami.
***

                Spędziłem samotnie kilka godzin, kręcąc się po mieszkaniu i nie wiedząc co ze sobą zrobić. Patryk zabrał samochód i nie miałem nawet możliwości, by pojechać do stajni i zająć myśli pracą przy Sarnadzie. Zamiast tego, rozkładałem kłótnię z Patrykiem na czynniki pierwsze, zadręczając się każdym wypowiedzianym przez nas słowem.
                Chciałem wezwać taksówkę, by pojechać do stajni, ale nie miałem nawet dostępu do Internetu, by sprawdzić numer. A i nikogo nie potrafiłem zapytać, bo z naszej dwójki to Patryk znał czeski. Mógłbym spróbować po polsku, ale bałem się, że w trakcie rozmowy najzwyczajniej rozpłaczę się z frustracji. Moje nerwy były zszarpane jak tylko się dało. Miałem dość.
                W końcu wpadłem na jeszcze jedną możliwość. Wyciągnąłem komórkę i zadzwoniłem do Daniela. Jeśli byłem tu uziemiony, to chociaż się komuś wygadam. Inaczej zupełnie zwariuję.
                – Seba! Właśnie o tobie myślałem! – zawołał mężczyzna na powitanie. – Miałeś dzwonić wcześniej.
                – Wybacz – wychlipałem. – Zapomniałem…
                – Płaczesz? – zaniepokoił się. Jego wesołość znikła.
                – Tak. Przepraszam, ale muszę z kimś pogadać… – Usiadłem w miejscu, w którym stałem i zgarbiłem się, wtulając telefon do ucha.
                – Nie przepraszaj, przecież po to jestem, nie? Co się stało?
                – Pokłóciłem się z Patrykiem… Poszarpaliśmy się i teraz jestem uziemiony w mieszkaniu… – jęknąłem. – Nie wiem, co robić.
                – Jakim mieszkaniu? Gdzie ty jesteś?
                – W Pardubicach.
                – Gdzie?! Przecież to w Czechach…
                – No tak. Wczoraj mieliśmy zawody… Daniel, ja jestem takim idiotą… Chyba zniszczyłem dzisiaj wszystko między nami… – Rozpłakałem się jeszcze mocniej. Bałem się, że po tym wszystkim, Patryk nie będzie chciał się już do mnie zbliżyć. Przecież od dziś byłem dla niego wrogiem.
                – Sebastian… Jeśli chcesz się tylko wygadać to proszę bardzo – powiedział łagodnie. – Ale jeśli chcesz, żebym ci pomógł, to muszę wiedzieć o co chodzi…
                Zacząłem opowiadać wszystko od początku.

8 listopada 2016

Wiersz "Problemowy error"

Są pewne momenty
dość częste niekiedy
że patrząc w ścianę nie wiesz
jak obejść ją na wskroś

6 listopada 2016

2 listopada 2016

Zapowiedź

Jeszcze nie jestem pewna jak nazwać nowe opowiadanie. Prawdopodobnie "Cofnij, powtórz", ale mogę się jeszcze rozmyślić :) W każdym razie zanim wydam Basistę, na blogu pojawi się właśnie to dzieło. O wiele krótsze i mniej wymagające.
Ale więcej dowiecie się po zakończeniu Gonitwy :)

A tutaj link do piosenki, która doskonale nadaje się na zwiastun

[18] Gonitwa


                Serce podeszło mi do gardła, gdy ogier wybronił się od upadku i popędził dalej. Moje myśli kręciły się tylko wokół tego, czy wszystko z nim w porządku. Jednak to były ostatnie metry, a my i tak straciliśmy prędkość i zostaliśmy wyprzedzeni przez paru innych jeźdźców. Musiałem go pogonić batem, by nie stracić możliwości zakwalifikowania się do Pardubickiej. Grom śmignął obok nas, a Sarnad w końcu przyśpieszył, dorównując mu kroku. Przejechaliśmy przez metę zaraz za nim.
                Zwolniłem do kłusa i wczułem się w rytm ogiera, sprawdzając czy nie kuleje. Niby wszystko było dobrze, ale i tak po chwili zatrzymałem go i zeskoczyłem na ziemię. Obejrzałem każdą z jego nóg, upewniając się, że nie ma żadnych obrażeń.
                – Co się stało?! – zapytał Patryk, podjeżdżając do nas. – Myślałem, że zlecisz!
                Spojrzałem na niego ze strachem w oczach. Wszystko skończyło się dobrze, ale czułem się tak, jakbym dostał obuchem. Dźwięczało mi w uszach nieprzyjemnie, a serce nadal waliło boleśnie.
                Chłopak zeskoczył z Groma i nie bacząc na to, jak może to wyglądać, przytulił mnie mocno. Zesztywniałem nieznacznie, nie wiedząc jak się zachować. Z jednej strony chciałem się w niego wtulić, z drugiej nie mogłem tego zrobić. Obok nas stał cały tłum ludzi.
                – Już dobrze – szepnął. – Znajdziemy później jakieś miejsce, żeby porozmawiać, dobrze?
                Kiwnąłem głową i klepnąłem go w ramię.
                Uścisk nie trwał dłużej niż kilka sekund, więc mogliśmy to zwalić na radość z pokonanej trasy, choć oznaczał zgoła co innego. Wsiedliśmy jeszcze na moment na konie, by przekłusować kawałek. Dopiero później wróciliśmy do stajni i zaczęliśmy je rozsiodływać. Ruch teraz był jak w ulu, co mnie dodatkowo dobijało. Potrzebowałem samotności na odetchnięcie i ściągnięcie z siebie maski obojętności.
                Gdy odłożyliśmy sprzęt na miejsce, raz jeszcze sprawdziliśmy razem, czy Sarnad nie ma żadnej kontuzji. Akurat, gdy kończyliśmy, przyszedł Tomasz.
                – Wszystko z nim w porządku? – zapytał z przejęciem w głosie.
                – Chyba tak – mruknąłem.
                – A z tobą?
                Wzruszyłem ramionami i wpatrzyłem się w słomę. Nie miałem ochoty odpowiadać. W tej chwili cała moja złość skupiła się na mężczyźnie. W końcu to przez niego tu wylądowałem.
                – Sebastian, musisz go pilnować przed każdym skokiem – zaczął mi tłumaczyć. – Wiesz, że gdy czuje prędkość, zapomina o dokładności…
                – Trenerze – przerwał mu Patryk. – Myślę, że on doskonale wie, gdzie popełnił błąd.
                Tomasz spojrzał na niego z zaskoczeniem, które jeszcze się pogłębiło, gdy szatyn stanął obok mnie i objął za szyję.
                – Chodź coś zjeść – powiedział spokojnie, patrząc z uwagą na mój profil. – Nie wiem jak ty, ale ja od rana nie mogłem nic przełknąć.
                Kiwnąłem jedynie głową i nie patrząc na trenera, wyszedłem wraz z Patrykiem z boksu. Na korytarzu puścił mnie i obaj skierowaliśmy się w stronę pomieszczenia, gdzie kilkanaście minut temu odkładaliśmy sprzęt. Wcześniej zastanawialiśmy się, czy wykupić szafkę, czy zostawiać rzeczy w samochodzie. Wynajem był drogi, ale teraz cieszyliśmy się, że skorzystaliśmy z tej opcji. Mogliśmy ściągnąć z siebie bluzy i ochraniacze, zostając w samych koszulkach na ramiączkach i białych bryczesach, wybrudzonych piachem po gonitwie. Ogólnie cali byliśmy skurzeni.
                – Gdzie pójdziemy? – zapytał chłopak, gdy byliśmy już gotowi.
                – Nie wiem, ale jeść mi się nie chce.
                 – No to poszukajmy jakiegoś pustego miejsca.
                Owo „puste miejsce” znaleźliśmy w parku niedaleko, pomiędzy torem a lotniskiem. Usiedliśmy pod jednym z drzew. Odetchnąłem z ulgą, opuszczając maskę obojętności i chowając twarz w dłoniach. Nie znosiłem pokazywać słabości.
                – Seba, spójrz na mnie – poprosił Patryk, a gdy to zrobiłem, złożył na moich ustach delikatny pocałunek. – To się zdarza. Sarnad jest silny, dlatego się wybronił. Następnym razem musisz uważać na jego skupienie, nic więcej.
                – Wiem, nie o to chodzi – szepnąłem. – Po prostu się wystraszyłem. O niego, nie o mnie. Bałem się, że sobie coś zrobił. To byłaby moja wina…
                – Niby dlaczego? – prychnął chłopak.
                – Bo pozwoliłem na to… Ja… Tak naprawdę dopiero od niedawna wiem, na co naprawdę się zgodziłem.
                – Przecież rozmawialiśmy o mojej mamie.
                – Tak. – Westchnąłem. – Ale nigdy nie sądziłem, że podczas tego wyścigu konie łamią sobie nogi.
                – Na każdym wyścigu jest to możliwe. Nawet w zabawie na łące mogą sobie coś zrobić – zauważył. – Takie są, nic za to nie poradzimy.
                – Ale nie trzeba temu pomagać! – jęknąłem z pretensją. Zacisnąłem usta i odwróciłem głowę.
Dla mnie wyścigi były nienaturalne i niepotrzebne. Stworzone jedynie dla pieniędzy. Nie potrafiłem przestać tak o nich myśleć. Nie wiedziałem, co mogłoby zmienić moje zdanie. Czasem dziwiłem się skąd mi się to wzięło. W końcu wychowałem się w stajni wyścigowej, powinienem przejąć poglądy z mojego otoczenia.
                – Sebastian. – Zmusił mnie bym na niego spojrzał. – Każdy sport jest wymagający. Kontuzyjny i niszczący dla tych, co chcą być lepsi od innych. Jeździectwo jest o tyle specyficzne, że do tego wciąga konie. Ale jeśli robi się to z głową…
                – Właśnie o to chodzi! Ta gonitwa nie jest zrobiona z głową! – krzyknąłem.
                Patryk przymknął oczy i oparł głowę o moje ramię.
                – Dlaczego więc tu jesteś? Dlaczego wciąż jeździsz w wyścigach? Jesteś do cholery jednym z najlepszych w swoim roczniku.
                Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Wiedziałem, że jestem dobry. Ale do tej pory twierdziłem, że to dzięki koniom Tomasza wygrywam wyścigi. Jeszcze przed swoimi dwudziestymi urodzinami zdobyłem tytuł dżokeja, a później przystopowałem z ilością zawodów, bo miałem ich naprawdę dość. Zdobyłem zaufanie i szacunek u Tomasza i to mi wystarczało.
                Nigdy nie wiedziałem jaką inną drogę mogę wybrać. Zawsze były tylko konie i stadnina Rodeli. Nie znałem innego życia.
                – Nie wiem – szepnąłem. – Ale za miesiąc mam ostatni wyścig.
                – Myślisz, że zdołasz z tym skończyć?
                – Z czym?
                – Z końmi.
                – Z nimi nigdy nie skończę. Po prostu przestanę brać udział w gonitwach.
                – I co zrobisz? Tomasz ci na to nie pozwoli. Zbyt wiele w ciebie zainwestował. – Przesunął palcami po moim policzku. – To jest biznes, Seba. Wciągnęliśmy się do tego nawet nie wiedząc kiedy.
                – Myślisz, że mnie zmusi? – Uniosłem brwi.
                – Myślę, że znajdzie sposób – stwierdził. – Teraz tak nie jest? Gdybyś nie był tak przywiązany do Sarnada, nie rzuciłbyś tego w cholerę?
                Zacisnąłem usta. Tak. Rzuciłbym to i miał gdzieś tą całą szopkę. Jestem tu, bo przynajmniej mam pewność, że nikt nie skrzywdzi gniadosza, a ja zrobię wszystko, by przebiegł Pardubicką najbezpieczniej jak tylko się da. Nie muszę wygrać. Mam tylko nie spaść.
                – Co zrobisz po gonitwie? – szepnąłem po chwili milczenia. Obawiałem się tego, co mogę usłyszeć, ale nie mogłem się wciąż oszukiwać.
                – Wrócę do ojca… przyjaciół – odpowiedział cicho i objął mnie mocno. – Te pół roku jest jak sen, muszę się w końcu z niego obudzić.
                Przymknąłem oczy, czując napływające łzy. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz płakałem. Było mi wstyd, że pozwoliłem sobie na jakiekolwiek uczucia względem niego, bo przecież wiedziałem jak to się skończy. A teraz nie mogłem powstrzymać bólu, które zaczęło rozsadzać moją klatkę piersiową od środka.
                – Sebastian… – wyszeptał tuż przy moim uchu i starł palcami pierwszą łzę na moim policzku. – O Boże… Nie płacz.
                – Nie. Zostaw. – Odwróciłem od niego twarz. Nie chciałem, by widział jak bardzo mnie to boli. Jednak on podniósł się i usiadł okrakiem na moich biodrach, zmuszając bym na niego spojrzał.
                – Seba, przecież to nie musi oznaczać, że my… – zaciął się, nie wiedząc jak określić naszą relację.
                – Nie jesteśmy razem – przypomniałem. – Nie musisz mi się tłumaczyć.
                – Wiem, do cholery, co do mnie czujesz! – warknął, a ja otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia. – Nie jestem taki jak ty, nie potrafię uprawiać seksu z przypadkowymi osobami. Może nadal czuję coś do Adama, ale to powoli gaśnie, gdy jesteś w pobliżu…
                – O czym ty mówisz? – zapytałem skołowany. Bałem się dopuścić do siebie możliwość, że odwzajemni moje uczucia. Przy rozstaniu skrzywdziłoby mnie to jeszcze mocniej.
                – Dla mnie nie ma „tylko seksu”. – Puścił mnie i uniósł dłonie robiąc znak cudzysłowia. – Nie widzisz, że już wcześniej byliśmy dla siebie kimś więcej?
                – Boję się.
                – Czego?
                – Że zbyt bardzo się przywiążę, a później odejdziesz – wyznałem nerwowo. Mój głos się łamał, a łzy spływały po policzkach. – A odejdziesz. Nawet przed chwilą to powiedziałeś…
                – Sebastian. Ty mnie pytałeś co zrobię po gonitwie, więc ci odpowiedziałem. Bo chcę zobaczyć ojca, to chyba normalne, nie? Ale to nie oznacza, że już tam zostanę. Mogę w każdej chwili wrócić, jeśli tylko będę miał do czego… – Pochylił się i oparł czoło o moje. – Myślałem, że to widać. Zależy mi na tobie, Seba…
                Teraz to rozkleiłem się już całkowicie. Z moich ust wyrwał się szloch, a oddech stał się urywany. Przytuliłem się do niego z niepewnością wypisaną na twarz. Tak naprawdę nigdy nie sądziłem, że mogę usłyszeć z ust Patryka te słowa.
                – Serio? – Zaśmiał się krótko, obejmując mnie mocno. – Czemu do cholery jeszcze bardziej płaczesz?
                – Nie wiem – jęknąłem i zaśmiałem się przez łzy, co wyszło wyjątkowo żałośnie. – Kocham cię…
                – Wiem, skarbie – szepnął mi do ucha. Odsunął się odrobinę i pocałował mnie mocno, wplatając palce w moje włosy.
                Westchnąłem cicho i oddałem pieszczotę z całą pasją, jaką w sobie miałem. Świat zawęził się do tego jednego uczucia, które kiełkowało się w mojej duszy. Nadziei.
***

                Wróciliśmy na tor jakiś czas później. Ludzie już się rozeszli, a niektórzy zabierali swoje konie i sprzęt do przyczep. Stadnina pustoszała, a ruch malał z każdą mijającą chwilą. Zerknęliśmy na moment do ogierów i poszliśmy znaleźć jakąś budkę z jedzeniem. Oboje byliśmy już bardzo głodni.
                Kupiliśmy kebaba i usiedliśmy na pustych trybunach. Jeszcze tylko parę osób zajmowało miejsca, czekając nie wiadomo na co. Być może aż kolejka przy zakładach się zmniejszy i będą mogli podejść. Dziś wiele ludzi obstawiało swoich faworytów.
                – Robiłeś to kiedyś? – zapytałem Patryka, zaczynając jeść swoje śniadanie i obiad w jednym. Żołądek nadal miałem ściśnięty, ale mimo to czułem już głód. Kebab był dobry, a już w szczególności sos, którym był polany.
                – Co? – mruknął z niezrozumieniem.
                Miałem pełne usta, wiec wskazałem na tłumek ludzi, czekający na swoją kolej przy kasach hazardowych.
                – Nie. No coś ty. Nie mógłbym postawić na samego siebie. – Zaśmiał się radośnie.
                – Aż taki pewny siebie jesteś? – Szturchnąłem go kolanem i wpatrzyłem się na wielkie pole przed nami. Zawsze podobał mi się tor pardubicki, mimo, że do tej pory widywałem go jedynie na zdjęciach. Wydawał się być naturalny, mimo ingerencji człowieka. Po lewej stronie ciągnął się nawet mini las, wokół którego dziś jechaliśmy.
                – A ty próbowałeś szczęścia? – zainteresował się, ignorując mój wcześniejszy komentarz.
                – Nie mam szczęścia, więc szkoda kasy. – Wzruszyłem ramionami i znów wgryzłem się w kebab. Jakby na potwierdzenie moich słów, trochę sałaty wylądowało mi na bryczesach. – Szlak! – warknąłem, a chłopak zaczął się śmiać, pochylając się w przód, by i jemu nic nie spadło na spodnie.
                – Fakt. Szybko byś zbankrutował – prychnął.
***

Rozdzieliliśmy się, by poszukać trenera. Chcieliśmy już wracać do mieszkania i umyć się z brudu. Choć bardziej miałem ochotę walnąć się po prostu na łóżko i zasnąć. Wykończyły mnie emocje dzisiejszego dnia.
Umówiliśmy się z Patrykiem, że on przeszuka trybuny, ja stajnie, a później się zdzwonimy. Tomasz jak zwykle zostawił komórkę w aucie i nie było szans się z nim skontaktować.
Pierwsze, co zrobiłem, to sprawdzenie stajni, gdzie stały nasze konie. Przeszedłem wzdłuż korytarza, zerkając do każdego z boksów, bo możliwe było, że się z kimś zagadał. Niestety w pobliżu stało jedynie kilka obcych mi osób. Skierowałem się do naszej szatni, mając nadzieję, że tam go zastanę. Nie miałem ochoty łazić po kilku innych stajniach. Nadal nie znałem dobrze całego obiektu.
Na szczęście w pomieszczeniu gospodarczym usłyszałem znajome głosy. Stanąłem przy uchylonych drzwiach i chwyciłem za klamkę.
– Nie wiem jak mam gadać z tym chłopakiem – powiedział trener do kogoś, a ja zastygłem.
– Przecież świetnie jeździ. Czego chcesz więcej? – Drugą osobą był Adam, stwierdziłem z zaskoczeniem. Co on tutaj robi?
– Wiem. Jest świetny, radzi sobie z Sarnadem, ale widzę, że on nie chce wygrać, tylko bezpiecznie przejechać. A ja już dostaję propozycje kupna tego konia. Nie mogę pozwolić, by źle wypadł, jeśli chcę dostać za niego odpowiednią sumę.
– Przecież nawet jeśli nie wygra, będą się o niego bić. To jeden z najlepszych polskich koni. Wszyscy to wiedzą.
– Może…
Odsunąłem się od drzwi i szybkim krokiem ruszyłem w stronę boksu Sarnada. Czułem się, jakby ziemia usuwała mi się spod stóp. Wpadłem do niego i usiadłem na słomie, tak, by ktoś przechodzący korytarzem nie mógł mnie zobaczyć. Ogier spojrzał na mnie pytająco i zniżył łeb, by delikatnie powąchać moje ramię. Pogładziłem jego cudowną sierść, przygryzając przy tym mocno usta.
Obojętnie co zrobię, on i tak zostanie sprzedany, pomyślałem z rozpaczą.
Drugi raz tego dnia zapłakałem.

26 października 2016

[17] Gonitwa


                Ostatnie tygodnie przed wyjazdem do Pardubic spędziliśmy na trenowaniu skoków i wytrzymałości koni. Także pierwszy raz, odkąd dowiedziałem się o wyścigu, zajrzałem na stronę internetową toru. I muszę powiedzieć, że mnie to przeraziło.
                Fakt. Wiedziałem, że to jest jedna z najtrudniejszych gonitw świata. Fakt. Zdawałem sobie sprawę, że jest karkołomna. Fakt. Powinienem o wiele wcześniej się tym zainteresować, ale mój cholerny olewatorski charakter nie zapalił wcześniej czerwonej lampki. A nieczęsto interesowałem się wiadomościami, czy grzebałem w Internecie.
Ta gonitwa to rzeź, a nie bieg!
Studiowałem po kolei każdą przeszkodę blednąc coraz bardziej. Zaufałem Tomaszowi, myślałem, że wie co robi, że ma świadomość moich ograniczeń i nie spróbuje ich nagiąć. Nigdy tego nie robił. A teraz, gdy straciłem czujność, on postanowił wykorzystać mnie w najgorszy możliwy sposób. Nie mogłem mu teraz odmówić. Miałem związane ręce, musiałem wziąć w tym udział.
Tak. Z pewnością jest to ostatni raz, gdy godzę się na zawody. Później odchodzę. Mam dość.
Czy dałem coś po sobie znać, że mi nie pasuje? Nie. Ani trener, ani Patryk nie zdawali sobie sprawy, że nagle mnie olśniło w czym biorę udział. Nie musieli wiedzieć. Pojadę w tym wyścigu. Jednak jeśli coś stanie się Sarnadowi, nigdy sobie tego nie wybaczę. Już lepiej, żebym ja zginął.
***

Późnym wieczorem piątego września dotarliśmy do Pardubic. Z Patrykiem wprowadziliśmy Groma i Sarnada do wynajętych boksów, podczas gdy trener dogrywał formalności.
Rozglądałem się po ogromnej stajni z zaciekawieniem. Wiedziałem, że nie jest jedyną w tym ośrodku, ale nie znałem ich dokładniej liczby. Teraz było już późno, żeby samemu to sprawdzić, a zapytać nie było kogo. Byliśmy jedynymi ludźmi w zasięgu wzroku. Chociaż nie robiło to zbytniej różnicy, bo nie znałem czeskiego.
Na pierwszy rzut oka widać było, że niedawno wyremontowali obiekt. Nowo pomalowana stajnia, niezacinające się przesuwane drzwi boksów i czystość wkoło dawało naprawdę wspaniały efekt. Było profesjonalnie, co bardzo mi się podobało. Miałem nadzieję, że nie zawiodę się też na jakości zawodów. A przede wszystkim na bezpieczeństwie.
– Chodź do auta – powiedziałem do Patryka zmęczonym głosem. Nasze ogiery miały zapewnione czystość, wodę i jedzenie. Tyle mi wystarczyło na tę chwilę. – Zasypiam na stojąco…
– No. Droga była straszna. – Szatyn zamknął boks Groma, objął mnie ramieniem za szyję i wyszliśmy razem na dziedziniec.
Ciemność nocy rozjaśniały liczne lampy, które nadawały temu miejscu specyficzny klimat. Trochę jak w horrorach. Zawsze miałem wrażenie, że tory i stajnie wyglądają upiornie, gdy nie ma w nich ruchu.
 Wsiedliśmy do auta (na szczęście wcześniej wziąłem od Tomasza kluczyki – mogłem już przewidzieć, że się zagada) i oparliśmy się o siebie, czekając aż trener łaskawie przyjdzie z powrotem. Ogólnie nie powinniśmy przyjeżdżać tak późno. Zakwaterowanie mieliśmy do osiemnastej, jednak korki na drodze uniemożliwiły nam dojazd na czas. Tomasz musiał uprzedzić, że się spóźnimy i miałem niezły ubaw z jego czeskiego. Bardziej to brzmiało jakby mówił jakąś dziwną gwarą polską… No ale ważne, że w końcu się dogadał.
– Seba. – Odzyskując świadomość, poczułem dotyk na udzie. Nawet się nie zorientowałem, kiedy zasnąłem. – Jesteśmy na miejscu – poinformował Patryk. – Wstawaj.
– Mhm – mruknąłem.
– No już. Tu też jesteśmy spóźnieni. Mam dość tłumaczenia… – westchnął trener i wysiadł z auta.
Okazało się, że jesteśmy już pod hotelem, a przyczepa do przewozu koni tajemniczo znikła. Pewnie zostawili ją gdzieś przy stajni.
Pokój… A raczej małe mieszkanie, które wynajęliśmy w tak zwanym hotelu, składał się z trzech pomieszczeń. Sypialni z trzema łóżkami. Kuchni, jadalni i salonu w jednym. I łazienki. Było domowo i przytulnie, ale przede wszystkim tanio i w miarę blisko toru. Miałem tu spędzić z Patrykiem najbliższy miesiąc, a trener miał jechać do Polski zaraz po kwalifikacjach. Trochę bawiło mnie, że nawet nie brał pod uwagę tego, że się nie zakwalifikujemy do gonitwy.
– Padam – westchnąłem i tak jak stałem, walnąłem się na najbliższe łóżko, gdy znaleźliśmy się w sypialni. Nic mnie tak nie wykańcza jak jazda autem.
– Byś chociaż zmienił ubrania. – Zaśmiał się Patryk i usiadł na posłaniu naprzeciw mojego. Trener zaś rzucił swoją torbę na te najdalsze i już jedyne wolne łóżko.
– Czyste jest. – Spojrzałem na niego, wyginając się przy tym mocno. – W ogóle wziąłeś swój strój dżokejski?
Chłopak nagle otworzył szerzej oczy i usta, robiąc tak zabawną minę, że dostałem głupawki. Zapomniał, wiedziałem już wcześniej i zastanawiałem się, kiedy sobie przypomni. Jeszcze w domu zauważyłem, że zostawił ubrania, więc spakowałem je do swojej torby. Aż miałem ochotę sam sobie przybić piątkę, widząc przerażenie jakie wywołały w nim moje słowa.
– Nie zabrałeś tego?! – Trener spojrzał na chłopaka z niedowierzaniem.
– Ja… – Zacisnął usta i jęknął. – Można to uszyć, albo coś…?
Opanowując powoli śmiech, podniosłem się i zacząłem grzebać w swojej torbie. Po chwili rzuciłem zgubą w chłopaka.
– Jesteś mi winien przysługę – powiedziałem z uśmiechem. Kątem oka zauważyłem, że trener prycha z rozbawieniem. On też miał dość tego dnia. A może przede wszystkim on, w końcu wszystko nam załatwiał.
– Boże… Dzięki, Seba… – jęknął Patryk. – Na śmierć zapomniałem.
– Do usług – prychnąłem i znowu walnąłem się na łóżko. Skopałem buty ze stóp i zawinąłem się w świeżą pościel. – A teraz dobranoc.
***

Nad ranem obudził mnie pocałunek. Mruknąłem coś niewyraźnie, wtulając się w ciało obok mnie. Przez ostatnie tygodnie przyzwyczaiłem się, że śpię z Patrykiem…
Zaraz. Ale my nie jesteśmy w domu.
Zerwałem się gwałtownie z miejsca i rozejrzałem po jasnym pokoju. Pomarańczowe ściany oświetlone słońcem raziły mnie niemiłosiernie. Rozluźniłem się, gdy dostrzegłem, że trenera nie ma w sypialni.
– Oszalałeś? – syknąłem cicho. – Gdzie Tomasz?
– Wyszedł. Spokojnie. – Patryk uniósł kąciki ust w górę i pociągnął mnie na materac. – Musiał coś załatwić… – Odrzucił kołdrę na ziemię i wsunął się na mnie.
– Może zaraz wrócić – powiedziałem już normalnym tonem. – Nie przesadzaj…
Zostałem jednak jawnie zignorowany i uciszony pocałunkiem. Język chłopaka wdarł się między moje usta. Sapnąłem cicho, czując jak moje ciało mnie zdradza, pokazując pożądanie na policzkach i w kroczu.
Od naszego pierwszego razu kochaliśmy się codziennie i chcąc nie chcąc (no może bardziej chcąc) przyzwyczaiłem się do tego. Oboje mieliśmy jednak świadomość, że teraz musimy przystopować. A przynajmniej do czasu, gdy trener będzie w Pardubicach.
– Patryk, nie – westchnąłem, gdy jego dłonie zawędrowały pod moją koszulę, której wczoraj wieczorem nie zdjąłem. On, w przeciwieństwie do mnie, nie był tak leniwy i miał na sobie piżamę.
– Co nie? – droczył się, przesuwając dłoń w dół i łapiąc z wyczuciem mojego penisa. W tym momencie już wiedział, że nie jestem obojętny na jego poczynania.
Gdy zaczął mnie powoli pieścić, poddałem się temu całkowicie, rozluźniając się i wzdychając. Trudno. Najwyżej usłyszymy jak będzie wchodził…
I jak na złość drzwi trzasnęły.
Patryk zerwał się gwałtownie i kucnął przy swojej torbie, niby chcąc szukać ubrań na dzisiaj. Ja zaś naciągnąłem na siebie pościel i przewróciłem się na bok, czując przyjemne mrowienie w dolnych częściach ciała. Uch. Jak ja go nienawidzę…
– Wstaliście już? – zapytał trener, wchodząc do pokoju. Oboje spojrzeliśmy na niego. Miał na sobie typowy dla siebie strój… kowbojski – matko, trzymaj mnie – a w ręku siatkę z pieczywem.
– Ta – mruknąłem trochę zbyt bardzo zachrypniętym głosem. – Już wstaję.
– No ja myślę. Kupić, kupiłem, ale robić wam śniadania nie będę – powiedział i ruszył do kuchni.
– Coś załatwić? – prychnąłem w stronę Patryka, a w odpowiedzi dostałem wzruszenie ramion.
Zanim zdążył cokolwiek zrobić, ja wziąłem ze sobą całą torbę i zamknąłem się w łazience. Usłyszałem jeszcze z pokoju ciche przekleństwo. Ma za swoje, pomyślałem z satysfakcją. Jeśli chce, może paradować przed Tomaszem z erekcją.
***

Te kilka dni do dziewiątego września minęły nam dość spokojnie. Z niczym się nie spieszyliśmy, jadąc rano do stajni i też nic nie goniło nas, żeby wracać. Z Patrykiem jedyne zadanie jakie mieliśmy do wykonania, to sprzątnięcie boksów naszych koni i trening. Jedzenie dostawały od kogoś z pracowników, więc o to nie musieliśmy się martwić.
Za to zmartwieniem były nasze posiłki. Już pierwszego dnia dostrzegłem, że ani trener, ale szatyn nie potrafią gotować. Ba. Oni nawet chleba nie ukroją prosto. Koszmar. Widząc ich poczynania, już po pół godzinie wywaliłem ich z kuchni i od tamtej pory to ja szykowałem żarcie. Na szczęście obyło się bez głupich komentarzy, których spodziewałem się ze strony Patryka. Miałem wrażenie, że jest na mnie obrażony, bo od pierwszego poranka w hotelu nie dotknął mnie ani razu. Brakowało mi tego, ale nie chciałem się dopominać. Wiedziałem, że później chciałbym coraz więcej, a nie mogliśmy sobie pozwolić na wpadkę.
                W każdym razie dziewiątego września nieuchronnie i najbardziej jak się da nieodpowiedzialnie wylądowałem z Sarnadem na torze w Pardubicach, by dzięki temu niespełna dziesięciominutowego biegu dostać kwalifikacje na jedną z najtrudniejszych gonitw świata. Teraz miałem pokonać jedynie część tego, co czekałoby mnie za miesiąc, gdybym nie spadł i utrzymał się chociaż w połowie stawki.
                Mógłbym spaść, pomyślałem, jadąc na gniadoszu. Kręciłem się przed linią startu razem z innymi dżokejami i ich wierzchowcami, biorącymi udział w dzisiejszej gonitwie, czekając aż organizatorzy dadzą nam sygnał, by się przygotować. Tu, na szczęście, nie było żadnych maszyn i cholernej technologii, których nie cierpiałem.
                – Sebastian! – zawołał Patryk, wyrywając mnie z zamyślenia. Uderzył mnie w ramię, gdy podjechał wystarczająco blisko. – Ocknij się. Co jest?
                – Nic – mruknąłem, spoglądając na jego skupiony wyraz twarzy. W przeciwieństwie do mnie, chciał wygrać. Nagle przypomniał mi się powód, dla którego tu był. To tutaj zginęła jego matka. – Dobrze się czujesz? – zapytałem z obawą. Może jego wcześniejsze zachowanie było z tym związane?
                – Nie lepiej niż zwykle przed startem. – Wzruszył ramionami i poklepał Groma po boku. – Ale on mi pomaga. Widzimy się na mecie, nie? – Uśmiechnął się zbyt nerwowo jak na siebie.
                – Pewnie. Powodzenia. – Na sekundę ścisnąłem jego dłoń i wbiłem wzrok w kobietę, która miała puścić sznur, rozciągnięty przez całą szerokość toru.
                Po raz pierwszy nie czułem presji. Masę obcych ludzi patrzyło na nas zza ogrodzenia, a kamery nagrywały nasze poczynania. Następne minuty miały zdecydować o mojej przyszłości, a ja miałem to wszystko gdzieś. Nie będę celowo tego psuł, pomyślałem, ale nie będę też temu pomagał.
                W końcu zobaczyliśmy jak kobieta wchodzi na podest, trzymając w ręku czerwoną flagę i sznur. Przymknąłem na sekundę oczy, skupiając się na tym, co mnie za chwilę czeka. Byłem gotowy jak jeszcze nigdy w życiu. To ode mnie zależy, czy Sarnad dobrze i bezpiecznie pokona każdą przeszkodę na ponad czterokilometrowej trasie. Nie było już odwrotu.
                Wbiłem wzrok w powiewającą flagę. Ustawiłem się wraz z innymi przodem do startu. Gdy flaga opadnie, ruszamy – powtarzałem sobie w myślach.
                W sumie nawet nie musiałem tego robić, bo gdy tylko dostaliśmy sygnał, a sznur opadł, konie ruszyły, a Sarnad wraz z nimi. Pierwsze przeszkody każdy pokonał bez problemu. Mogłem to stwierdzić, bo byłem na samym końcu. Grom jedynie majaczył się gdzieś przede mną, co chwilę zasłaniany przez któregoś z naszych przeciwników.
Co jak co, ale start zawaliłem i byłem zmuszony jechać za stadem koni, nie mając za bardzo jak przecisnąć się do przodu. Nie żeby mi to przeszkadzało.
                Moja sytuacja zmieniła się dopiero na jednej z przeszkód o nazwie „irlandzka ława”, czyli wale o wysokości dwóch metrów na naszej drodze. Jeden z jeźdźców przede mną zachwiał się, gdy jego koń wskoczył na wzniesienie. Szarpnąłem Sarnada, by zwolnił i skręcił w bok. I całe szczęście, bo nieszczęśnik wylądowałby zaraz pod jego kopytami. Dopiero wtedy postanowiłem wyprzedzić parę koni. Nie chciałem być narażony na każdą osobę, która zleci z siodła. Przestałem hamować Sarnada, pozwalając mu dołączyć do pędzącego Groma. Udało się to dopiero po dwóch kolejnych przeszkodach. Spojrzeliśmy na siebie z Patrykiem.
Tak. Tu mogliśmy się utrzymać. Teraz ważne, żeby nie zlecieć. Nie chcieliśmy popędzać koni bardziej, bo przed nami nie było nawet połowy trasy, a pole piachu, na które właśnie wjechaliśmy, nie było czymś, co nasze konie znały. Sarnad nawet zmylił krok, zaskoczony, jednak szybko się opanował.
Pokonywaliśmy kolejne metry i przeszkody, a ja zaczynałem wierzyć, że mi się uda. Że to wcale nie jest takie trudne jak wszyscy opowiadali. Sarnad spisywał się znakomicie, reagując na każde moje skinienie. Mój mózg pracował intensywnie, wybierając najlepszą drogę dla konia, a serce mocno biło w piersi, sprawiając, że adrenalina krążyła w żyłach równym, silnym rytmem. Nie czułem bólu mięśni, ani niepewności. Ufałem ogierowi, a on odpowiadał mi tym samym. To było niesamowite. Jakbym był z moim wierzchowcem jednym ciałem. Jakbym potrafił latać.
Pod koniec trasy wstąpił we mnie inny człowiek. Nie starczało mi to, co teraz miałem. Sarnada było stać na wygraną i postanowiłem po nią sięgnąć. Przecież czułem przez cały ten czas, że hamuję ogiera.
– Teraz! – krzyknąłem do Patryka i przed ostatnią przeszkodą przyśpieszyłem, odbijając na zewnętrzną. Nie wiedziałem, czy chłopak podążył za mną, ale w tym momencie niewiele mnie to obchodziło.
Sarnad ochoczo wyrwał do przodu, wydłużając krok. To był koń stworzony do wyścigów, do prędkości. Miał to, czego mi brakowało. Wolę walki. Postanowiłem to wykorzystać, pozwalając mu przejąć stery.
I to był błąd.
Przeskoczyliśmy ostatnią przeszkodę jako piąta para, a w chwili lądowania poczułem szarpnięcie. Sarnad stracił równowagę.

20 października 2016

Wiersz "Jesteś autorem powieści"

Czujesz radość, czujesz smutek
Pisząc, czujesz oburzenie
Jesteś słońcem, jesteś krzewem
Nazywasz się obcym imieniem