12 września 2016

Rysunek 12.09.16


Czarna kartka, ołówek, brak gumki (bo się robią przebarwienia)

Zgadnijcie kogo narysowałam...

Ps. Nikt mi nie wmówi, że rysowanie ołówkiem po czarnym papierze to zły pomysł!

8 września 2016

Postępy dnia dzisiejszego


Takie tam w trakcie pracy nad Basistą. Exel jest niesamowitym narzędziem do planowania.

PS. Wątpię czy książka ukarze się w tym roku...

7 września 2016

[10] Gonitwa


Siedziałem w klinice prywatnej już drugą godzinę, czekając na to, aż będę mógł zobaczyć Daniela po zabiegu. Denerwowałem się. W końcu nie miałem pojęcia, na czym to wszystko polega i czy w ogóle jest się czego obawiać. Przed zabiegiem Daniel uspokajał mnie i namawiał, żebym poszedł do jego mieszkania i tam poczekał. Jasne. Już lecę. Na szpitalnym korytarzu nie mogłem wysiedzieć, a co dopiero w domu.
Przy nim starałem się hamować emocje, by go dodatkowo nie stresować. Na szczęście sam podchodził do tego w miarę na luzie, a przynajmniej udawał. Ja też udawałam, do czasu aż znikł mi z oczu. Wtedy mogłem zacząć chodzić nerwowo tam i z powrotem po zadbanym, pustym korytarzu. Jedynie od czasu do czasu ktoś tędy przechodził, ale na ogół byłem sam, więc bez skrępowania mogłem rwać włosy z głowy.
Gdy już myślałem, że czas się zatrzymał, podeszła do mnie młoda pielęgniarka – na moje oko dwudziestopięcioletnia. W oczy rzuciły mi się jej kolczyki w kształcie strzykawek i aż się na nie zagapiłem przez chwilę.
– Pan Sebastian? – zapytała niepewnie.
– Tak – odpowiedziałem zdumiony. W sumie nie spodziewałem się, że ktoś zwróci na mnie uwagę. Byłem tu na doczepkę, a Daniel miał podobno wyjść ze szpitala jeszcze tego samego dnia, więc praktycznie nie powinno mnie tu być, jako że jestem spoza rodziny.
– Pan Daniel prosił, by pana zawołać – wyjaśniła. – Jest w sali pięćdziesiąt dwa.
– Och. Jasne – rzuciłem trochę zdezorientowany i rozejrzałem się. – Tylko… Gdzie to jest?
– Tym korytarzem prosto i w lewo. – Wskazała na jedno z rozwidleń przy klatce schodowej.
– Dzięki.
Miałem problem, by znaleźć odpowiednie drzwi. W końcu jednak mi się udało.
Pokój był mały i jasny. Stały w nim dwa łóżka, jedno puste, drugie zaścielone z rozrzuconą kołdrą. Daniel stał przy oknie i patrzył trochę zdezorientowanym wzrokiem na lekarza, który umilkł, gdy wszedłem do środka. Facet w kitlu wyglądał mi na czterdziestolatka i był w miarę zadbany. Speszył mnie trochę jego oceniający wzrok.
– Dzień dobry – powiedziałem do niego i zerknąłem na mojego kochanka. Nie powinien leżeć? – Wszystko ok…?
– Wszystko poszło zgodnie z planem – odpowiedział mi lekarz. – Niech chwilę pochodzi i będzie mógł usiąść. Wypiszemy go jak minie znieczulenie. – Zerknął jeszcze na swoje notatki. – To chyba wszystko. O kolejnych badaniach powiedziałem… O środkach przeciwbólowych też… Jakieś pytania?
– Kiedy będę mógł współżyć? – Zapytał Daniel poważnie, a ja nie powstrzymałem rozbawionego uśmiechu. No a o co innego facet może zapytać po takim zabiegu? Lekarz znów zerknął na mnie i wzruszył ramionami.
– Jak się rana zasklepi. Za tydzień panu powiem po konsultacji. Zwykle tyle wystarcza. Byle później jeszcze na to uważać. – Uśmiechnął się lekko. – Macie panowie jeszcze jakieś pytania?
Daniel przeniósł na mnie wzrok i pokręcił głową.
– W razie czego, wiadomo gdzie mnie szukać – powiedział jeszcze doktor i wyszedł z sali.
Usiadłem na niepościelonym łóżku i odetchnąłem. Stres powoli ze mnie schodził.
– Jak się czujesz? – zapytałem cicho, patrząc na Daniela uważnie.
– Dziwnie. – Wzruszył ramionami i podszedł do mnie, krzywiąc się lekko. – W każdym razie nie polecam. – Usiadł obok i oparł się o moje ramię. – Za kilka dni będę miał jeszcze wyniki, które mają potwierdzić, że te cholerstwo się nie rozprzestrzeniło.
Objąłem go ramieniem i cmoknąłem w policzek. Cieszyłem się, że jest już po wszystkim i mogę go dotknąć. To były tylko dwie godziny niepewności, a i tak mnie wykończyły.
– Będzie dobrze. Hm... Jestem ciekawy jak będziesz wyglądać z jednym jądrem – mruknąłem z rozbawieniem, próbując rozluźnić atmosferę.
– Raczej nie zauważysz różnicy. – Spojrzał na mnie z ukosa. – Mam implanty.
– Serio? Tak się da? – Zaśmiałem się. – Fajnie.
Daniel uśmiechnął się lekko i wcisnął twarz w moją szyję. Uniosłem kąciki ust w górę i mocniej go do siebie przytuliłem, tym razem całując jego krótkie włosy, które musiał regularnie ścinać. Włączył mi się jakiś dziwny rodzaj czułości.
***

Pierwszy raz robiłem omlety na śniadanie. Znalazłem w necie przepis i postanowiłem go wykorzystać. Zajmowałem całą kuchnię Daniela, nieudolnie próbując nie nabałaganić. Pojęcia nie miałem jak moja mama ogarniała kuchnię, robiąc obiady dla czterech, a nie dwóch osób. Choć logicznie myśląc, nie ma chyba w tym wielkiej różnicy.
Od operacji Daniela minęły dwa dni. W tym czasie niewiele się działo, wręcz wiało nudą. Nie byłem przyzwyczajony do siedzenia w jednym miejscu, w przeciwieństwie do gospodarza tego mieszkania. On mógł grać godzinami na komputerze, albo siedzieć przed telewizorem. Dlatego właśnie zająłem się gotowaniem i wymyślaniem dziwnych potraw. Wczoraj nawet odkurzyłem i umyłem podłogi. Jeszcze trochę to zostanę idealną panią domu…
Mimo różnic w spędzaniu czasu, zauważyłem, że byliśmy z Danielem dość podobni. Oboje mieliśmy niemalże identyczny gust muzyczny, dzieliliśmy te same poglądy polityczne – czyli nie wierzyliśmy nikomu. I mogliśmy milczeć, bez obawy, że wywołamy krępującą atmosferę. Tyle lat się spotykamy, a tak naprawdę dopiero teraz zaczynaliśmy się trochę poznawać.
– Śniadanie! – zawołałem, pukając w drzwi łazienki. – Żyjesz?
– Zaraz przyjdę – usłyszałem w odpowiedzi.
Usiadłem już przy zastawionym stole, zerkając jeszcze w stronę kuchni, by się upewnić, że nie zostawiłem bałaganu. Po jakiejś minucie dołączył do mnie Daniel.
– Ładnie pachnie – pochwalił i uśmiechnął się szeroko, patrząc na swój talerz.
– Boli cię? – zapytałem, bo już nad ranem zauważyłem zmianę w jego ruchach.
– Trochę. – Wzruszył ramionami. – Przeżyję – zbył mnie i zaczął kroić omlet.
Przyjrzałem mu się uważniej i westchnąłem cicho. Też zabrałem się do jedzenia, a po kilku kęsach stwierdziłem, że nawet mi wyszło. Następnym razem muszę jedynie dodać odrobinę cukru i będzie idealne.
– Pyszne – wypalił nagle Daniel. Zerknąłem na niego. – Serio. Przez ciebie utyję – zarzucił mi z rozbawieniem.
– Przyda ci się.
Mężczyzna uśmiechnął się do mnie radośnie, na chwilę odrywając się od jedzenia. Aż się na niego dłużej zagapiłem.
Boże. Co my wyprawiamy? Czy to już nie zakrawa na zachowanie ludzi, którzy ze sobą są? Dbanie o siebie w trakcie choroby, wsparcie psychiczne, rzucenie dla siebie swoich obowiązków… wspólne mieszkanie… Nie. Nie mogę do tego dopuścić. Jesteśmy z innych światów. JA jestem z innego świata. Taki związek nie miałby racji bytu. Po jakimś czasie chcielibyśmy czegoś więcej, niż spotykanie się w weekendy, a czasem nawet tego nie mógłbym dać.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk komórki. Poszedłem do sypialni, by odebrać.
– No cześć – usłyszałem głos Patryka. – Jak tam?
– Dobrze… chyba… – zaciąłem się. Nic nie było dobrze. – Nadal nie wiem kiedy wrócę.
– Spoko. Bez pośpiechu. A co z… – przerwał, pewnie nie pamiętając imienia – twoim kolegą – powiedział w końcu. Całe szczęście nie nazwał go kochankiem czy coś podobnego. Ktoś mógłby podsłuchać.
– Daniel – przypomniałem. – Przedwczoraj miał zabieg.
– Och… Już mu lepiej?
– Chyba tak… – Zerknąłem przez uchylone drzwi na Daniela, który siedział skulony na krześle. Gdy nie patrzyłem, ściągał z siebie maskę i przestawał udawać, że jest wszystko porządku. Miałem świadomość, że go boli.
– To dobrze… Pozdrów go.
– Jasne. – Uśmiechnąłem się lekko, gdy usłyszałem w tle rżenie i szczęk otwieranej bramki. – Gdzie jesteś?
– Na padoku u Sarnada. O! Przywitaj się ładnie. Dam na głośnomówiący – głos ucichł trochę. – Powiedz dzień dobry Sebie.
– Co ty robisz? – Pokręciłem głową rozbawiony. Wyobraziłem sobie, jak przykłada komórkę do ucha Sarnada, a ten patrzy na niego z niezrozumieniem. Naprawdę tęskniłem za tym koniem. Z początku nie byłem przekonany do gniadosza, ale z czasem pokochałem go całym sercem. W sumie jeszcze nigdy nie miałem konia, do którego tak bardzo bym się przywiązał, zawsze traktowałem wszystkie na równi.
– Sarnad chciał się z tobą przywitać – głos Patryka był już w odpowiedniej odległości od telefonu, bym mógł go normalnie słyszeć. – Byś widział jego minę, jak cię usłyszał w tej złej rzeczy, z którą się do niego zbliżyłem.
– Mam nadzieję, że się nie wystraszył.
– Nie. Jest spokojny. Tylko gdyby ten wzrok mógł zabijać… – Zaśmiał się głośno. –  No już, nie zjadaj tego… – powiedział nagle. Podejrzewałem, że ogier zaczął coś kombinować. – Chyba dotarło do niego, że to serio twój głos. W końcu się ożywił i dał do siebie podejść.
– On zawsze jest żywy. Czasem aż za bardzo… Zaraz. Nie daje do siebie podejść? – zdziwiłem się.
– No od twojego wyjazdu jest osowiały, a od trzech dni nie daje się nikomu złapać. No, a teraz chyba zacznę się obawiać o swoje życie, bo patrzy na mnie z takim mordem w oczach... Jakbym to ja zamknął cię w telefonie. – Zaśmiał się znowu.
– Przesadzasz.
– Nie, serio.
Nastała cisza. Przymknąłem oczy, wyobrażając go sobie z Sarnadem. To był przyjemny widok, obydwoje byli dla mnie ważni. Choć tak naprawdę mogłem na nich jedynie patrzeć z boku, czekając, aż znikną z mojego życia. Patryk ma chłopaka, a na Sarnada nigdy nie będzie mnie stać. Nie powinienem się do nich tak przywiązywać.
– No to… – Chrząknął cicho. – Do zobaczenia. Mam nadzieję, że w miarę szybko.
– Mhm. Cześć – mruknąłem bez przekonania, bo chętnie jeszcze posłuchałbym jego głosu.
Wróciłem do kuchni ze smętną miną. Nie było dobrze, że gniadosz tak reaguje na nasze rozstania. Za bardzo go do siebie przywiązałem. Usiadłem przed swoim talerzem i wpatrzyłem się w niego bezsensownie.
– Co jest? – Daniel wyrwał mnie z letargu.
– Ach. Nic. – Potrząsnąłem głową. – Co zamierzasz teraz robić? – palnąłem, chcąc zająć czymś myśli. Teraz nic nie mogłem zrobić z ogierem, chociaż coraz bardziej zaczynałem się o niego martwić.
– Ale z czym? – zdziwił się.
– Z życiem. – Machnąłem ręką, wymyślając na poczekaniu. – Praca i te sprawy.
– Założę firmę – odpowiedział spokojnie, a mnie wmurowało.
– Jaką?
– Reklamową. Jestem w tym dobry i nie chcę znowu zaczynać w jakiejś nowej firmie. Mam przez te nieobecności w pracy złą opinię. Niestety. – Pokręcił głową. – Nikt nie spojrzy na moje osiągnięcia.
– Ale to będzie… stresujące, nie? – zapytałem z niepewnością. – Nie masz już dość?
– Życie samemu na ogół jest stresujące – zauważył. – Nie ma marginesu błędu. Nikt cię nie wyciągnie z dołka w razie czego. A skoro już muszę być sam, to wolę trzymać się powierzchni jak najmocniej się da.
– Wiesz, że masz mnie… – szepnąłem, czując coś nieprzyjemnego w piersi.
– Wiem, Seba. Ale ty to co innego. – Posmutniał nagle. – Doceniam co dla mnie zrobiłeś. – Przetarł twarz, już kompletnie zapominając o jedzeniu. – Myślałem o tym w nocy… – szepnął. – Chyba już czas żebyś wrócił do domu.
Zacisnąłem usta. To nie tak, że czułem się wykorzystany. Że przyjechałem tu, by go wesprzeć, a teraz mnie wyrzuca, gdy nie jestem potrzebny. Wiedziałem, o co mu chodzi, w końcu sam myślałem w ten sposób. Nie możemy się od siebie uzależniać, przyzwyczajać do swojej obecności. Im dłużej tu jestem, tym trudniej mi będzie odejść. Będę coraz bardziej rozdarty między dwoma miejscami, aż w końcu mnie to zabije.
– Tak. Masz rację.
***

Powrót do domu był jak obudzenie się z długiego snu. Wróciłem do znanej mi rzeczywistości, a jednak byłem oderwany od tego świata. Jak kiedyś Daniel mi napisał, powoli stawałem się inny, obcy. Zaczynałem się zastanawiać czy mieszkanie w tej stajni jest tym, czego chcę od życia. W końcu samą pracą człowiek nie żyje.
Nie przywitałem się z nikim, tylko z marszu ruszyłem na padok Sarnada. Nie widziałem go sześć dni i bardzo za nim tęskniłem. Z wzajemnością, z tego, co słyszałem od Patryka. I chyba miał rację, bo gdy tylko gniadosz mnie zobaczył, zarżał głośno i podbiegł do mnie. Zostałem obwąchany z każdej strony, co skwitowałem cichym śmiechem i jakimiś słowami, które zupełnie nie miały znaczenia. Liczył się tylko dotyk ciepłej sierści pod moimi palcami i jego przywiązanie, o którym mogłem się w tej chwili przekonać. Jeśli przed chwilą miałem jakieś wątpliwości co do pobytu tutaj, tak teraz znikły bez śladu.
– Brudas jesteś. – Stwierdziłem, oglądając go całego. Miał poklejoną sierść i jej stan świadczył, że nikt się nim nie zajmował od kliku dni. A przynajmniej nie czyścił. – Było się nie alienować od ludzi. Chodź, przyda ci się kąpiel.
Otworzyłem bramkę i wyprowadziłem go na zewnątrz. Wiedziałem, że nie muszę go trzymać, by bez żadnych problemów szedł za mną. Zatrzymałem go przy szlauchu i zacząłem opryskiwać wodą. Nie wyglądał na zadowolonego, ale stał spokojnie, pozwalając mi się czyścić.
– Sebastian! – usłyszałem nagle od strony stajni. Odwróciłem się, by zaraz znaleźć się w objęciach Patryka. Aż sapnąłem z zaskoczenia. – Czemu nie mówiłeś, że wracasz? – Odsunął się i spojrzał z zadowoleniem na gniadosza. – Miałem rację – ucieszył się. – Nie wiem czy to był dobry pomysł, żebyśmy te konie tak do siebie przywiązali.
Patrzyłem to na Patryka do na Sarnada ze zamyśleniem.
– Co dokładnie robił? – zapytałem.
– W sumie nic. Oprócz tego, że kompletnie nie dało się do niego podejść. Zwiewał wszystkim, a jak już go złapaliśmy na lasso, to użarł trenera w ramię. Ma teraz wielkiego siniaka.
Przymknąłem lekko oczy. No to mamy problem, pomyślałem. Mimo to cieszyłem się, że koń był tak do mnie przywiązany. Miałem z tego jakąś egoistyczną satysfakcję.
– Cieszę się, że wróciłeś – wypalił nagle i uśmiechnął się szeroko, a mnie aż się zrobiło cieplej na sercu. – Nawet nie wiesz jak upierdliwe jest sprzątanie wszystkich boksów samemu. Jeszcze na początku mi pomagali, bo wiesz, szpital i te sprawy. Ale od przedwczoraj muszę sobie radzić ze wszystkim sam!
Przez chwilę patrzyłem na niego ze zdumieniem, bo kompletnie nie spodziewałem się pierwszego zdania, ale gdy w końcu dotarła do mnie cała wypowiedź, wybuchłem niepohamowanym śmiechem.  No tak, na co ja liczyłem?
– No co? – zaburczał niezadowolony.
– Nic – odpowiedziałem, nadal trzęsąc się ze śmiechu. Szturchnąłem go w bok i wyszczerzyłem zęby. – A jak tam z jazdami?
– Trener ci pewnie mówił, że miałem do tej pory się oszczędzać – burknął. – Chociaż jakoś tego nie zauważyłem. Wszyscy zaczęli mnie ostatnio prosić o pomoc. Na przykład Magda chciała, bym ją nauczył swojego stylu jazdy… Wiesz, tak jak jeździłem na zawodach, gdzie pierwszy raz się spotkaliśmy.
Skrzywiłem się nieznacznie. Nie chciałem, żeby ją tego uczył. Ona nie potrafi wyznaczyć granicy do której mogłaby nagiąć konia. To by było niebezpieczne i dla niej, i dla Harfy.
– Mam nadzieję, że się nie zgodziłeś? – zapytałem z nieudolnie ukrywaną nadzieją. No powiedz, że chociaż trochę myślisz…
– Mieliśmy jeden trening. – Wzruszył ramionami. – Ale jest beznadziejna. Nie wiem jak jej powiedzieć, że to bez sensu. Ona nie wyczuwa granicy w której może nagiąć konia. – Powiedział dokładnie to, o czym ja myślałem. – Zleciała ostatnio jak Harfa wyłamała. – Westchnął. – Pomóż – jęknął na koniec.
– W czym niby? – zapytałem i odwróciłem się do Sarnada, by kontynuować czyszczenie go.
– W zniechęceniu jej – wyjaśnił i zniknął na moment w stajni, by wrócił z dwiema szczotkami. – Masz – rzucił mi jedną i stanął po drugiej stronie ogiera. – Znasz ją lepiej, wymyśl coś.
– To twoja wina. Było się z tego wykręcić już na początku – prychnąłem i popryskałem go wodą.
– Ej! – krzyknął i wyciągnął rękę nad grzbietem konia, by mi zabrać węża ogrodowego. Nie udało mu się, a ja przez przypadek oblałem go jeszcze bardziej. Śmiesznie wyglądał z mokrymi, przyklapniętymi włosami i zabójczą miną. Roześmiałem się głośno, widząc go takim.
Patryk prychnął jak rozjuszona kotka i ominął konia, który cofnął się z zasięgu prysznica i otrzepał się jak pies, patrząc na nas z niezrozumieniem.
– Nie…! – krzyknąłem bezsensownie, gdy chłopak dopadł do mnie i odebrał mi szlauch. Zaczęliśmy się siłować, moknąc coraz bardziej. Nie miałem pojęcia czy się śmieję, czy krzyczę w złości. Prawdopodobnie coś pomiędzy.
W pewnym momencie potknąłem się i obaj polecaliśmy na kamień przed stajnią. Stęknąłem głucho, gdy uderzyłem w nierówne podłoże, przygnieciony ciężarem Patryka. Chłopak zaraz usiadł mi na biodrach i z triumfem w oczach wlał mi zimną wodę na brzuch.
– Sarnad, ratuj! – wrzasnąłem mało męsko, próbując się wyrwać. Śmiałem się przy tym głośno, tracąc kompletnie siły na cokolwiek. Mogłem jedynie leżeć pod Patrykiem, poddając się tej nieprzyjemnie zimnej kąpieli. Koń oczywiście nie przyszedł mi na pomoc, ale na szczęście stał obok. Mielibyśmy problem, gdyby zwiał.
– Co tu się dzieje? – usłyszałem obok ostry głos trenera. Woda przestała lecieć, wiec miałem szansę spojrzeć w jego kierunku. Stał, otoczony grupką dzieciaków i patrzył na nas z mieszanką nagany i rozbawienia. – Ja rozumiem, że jest ciepło, ale znam lepsze sposoby na wykorzystanie wody – powiedział już łagodniej. – I w ogóle kiedy wróciłeś?
– Przed chwilą – odpowiedziałem i korzystając z chwili nieuwagi Patryka, zepchnąłem go z siebie. Szatyn poleciał na bok, brudząc swoje jasne spodnie piachem.
– No dzięki – zamarudził i podniósł się z ziemi równocześnie ze mną.
Tomasz pokręcił głową, a jego wzrok zatrzymał się na Sarnadzie.
– O matko. Jak wam się udało…
– Tęsknił za Sebastianem – przerwał Patryk mężczyźnie i uśmiechnął się do mnie szeroko, z wyraźnym zadowoleniem. W porę się zorientowałem, że gapię się na niego jak ciele w malowane wrota. Miałem nadzieję, że nikt nie zauważył.

3 września 2016

Spotkanie z autorami blogów LGBT!

Witajcie!
W parę osób organizujemy spotkanie autorów blogowych LGBT. Ostatnio było mega miło i chcemy to powtórzyć z jeszcze większym gronem pisarzy.
Dla chętnych - by nas zobaczyć, porozmawiać, poznać - zbiórka 17 września o trzynastej w Warszawie na dworcu głównym przy Gitarze Hard Rocka. A gdzie później wylądujemy... nie wiadomo. Liczymy, że pogoda nas wesprze i będziemy mogli gdzieś przycupnąć na powietrzu (plener wyczekiwany z mocno bijącym sercem...). W innym wypadku poszukamy jakiegoś miejsca pod dachem.
Więcej informacji w wydarzeniu. Jeśli jesteście chętni, zapiszcie się na fb. Chcemy mniej więcej wiedzieć ile osób przyjdzie :)

Oprócz mnie będą:

Do zobaczenia!

2 września 2016

Wiersz "Nie dla nas"


Nie dla mnie jesteś nie ja dla Ciebie
Mogliśmy tylko patrzeć przed siebie
Bezwiednie przejść obok by w czas zrozumieć
Że ciężko bez siebie lecz ciężej ze sobą


31 sierpnia 2016

[9] Gonitwa


Zakupy zrobiłem jeszcze przed pierwszą, byśmy mieli co zjeść. Cieszyłem się, że mogę coś zrobić, bo nie byłem przyzwyczajony do bezczynności. Przywlokłem więc ciężkie zakupy, rozpakowałem je i zrobiłem naleśniki, podczas gdy Daniel siedział przed komputerem. Nie wnikałem po co, może szukał pracy, a może po prostu w coś grał.
Właśnie jedliśmy obiad, gdy zadzwonił mój telefon. Oderwałem się od jedzenia, by odebrać połączenie. Widząc napis „Tomasz”, zacisnąłem mocno usta. Jak ja mu się wytłumaczę?
Wyszedłem na korytarz i oparłem się o szarą ścianę.
– Słucham – powiedziałem, odbierając.
– Cześć Sebastian. Patryk mówił, że coś cię zatrzymało – mruknął trener. Nie był zły co mnie trochę uspokoiło. – Co się dzieje?
– Mój przyjaciel potrzebuje pomocy – wyjaśniłem. – Przepraszam, że nie poinformowałem wcześniej, ale to się stało tak nagle… Potrzebuję paru dni urlopu, więc jeśli to nie będzie problem…
– Seba. Wiesz, że nie. Rzadko kiedy prosisz o wolne – słyszałem w jego głosie zmartwienie. – Tylko daj nam znać ile czasu cię nie będzie i tak dalej. Martwiliśmy się. Myślałem, że to przeze mnie uciekłeś…
– Wiem, Patryk mi mówił. – Zaśmiałem się. – To nie przez ciebie. Przepraszam, że to tak wyglądało. Po prostu zaraz po tym jak wyszedłem z sali szpitalnej, dostałem telefon.
– No dobrze – westchnął mężczyzna. – Patryk i tak nie może jeździć przez tydzień, więc oba konie będą miały wolne. Trzymaj się tam. I daj znać.
– Jasne. Dzięki.
– Do zobaczenia, Seba.
– Do zobaczenia.
Tomasz rozłączył się, więc potarłem nasadę nosa i wróciłem do stołu, by dokończyć jedzenie. Daniel siedział już z pustym talerzem. Uśmiechnął się na mój widok.
– Kłopoty w raju? – zapytał.
– Nie… Po prostu trochę wyszło zamieszania z moim zniknięciem – wyjaśniłem – ale już jest wszystko ok.
Mężczyzna kiwnął głową i oparł się ramionami na stole. Przyglądał mi się jak jem naleśniki, a na jego twarzy błąkał się lekki uśmiech. Zerkałem na niego od czasu do czasu, czując się trochę dziwnie. Odezwał się dopiero, gdy zjadłem i odstawiłem nasze talerze do zmywarki.
– Pyszne były – pochwalił.
– Dzięki. – Uśmiechnąłem się, mile połechtany. Lubiłem gotować, szkoda, że zwykle nie mogłem tego robić. Zresztą nawet, gdybym mógł, nie miałbym czasu na stadninie. – Jakieś plany na dzisiaj?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Możemy zagrać w coś.
– Ok. Ale jutro gdzieś cię zabiorę – zdecydowałem z uśmiechem. W końcu lepiej, żeby jutro go czymś zająć. Nie będzie miał czasu na rozmyślanie.
***

Następnego dnia wyszliśmy po południu na spacer. Cel – Partynice! Chciałem pokazać Danielowi skrawek mojego świata.
– Gdybym wiedział, że zamierzasz przejść dwadzieścia kilometrów, zabrałbym rower – zaśmiał się Daniel, siadając na parkowej ławce. Powachlował się dłonią. Było gorąco, jak to w lipcu, a na niebie błąkały się jedynie małe obłoczki. Teraz byliśmy pod drzewami, a wokół rosło więcej zieleni, więc słońce nie paliło już tak bardzo jak w czasie spaceru po mieście. Betonowe ulice i mury dodatkowo podwyższały temperaturę. – Gdzie my w ogóle jesteśmy?
– Jak na razie nie przeszliśmy nawet dziesięciu kilometrów – zauważyłem, przystając obok niego. Rozglądałem się dookoła, chłonąc widoki. Jeszcze kilka dni temu jechałem na tym torze. Tutaj też odbył się mój pierwszy wyścig konny. – Gdybyśmy poszli ścieżką w prawo, dotarlibyśmy do stajni – poinformowałem. –  A jesteśmy na torze w Partynicach.
– Serio? Gdzie ten tor? – zdziwił się, rozglądając niepewnie.
– Za tymi budynkami – prychnąłem rozbawiony. – Musimy jeszcze kawałek przejść.
– Niech ci będzie – westchnął i podniósł się. – A dwadzieścia kilometrów będzie jak wrócimy do domu.
– Może trochę więcej niż piętnaście. – Zaśmiałem się cicho i ruszyłem w stronę trybun. Tak naprawdę nigdy jeszcze tam nie byłem, zawsze oglądałem wszystko z tej drugiej perspektywy.
– Masz licznik w dupie, czy co? – prychnął, idąc za mną.
– Mój licznik w dupie wskazuje zero i dobrze o tym wiesz – stwierdziłem z udawaną powagą, a Daniel wybuchnął niekontrolowanym śmiechem. Zerknąłem na niego i nie mogłem powstrzymać uśmiechu cisnącego mi się na usta. Mężczyzna objął mnie ramieniem za szyję. Cały się trząsł.
– Matko, popłakałem się – jęknął, ocierając oczy. Powoli się uspokajał, choć nadal od czasu do czasu chichotał.
– Cóż. Fajnie, że cieszy cię moje nieszczęście.
– Wiesz, skarbie, że nie – szepnął mi do ucha niskim głosem, od którego aż ciarki mi przeszły po plecach.
– Przestań – odepchnąłem go i rozejrzałem się panicznie na boki. Nie chciałem, by ktoś mnie tu zobaczył w jakiejś dwuznacznej sytuacji. Nie wszyscy przecież po weekendzie opuszczali to miejsce, a być może nawet Adam gdzieś tu się jeszcze kręci. Na szczęście nikogo w pobliżu nie zauważyłem.
A tak w ogóle jakie „skarbie”?!
Daniel obrzucił mnie uważnym spojrzeniem i pokręcił delikatnie głową. Przyśpieszyłem, przechodząc przez uchyloną bramę, która oddzielała nas od części trybun i placu, na którym ludzie mogli obserwować wyścigi. Stanąłem przy barierce, blisko murawy i spojrzałem na rozległy teren, gdzie odbywały się zawody.
– Robi wrażenie – powiedział Daniel, przystając obok mnie.
– To miejsce jest takie dziwne bez tłumu ludzi. Zawsze mnie przeraża w takich momentach.
– Jak ci poszedł ostatni wyścig? Mówiłeś, że stąd do mnie przyjechałeś.
– Dokładnie przyjechałem ze szpitala. – Westchnąłem, a Daniel spojrzał na mnie pytająco. – Patryk spadł z Groma. Jechaliśmy w tej samej gonitwie…
– Och. Nic mu się nie stało?
– Z początku miałem wrażenie, że się zabił. Zawróciłem do niego, ale i tak nic nie mogłem zrobić. – Zacisnąłem usta. – Na szczęście szybko odzyskał przytomność, a w szpitalu powiedzieli, że nic się nie stało, oprócz paru siniaków.
– Bałeś się o niego – bardziej stwierdził, niż zapytał, ale i tak czułem potrzebę mu odpowiedzieć.
– Jak cholera.
***

Gdy wróciliśmy do domu, była już godzina osiemnasta. W drodze powrotnej Daniel marudził, doprowadzając mnie tym co najmniej do irytacji. Przecież to tylko kilka kilometrów. Dopiero, gdy stwierdził, że nie powinien się przemęczać, zrobiło mi się głupio. Chciałem nawet, żebyśmy wezwali taksówkę, ale wtedy powiedział, żebym się nie wygłupiał i do końca drogi nie usłyszałem od niego ani słowa skargi.
W domu od razu poszedł do pokoju i walnął się na łóżko, wzdychając ciężko.
– Mogłeś powiedzieć wcześniej – zauważyłem, przystając w progu. Cóż. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ludzie nie mieli kondycji. Praktycznie każdy, kogo znałem, mógłby latać po dworze cały dzień, a wieczorem jeszcze pójść na tańce i zacząć szaleć na parkiecie. Dla mnie to było normalne. Nawet faceci z pubu tacy byli. No dobra, oprócz Mikołaja, ten nic nie robił.
– Wiem. Przecież nic nie mówię – mruknął, przewalając się na plecy i spoglądając na mnie z rozbawieniem. – Twój chłopak powinien mieć co najmniej w połowie taką kondycję tak ty, inaczej go wykończysz.
– Ta. Zrobić coś na kolację? – Usiadłem obok niego. Na mojej twarzy pewnie mógł zobaczyć troskę. Nie mogłem nic poradzić na to, że się o niego martwiłem i czułem się winny. Przez moją głupotę czuł się gorzej.
– Muszę być na czczo jutro. Już za późno na jedzenie – powiedział spokojnie.
– Cholera. To też mogłeś powiedzieć! – wytknąłem, coraz bardziej zły. – Mogliśmy gdzieś wstąpić po drodze. Ile ty masz lat?! Powinieneś być bardziej odpowiedzialny niż ja.
– I tak bym niczego nie przełknął. – Skrzywił się.
– Co? Dlaczego?
Daniel wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. To wyglądało tak, jakby wstydził się do tego przyznać. Cały dzień widziałem, że coś jest nie tak, choć mężczyzna bardzo dobrze to ukrywał. Już nie raz się przekonałem, że jest świetnym aktorem, a ja nigdy nie byłem dobry w odgadywaniu uczuć innych osób, więc miałem jeszcze bardziej utrudnione zadanie.
– Co jest? – szepnąłem. Położyłem się obok i przytuliłem do jego boku.
– Nic. Nie jestem głodny. Po prostu. – Przymknął oczy i odwrócił twarz w moją stronę.
– Stresujesz się? – to pierwsze przyszło mi do głowy. Sam przecież bym się stresował przed operacją. Do tego mają mu wyciąć jądro, to z pewnością nie była przyjemna perspektywa. Mężczyźni różnie reagowali na coś takiego. Pytanie tylko co o tym myśli Daniel i jak to odbiera. Dotąd nie zauważyłem, by godziło to w jego męską dumę czy coś w tym stylu. Raczej traktował to po prostu jako chorobę.
– Nawet nie wiesz jak bardzo – powiedział po chwili. Spojrzał mi w oczy z bliska, widziałem w nich zmęczenie i zrezygnowanie. – Chciałbym to już mieć za sobą. – Westchnął i jeszcze bardziej zbliżył twarz do mojej. Nasze oddechy się mieszały.
– Daniel… – zacząłem niepewnie, chcąc go zapytać o coś, co nie dawało mi spokoju. Nie byłem tylko do końca pewien, czy powinienem.
– Hm? – Uniósł dłoń i przesunął palcami po moim policzku.
– Ale nie myślisz o tym tak, że zostaniesz kaleką…? Czy coś w tym rodzaju. – zapytałem koślawo. Przez chwilę bałem się, że może mnie opacznie zrozumieć i pomyśli, że ja tak to widzę. A nie chciałem, by stracił przez to wiarę w siebie. Zawsze podobała mi się u niego ta cecha.
– Nie. – Wsunął mi dłoń we włosy. – To tylko choroba… Jeśli mnie teraz wyleczą, po prostu będę miał jedno jądro mniej. Podobno nie robi to różnicy, a ja od początku się tego uczepiłem. Bez sensu byłoby, gdybym jeszcze to dołożył do swoich problemów. Lepiej żebym stracił jądro, niż życie.
Uśmiechnąłem się lekko i mruknąłem coś na potwierdzenie. Tak. To był właśnie Daniel. Mógł być w dołku, ale mimo tego podchodził do wszystkiego racjonalnie. Miał świadomość, że to on steruje swoimi uczuciami i ma władzę nad swoim życiem. Nawet, jeśli pojawiała się na jego drodze jakaś przeszkoda.
– Lubię to w tobie – wyszeptałem, czując jak gładzi palcami skórę mojej głowy. Było mi przyjemnie.
– Co?
– Racjonalność. – Uśmiechnąłem się szeroko i zarzuciłem jedną nogę na brzuch mężczyzny. – Nie poddajesz się emocjom, a zawsze wszystko kalkulujesz. Chociaż w seksie bywa to irytujące – zaśmiałem się. Zsunąłem nogę trochę niżej i wsunąłem ją między jego uda. Mężczyzna uchylił lekko usta i zwilżył je językiem. Jego źrenice powiększyły się, gdy zacząłem delikatnie poruszać łydką w górę i w dół. Chciałem, by się rozluźnił, zapomniał odrobinę. I chciałem jeszcze czegoś spróbować.
– Jesteś niewyżyty – szepnął z rozbawieniem, oddychając przy tym głębiej – mmh…
Z fascynacją patrzyłem jak mięśnie jego twarzy się rozluźniają, a równocześnie czułem jak jego penis sztywnieje. Musnąłem wargami jego usta i pogładziłem płaski brzuch przez bluzkę, którą miał na sobie.
Mężczyzna przymknął oczy i objął ramionami moją szyję. Pociągnął mnie na siebie, zmuszając bym nad nim zawisnął. Nie wiem, który z nas zaczął, ale już po sekundzie całowaliśmy się powoli, dokładnie, z uczuciem, którego nie do końca rozumiałem. Podwinąłem mu bluzkę i zacząłem błądzić dłońmi po znanym mi ciele. Przez dłuższy czas nie robiliśmy niczego więcej. Uwielbiałem się z nim całować, mógłbym przysiąc, że opanowaliśmy tą umiejętność do perfekcji.
– Leż spokojnie – wyszeptałem, odrywając się od jego ust. Miał je trochę opuchnięte i seksownie zaczerwienione. Ciemnoniebieskie oczy wpatrywały się we mnie z napięciem, gdy pocałowałem środek jego klatki piersiowej, czując przy tym jego mocno bije serce.
Przesunąłem językiem w stronę sutka i zacząłem go ssać. Daniel wstrzymał na chwilę oddech, po czym jęknął głośno, poruszając się pode mną niespokojnie. Wcisnąłem swoje biodra w jego krocze, nie mogąc się powstrzymać przed otarciem o nie. Było mi gorąco, mając przed sobą widmo tego, co chcę zrobić.
Niecierpliwie zsunąłem się niżej, docierając ustami do pępka Daniela i całując jego okolice.
– Seba… Co ty wyprawiasz? – sapnął mężczyzna, chwytając mnie za włosy, bym się nie zsunął niżej.
– A jak myślisz? – Spojrzałem na niego z dołu i oblizałem usta powoli. Widziałem jak na mnie reaguje i bardzo mi to schlebiało.
– Nie musisz…
– Zwariowałeś? – prychnąłem. – Chcę. A domyślam się, że jesteś zdrowy. – Uniosłem brew.
– Domyślasz się? – sapnął. – Kurwa, Seba. Nie powinieneś nawet o tym myśleć, jeśli nie jesteś pewien, że…
– Ufam ci – szepnąłem, masując jego uda. Mężczyzna spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Powiedziałbyś mi, gdyby coś było nie tak. – Uśmiechnąłem się lekko. – Właśnie to potwierdziłeś.
– Ale…
– Musiałeś się badać w ostatnim czasie – przerwałem mu. – Jesteś zdrowy, tak?
– Tak – szepnął, wciągając głośno powietrze. Doskonale widziałem pragnienie w jego oczach. O wiele mocniejsze od tego, kiedy mi się oddawał.
Odpiąłem guzik i zamek w jego spodniach, zsunąłem je z niego razem z majtkami. Nie chciałem, by cokolwiek mi przeszkadzało. Leżał teraz przede mną z rozsuniętymi nogami, nagi, podczas gdy ja miałem na sobie wszystkie ubrania.
Wróciłem do całowania okolic pępka, a dłonią objąłem sztywnego już penisa.
Może to dziwne, ale w ogóle się nie wstydziłem. Daniel znał mnie, a ja znałem jego. Nawet jeśli nigdy jeszcze nikomu nie obciągałem, wiedziałem, że nie mam się czego obawiać. Mężczyzna był zawsze wyjątkowo podatny na jakikolwiek dotyk na penisie, więc będzie zadowolony nawet, jeśli w połowie zrezygnuję i sprawię, że dojdzie dzięki mojej dłoni.
Przesunąłem usta niżej i w końcu dotknąłem nimi penisa Daniela, który wciąż na mnie patrzył. Zacisnął mocno dłonie na pościeli, gdy wsunąłem sobie jego członek do ust. Oczywiste było, że nie w całości, nawet nie próbowałem. Na pozostałej części zacisnąłem palce i bez pośpiechu zacząłem go pieścić, co jakiś czas ściskając wargami. W ustach czułem specyficzny smak, ale nie przeszkadzał mi. Był podobny do mojej spermy i zapachu seksu.
Z przyjemnością słuchałem drżącego, urywanego oddechu i cichych jęków mojego kochanka. Widziałem, że powstrzymuje się jak może przed poruszaniem biodrami i byłem mu za to wdzięczny. W pewnym momencie sam rozpiąłem spodnie i zacząłem się masturbować.
– Sebastian… – westchnął – ja zaraz… Ooch! – Zadrżał, gdy przyśpieszyłem ruchy językiem. Chciał mnie odepchnąć, ale powstrzymałem go. Mocno ścisnąłem jego dłonie po bokach naszych ciał. Klęczałem teraz, podpierając się na rękach, a w dłonie wbiły mi się paznokcie mężczyzny. Poruszałem głową w górę i w dół jak najszybciej umiałem, biorąc go na tyle głęboko, bym się nie zakrztusił. Po kilku takich ruchach poczułem jak dochodzi, a sperma rozlewa się we wnętrzu moich ust. Równocześnie usłyszałem jęk i swoje imię, wypowiedziane w taki sposób, że po moim ciele przeszły przyjemne dreszcze.
Odsunąłem się, by przełknąć część spermy. Trochę zostawiłem, by móc się nią rozkoszować. Z jakiegoś powodu mnie to jeszcze bardziej podniecało.
– O Boże… Seba… – usłyszałem po chwili. Daniel, gdy doszedł trochę do siebie, zauważył co robię. Nagle uniósł się do siadu, by wpić się w moje usta. Jęknąłem cicho, gdy obcy język wtargnął do mojego wnętrza i niemal zaczął mnie wylizywać.
Pchnął mnie na plecy i pośpiesznie zsunął się w dół, biorąc moją erekcję w całości do ust. Krzyknąłem nieskładnie, czując jak moje nerwy płoną z przyjemności. Już wcześniej byłem na skraju, a teraz, gdy czułem szybkie tempo, które nadał, orgazm zawładnął mną natychmiast z całą swoją mocą. Wygiąłem się mocno, podczas gdy mężczyzna spijał ze mnie, nie odsuwając się nawet wtedy, gdy już się całkiem rozluźniłem.
Przesunąłem palcami po jego krótkich włosach i odepchnąłem od siebie. Połknął moją spermę i uśmiechnął się szeroko. Radość sięgnęła oczu i popłynęła dalej przez całe ciało, widziałem to w sposobie w jakim oddychał. Tak, jakby miał się za chwilę roześmiać. Nie zrobił tego jednak, bo nie o śmiech chodziło.
Uwielbiam, gdy uśmiecha się w ten sposób.

24 sierpnia 2016

[8] Gonitwa


Miałem wrażenie, że minęły wieki, zanim dotarłem pod odpowiedni adres. Nawet nie powiedziałem swoim, że gdzieś jadę. Byłem już zmęczony, nie myślałem o konsekwencjach, ani o tym, co powinienem, a czego nie powinienem robić. Chciałem jedynie zobaczyć Daniela i mu pomóc – o ile dam radę.
Zadzwoniłem do domofonu Daniela z obawą w sercu. W końcu nie wiedziałem w jakim stanie mogę go zastać. Gdyby było to coś poważnego, to leżałby w szpitalu, prawda? Po chwili już mogłem wejść na klatkę schodową. Przeskakiwałem po dwa schodki, by szybciej dotrzeć na trzecie piętro.
Drzwi do mieszkania były uchylone. Wszedłem do środka, zamykając je za sobą.
– Jestem w kuchni! – usłyszałem.
Daniel siedział przy stoliku kuchennym, pijąc herbatę i kierując na mnie wzrok, gdy znalazłem się w pomieszczeniu. Naprzeciw niego stał drugi kubek. Przyjrzałem się uważniej mężczyźnie, próbując wyłapać jakieś zmiany, które w nim zaszły. Z całą pewnością schudł od ostatniego razu, kiedy go widziałem, a oczy miał jeszcze bardziej podkrążone.
– Akurat gotowałem wodę – powiedział na powitanie – chcesz?
Odpowiedziała mu cisza. Chwilę stałem, wpatrując się w niego, jakbym widział go po raz pierwszy. Cholera. Plułem sobie w brodę, że nie zabiegałem o więcej kontaktu, odkąd miałem jego numer. Jak na dłoni było widać, że dzieje się z nim coś niedobrego.
 W końcu jednak podszedłem do niego, by mocno go przytulić. Nie było wygodnie, gdy siedział, ale nie przeszkadzało mi to. Wciągnąłem do płuc jego zapach i dopiero wtedy się trochę uspokoiłem.
– Wystraszyłeś mnie – westchnąłem w jego włosy.
Daniel pociągnął mnie na swoje kolana i odepchnął lekko, by spojrzeć mi w twarz.
– Przepraszam – mruknął. Jego oczy były pełne nieporadnie ukrywanej nadziei. – Cieszę się, że przyjechałeś.
– Miałem dzisiaj wyścig na Partynicach, dlatego tak szybko – wyjaśniłem. – Mówiłeś, że jesteś chory. – Niepewność mnie dobijała. Pewnie nawet nie byłbym zły, gdyby powiedział, że to zmyślił. Już wolałbym to, niż zamartwianie się o kolejną ważną dla mnie osobę tego samego dnia.
– Mam raka.
– Co? – palnąłem, otwierając szerzej usta.
– Rak – powtórzył, a na jego twarzy jakimś cudem dostrzegłem rozbawienie. Jak mógł się uśmiechać w takiej sytuacji?! – Taka choroba, wiesz… Komórki zaczynają atakować własne ciało, czy coś… Nie wiem, nie znam się, a nie do końca kontaktowałem, gdy mi o tym powiedzieli.
– O Boże. – Tylko na tyle mnie było stać. Miałem wrażenie, że świat usuwa mi się spod nóg. Nie. To się nie dziej naprawdę…
– Bóg tu raczej nie pomoże. – Uniósł brwi. – No chyba, że jesteś mesjaszem i potrafisz uzdrawiać.
Walnąłem go w ramię, aż jęknął.
– Jak możesz z tego żartować!? – wydarłem się niekontrolowanie. Stres z całego dnia skumulował się dla tej chwili. – Czemu wcześniej nie dzwoniłeś?! Czemu się nie odzywałeś?! – Zacisnąłem palce na jego ramionach.
– Seba, to boli. – Skrzywił się, a ja szybko zabrałem dłonie. – Spokojnie. Nie umieram. – Westchnął. – A przynajmniej na razie nie.
Wziąłem głęboki oddech i na sekundę przymknąłem oczy, próbując się uspokoić.
– Co ci dokładnie jest?
Daniel zacisnął usta i odwrócił wzrok. Już miałem zapytać drugi raz, kiedy westchnął i zaczął mówić z niechęcią.
– Rak jądra. Jeden z łagodniejszych i w początkowej fazie, więc tylko mi go wytną… – Przesunął dłonią po twarzy i zaczął mówić pospiesznie, jakby chciał mieć to już za sobą. – Później będę musiał co jakiś czas chodzić na badania, ale to wszystko. Niby nic groźnego… Ale po tych wieściach przestałem przez jakiś czas chodzić do pracy. – Spojrzał na mnie niepewnie. – Dobrze w ogóle, że regularnie chodziłem na badania profilaktyczne. Straciłem pracę… Z resztą może i dobrze. Już od jakiegoś czasu byłem wykończony, za wiele wymagali, a ja miałem już dość… – Jego głos się załamał, a wcześniejsza wesołość wyparowała. Podejrzewałem jednak, że była to tylko forma obronna, by się jeszcze jako tako trzymać w garści.
Patrząc na tego mężczyznę, nie widziałem już jednonocnej przygody. Nie potrafiłem określić co do niego czułem, ale z pewnością był dla mnie ważny.
– Zostanę z tobą, dobrze? – szepnąłem i przytuliłem się do niego. Mężczyzna objął moje plecy ramionami i wtulił twarz w szyję. Dzięki temu mógł ukryć łzy, które powoli pojawiały się na policzkach. – Nie jesteś sam.
Płakał bezgłośnie, jedynie trochę się przy tym trzęsąc. Krajało mi się serce, gdy go takim widziałem. Nigdy wcześniej nie okazywał przy mnie negatywnych emocji. Zawsze udawał, że wszystko jest dobrze i to on mnie pocieszał, a nie odwrotnie.
Dwie godziny później siedzieliśmy razem w salonie, oglądając jakiś durny film. Nie odzywaliśmy się do siebie, pogrążeni w myślach i własnych problemach. Wiedziałem, że muszę powiadomić innych, że nie wrócę z nimi do stajni. Nie wiedziałem jedynie jak to zrobić i jaką wymówkę znaleźć.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk mojego telefonu. Patryk.
– Tak? – mruknąłem, odbierając. Daniel spojrzał na mnie krótko i wrócił do oglądania telewizji.
– Seba, gdzie ty do cholery jesteś?! Szukamy cię po całym szpitalu. – warknął chłopak.
– Trzeba było wcześniej do mnie zadzwonić. – Podniosłem się i ruszyłem do kuchni, by w spokoju porozmawiać.
– Trzeba było informować, że się wychodzi. – prychnął. – To gdzie jesteś?
– U Daniela.
– Gdzie?
– No u Daniela. Ten, z którym spędziłem noc jak byliśmy we Wrocławiu.
– Szlajasz się po dziwkach, kiedy ja… – zaczął ostro i urwał równie gwałtownie. – Nie ważne. Wracaj, bo jedziemy tylko po konie i wracamy do domu.
– Zostanę tu na parę dni – poinformowałem. – Przeproś trenera ode mnie. To naprawdę ważne.
– Seba, co ty wygadujesz? Obraziłeś się o to, co Tomasz powiedział? Przecież to nie ważne. Też bym się pewnie tak zachował, jakby role się odwróciły – wyznał, a mnie zatkało. – Wróć z nami.
– Nie chodzi o Tomasza. Po prostu… Wyjaśnię ci później, ok? – Westchnąłem. – To naprawdę ważne i nie chodzi o nic związanego ze stajnią. Nie chodzi o mnie.
***

Nad ranem następnego dnia po moim przyjeździe, leżałem na łóżku w objęciach Daniela i wpatrywałem się w jego twarz. Słońce już dawno wstało, a ja jak zwykle obudziłem się wraz z nim. Teraz jednak nie musiałem nigdzie wychodzić, niczym się przejmować. Mogłem poleżeć, napawając się ciepłem drugiej osoby.
Przesunąłem opuszkami palców po chłodnym ramieniu Daniela, które zaraz przykryłem kołdrą. Jeszcze trochę i się przeziębi przez tę klimatyzację w mieszkaniu, pomyślałem. Mężczyzna wymamrotał coś niewyraźnie, a ja zastygłem na kilka sekund. Nie chciałem go budzić. Podejrzewałem, że ostatnimi czasy nie spał za wiele, jeśli sądzić po stanie, w jakim go zastałem i tym, że jak tylko się wczoraj położyliśmy do łóżka, zaraz po mojej rozmowie z Patrykiem, on zasnął, zanim w ogóle zdążyłem się wygodniej ułożyć.
W świetle dnia dostrzegłem jak bardzo schudł. Dawniej miał mały brzuszek i mocne mięśnie. Dziś na jego torsie mogłem policzyć żebra, a ramiona miał chudsze od moich. Z przerażeniem omiotłem spojrzeniem jego ciało, które całym sobą krzyczało, że jego właściciel jest w rozsypce.
Wiedziałem, że Daniel nie ma dokąd pójść. Rodzina odrzuciła go po tym, jak dowiedziała się prawdy o jego orientacji. Kiedyś bym powiedział, że go to nie obchodziło, w ogóle na niego nie wpływało, jednak z czasem zauważałem, że jest bardziej samotny ode mnie. Ja w końcu miałem jakiś dom, gdzie mogłem wrócić i porozmawiać, nawet jeśli ukrywałem przed nimi parę rzeczy.
Patrząc na jego pogrążoną we śnie twarz, zastanowiłem się nad jeszcze jedną rzeczą. Kim on dla mnie jest? Już dawno wyszliśmy z relacji „kochanek na jedną noc”. Mogłem go nazwać seks przyjacielem, ale w tej chwili i to nie było zbyt adekwatne. Pogubiłem się. Już dawno przyznałem przed sobą, że jestem zakochany w Patryku, ale czy w stosunku do Daniela byłem obojętny? Na pewno nie. Uczucie do niego było jednak czymś innym. Może zwykłą przyjaźnią? Przywiązaniem? Znałem go kilka lat i zawsze wiedziałem, gdzie mogę go znaleźć w razie czego. Jedynie przez kilka tygodni, gdy skończył z nocnym życiem w klubie, miałem wrażenie, że więcej się nie zobaczymy. A jednak już następnym razem, gdy wyjechałem do Wrocławia, wpadłem na niego na ulicy. Nie znałem tego miejsca bez niego. Być może to on mnie tu przyciągał, choć wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Z rozmyślań wyrwał mnie ruch Daniela. Wykrzywił lekko twarz i zasłonił oczy dłonią, powoli się rozbudzając. Wyglądał lepiej niż wczoraj. Sińce pod jego oczami trochę zmalały.
Uśmiechnąłem się lekko, gdy spojrzał na mnie niewyraźnie.
– Wyspałeś się? – mruknąłem i obróciłem się w jego stronę, kładąc na boku.
– Tak. – Odwzajemnił uśmiech. – A ty? Wyglądasz na rozbudzonego.
– Zwykle wstaję o świcie. Mój organizm nie potrafi zrozumieć, że mam wolne.
Mężczyzna uniósł brwi i leniwie spojrzał na zegarek, który stał na stoliku.
– Od dwóch godzin tak leżysz? – zdziwił się. – Trzeba było mnie obudzić.
– Nie wygłupiaj się. Potrzebowałeś snu, a ja mogłem chwilę cieszyć się tym, że nie muszę nigdzie iść.
Daniel zerknął na mnie, po czym znów zamknął oczy, przewalając się na brzuch i mrucząc coś w poduszkę. Skojarzył mi się z dużym dzieckiem.
– Co chcesz na śniadanie? – zapytałem, zarzucając rękę na jego plecy i przysuwając się bliżej.
– Nie musisz... Zaraz wstanę – mruknął w poduszkę. Ledwo go zrozumiałem.
– Chcę – poprawiłem. Cmoknąłem go w ramię i zaśmiałem się krótko. To było dziwne, tak po prostu budzić się obok kogoś rano… – Myślisz, że w domu mogę się dopchać do kuchni? Chcę korzystać, póki mogę – parsknąłem rozbawiony.
– Ale gotowałeś kiedyś? – zapał z nutą obawy w głosie.
– Zanim jeszcze pracowałem w stajni, tak. Ale nie martw się, gazu nie dotknę – zapewniłem. – Mam nadzieję, że masz cokolwiek w lodówce.
– Może być problem… Czekaj – rzucił, gdy zbierałem się już do wstania. Chwycił mnie za ramię i przyciągnął do siebie, całując lekko w usta. Mimowolnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. – Teraz możesz iść.
Wyszczerzyłem do niego zęby i ruszyłem w stronę kuchni na poszukiwanie jedzenia. Okazało się, że mężczyzna ma tylko końcówkę starego chleba i ser. Westchnąłem i zacząłem robić ubogie kanapki. Nie chciało mi się iść teraz do sklepu, więc postanowiłem odłożyć to na później.
Gdy wróciłem z jedzeniem do pokoju Daniela, on siedział na łóżku w samych majtkach. Obejrzałem go całego, od stóp do głów, kolejny raz niepokojąc się tym, jak bardzo schudł. Usiadłem obok i postawiłem między nami talerz.
– Nie mogłem zaszaleć ze składnikami – powiedziałem zawiedzony. – Kiedy ostatni raz byłeś w sklepie?
Wzruszył ramionami, a ja pokręciłem głową z niedowierzaniem. Dobrze, że tu przyjechałem, bo nie wiem ile by pociągnął w ten sposób. Widać było, że się zaniedbał.
– Bierz – rzuciłem i sam zacząłem jeść.
Przypilnowałem, by zjadł więcej niż ja i dopiero wtedy mogłem spokojnie odnieść czysty talerz do kuchni. Tam go umyłem i odłożyłem na suszarkę.
– Kiedy masz ten zabieg? – zapytałem, gdy wróciłem do Daniela. Usiadłem tam, gdzie przed chwilą.
– Pojutrze. – Oparł łokcie o kolana i schował twarz w dłonie.
– Szybko. Od kiedy w ogóle wiesz?
– Dowiedziałem się kilka dni po tym jak ostatni raz się widzieliśmy. – Spojrzał na mnie, nadal opierając głowę na rękach. – A szybko, bo trochę zapłaciłem. Na szczęście wcześniej oszczędzałem, by kupić sobie mieszkanie, więc było mnie stać.
– Mogłeś zadzwonić wcześniej – żachnąłem się.
– Nie chciałem ci zawracać głowy…
– To po cholerę chciałem twój numer?! – podniosłem głos. – Przecież chodziło o właśnie takie sytuacje! Żebyśmy nie musieli sami radzić sobie z takimi problemami. Żeby mieć kogoś, kto…
– Seba – przerwał mi gwałtownie – my nie jesteśmy parą.
Zacisnąłem usta, zdając sobie sprawę, że się zagalopowałem. No właśnie, nasze relacje zawsze będą ograniczone. To Daniel zawsze ustawiał nas na odpowiednim torze. To on pilnował, byśmy z niego nie zboczyli i pozostali w dobrych relacjach, jednocześnie mogąc się pieprzyć.
Jednak od zawsze, gdy się spotykaliśmy, mogłem liczyć na jego radę i wsparcie psychiczne. Dlaczego bronił się przed tym, bym i ja mógł mu pomagać?
– Wiem – prychnąłem, próbując tym zagłuszyć emocje. – Ale boję się o ciebie, okej? Nie umiem tego wyłączyć. Już ostatnio coś było nie tak, a ty stawiasz dookoła siebie mury i myślisz, że sam sobie poradzisz. – Machnąłem ręką, jakbym odpędzał się od natrętnej muchy. – Nie poradzisz, rozumiesz? Spójrz do jakiego stanu się doprowadziłeś.
Mężczyzna milczał, uważnie mi się przyglądając. Był poważny i oddałbym wiele, by wiedzieć co w tej chwili myślał.
– Nie jesteśmy parą, to prawda – kontynuowałem powoli – ale chyba łączy nas coś więcej niż seks. Inaczej by mnie tu nie było – zauważyłem.
Darek przymknął oczy i uśmiechnął się lekko, co mnie zaskoczyło.
– Chyba masz rację – powiedział po chwili i znów na mnie spojrzał. – Tylko się we mnie nie zakochuj. – Wyszczerzył się bardziej, a ja uniosłem brwi.
– Bez obaw. Już jeden palant mi wystarczy. – Uniosłem kącik ust w górę z rozbawieniem.
– Och. Co to za palant? – zapytał szczerze zaciekawiony. Aż ożywił się bardziej.
– Patryk. To ten z którym przyjechałem ostatnio.
– Ten, który się o ciebie martwi – skojarzył – i dzwonił do ciebie wczoraj.
– Tak. I ten, który ma chłopaka. – Westchnąłem i opadłem plecami na łóżko. – Jestem po prostu skazany na samotność. Jak już jakiś gej pojawił się we wsi… i do tego mieszka w pokoju obok, to jest zajęty. Niezła ironia, nie?
– Mhm – wymruczał, pochylając się nade mną. Spojrzał w dół, na moje bokserki, jedyne ubranie, które miałem na sobie. Zrobiło mi się przez to cieplej. – Nie docenia tego, co ma przed nosem.
– Nie przesadzaj – zaśmiałem się i pociągnąłem go w dół, przez co stracił równowagę i uderzył mnie łokciem w żebra, próbując się bronić przed upadkiem na mój tors. – Au… – syknąłem.
– Sam jesteś sobie winny – prychnął. Zabrał moją rękę ze swojej szyi i usiadł mi na biodrach.
– Mmm – wymruczałem, patrząc na niego z dołu. Robiło mi się gorąco na samą myśl, że poczuję jego dotyk na sobie. – Chyba trzeba się wyszaleć przed zabiegiem, co?
– Potem post – potaknął. Oparł się dłońmi po obu stronach mojej głowy.
– Jak długo?
– Nie pamiętam. – Zmarszczył brwi w zastanowieniu.
– Jesteś beznadziejny – roześmiałem się głośno.
Wszystkie negatywne emocje odeszły. Cieszyłem się, że mogłem komuś powiedzieć o moim zauroczeniu. I że ta osoba nie przekonuje mnie głupim „na pewno się ułoży”. Nic się nie ułoży. Ale to nieważne, dopóki mogę tu z nim być. Dopóki choć jedna osoba mnie zauważa.
Wpatrywaliśmy się chwilę w swoje oczy. Lubiłem te momenty przed pocałunkiem, gdy Daniel zastygał i po prostu na mnie patrzył. Z nikim innym tak nie miałem. W końcu jednak dotykał moich ust wargami i pozwalał mi przejmować dominację.
Tym razem jednak nie skorzystałem z propozycji. Sam zastygłem, czekając na to, co się wydarzy. Nie dotykałem go rękami, nawet go nie obejmowałem, tylko ułożyłem je wzdłuż ciała.
Mężczyzna westchnął w moje usta i zwilżył je językiem. Spojrzał w dół i zmarszczył brwi, gdy zorientował się, że nie zamierzam niczego robić. W jego oczach pojawiło się pragnienie, którego jeszcze nie znałem.
– Znów to robisz – wymruczał nisko.
Nie zdążyłem zapytać o co mu chodzi, bo pocałował mnie mocno. Aż mi się zakręciło w głowie. Jego wargi były miękkie, zęby ostre, a zachłanny język już po chwili penetrował wnętrze moich ust. Sapnąłem, próbując nadążyć za jego gestami, ale po kilku sekundach poddałem się, czując, że to nie ma sensu.
Daniel otarł się kroczem o moje, przez co wygiąłem się z cichym sapnięciem. Mój penis drgnął, pobudzony. Objąłem plecy Daniela, przesuwając po jego szczupłym ciele palcami. Czułem jak mruczy z aprobatą. Oderwał się od moich ust i zaczął całować szyję, podczas gdy dłonią masował moje udo blisko krocza.
– Kochaj się ze mną – szepnąłem, nie mogąc się powstrzymać. Chyba dotarłem do momentu, gdy mogłem to z nim zrobić. Ufałem mu.
– Co? Seba… – Przestał mnie całować i spojrzał z powagą w oczy. To mnie trochę ostudziło. – Nie chcę ci zabierać ostatniego pierwszego razu… – Odetchnął głębiej. – Uwierz mi, warto czekać na tę odpowiednią osobę.
– W jakim ty świecie żyjesz? – prychnąłem. Mój głos brzmiał dziwnie przez podniecenie. – Na kogo mam czekać? Nikt się nie zjawi.
– Może. Ale ja ci tego nie odbiorę – szepnął wprost w moje usta.
Sapnąłem zirytowany. Dlaczego musiał być taki uparty? Przecież to tylko seks. Uprawiamy go od lat, co za różnica w jakiej konfiguracji?
– To co proponujesz? – warknąłem zły.
– Proponuję, żebyś się wyluzował i dał mi działać, skoro tak bardzo tego chcesz. – Musnął zębami moją szczękę i odsunął się, by ściągnąć nasze bokserki.
Pozbył się ich i położył między moimi nogami. Przymknął oczy, gdy chwycił oba penisy, zaczynając je o siebie pocierać. Nasze erekcje rosły wraz z ciepłem jego dłoni. Obserwowałem Daniela, gdy trzepał nam z uchylonymi ustami i błogim wyrazem twarzy. On sobie coś wyobraża, przemknęło mi przez myśl.
– Jesteś na górze czy na dole? – sapnąłem. Daniel spojrzał na mnie nieprzytomnie i uśmiechnął się groźnie, co jeszcze bardziej mnie nakręciło. Złość wyparowała, pozostawiając jedynie pożądanie.
– Jestem głęboko w tobie – wymruczał, patrząc mi w oczy bez skrępowania. Puścił swój penis na rzecz mojego. Jęknąłem głośno, czując jak wprawnie porusza dłonią. – Zaciśnij się na mnie… Seba…
Westchnąłem i chwyciłem jego członek, ściskając go i pieszcząc tak jak on to robił ze mną.
– Jestem ciasny – wymamrotałem drżącym głosem, wyobrażając sobie, że jest we mnie. Chciałem, by miał z tego taką samą frajdę jak ja. – Pierwszy raz… ktoś mnie ma…
– Mhm… Jesteś zajebisty.
Płonąłem. Daniel zaczął poruszać biodrami, wbijając się w moją dłoń i powarkując przy tym. Jedną ręką opierał się z boku mojej głowy, a drugą intensywnie pracował na dole, doprowadzając mnie tym do szaleństwa. Jęczałem pod nim, coraz szerzej rozstawiając nogi i unosząc biodra w górę. Czułem jak powoli zbliżam się do spełnienia.
– Mocniej! – jęknąłem niekontrolowanie, cały się trzęsąc. Sam przyśpieszyłem ruchy dłonią.
                – A–ach…! Czek–aj – usłyszałem nad sobą. – Seba…! – warknął mężczyzna, spuszczając się na mój brzuch. Na chwilę zamarł, dysząc ciężko.
                Uniosłem się lekko, by musnąć wargami jego usta.
                – Och… to było… nagłe. – Zaśmiał się słabo i ponownie zaczął mnie masturbować.
                Chwilę później moja sperma dołączyła do jego. Rozluźniłem się, czując w całym ciele przyjemne mrowienie, a Daniel położył się obok, przytulając do mojego boku.
                – Chyba musimy odwiedzić łazienkę. – Zaśmiał się, rozsmarowując lepkość po moim brzuchu.
– Zdecydowanie. – Mruknąłem, zamykając oczy. Byłem wykończony. Może nie tyle tym krótkim wysiłkiem, co emocjami, jakie towarzyszyły mi od rana. Chciałem znów zasnąć, czując jego ciepło przy sobie.