16 listopada 2016

[20] Gonitwa


Rozmawiałem z Danielem niemal dwie godziny. Wsłuchując się w jego spokojny głos, sam poczułem się o wiele lepiej. Nie wiedziałem co będzie dalej ze mną i Patrykiem, ale wiedziałem, że oboje daliśmy się ponieść emocjom.
 Opowiadając Danielowi o mojej i Patryka relacji, poukładałem sobie w głowie parę rzeczy. Wiedziałem, że ta kłótnia pokazała jedną, bardzo ważną rzecz: tak naprawdę nie miałem pojęcia, komu mogę zaufać – trenerowi czy Patrykowi. Oboje niby chcieli dla mnie dobrze, ale też będą mieć własne korzyści z dawanych mi rad. Daniel również to zauważył. Jednak nie ostrzegał mnie przed żadnym z nich, po prostu stwierdził fakt. W tym momencie czułem, że jedynemu, któremu mogę ufać całkowicie, to Danielowi. On nie miał żadnej korzyści z mojego powodzenia, lub niepowodzenia. Cieszyłem się, że go mam, był jasnym punktem w otaczającej mnie ciemności.
Gdy skończyłem z nim rozmawiać, poszedłem do łazienki, by się wykąpać. Czułem się brudny, choć nawet na chwilę nie wyszedłem z domu. Szybko pozbyłem się swoich ubrań i spojrzałem w lustro.
Jęknąłem, widząc zasinienia na rękach. Dłonie Patryka pozostawiły na mnie bolesne ślady, które szpeciły moje ciało. Przesunąłem po nich dłonią, krzywiąc się z odrazą. Do tego wszystkiego bolał mnie nadgarstek, którym przywaliłem szatynowi. Miałem jedynie nadzieję, że nie zrobiłem sobie czegoś. Miałem opuchniętą dłoń, ale ruszać palcami umiałem, więc nie było tak źle.
 Wszedłem pod prysznic, łudząc się, że zmyję z siebie ślady i wspomnienia dzisiejszego dnia. I przede wszystkim wrażenie, że jestem nieczysty, zbrukany. Nie wiem ile stałem pod lodowatą wodą, ale cały się trząsłem, gdy zakręciłem kran. Myliłem się, sądząc, że to w czymkolwiek mi pomoże. Jeszcze tego brakuje, żebym się przeziębił. Szybko wytarłem się ręcznikiem i ubrałem czarne spodnie od piżamy, marząc, by znaleźć się pod ciepłą kołdrą.
Gdy przekroczyłem próg sypialni, zauważyłem Patryka siedzącego na moim łóżku. Był pochylony w przód i zasłaniał twarz dłońmi, jednak gdy tylko mnie usłyszał, zaraz podniósł głowę. W czasie, gdy brałem prysznic, musiał się przebrać, bo na sobie miał szary dres.
– Seba ja… – zaciął się, patrząc na moje ramiona. Na jego twarzy najpierw malowało się zaskoczenie, by zaraz przerodzić się w strach i zawstydzenie. – O Boże… – Powoli wstał i podszedł do mnie. – Przepraszam – szepnął, stając na wyciągnięcie ręki. Wahał się, czy może podejść bliżej. I dobrze, bo nie byłem pewny czy chcę, żeby mnie dotykał.
On też miał siniaka. Niewielkiego, ale za to w miejscu, gdzie nie może go zasłonić. Na lewej kości policzkowej. W jakimś sensie poprawiło mi to humor. Chciałem, by wiedział, co mnie tak naprawdę w tym wszystkim zabolało. Nie to, że on też chciał wygrać – przecież to było oczywiste – ale chęć zniszczenia mi życia. I sprawienie, że poczułem się jak nic niewarty śmieć.
– Miałeś rację – powiedział nagle skruszony.
– Z czym? – Zapowiadała się kolejna ciężka rozmowa, wiec odłożyłem rzeczy na komodę i sam się o nią oparłem, wbijając wzrok w szatyna.
– Poczułem się zagrożony – wyjaśnił. – Cholera… – Spojrzał na okno, za którym mieliśmy doskonały widok na zachodzące słońce. – Sarnad jest lepszy od Groma. Jeśli będziesz chciał wygrać, to możesz to osiągnąć o wiele łatwiej niż ja…
– Widziałeś co się ostatnio stało – szepnąłem. – To nie jest pewne… Wystarczy trochę dekoncentracji i…
– I co? Mam ci życzyć źle? – prychnął,  znów spoglądając na mnie niebieskimi oczami. – Po prostu dotąd miałeś to gdzieś i nie musiałem się o to martwić. Jeden przeciwnik mniej, nie? Ja miałem powód, by wygrać, a ty żeby przejechać to bezpiecznie. Teraz oświadczasz mi, że MUSISZ wygrać. – Jego spojrzenie znów padło na moje ramiona. – Przepraszam. Poniosło mnie… Gdy do tego wszystkiego mnie jeszcze uderzyłeś…
– A myślisz, że dlaczego to zrobiłem? – przerwałem mu. Chłopak zmieszał się nieznacznie. – Nie chodzi o twoją złość na mnie za chęć wygraną, czy nawet za naiwność – wyjaśniłem spokojnie. – Ale gdy powiedziałeś, że zadzwonisz do Tomasza… I gdy… – Zagryzłem usta. Chciałem, by wiedział jak się poczułem, ale trudno było to powiedzieć na głos. – Myślisz, że jestem twoją zabawką? Oddałem ci się, bo cię kurwa kocham! – krzyknąłem, czując jak zaciśnięte gardło zmienia się powoli w łzy. Na razie udawało mi się je powstrzymać, ale było coraz ciężej. – A po twoich słowach poczułem się jak gówno. Dajka, którą w sumie się przy tobie stałem! – warknąłem z bólem. Żałowałem, że pokazuję przed nim prawdziwego siebie. Że nie mogłem udawać, że mnie to nie rani.
– Nie, Seba… – szepnął, podchodząc do mnie bliżej, a ja momentalnie się spiąłem. – Nigdy tak o tobie nie myślałem… Dałem się ponieść emocjom, chciałem cię skrzywdzić… – Skrzywił się nieznacznie. – Ale mówiłem ci już, że nie jesteś mi obojętny… Nigdy nie…
Zamilkł, gdy minąłem go i ruszyłem w stronę swojego łóżka. Było mi zimno i nie chciałem tego słuchać. Nie potrafiłem wierzyć w jego szczere intencje. Nie w tym momencie, gdy wszyscy wydawali się być wrogami. Wszyscy oprócz Daniela.
Ściągnąłem kołdrę i usiadłem na łóżku, owijając się nią. Uch. O wiele lepiej.
– Seba. – Patryk usiadł obok, na skraju materaca, odwrócony w moją stronę. – Zrozum, ja…
– Czego ty teraz chcesz, co? – zapytałem zmęczony. Oparłem się o ścianę za mną i wpatrzyłem w mężczyznę, którego kocham. Jednak czy to uczucie jest silniejsze od mojej dumy? Nie miałem pojęcia. Jedno jest pewne – zawsze ciężko mi było zaufać. A teraz, widząc jak mocno Patryk może mnie zranić, zacząłem się zastanawiać, czy warto dalej to ciągnąć. Wystarczyłoby kilka niefortunnych słów, by pozbawił mnie przyszłości.
– Jak to co? – Zmarszczył brwi. – Chcę, żebyś mi wybaczył…
Zagryzłem wargi, nie widząc co zrobić. Pogubiłem się. Z jednej strony chciałem powiedzieć mu, że już wszystko dobrze, z drugiej wykrzyczeć w twarz, żeby stąd wyszedł i zostawił mnie w spokoju. Suma summarum w ogóle się nie odezwałem, a on zinterpretował to po swojemu.
– Rozumiem – mruknął i wstał. Rzucił mi jeszcze długie spojrzenie i wyszedł z pokoju.
Gdyby jeszcze można było określić po czyjej stronie leży wina, pomyślałem z westchnieniem. Ale tutaj oboje zawiniliśmy. Pogubiłem się już całkowicie.
***

Następnego dnia razem pojechaliśmy do stajni. Nie odzywaliśmy się do siebie częściej, niż było to potrzebne, ale rozumieliśmy, że jako taka współpraca jest potrzebna. W końcu mieliśmy zająć się ogierami. Tak więc parę minut po ósmej byliśmy już przy koniach. Pracownicy ośrodka nakarmili je wcześniej, więc teraz pozostało nam wyczyścić ogiery, osiodłać i zabrać na trening. Na tor mogliśmy wjechać dopiero o dziesiątej, ale do tego czasu mogliśmy się kręcić po polu obok, więc chcieliśmy z tego skorzystać.
Co jakiś czas krzywiłem się, gdy musiałem przeciążyć prawy nadgarstek. Dzisiaj bolał mnie o wiele bardziej niż wczoraj. Przetarłem go po raz kolejny przy zakładaniu siodła i zakląłem cicho.
– Gdzieś przywalił? – usłyszałem za sobą głos Adama i aż podskoczyłem ze strachu. – Spokojnie – zaśmiał się.
Spojrzałem na niego, stojącego na korytarzu. Zmarszczył brwi, gdy jego wzrok padł na Patryka i chyba już nie musiałem mu odpowiadać na pytanie, bo sam doszedł do właściwych wniosków. Nie dało się nie zauważyć siniaka na twarzy szatyna. Nawet nie próbował go ukrywać. Zresztą obaj nie mieliśmy pojęcia jak mógłby to zrobić.
– Oj, chłopcy – parsknął mężczyzna. – Zostawić was chwilę samych… – Pokręcił głową z rozbawieniem i wszedł do boksu Sarnada. Bez ceregieli chwycił mnie za rękę, na co syknąłem głośno. Zabolało. – Bić to ty się nie potrafisz – stwierdził, oglądając moją dłoń i nie pozwalając, bym ją mu zabrał. Po chwili spojrzał mi w oczy z uwagą. – Nie wsiadaj dzisiaj na Sarnada, no chyba, że chcesz, żeby ci uszkodził palce. Wiem jak szarpie, a ta opuchlizna nie wygląda za dobrze.
– To co mam zrobić? Musimy trenować. – Uniosłem brwi.
– Ależ proszę bardzo. – Wzruszył ramionami. – Ale wyłączysz palce z użytkowania na miesiąc, a nie tydzień. A powiedz mi, kiedy my mamy Wielką Pardubicką? – Udał, że się zastanawia. – Zresztą wsiadaj, jednego przeciwnika mniej. – Mrugnął do mnie i wyszedł z boksu.
Patrzyłem za nim z niedowierzaniem. Serio mogę sobie to pogorszyć? W sumie nie myślałem o tym, czy będzie bolało w trakcie jazdy.
Usłyszałem jak Patryk zamknął Groma, a po chwili znalazł się przy mnie. Jego mina nie wróżyła nic dobrego.
– Ty debilu – syknął, chwytając mnie za rękę tak samo, jak przed chwilą Adam. – Czemu mi nie powiedziałeś?
– Kiedy? – sarknąłem. – Pomiędzy tym jak cię uderzyłem, a zacząłeś mnie szarpać, czy rano, gdy w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy?
Spojrzał na mnie gniewnie i zaczął rozsiodływać Sarnada.
– Co ty robisz? – zapytałem z irytacją.
– Nie będziesz dzisiaj jeździł – oświadczył i położył cały sprzęt przed boksem. Później zrobił to samo z Gromem. Wyszedłem na korytarz, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Obaj zrezygnujemy z treningu? To bez sensu.
– Chodź – rzucił i ruszył w stronę wyjścia ze stajni.
Zaprowadził mnie, jak się okazało, do pielęgniarki, która była w tym ośrodku w razie jakiegoś wypadku. Przy tylu ludziach i zwierzętach musiał być na miejscu jakiś lekarz i weterynarz. Stałem obok Patryka, tłumaczącego coś kobiecie i czułem się naprawdę głupio. Serio byłem aż tak beznadziejny, żeby uderzając kogoś bardziej uszkodzić siebie, niż tą osobę?
Swoją drogą Patryk o wiele lepiej posługiwał się czeskim niż trener. Zastanawiałem się z czego to się brało, przecież mieszkał w Gdańsku i wątpiłem, by często tu przyjeżdżał.
Młoda pielęgniarka spojrzała na mnie, gdy chłopak skończył mówić i wyciągnęła rękę, pewnie chcąc zobaczyć moje… obrażenie. Podałem więc jej dłoń i zaraz skrzywiłem się, gdy nacisnęła na knykcie. Powstrzymałem się od wyrwania ręki, choć było naprawdę ciężko, bo ból przeszył mnie aż do ramienia.
Powiedziała coś do Patryka, który skrzywił się nieznacznie.
– Podejrzewa, że mogłeś wybić sobie kciuka, ale nie jest pewna. Teraz jest ok, bo samo wskoczyło na miejsce, ale nie powinieneś tego nadwyrężać – przetłumaczył.
Kiwnąłem głową. Kobieta puściła mnie i zaczęła szperać w jakiś szafkach.
Po chwili podeszła do mnie z jakąś tubką i zaczęła smarować okolice mojego kciuka i palca wskazującego. Na to założyła mi opatrunek i doprawdy nie miałem pojęcia po co. Przecież ani to usztywnia, ani chroni jakąś ranę… Jednak nie protestowałem. Zresztą nawet nie miałem jak, a nie chciałem, by Patryk tłumaczył o co mi chodzi.
Gdy skończyła, podała mi maść i coś powiedziała. Spojrzałem na Patryka pytająco.
– Masz tym smarować, aż nie zejdzie opuchlizna – wyjaśnił i pożegnał się po czesku. – Później przyjdziemy jej zapłacić za tą maść – powiedział, gdy wyszliśmy z jej gabinetu.
– Mhm – mruknąłem. – Dzięki.
– Jak ty mnie w ogóle walnąłeś? – zapytał nagle, przystając.
Przez chwilę patrzyłem na niego z niezrozumieniem. Jak to „jak”?
– Normalnie… Chyba. – Wzruszyłem ramionami.
– Zaciśnij pięść – poprosił, a ja pomachałem mu obandażowaną dłonią przed oczami, nie było szans, żebym teraz zgiął palce. – Drugą. – Zaśmiał się, a gdy zrobiłem o co prosi, umilkł. – No i wyjaśnione.
– Co?
– Nie możesz trzymać kciuka. – Chwycił mnie za lewą rękę i poprawił moją zaciśniętą pięść. – Inaczej znowu zrobisz sobie krzywdę.
– A co, planujesz znowu dostać? – Uśmiechnąłem się lekko. Jego dotyk poprawiał mi humor. I mimo złości, która jeszcze we mnie siedziała, już wiedziałem, że mu wybaczyłem.
– Wolałbym nie. – Odwzajemnił uśmiech. Jego oczy w końcu przybrały swój naturalny wyraz, co naprawdę przyjąłem z ulgą. Nie czułem się swojo, widząc go w złości, albo smutnego.
Chrząknąłem, czując się coraz bardziej niezręcznie. Jego wzrok palił i miałem ochotę do niego przylgnąć. Nawet jeśli staliśmy na środku korytarza, gdzie każdy mógłby nas zobaczyć.
– To co dzisiaj robimy? – zapytałem, chcąc jakoś przerwać milczenie.
– Nic. – Wzruszył ramionami. – Jutro mogę pojeździć na obu koniach, ale dzisiaj dajmy sobie spokój. – Spojrzał za siebie, jakby upewniając się, że nikogo nie ma, a później bez ostrzeżenia mocno mnie przytulił. – Przepraszam – szepnął mi do ucha, trzymając w żelaznym uścisku, jakby się bał, że mu ucieknę.
– Ja też przepraszam. – Wtuliłem się w niego, zaciskając zdrową dłoń na jego bluzie. Jego zapach mnie uspokajał, koił zszarpane nerwy. Naprawiał to, co zostało rozbite w moim wnętrzu.
Nie wiedziałem co mnie skłoniło do dania mu szansy. Może jego troska o mnie, mimo tego, że byliśmy pokłóceni, może to, że zaczął mi tłumaczyć jak go następnym razem walnąć i nie zrobić sobie przy tym krzywdy… A może po prostu uśmiech, który tak bardzo kochałem.
***

Siedzieliśmy w naszym mieszkaniu na małej kanapie w jadalni z piwem w ręku – oraz pilotem w przypadku Patryka – oparci o siebie i oglądaliśmy Czeską telewizję. Bawił mnie ich język, którego nie potrafiłem przyjąć na poważnie, nawet, gdy trafiliśmy na wiadomości, ogłaszające jakiś tragiczny wypadek. Miałem wyrzuty sumienia, że chce mi się śmiać, a jakaś rodzina, tam gdzieś w świecie, cierpi. Jednak owe wyrzuty były na tyle małe, że nie przeszkadzały mi w naśladowaniu głosu prezenterki, koślawiąc język jak tylko się dało.
– Jesteś okropny – skomentował w pewnym momencie Patryk, przełączając na inny program. – O. Krecik.
Spojrzałem na bajkę, którą doskonale znałem z dzieciństwa. Często oglądałem ją razem z moją siostrą, która jeszcze wtedy nie potrafiła się skupić na niczym dłużej niż pięć minut. Pamiętam, że strasznie się wtedy na nią wkurzałem.
– Dawno tego nie widziałem – wymamrotał ni to do mnie, ni do siebie. Znowu przełączył kanał i przechylił głowę, wsłuchując się w program przyrodniczy o mrówkach.
Uniosłem kąciki ust w rozbawieniu, widząc jak bardzo skupia się na treści.
– Skąd znasz czeski? – zapytałem po chwili wpatrywania się w niego.
– Moja mama była Czeszką – wyjaśnił, ponownie zwracając na mnie uwagę. Upił łyk piwa. – W sumie poznali się z ojcem w Pardubicach, a dopiero później postanowili zamieszkać w Gdańsku. Mój ojciec stamtąd pochodzi.
– Och. Fajnie. – Uśmiechnąłem się szeroko. – Ja nie mam pojęcia gdzie poznali się moi rodzice.
– Nie masz z nimi dobrego kontaktu – stwierdził. Może nie z pewnością w głosie, ale podejrzewałem, że uznał, że ma rację, gdy nie zaprzeczyłem. – Szkoda. Mieszkacie dość blisko.
Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na mrówki na ekranie. Nigdy nie lubiłem programów przyrodniczych o owadach. Zawsze wolałem te o ssakach albo rybach. Choć tak naprawdę bardzo rzadko je oglądałem. W ogóle bardzo rzadko oglądałem teraz telewizję. U siebie jej nie miałem, a nie chciałem Dagmarze i Tomaszowi zawracać głowy swoją obecnością wieczorem.
Odwróciłem głowę do Patryka i zorientowałem się, że mnie obserwuje. Jego wzrok przesunął się po mojej twarzy od oczu do ust i spowrotem. Wahał się. Oczywiście, że się wahał, w końcu nie pozwoliłem mu się pocałować od naszej kłótni i teraz nie był pewien, czy go nie odtrącę. Nawet jeśli siedzieliśmy razem i normalnie rozmawialiśmy – nawet jeśli mu wybaczyłem – nadal jego słowa, to co zabolało mnie najbardziej, odbijały się echem po naszych głowach. Przez chwilę zdołałem uwierzyć, że jestem dla niego gorszy, a mimo teraźniejszej świadomości, że wcale nie to miał na myśli, nie potrafiłem zapomnieć tego gorzkiego uczucia. Mógł mnie wtedy zranić i zrobił to. I zrobi następnym razem, gdy będzie miał okazję.
Do tej pory nie krępowaliśmy się z pocałunkami. Traktowaliśmy je naturalnie i bez zbędnego zastanawiania się co oznaczają, czy druga strona czuje coś więcej – choć o moich uczuciach wiedział już od naszego pierwszego razu. Teraz jednak obaj czuliśmy jakąś barierę, powstrzymującą nas przed takimi czułościami.
Mimo pragnienia jego dotyku, nie chciałem, by się do mnie zbliżał w ten sposób. Bliskość jaką teraz mieliśmy – oparci o swoje ramiona – była jedyną, na którą mogłem w tej chwili pozwolić.

9 listopada 2016

[19] Gonitwa


                Patryk z pewnością wyczuł mój wisielczy nastrój, gdy wracaliśmy do mieszkania. Jednak nie śmiał pytać o nic przy trenerze, który pewnie myślał, że moja mina jest jeszcze pozostałością jego komentarza zaraz po zawodach. Pozwolili mi zająć pierwszemu łazienkę. Wykąpałem się więc jak najszybciej, przebrałem w piżamę, umyłem zęby i ruszyłem do łóżka, nie zważając, że jest dopiero dziewiętnasta. Miałem serdecznie dość tego dnia.
                Patryk wszedł do łazienki jako drugi, zostawiając mnie w sypialni  samego z trenerem. To był głupi pomysł, bo w tym momencie nie zależało mi na niczym i postanowiłem to wykorzystać na szczerość.
                – Słyszałem was – mruknąłem, odwracając się w jego stronę. Mężczyzna uniósł brwi i odłożył kapelusz na szafkę nocną.
                – Co? – Mimo pytania, wiedziałem, że domyśla się, o co chodzi. Musiał sobie poukładać w głowie moje zachowanie.
                – Ciebie i Adama. Wiem, że chcesz sprzedać Sarnada.
                – To biznes, Seba. Konie muszą na siebie zarobić, inaczej są bezwartościowe. Kiedyś to zrozumiesz – westchnął i usiadł na posłaniu. Wpatrzył się we mnie z dziwnym spokojem. – Bardzo się do niego przywiązałeś, co?
                – Przecież wiesz – warknąłem.
                Przymknąłem oczy, czując bezsilność. Rozprzestrzeniała się po moim organizmie jak zaraza i miałem wrażenie, że jeśli pozwolę jej się zakorzenić, to stracę coś bardzo ważnego.
– Co mogę zrobić, by był mój? – zapytałem już spokojniej. To biznes, tak? Możemy więc rozmawiać w ten sposób.
                Naprawdę nie spodziewał się tego pytania, pomyślałem, obserwując twarz mężczyzny. Znałem go niemal tak dobrze jak on mnie i mimo tego, że próbował ukryć emocje, rozpoznałem, że przez jego twarz przemknęło zaskoczenie, ale i zadowolenie. Nie wiedziałem jednak skąd wzięło się to drugie.
                – Nigdy nie będzie cię na niego stać – odpowiedział po chwili.
                – Ile?
                – Co ile? – zapytał z irytacją. Widać było, że ta rozmowa nie jest mu na rękę.
                – Ile za niego chcą zapłacić.
                – Dwieście pięćdziesiąt – mruknął, patrząc mi przy tym w oczy. Jakby z wyzwaniem.
                – Tysięcy złotych? – upewniłem się.
                – Tysięcy euro.
                Otworzyłem szerzej oczy i otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć.
                – Seba – uprzedził mnie jednak – za tę kwotę mogę spokojnie wytrenować kolejnego dobrego konia. Myślisz, że to wszystko bierze się z powietrza? – Zatoczył ręką koło. – Możecie tu zostać na miesiąc i nie musimy stresować naszych koni jazdą tam i spowrotem tylko dlatego, że mnie na to stać.
                – Wiem – szepnąłem i przymknąłem na moment oczy. To wszystko mnie przerastało. Nie chciałem tracić Sarnada. To był pierwszy koń, do którego się tak przywiązałem. Mimo to widziałem, że Tomasz nie chce źle, inaczej by mi się nie tłumaczył.
                – Na każdym wyścigu czekam na moment w którym się złamiesz – kontynuował mężczyzna. – Widzę, ile cię to wszystko kosztuje. Wiem, że nie masz charakteru dżokeja, ale wcale nie o to mi chodzi.
                – A o co? – Zmarszczyłem brwi.
                – Chcę, byś zrozumiał. Byś poznał ten świat z najbrutalniejszej strony. – Westchnął głęboko. – Jeszcze nie miałeś okazji dobić konia na którym jechałeś, żeby oszczędzić mu bólu po złamanej nodze, ale prędzej czy później to się stanie.
                Otworzyłem szerzej oczy. Nie wierzyłem, że mi to mówi. Chce mnie testować? O co mu do cholery chodzi?! Usiadłem na posłaniu i czekałem na jego dalsze słowa.
                – Konie nas nie kochają. Mogą uznać nas za przewodnika. Tak jak Sarnad ciebie, ale to nie znaczy, że gdy odejdziemy, zrobi im to jakąś różnicę. Prędzej czy później znajdą nową osobę, której będą słuchać. – Pochylił się w moją stronę. – To jest jeden z bardziej wymagających sportów, bo przyzwyczajamy się do maszyn, z którymi pracujemy. To żywe istoty i ci, co mają choć trochę normalnie w głowie, przeżywają ich krzywdę. – Zacisnął usta i po chwili kontynuował już głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Mam pod opieką rodzinę, was i kilkadziesiąt koni. I muszę zdecydować co jest dla nas lepsze, nie bacząc na swoje emocje. Nie miej mnie więc za wroga.
                Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, nie wiedząc, co jeszcze możemy dodać. Wiedziałem jak wielką odpowiedzialność ten mężczyzna wziął na siebie. Był wymagający, trochę ekscentryczny, ale dbał o nas i próbował podejmować jak najlepsze decyzje. Być może nie doceniałem go na tyle, na ile zasługuje.
                Nagle Patryk wyszedł z łazienki, a my spojrzeliśmy na niego z zaskoczeniem, jakbyśmy dopiero teraz sobie przypomnieli, że jest w mieszkaniu.
                – No to moja kolej – westchnął Tomasz. Wstał z miejsca, by wejść do łazienki, ale nagle zastygł w miejscu. – A tak w ogóle, chyba was jeszcze nie poinformowałem. Zakwalifikowaliście się na Pardubicką.
                Zniknął za drzwiami łazienki, a Patryk stanął naprzeciw mnie. Widziałem, że jest zmieszany. Z jednej strony chciał się cieszyć, z drugiej widział, że coś ze mną nie tak.
                – Wszystko dobrze? – zapytał z troską, uważnie mi się przyglądając. Miał na sobie szary dres, który kompletnie do niego nie pasował.
                – Chyba tak…
***

                Na drugi dzień Tomasz spakował swoje rzeczy, bo miał się zabrać do Polski z kierowcą Adama. Zostawiał nam auto i pieniądze, żebyśmy mieli czym dojechać codziennie na tor.
                Podczas gdy rano czekaliśmy na powrót Patryka, który miał kupić pieczywo, usiedliśmy przy stole z ciepłą herbatą w ręku. Dzisiejszy dzień był nieprzyjemnie chłodny. Co prawda było dwadzieścia stopni, ale po tych wszystkich upałach nie byliśmy przyzwyczajeni do takiej temperatury.
                – Wiesz – zaczął mężczyzna – w sumie mam jeden pomysł jak zatrzymać Sarnada.
                Spojrzałem na niego uważniej, a moje serce zabiło mocniej z ekscytacji. Nie spodziewałem się, że wrócimy do tego tematu. A już tym bardziej nie tak szybko.
                – Tylko jest jeden warunek – powiedział powoli i potarł dłonią szyję.
                – Jaki? – rzuciłem z niecierpliwością.
                – Musisz wygrać Wielką Pardubicką. – Chrząknął i kontynuował – jeśli wygramy, będziemy mieli szansę zarobić znaczną sumę na pokryciach klaczy. Wtedy mógłbym zapisać Sarnada na ciebie, a ty płaciłbyś mi siedemdziesiąt procent z tego co zarobisz na nim. Nie jeździłby już w wyścigach, tylko został z nami na miejscu. Oczywiście musiałbyś się wszystkim zająć, łącznie z klaczami, które nam przywiozą.
                – To da się zrobić – powiedziałem z szerokim uśmiechem.
                – Jednak – powiedział ostrym tonem, ostudzając mnie tym trochę – jeśli będziesz drugi, o dalszych miejscach nie wspominając, nie dostaniemy za niego tyle pieniędzy, co ze sprzedaży.
                Mina mi zrzedła. Czyli mam jakąś opcję, ale tylko pod warunkiem, że wygram ten cholerny wyścig?
                – A gdybyśmy nie brali w nim udziału? – zaproponowałem niepewnie. – Ludzie nie zobaczyliby przegranej…
                – I pomyśleliby, że ma jakąś kontuzję po tym jak stracił równowagę wczoraj – dokończył. – To nie przejdzie. Jedyną opcją jest wygrana. Dopiero wtedy mamy szansę utrzymać z tego kolejne konie, choć i tak jest to ryzykowne. – Wyprostował się. – To jest moja propozycja. Innej nie dostaniesz. – Wyciągnął dłoń nad stołem. – Zgoda?
                – Zgoda. – Uścisnąłem jego dłoń i uśmiechnąłem się szeroko.
                Jeszcze wiele może się zdarzyć, ale najważniejsze, że mam możliwość zawalczyć o Sarnada i Patryka. Mam niewielkie szanse, ale przynajmniej są.
***
       
                Po południu zostaliśmy sami, gdy Tomasz ruszył w drogę powrotną do domu. Nie mogliśmy zostawiać na tak długo dziewczyn samych w stadninie.
                Jakiś czas siedziałem w kuchni, wgapiając się w pomarańczową ścianę i rozmyślając nad tym jakim cudem mógłbym wygrać gonitwę i nie zrobić przy tym sobie, ani Sarnadowi krzywdy. Nie miałem pojęcia ile trwałem tak w bezruchu, ale w końcu Patryk nie wytrzymał i usiadł obok mnie, przysuwając sobie krzesło.
                – Co się dzieje? – zapytał z powagą, wpatrując się we mnie intensywnie. – I nie zbywaj mnie, że nic, bo przecież widzę.
                Właśnie. Doszedł jeszcze jeden problem. Do tej pory udawało nam się myśleć, że ze sobą nie rywalizujemy. Co się jednak stanie, gdy dowie się, że i ja mam powód by wygrać? Nie miałem pojęcia jak zareaguje i bałem się tego. Miałem świadomość, że zależy mu na pierwszym miejscu.
                – Muszę wygrać Pardubicką – powiedziałem wprost ze stanowczością.
                Szatyn zaśmiał się, jakby usłyszał naprawdę dobry żart, ale zaraz zamilkł, gdy zobaczył konsternację na mojej twarzy. Spochmurniał.
                – Skąd ta zmiana? – mruknął. Miałem wrażenie, że chce mi przewiercić wzrokiem czaszkę.
                – Trener chce sprzedać Sarnada. A tylko wygrana sprawi, że nie będzie musiał tego robić.
                – Przecież dzięki wygranej tylko więcej będzie mógł zarobić na sprzedaży – zauważył. Widziałem na jego twarzy niezrozumienie. – Na twoim miejscu jeżeli już, to pomyślałbym o ostatnim miejscu.
                – Nie. Dzisiaj rano o tym rozmawialiśmy. Jeśli wygram, będziemy mogli zarobić na pokryciach. A wtedy Sarnad będzie mój. Tomasz mi go przepisze i…
                – Naprawdę jesteś tak bardzo naiwny? – przerwał mi ze złością. – Przecież od razu widać, że on tobą manipuluje! Po ostatnim razie jaki miałbyś powód, by starać się o jakiekolwiek miejsce?
                – Wiem, że mną manipuluje – warknąłem. – Zawsze to robił. Ale nie mam wyjścia, jeśli chcę zatrzymać przy sobie Sarnada!
                To prawda. Trener zawsze znajdywał sposoby, by zależało mi na wygranej. Miałem świadomość manipulacji, ale co miałem zrobić? Odejść? Stajnia Tomasza była moim domem, a ja chcąc nie chcąc, stałem się zakładnikiem, którego można wykorzystać. Godziłem się na to, w zamian dostając dach nad głową, wypłatę, rodzinę i pasję. Takie było moje życie i już dawno się z tym pogodziłem. Wręcz z pełną świadomością to wybrałem.
                – Nie wierzę – prychnął. Zerwał się z krzesła i zaczął chodzić po jadalni nerwowo. – Od kiedy stałeś się taki…
                – No jaki?! – krzyknąłem i również wstałem. Czułem się tak, jakby podważał sens mojego istnienia. Musiałem się bronić.
                – Głupi, Seba! – Przystanął i spojrzał na mnie ostro. – Najzwyczajniej w świecie głupi! Ten koń jest wart setki tysięcy! On ci go nie odda! Jak bardzo naiwny musisz być, żeby w to wierzyć?!
                – Wiesz, dlaczego tak bardzo ci to wadzi? – zapytałem i nie pozwoliłem mu na odpowiedź. – Bo sam chcesz wygrać! Nagle zobaczyłeś, że ja również mogę tego chcieć! – Uśmiechnąłem się drwiąco. – A nie ważne jak bardzo będziesz się starać, jeśli ja pozwolę Sarnadowi być sobą, reszta nie ma przy nas szans. Boisz się tego.
                Patryk zrobił parę kroków w moją stronę i spojrzał na mnie z góry ze wściekłością, jakiej jeszcze u niego nie widziałem.
                – Do tej pory uważałem, że jesteś inny, lepszy niż cała reszta tak zwanych miłośników koni – zaczął z jadem w głosie – ale ty jesteś po prostu hipokrytą, który naiwnie wieży, że świat jest dobry i cię nie skrzywdzi. Naprawdę tak bardzo wierzysz swojemu trenerowi? – Cała jego postawa, lekko rozstawione nogi, wyprostowane plecy, zaciśnięte pięści, nie mówiąc już o głosie, sprawiała, że miałem ochotę skulić się w sobie.
                – On jest dla mnie jak ojciec. Nie znasz go! – wytknąłem. Czułem się coraz bardziej niepewnie pod jego wściekłym spojrzeniem. Po raz kolejny żałowałem, że nie jestem wyższy. Miałbym chociaż trochę psychicznej przewagi.              
                – Ale znam ludzi. – Zrobił kolejny krok w moją stronę. Niemal stykaliśmy się torsami i musiałem podnieść głowę, by spojrzeć mu w twarz. – Pomyśl chociaż trochę logicznie…
                – Właśnie myślę – prychnąłem, odpychając go od siebie. Nie miałem zamiaru się przed nim cofać. – Boisz się, bo mam szansę to zrobić, a ty nie będziesz mógł pomścić zmarłej matki.
                – Nie wciągaj mnie do tego – syknął. – Nie wiesz o czym mówisz. – Wpatrywał się we mnie z jakąś dziwną emocją, której nie rozumiałem. Nagle uniósł jeden kącik ust, robiąc naprawdę przerażającą minę. – Albo mam pomysł. Zadzwonię do niego i powiem, że jesteśmy razem. Zobaczymy jak bardzo możesz na niego liczyć. – Sięgnął do kieszeni spodni.
                Otworzyłem szerzej oczy, gdy zobaczyłem w jego dłoni telefon. Nie. Nie może tego zrobić. Paroma słowami zniszczyłby wszystko, na czym mi zależało. Przerażenie mnie sparaliżowało do tego stopnia, że nie potrafiłem drgnąć, nie mówiąc już o powiedzeniu czegoś.
                – Tak bardzo mu ufasz – powiedział z ironią w głosie. – A trzęsiesz portkami na myśl, że mógłby się dowiedzieć, że uwielbiasz jak ci wsadzam...
                Poczułem się jakbym dostał w twarz. Spałem z niezliczoną ilością mężczyzn, ale jeszcze nigdy nie poczułem się tak bardzo niewartościowy, jak teraz, gdy coś takiego powiedziała osoba, którą kocham. Której zaufałem i oddałem się w całości. Przy której pozwoliłem sobie na całkowitą szczerość.
                To był impuls. Odruch obronny, którego nie potrafiłem powstrzymać. I nawet nie chciałem. Zamachnąłem się jak najmocniej umiałem i uderzyłem go pięścią w twarz. Cofnął się o krok, puszczając telefon, który rozbił się o ziemię, a jego dłoń automatycznie powędrowała do bolącego miejsca. Trafiłem go w kość policzkową, przez co nie miałem pewności kogo z nas bardziej zabolało. Zagryzłem wargi, czując ostre pieczenie w knykciach.
                – Ty… – Patryk w sekundę znalazł się znów przy mnie i pchnął na ścianę. Uderzyłem w nią z cichym jękiem i skuliłem się, gdy szarpnął mną mocno. – Nigdy więcej nie podniesiesz na mnie ręki, zrozumiano?! – wrzasnął, nadal mnie szarpiąc. Próbowałem się wyrwać, ale był zbyt silny. Byłem przerażony jego zachowaniem. – Jesteś tak pewny jego szczerych zamiarów, co?! – krzyczał. – To może powiem mu jaka jest prawda?! Dowiemy się wtedy, czy nadal będzie dla ciebie tak dobry!
                – Przestań! – stęknąłem z paniką w głosie. Nie mogłem się uwolnić z bolesnego uścisku, a słowa, które wypowiadał… Nie byłem pewny, czy może spełnić groźbę. Byłbym skończony. Zabrałby mi tym wszystko, co się dla mnie liczyło. Zabiłby mnie tym. – Patryk, to boli! – krzyknąłem, a zdradzieckie łzy spłynęły po moich policzkach.
                Ostatnio zdecydowanie zbyt często płakałem.
                Szatyn znieruchomiał, chyba uświadamiając sobie co robi. Zaklął szpetnie i cofnął się ode mnie o krok. W jego oczach czaiła się złość, ale i zdezorientowanie. Tego było już zdecydowanie za dużo i dla niego. Opuścił ręce wzdłuż ciała, by po chwili wpatrywania się w mnie, pozbierał swoją komórkę i niemal wybiegł z mieszkania.
                Chwilę patrzyłem za nim zdezorientowany, a gdy pierwszy szok minął, zsunąłem się po ścianie i zakryłem twarz dłońmi, pozwalając łzom płynąć. Trzeba było po prostu trzymać język za zębami.
***

                Spędziłem samotnie kilka godzin, kręcąc się po mieszkaniu i nie wiedząc co ze sobą zrobić. Patryk zabrał samochód i nie miałem nawet możliwości, by pojechać do stajni i zająć myśli pracą przy Sarnadzie. Zamiast tego, rozkładałem kłótnię z Patrykiem na czynniki pierwsze, zadręczając się każdym wypowiedzianym przez nas słowem.
                Chciałem wezwać taksówkę, by pojechać do stajni, ale nie miałem nawet dostępu do Internetu, by sprawdzić numer. A i nikogo nie potrafiłem zapytać, bo z naszej dwójki to Patryk znał czeski. Mógłbym spróbować po polsku, ale bałem się, że w trakcie rozmowy najzwyczajniej rozpłaczę się z frustracji. Moje nerwy były zszarpane jak tylko się dało. Miałem dość.
                W końcu wpadłem na jeszcze jedną możliwość. Wyciągnąłem komórkę i zadzwoniłem do Daniela. Jeśli byłem tu uziemiony, to chociaż się komuś wygadam. Inaczej zupełnie zwariuję.
                – Seba! Właśnie o tobie myślałem! – zawołał mężczyzna na powitanie. – Miałeś dzwonić wcześniej.
                – Wybacz – wychlipałem. – Zapomniałem…
                – Płaczesz? – zaniepokoił się. Jego wesołość znikła.
                – Tak. Przepraszam, ale muszę z kimś pogadać… – Usiadłem w miejscu, w którym stałem i zgarbiłem się, wtulając telefon do ucha.
                – Nie przepraszaj, przecież po to jestem, nie? Co się stało?
                – Pokłóciłem się z Patrykiem… Poszarpaliśmy się i teraz jestem uziemiony w mieszkaniu… – jęknąłem. – Nie wiem, co robić.
                – Jakim mieszkaniu? Gdzie ty jesteś?
                – W Pardubicach.
                – Gdzie?! Przecież to w Czechach…
                – No tak. Wczoraj mieliśmy zawody… Daniel, ja jestem takim idiotą… Chyba zniszczyłem dzisiaj wszystko między nami… – Rozpłakałem się jeszcze mocniej. Bałem się, że po tym wszystkim, Patryk nie będzie chciał się już do mnie zbliżyć. Przecież od dziś byłem dla niego wrogiem.
                – Sebastian… Jeśli chcesz się tylko wygadać to proszę bardzo – powiedział łagodnie. – Ale jeśli chcesz, żebym ci pomógł, to muszę wiedzieć o co chodzi…
                Zacząłem opowiadać wszystko od początku.

8 listopada 2016

Wiersz "Problemowy error"

Są pewne momenty
dość częste niekiedy
że patrząc w ścianę nie wiesz
jak obejść ją na wskroś

6 listopada 2016

2 listopada 2016

Zapowiedź

Jeszcze nie jestem pewna jak nazwać nowe opowiadanie. Prawdopodobnie "Cofnij, powtórz", ale mogę się jeszcze rozmyślić :) W każdym razie zanim wydam Basistę, na blogu pojawi się właśnie to dzieło. O wiele krótsze i mniej wymagające.
Ale więcej dowiecie się po zakończeniu Gonitwy :)

A tutaj link do piosenki, która doskonale nadaje się na zwiastun

[18] Gonitwa


                Serce podeszło mi do gardła, gdy ogier wybronił się od upadku i popędził dalej. Moje myśli kręciły się tylko wokół tego, czy wszystko z nim w porządku. Jednak to były ostatnie metry, a my i tak straciliśmy prędkość i zostaliśmy wyprzedzeni przez paru innych jeźdźców. Musiałem go pogonić batem, by nie stracić możliwości zakwalifikowania się do Pardubickiej. Grom śmignął obok nas, a Sarnad w końcu przyśpieszył, dorównując mu kroku. Przejechaliśmy przez metę zaraz za nim.
                Zwolniłem do kłusa i wczułem się w rytm ogiera, sprawdzając czy nie kuleje. Niby wszystko było dobrze, ale i tak po chwili zatrzymałem go i zeskoczyłem na ziemię. Obejrzałem każdą z jego nóg, upewniając się, że nie ma żadnych obrażeń.
                – Co się stało?! – zapytał Patryk, podjeżdżając do nas. – Myślałem, że zlecisz!
                Spojrzałem na niego ze strachem w oczach. Wszystko skończyło się dobrze, ale czułem się tak, jakbym dostał obuchem. Dźwięczało mi w uszach nieprzyjemnie, a serce nadal waliło boleśnie.
                Chłopak zeskoczył z Groma i nie bacząc na to, jak może to wyglądać, przytulił mnie mocno. Zesztywniałem nieznacznie, nie wiedząc jak się zachować. Z jednej strony chciałem się w niego wtulić, z drugiej nie mogłem tego zrobić. Obok nas stał cały tłum ludzi.
                – Już dobrze – szepnął. – Znajdziemy później jakieś miejsce, żeby porozmawiać, dobrze?
                Kiwnąłem głową i klepnąłem go w ramię.
                Uścisk nie trwał dłużej niż kilka sekund, więc mogliśmy to zwalić na radość z pokonanej trasy, choć oznaczał zgoła co innego. Wsiedliśmy jeszcze na moment na konie, by przekłusować kawałek. Dopiero później wróciliśmy do stajni i zaczęliśmy je rozsiodływać. Ruch teraz był jak w ulu, co mnie dodatkowo dobijało. Potrzebowałem samotności na odetchnięcie i ściągnięcie z siebie maski obojętności.
                Gdy odłożyliśmy sprzęt na miejsce, raz jeszcze sprawdziliśmy razem, czy Sarnad nie ma żadnej kontuzji. Akurat, gdy kończyliśmy, przyszedł Tomasz.
                – Wszystko z nim w porządku? – zapytał z przejęciem w głosie.
                – Chyba tak – mruknąłem.
                – A z tobą?
                Wzruszyłem ramionami i wpatrzyłem się w słomę. Nie miałem ochoty odpowiadać. W tej chwili cała moja złość skupiła się na mężczyźnie. W końcu to przez niego tu wylądowałem.
                – Sebastian, musisz go pilnować przed każdym skokiem – zaczął mi tłumaczyć. – Wiesz, że gdy czuje prędkość, zapomina o dokładności…
                – Trenerze – przerwał mu Patryk. – Myślę, że on doskonale wie, gdzie popełnił błąd.
                Tomasz spojrzał na niego z zaskoczeniem, które jeszcze się pogłębiło, gdy szatyn stanął obok mnie i objął za szyję.
                – Chodź coś zjeść – powiedział spokojnie, patrząc z uwagą na mój profil. – Nie wiem jak ty, ale ja od rana nie mogłem nic przełknąć.
                Kiwnąłem jedynie głową i nie patrząc na trenera, wyszedłem wraz z Patrykiem z boksu. Na korytarzu puścił mnie i obaj skierowaliśmy się w stronę pomieszczenia, gdzie kilkanaście minut temu odkładaliśmy sprzęt. Wcześniej zastanawialiśmy się, czy wykupić szafkę, czy zostawiać rzeczy w samochodzie. Wynajem był drogi, ale teraz cieszyliśmy się, że skorzystaliśmy z tej opcji. Mogliśmy ściągnąć z siebie bluzy i ochraniacze, zostając w samych koszulkach na ramiączkach i białych bryczesach, wybrudzonych piachem po gonitwie. Ogólnie cali byliśmy skurzeni.
                – Gdzie pójdziemy? – zapytał chłopak, gdy byliśmy już gotowi.
                – Nie wiem, ale jeść mi się nie chce.
                 – No to poszukajmy jakiegoś pustego miejsca.
                Owo „puste miejsce” znaleźliśmy w parku niedaleko, pomiędzy torem a lotniskiem. Usiedliśmy pod jednym z drzew. Odetchnąłem z ulgą, opuszczając maskę obojętności i chowając twarz w dłoniach. Nie znosiłem pokazywać słabości.
                – Seba, spójrz na mnie – poprosił Patryk, a gdy to zrobiłem, złożył na moich ustach delikatny pocałunek. – To się zdarza. Sarnad jest silny, dlatego się wybronił. Następnym razem musisz uważać na jego skupienie, nic więcej.
                – Wiem, nie o to chodzi – szepnąłem. – Po prostu się wystraszyłem. O niego, nie o mnie. Bałem się, że sobie coś zrobił. To byłaby moja wina…
                – Niby dlaczego? – prychnął chłopak.
                – Bo pozwoliłem na to… Ja… Tak naprawdę dopiero od niedawna wiem, na co naprawdę się zgodziłem.
                – Przecież rozmawialiśmy o mojej mamie.
                – Tak. – Westchnąłem. – Ale nigdy nie sądziłem, że podczas tego wyścigu konie łamią sobie nogi.
                – Na każdym wyścigu jest to możliwe. Nawet w zabawie na łące mogą sobie coś zrobić – zauważył. – Takie są, nic za to nie poradzimy.
                – Ale nie trzeba temu pomagać! – jęknąłem z pretensją. Zacisnąłem usta i odwróciłem głowę.
Dla mnie wyścigi były nienaturalne i niepotrzebne. Stworzone jedynie dla pieniędzy. Nie potrafiłem przestać tak o nich myśleć. Nie wiedziałem, co mogłoby zmienić moje zdanie. Czasem dziwiłem się skąd mi się to wzięło. W końcu wychowałem się w stajni wyścigowej, powinienem przejąć poglądy z mojego otoczenia.
                – Sebastian. – Zmusił mnie bym na niego spojrzał. – Każdy sport jest wymagający. Kontuzyjny i niszczący dla tych, co chcą być lepsi od innych. Jeździectwo jest o tyle specyficzne, że do tego wciąga konie. Ale jeśli robi się to z głową…
                – Właśnie o to chodzi! Ta gonitwa nie jest zrobiona z głową! – krzyknąłem.
                Patryk przymknął oczy i oparł głowę o moje ramię.
                – Dlaczego więc tu jesteś? Dlaczego wciąż jeździsz w wyścigach? Jesteś do cholery jednym z najlepszych w swoim roczniku.
                Spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Wiedziałem, że jestem dobry. Ale do tej pory twierdziłem, że to dzięki koniom Tomasza wygrywam wyścigi. Jeszcze przed swoimi dwudziestymi urodzinami zdobyłem tytuł dżokeja, a później przystopowałem z ilością zawodów, bo miałem ich naprawdę dość. Zdobyłem zaufanie i szacunek u Tomasza i to mi wystarczało.
                Nigdy nie wiedziałem jaką inną drogę mogę wybrać. Zawsze były tylko konie i stadnina Rodeli. Nie znałem innego życia.
                – Nie wiem – szepnąłem. – Ale za miesiąc mam ostatni wyścig.
                – Myślisz, że zdołasz z tym skończyć?
                – Z czym?
                – Z końmi.
                – Z nimi nigdy nie skończę. Po prostu przestanę brać udział w gonitwach.
                – I co zrobisz? Tomasz ci na to nie pozwoli. Zbyt wiele w ciebie zainwestował. – Przesunął palcami po moim policzku. – To jest biznes, Seba. Wciągnęliśmy się do tego nawet nie wiedząc kiedy.
                – Myślisz, że mnie zmusi? – Uniosłem brwi.
                – Myślę, że znajdzie sposób – stwierdził. – Teraz tak nie jest? Gdybyś nie był tak przywiązany do Sarnada, nie rzuciłbyś tego w cholerę?
                Zacisnąłem usta. Tak. Rzuciłbym to i miał gdzieś tą całą szopkę. Jestem tu, bo przynajmniej mam pewność, że nikt nie skrzywdzi gniadosza, a ja zrobię wszystko, by przebiegł Pardubicką najbezpieczniej jak tylko się da. Nie muszę wygrać. Mam tylko nie spaść.
                – Co zrobisz po gonitwie? – szepnąłem po chwili milczenia. Obawiałem się tego, co mogę usłyszeć, ale nie mogłem się wciąż oszukiwać.
                – Wrócę do ojca… przyjaciół – odpowiedział cicho i objął mnie mocno. – Te pół roku jest jak sen, muszę się w końcu z niego obudzić.
                Przymknąłem oczy, czując napływające łzy. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz płakałem. Było mi wstyd, że pozwoliłem sobie na jakiekolwiek uczucia względem niego, bo przecież wiedziałem jak to się skończy. A teraz nie mogłem powstrzymać bólu, które zaczęło rozsadzać moją klatkę piersiową od środka.
                – Sebastian… – wyszeptał tuż przy moim uchu i starł palcami pierwszą łzę na moim policzku. – O Boże… Nie płacz.
                – Nie. Zostaw. – Odwróciłem od niego twarz. Nie chciałem, by widział jak bardzo mnie to boli. Jednak on podniósł się i usiadł okrakiem na moich biodrach, zmuszając bym na niego spojrzał.
                – Seba, przecież to nie musi oznaczać, że my… – zaciął się, nie wiedząc jak określić naszą relację.
                – Nie jesteśmy razem – przypomniałem. – Nie musisz mi się tłumaczyć.
                – Wiem, do cholery, co do mnie czujesz! – warknął, a ja otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia. – Nie jestem taki jak ty, nie potrafię uprawiać seksu z przypadkowymi osobami. Może nadal czuję coś do Adama, ale to powoli gaśnie, gdy jesteś w pobliżu…
                – O czym ty mówisz? – zapytałem skołowany. Bałem się dopuścić do siebie możliwość, że odwzajemni moje uczucia. Przy rozstaniu skrzywdziłoby mnie to jeszcze mocniej.
                – Dla mnie nie ma „tylko seksu”. – Puścił mnie i uniósł dłonie robiąc znak cudzysłowia. – Nie widzisz, że już wcześniej byliśmy dla siebie kimś więcej?
                – Boję się.
                – Czego?
                – Że zbyt bardzo się przywiążę, a później odejdziesz – wyznałem nerwowo. Mój głos się łamał, a łzy spływały po policzkach. – A odejdziesz. Nawet przed chwilą to powiedziałeś…
                – Sebastian. Ty mnie pytałeś co zrobię po gonitwie, więc ci odpowiedziałem. Bo chcę zobaczyć ojca, to chyba normalne, nie? Ale to nie oznacza, że już tam zostanę. Mogę w każdej chwili wrócić, jeśli tylko będę miał do czego… – Pochylił się i oparł czoło o moje. – Myślałem, że to widać. Zależy mi na tobie, Seba…
                Teraz to rozkleiłem się już całkowicie. Z moich ust wyrwał się szloch, a oddech stał się urywany. Przytuliłem się do niego z niepewnością wypisaną na twarz. Tak naprawdę nigdy nie sądziłem, że mogę usłyszeć z ust Patryka te słowa.
                – Serio? – Zaśmiał się krótko, obejmując mnie mocno. – Czemu do cholery jeszcze bardziej płaczesz?
                – Nie wiem – jęknąłem i zaśmiałem się przez łzy, co wyszło wyjątkowo żałośnie. – Kocham cię…
                – Wiem, skarbie – szepnął mi do ucha. Odsunął się odrobinę i pocałował mnie mocno, wplatając palce w moje włosy.
                Westchnąłem cicho i oddałem pieszczotę z całą pasją, jaką w sobie miałem. Świat zawęził się do tego jednego uczucia, które kiełkowało się w mojej duszy. Nadziei.
***

                Wróciliśmy na tor jakiś czas później. Ludzie już się rozeszli, a niektórzy zabierali swoje konie i sprzęt do przyczep. Stadnina pustoszała, a ruch malał z każdą mijającą chwilą. Zerknęliśmy na moment do ogierów i poszliśmy znaleźć jakąś budkę z jedzeniem. Oboje byliśmy już bardzo głodni.
                Kupiliśmy kebaba i usiedliśmy na pustych trybunach. Jeszcze tylko parę osób zajmowało miejsca, czekając nie wiadomo na co. Być może aż kolejka przy zakładach się zmniejszy i będą mogli podejść. Dziś wiele ludzi obstawiało swoich faworytów.
                – Robiłeś to kiedyś? – zapytałem Patryka, zaczynając jeść swoje śniadanie i obiad w jednym. Żołądek nadal miałem ściśnięty, ale mimo to czułem już głód. Kebab był dobry, a już w szczególności sos, którym był polany.
                – Co? – mruknął z niezrozumieniem.
                Miałem pełne usta, wiec wskazałem na tłumek ludzi, czekający na swoją kolej przy kasach hazardowych.
                – Nie. No coś ty. Nie mógłbym postawić na samego siebie. – Zaśmiał się radośnie.
                – Aż taki pewny siebie jesteś? – Szturchnąłem go kolanem i wpatrzyłem się na wielkie pole przed nami. Zawsze podobał mi się tor pardubicki, mimo, że do tej pory widywałem go jedynie na zdjęciach. Wydawał się być naturalny, mimo ingerencji człowieka. Po lewej stronie ciągnął się nawet mini las, wokół którego dziś jechaliśmy.
                – A ty próbowałeś szczęścia? – zainteresował się, ignorując mój wcześniejszy komentarz.
                – Nie mam szczęścia, więc szkoda kasy. – Wzruszyłem ramionami i znów wgryzłem się w kebab. Jakby na potwierdzenie moich słów, trochę sałaty wylądowało mi na bryczesach. – Szlak! – warknąłem, a chłopak zaczął się śmiać, pochylając się w przód, by i jemu nic nie spadło na spodnie.
                – Fakt. Szybko byś zbankrutował – prychnął.
***

Rozdzieliliśmy się, by poszukać trenera. Chcieliśmy już wracać do mieszkania i umyć się z brudu. Choć bardziej miałem ochotę walnąć się po prostu na łóżko i zasnąć. Wykończyły mnie emocje dzisiejszego dnia.
Umówiliśmy się z Patrykiem, że on przeszuka trybuny, ja stajnie, a później się zdzwonimy. Tomasz jak zwykle zostawił komórkę w aucie i nie było szans się z nim skontaktować.
Pierwsze, co zrobiłem, to sprawdzenie stajni, gdzie stały nasze konie. Przeszedłem wzdłuż korytarza, zerkając do każdego z boksów, bo możliwe było, że się z kimś zagadał. Niestety w pobliżu stało jedynie kilka obcych mi osób. Skierowałem się do naszej szatni, mając nadzieję, że tam go zastanę. Nie miałem ochoty łazić po kilku innych stajniach. Nadal nie znałem dobrze całego obiektu.
Na szczęście w pomieszczeniu gospodarczym usłyszałem znajome głosy. Stanąłem przy uchylonych drzwiach i chwyciłem za klamkę.
– Nie wiem jak mam gadać z tym chłopakiem – powiedział trener do kogoś, a ja zastygłem.
– Przecież świetnie jeździ. Czego chcesz więcej? – Drugą osobą był Adam, stwierdziłem z zaskoczeniem. Co on tutaj robi?
– Wiem. Jest świetny, radzi sobie z Sarnadem, ale widzę, że on nie chce wygrać, tylko bezpiecznie przejechać. A ja już dostaję propozycje kupna tego konia. Nie mogę pozwolić, by źle wypadł, jeśli chcę dostać za niego odpowiednią sumę.
– Przecież nawet jeśli nie wygra, będą się o niego bić. To jeden z najlepszych polskich koni. Wszyscy to wiedzą.
– Może…
Odsunąłem się od drzwi i szybkim krokiem ruszyłem w stronę boksu Sarnada. Czułem się, jakby ziemia usuwała mi się spod stóp. Wpadłem do niego i usiadłem na słomie, tak, by ktoś przechodzący korytarzem nie mógł mnie zobaczyć. Ogier spojrzał na mnie pytająco i zniżył łeb, by delikatnie powąchać moje ramię. Pogładziłem jego cudowną sierść, przygryzając przy tym mocno usta.
Obojętnie co zrobię, on i tak zostanie sprzedany, pomyślałem z rozpaczą.
Drugi raz tego dnia zapłakałem.