16 lipca 2016

Gonitwa w całości


Witajcie :)
Chciałabym umożliwić Wam ściągnięcie Gonitwy w całości za drobną opłatą 6,99 zł.



Jeśli ktoś będzie chciał zakupić ebooka inaczej, niż przez beezar, piszcie na mojego maila. Podam odpowiednie dane, żebyście mogli wnieść opłatę, a ja Wam wyślę PDF, MOBI albo EPUB Gonitwy (w zależności co będziecie chcieć). W tym przypadku, żeby nie męczyć się z groszami, ebook będzie kosztował 6 zł.
kaseko1111@onet.pl

Z racji tego, że niektórzy będą "do przodu", zrobiłam dodatkową stronę, gdzie będziecie mogli komentować (zachęcam! :3), jednocześnie nie spoilerując innym. Znajdziecie ją w menu głównym (na górze strony) pod nazwą "Komentarze Ebook".

To chyba wszystko.
W razie jakichkolwiek pytań (co tak tanio? co tak drogo?), piszcie :)


13 lipca 2016

[2] Gonitwa

      Rankiem, dzień po upadku, przeklinałem trenera, że pozwolił mi wyjechać na tor. Wiem, że nie była to jego wina, ale świadomość, że mogę kogoś przekląć, poprawiała mi humor. Z trudem podniosłem się z łóżka i ubrałem. Schodząc z pierwszego piętra (i strychu jednocześnie), gdzie miałem swój pokój, zobaczyłem Dagmarę przez uchylone drzwi. Ja wstawałem wcześnie, ale ta kobieta chyba w ogóle nie spała.
      Ubrałem buty i nie witając się z nią, ruszyłem do stajni nakarmić konie. Na dworze było rześko, a majowe powietrze pachniało świeżą trawą i kwiatami. Cieszyłem się, że pobędę chwilę sam, bo bolące plecy wprawiły mnie w naprawdę kiepski humor. Miałem wrażenie, że mam zakwasy na całym ciele.
      Zanim usłyszałem stukot butów, zdążyłem przyszykować w paszarni porcje w podpisanych wiadrach dla każdego z dwudziestu sześciu koni.
      - Cześć – rzucił Patryk, zatrzymał się obok mnie i przeciągnął bez skrępowania. Jego bluzka podwinęła się, pokazując zapadnięty brzuch. Spojrzałem na niego przymrużonymi oczami. Moim zdaniem był zbyt wysoki na dżokeja, jednak wagowo chybaby się zgadzało. Chociaż moim zdaniem było to niezdrowe – ale kogo to obchodzi.
      - Cześć – odpowiedziałem z rezerwą.
      - Tomasz kazał mi pomóc ci w obowiązkach – wyjaśnił swoją obecność. – Co mam robić?
      Najpierw spojrzałem na niego z zaskoczeniem, a później odpowiedziałem krótko i na temat.
Nie przyznałbym się przed nikim, ale z ulgą przyjąłem pomoc. Nie musiałem tyle latać w tę i we w tę. I było nawet miło pracować bez słowa. Nie musiałem mu tłumaczyć co robić, bo i wiadra, i boksy były opisane. Razem szybko się uwinęliśmy ze wszystkim.
      - Dalej cię boli? – zapytał, stając przy boksie Harfy, której akurat wsypywałem jedzenie. W stajni słychać było odgłosy przeżuwania.
      - Jest lepiej – skłamałem.
      - Jasne. – Uśmiechnął się lekko. – Też kiedyś spadłem w podobny sposób. Tyle, że mój koń nie próbował się zatrzymywać, a skręcił. Uwierz mi, większy powód do wstydu.
      - Nie wstydzę się – zaprzeczyłem. – To nie była moja wina.
      - No raczej. – Zaśmiał się i oparł o ściankę działową, gdy zamknąłem za sobą boks. Spoważniał. – W ogóle sorry za wczoraj. Byłem trochę zbyt nachalny.
      - A ja zbyt nerwowy – przyznałem. Zdziwiło mnie, że przeprosił. W sumie nic wielkiego się przecież nie stało.
      - Miałeś powód.
      - Miałem.
      Spojrzeliśmy na siebie z lekkim rozbawieniem. Ta sytuacja była dziwna. Może ta gaduła nie będzie taka zła, pomyślałem.
      - Jaki tutaj jest rytm dnia? – zapytał. - Wiesz, chciałbym się trochę dostosować. Mimo wszystko w każdej stajni są inne przyzwyczajenia.
      - Teraz idziemy na śniadanie. Później wypuszczamy konie i sprzątamy w boksach – odpowiedziałem. Coraz bardziej się cieszyłem, że nie będę sam wszystkiego sprzątał. Może w końcu trochę odpocznę. A i będę mógł wziąć wolne, bo nie będzie trzeba kombinować z zastępstwem.
      - Ok. No to chodź. – Uśmiechnął się szeroko.
***

      Razem praca szła zdecydowanie szybciej. Już o dwunastej mieliśmy wszystko zrobione i siedzieliśmy na murku przed stajnią, popijając swojskie mleko. Dagmara trzymała na jednym z mniejszych pastwisk krowę. Była tam też postawiona mała obora. Z mleka gospodyni robiła masło, ale zawsze dostawałem szklankę zaraz po dojeniu. Uwielbiałem tan smak. Kupne mleko mogło się przy nim schować.
      Mieliśmy z Patrykiem świetny widok na padok i wnętrze stajni, więc mogłem obserwować jak radzą sobie dzieciaki ze szkółki i trenerka, Katarzyna, która tu pracowała. Nie rozmawiałem z nią często i praktycznie można powiedzieć, że znaliśmy się jedynie z widzenia.
      - Masz tu tak codziennie? – zapytał Patryk, delektując się smakiem prawdziwego mleka. Machał nogami nerwowo, jakby pięć minut siedzenia było dla niego zbyt wymagające.
      - No – popisałem się elokwencją.
      - To jakim cudem jeszcze jesteś szczupły? – Zaśmiał się i spojrzał na mnie rozbawiony.
      Zmrużyłem oczy, patrząc na niego chwilę w zastanowieniu. On był gejem, wpadło mi nagle do głowy. To było na tyle oczywiste - jak dla mnie - że wcześniej przeszedłem z tym do porządku dziennego. Rozpoznawałem w końcu swoich. Nie byli dla mnie dziwadłami, więc czasem nawet nie zwracałem uwagi. To był oczywisty fakt jak na przykład kolor włosów. Teraz jednak dotarło to do mnie z pełną świadomością, gdy poczułem na sobie jego oceniające spojrzenie.
      - Widzisz ile tu roboty – odpowiedziałem, wzruszając ramionami. – Ale i tak nie pokonam cię w chudości. Jak ty się w ogóle utrzymujesz na koniu? To trochę chore. – Uniosłem kąciki ust w górę, by wiedział, że tylko się z nim droczę.
      - Muszę być taki. Nie mogę przekroczyć pięćdziesięciu siedmiu kilogramów. – Zmarszczył brwi.
      - Ile masz wzrostu?
      - Sto siedemdziesiąt siedem.
      Kiwnąłem głową, pogrążając się w myślach. Ja sam miałem pięćdziesiąt pięć kilogramów. W porównaniu do niego z pewnością byłem grubszy z moim wzrostem.
      - Zazdroszczę czasem niskim osobom – wyznał po chwili. – Nie musiałbym się tak męczyć.
      - Ja zazdroszczę wysokim.
      - Czemu? – Znów się zaśmiał.
      - Moim priorytetem nie są wyścigi. A głupio tak, gdy wszyscy patrzą na ciebie z góry.
      - Co, problem ze znalezieniem dziewczyny? – zapytał, unosząc brwi.
      Parsknąłem śmiechem. Naprawdę mnie nie rozpoznał?
      - Nie. Po prostu. Tak dla zasady. – Uśmiechnąłem się. – Chłopak powinien być wysoki.
      - Chętnie się zamienię – prychnął.
***

      Z niedowierzaniem obserwowałem jak nowy zajmuje się Gromem. Niby nic wielkiego, zwykłe czyszczenie i siodłanie. Jednak widzieli się pierwszy raz, a on obchodził się z nim tak, jakby to było normalne, że jest tu panem, a siwy ogier ma wykonywać to, co on zechce. Łaził dookoła niego, zupełnie na niego nie patrząc, wręcz olewając. Wyczyścił go, osiodłał i czekał aż ja skończę.
      Cóż. Większość czasu gapiłem się na szatyna, więc nie ma niczego dziwnego w tym, że byłem wolniejszy.
      Wychodząc na padok, znów nie mogłem się nadziwić. Patryk prowadził konia, trzymając wodze w jednej ręce, rozglądając się na boki, a drugą wymachując coś jakby do rytmu. Miałem ochotę parsknąć śmiechem. Kompletnie nie rozumiałem tego gościa, z jednej strony genialny jeździec – z tego co mogłem wcześniej zaobserwować – z drugiej jakby nieświadomy tego, co robi.
      - Co? – zapytał w pewnym momencie, a ja pokręciłem w odpowiedzi głową.
      Gdy znaleźliśmy się na padoku, wsiedliśmy na konie i zaczęliśmy zwyczajne rozprężanie. Trener stał z boku, obserwując nas bez słowa.
      Nie powiem, że czułem się komfortowo. Miałem doświadczenie, nie raz ścigałem się na torze i zaliczyłem niezliczoną ilość upadków. Jednak teraz miałem jakiś problem. Najzwyczajniej w świecie byłem spięty i nie wiedziałem co z tym fantem mam począć. Koń wyczuł moje zdenerwowanie, co zaraz było widoczne w jego ruchach. Konie jak lustro, tak to szło?
      Przymknąłem oczy, próbując się uspokoić.
      Pocieszył mnie trochę fakt, że i Patryk nie czuł się dobrze na swoim koniu. Nie miał cierpliwości do zamulającego Groma i widać było, że się irytuje, a nerwowość powoli zaczyna przechodzić na konia.
***

      Wieczorem usiadłem przy ognisku, które rozpaliliśmy z Magdą na tyłach domu. Dziewczyna przyniosła kiełbaski, częstując mnie i psa Maksa. Mieliśmy widok na łąki, jednak konie jakiś czas temu były wprowadzone do stajni, więc zostaliśmy pozbawieni ich widoku.
      - Może byś zaprosił Patryka? – zapytała w pewnym momencie, piekąc już swoją kiełbaskę.
      Spojrzałem na nią z niezadowoleniem. Do tej pory zawsze razem spędzaliśmy tak czas. Wszyscy jeżdżący w szkółkach kończyli zajęcia, przyjezdni pracownicy opuszczali teren stadniny, a rodzice Magdy nie lubili jedzenia z grilla, więc zawsze siedzieliśmy tu sami.
      To nie tak, że nie lubiłem Patryka. Owszem, niektóre jego cechy mnie denerwowały, jak na przykład sposób obchodzenia się z końmi i brawura, ale tak naprawdę nie miałem nic przeciwko niemu. Dzisiaj sporo mi pomógł i nawet można z nim było normalnie porozmawiać.
      - Potrzymaj. – Podałem jej kijek, na który wcześniej nadziałem mięso.
      Poszedłem do pokoju Patryka, bo podejrzewałem, że tak jak wczoraj wieczorem zaszył się u siebie. Zapukałem do odpowiednich drzwi, a po kilku sekundach zobaczyłem go w progu. Miał na sobie jedynie białe bryczesy. Mój wzrok mimowolnie powędrował na jego nagą, chudą klatkę piersiową i lekko zapadnięty brzuch, zatrzymując się tam o chwilę za długo.
      - Coś chciałeś? – zapytał, patrząc na mnie dziwnie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że trzymał telefon blisko ucha, tak, jakby z kimś rozmawiał.
      - Robimy z Magdą grilla, chcesz się dołączyć? – w moim głosie słychać było nerwowość.
      - Chętnie. Tylko daj mi chwilę – powiedział, otwierając szerzej drzwi i wchodząc głębiej do pomieszczenia.
      Pokój nie różnił się od mojego. Też był na poddaszu, miał jedną szafę, okno dachowe, mały stolik i wąskie łóżko. Nie było bałaganu, bo bluzy leżącej na łóżku, którą zapewne przed chwilą ściągnął, nie liczę. Wsadziłem dłonie w kieszenie szerokich spodni i oparłem się o próg, czekając.
      - Jestem, słuchaj, muszę kończyć – rzucił do telefonu. – Wiem Ad… Sorry… - Przetarł twarz dłonią i zgarbił lekko ramiona. – Wiem, ja też – mruknął cicho. – Pa.
      Rozłączył się i założył na siebie koszulę i bluzę. Zmienił też spodnie do chodzenia na co dzień (ale tak samo jak bryczesy były białe), dzięki czemu mogłem obejrzeć sobie jego szczupłe nogi i, cholera, kształtne pośladki. W porę się jednak zreflektowałem, by nie przyłapał mnie na gapieniu się.
      - Gotowy? – zapytałem, gdy wyprostował się już ubrany.
      - Tak.
      Dziękować za obecność Magdy, pomyślałem godzinę później, słuchając ich paplaniny. Oboje śmiali się z jakiejś komedii, która podobno ostatnio wyszła do kin. Ja nie miałem pojęcia o co chodzi, ale nie za bardzo się tym przejmowałem. Wolałem słuchać ich rozmowy niż sam w niej uczestniczyć.
      Jakiś czas później przymknąłem oczy, opierając się o mur za mną. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, wsłuchując się w przyjemny głos Patryka.
      - Hej, wstawaj – usłyszałem tuż przy uchu. Otworzyłem oczy, patrząc z dezorientacją na intruza obok mnie. – No dalej – szepnął Patryk, szturchając mnie w ramię.
      - Zimno – mruknąłem, rozglądając się dookoła. Ognisko już zgasło, a ciemności nocy nie mąciło żadne światło. – Gdzie Magda?
      - Była śpiąca, więc wysłałem ją do łóżka. – W panującym mroku dostrzegłem, że się uśmiechał. Kucał dość blisko mnie. – Wstawaj.
      Sam uniósł się ze swojej pozycji. Podał mi dłoń, którą chwyciłem bez wahania. Pomógł mi wstać i klepnął w ramię.
      - Nie jesteś zbyt towarzyski – powiedział nagle.
      - No.
      Zaśmiał się cicho i ruszył do domu, świecąc sobie komórką. Ja nie miałem mojej przy sobie, więc ruszyłem za nim. Cicho dotarliśmy na poddasze, dopiero na ostatnim korytarzu zapalając światło. Już chciałem iść do swojego pokoju, kiedy chłopak chwycił mnie za ramię, zatrzymując. Posłałem mu pytające spojrzenie.
      - Dzięki, że mnie zaprosiłeś – powiedział. – Wiem, że mnie nie lubisz, ale chciałbym być z tobą w miarę przyjaznych stosunkach. W końcu jakiś czas będziemy mieszkać razem pod jednym dachem.
      - Nie lubię cię? – palnąłem, nie do końca kontaktując. – Denerwujesz mnie czasem, ale i tak cię lubię – przyznałem. – Jak już powiedziałeś, jestem mało towarzyski.
      Patryk zacisnął usta, próbując ukryć rozbawienie. Oczywiście mu to nie wyszło.
      - Tak? No to się cieszę. – Wyszczerzył zęby, a ja się na niego zagapiłem. Miał cudowny uśmiech. – Dobranoc.
      - Dobranoc – powiedziałem z opóźnieniem i odwróciłem się na pięcie.
***

      Przez następne dwa tygodnie sytuacja miedzy mną a nowym była dziwna. Rozmawialiśmy o koniach, pracy, ale tylko wtedy, kiedy było trzeba. Prawdopodobnie przeze mnie tak to wyglądało. Niepokoiłem się trochę tym, że w pewnym momencie będziemy musieli rywalizować. A wiedziałem, że będzie mi jeszcze trudniej, jeśli go polubię. Choć tak naprawdę już go polubiłem… Choćby z tego względu, że mi się podobał.
      Na szczęście nie mieliśmy wiele wolnego czasu, bo trener zaciągnął nas do treningów. Walczyliśmy z naszymi problemami z końmi, a jazda nie szła ani mnie, ani Patrykowi, co widocznie frustrowało Tomasza. W końcu mieliśmy jedynie pół roku na przygotowania. Ogiery miały kondycję, ale i tak trzeba było je wzmocnić, a nasze głupie problemy komplikowały sytuację.
      Sarnad płoszył się co chwila i co prawda nie udało mu się mnie znów zrzucić, ale parę razy napędził mi stracha. W życiu nie bałem się koni, co nie oznacza, że nie czułem respektu, jednak teraz spinałem się za każdym razem, gdy gniadosz zaczynał coś kombinować. W jakimś sensie pocieszał mnie fakt, że Patryk także nie radził sobie ze swoim wierzchowcem - nie musiałem się martwić, że tylko ze mną nagle jest coś nie tak, choć to marne pocieszenie. Grom był dla niego za spokojny i chłopak, chcąc nie chcąc, był przez niego hamowany. Nie miał cierpliwości i poganiał go bez przerwy, co w pewnym momencie przerodziło się w niechęć ich obu.
      Nie rozumiałem, dlaczego trener uparł się, żebyśmy jeździli akurat na tych koniach. Jednak wydawał się coraz bardziej zły na mnie i Patryka. Oboje go zawodziliśmy.
      - Zupełnie nie umiecie współpracować! – krzyknął pierwszego dnia czerwca. – Zamieńcie się!
      Spojrzałem na szatyna, który już zsiadał ze swojego konia. Zrobiłem to samo i oddałem mu wodze Sarnada, sam wsiadając na Groma.
      - A teraz zobaczcie jak się jeździ – prychnął trener. – No dalej! – pogonił. – Przeszkody czekają!
      Zerknąłem na grupkę dzieciaków, obserwujących nas. Za pół godziny mieliśmy opuścić padok i zwolnić im miejsce do jazdy. Trochę im współczułem, bo zdążyliśmy już zdenerwować trenera, a niezadowolony Tomasz, to Tomasz wymagający niemożliwego.
      Patryk pierwszy ruszył do roboty. Zagalopował wkoło i nagle oczy mu się zaświeciły. No tak, jemu nie przeszkadza roztrzepanie i nerwowość tego konia, jeśli jest szybki i chętny do współpracy. Razem pokonali tor przeszkód w ekspresowym tempie, jednak z dwoma zrzutkami.
      Teraz moja kolej.
      Popędziłem Groma i aż uniosłem brwi ze zdumienia, gdy poczułem jak płynnie się pode mną porusza, reagując na każdy bodziec. Dawno nie jeździłem na siwym i zapomniałem już jaki jest. Nie przyśpieszał, nie rozglądał się na boki, niemalże sprawiał wrażenie niezainteresowanego. Przejechaliśmy przeszkody spokojnie, bez żadnych zrzutek.
      Zatrzymałem Groma przy Patryku i oboje spojrzeliśmy na trenera.
      - Zadowoleni? – zapytał tylko z pozoru łagodnie.
      - Tak – odpowiedzieliśmy równocześnie, a mężczyzna westchnął.
      - Nie rozumiecie. – Machnął ręką. – Patryk, ty pokonałeś tor w dobrym tempie, ale i tak byś nie wygrał, bo masz dwie zrzutki. Jesteście razem zbyt chaotyczni. A ty, Sebastian na leżakowanie się wybrałeś, czy co? Przecież ten koń stępem by to pokonał szybciej – fuknął na mnie. – Te konie są takie jak wy. Nie możecie jeździć w ten sposób, bo wasze zalety i wady się potęgują, a powinny się równoważyć. – Przetarł twarz dłonią, sprawiając wrażenie zrezygnowanego. – Koniec na dzisiaj. A przez jakiś czas macie zakaz jazdy konnej.
      - Co?! – krzyknąłem, lecz zaraz się zreflektowałem. Takim tonem nic nie osiągnę. – Dlaczego?
      - Popracujecie z nimi z ziemi. Ty z Sarnadem, Patryk z Gromem. I zacznijcie w końcu wymagać także od siebie, a nie tylko od konia. Jak zobaczę to, co powinienem, to znowu zaczniecie jeździć.
***

      Pakując dokumenty i ubranie na zmianę do plecaka, usłyszałem pukanie do drzwi.
      - Proszę – zawołałem. Do mojego pokoju wszedł Patryk, niepewnie, lecz z ciekawością, rozglądając się po pomieszczeniu. Jeszcze tu nie był, więc nic dziwnego, że chce poznać nowe miejsce.
      - Jedziesz gdzieś? – zaczął, zauważając otwarty plecak.
      - Na jedną noc do Wrocławia. – Machnąłem ręką. – Rano będę, więc nie musisz się martwić o robotę.
      - Ok. – Kiwnął głową i bez pytania usiadł obok mnie na łóżku. – Słuchaj, co robimy z Sarnadem i Gromem? Wiesz w ogóle czego po nas trener oczekuje?
      Wzruszyłem ramionami, patrząc na niego z boku. Nawet jak siedział, był wyższy ode mnie. Nadal mi to przeszkadzało. Zresztą nie było dnia, żebym nie zazdrościł wyższej części społeczeństwa.
      - Jak myślisz, co jest twoim największym problemem? – zapytałem, chcąc znać pełen obraz sytuacji. Miałem już wyrobione zdanie, ale to nie oznaczało, że było prawidłowe i nie wymagało korekty.
      - Brak cierpliwości - westchnął. – Nie lubię spokojnych koni. Grom lubi biegać, ale szybkość nie jest mu do szczęścia potrzebna. Do tego jest strasznie dokładny. Jeśli nie podejdzie do przeszkody tak, jak się tego nauczył wcześniej, wyłamie, albo strąci poprzeczkę.
      - U mnie problemem jest to, że Sarnad jest bardzo płochliwy – zacząłem. - Wszystkiego się boi. A jeśli nie, to zawsze znajdzie sobie najbardziej absurdalny powód do strachu. No i rwie do przodu jak poparzony, nie zważając na to, że coś mu stoi na przeszkodzie. - Spojrzeliśmy po sobie z rozbawieniem. Z miejsca było widać, że my i te konie to zupełne przeciwieństwa. – Nie wiem co Tomasz chce osiągnąć. Do tej pory na Sarnadzie i Gromie jeździli przypadkowi jeźdźcy.
      - Może po prostu chce, żebyśmy się z nimi zaprzyjaźnili? – zauważył Patryk, marszcząc brwi. – Jak na razie coraz bardziej się nie znosimy, próbując na siłę coś zrobić. Trener to zauważył i dlatego zakazał nam jazd. – Westchnął. – Mój koń musi mi zaufać jako komuś, kto prowadzi.
      - Olewasz go – wtrąciłem.
      - Co?
      - Olewasz go – powtórzyłem, opierając się łokciami o swoje kolana. – Wiesz, jak go czyścisz, zachowujesz się jak pan i władca. W ogóle nie zwracasz na niego uwagi, robisz tylko to, co musisz i nic poza tym. Jak go prowadzisz, też skupiasz się na wszystkim, tylko nie na koniu.
      - No bo jest taki spokojny – zaczął się tłumaczyć. – Gdyby coś odwalił…
      - Tu nie chodzi o to – przerwałem mu. – Ty od niego wymagasz, ale nie dajesz mu od siebie niczego w zamian. A do tego denerwujesz się, gdy nie idzie po twojej myśli.
      Milczeliśmy przez chwilę, zamyśleni.
      - A ty boisz się Sarnada – wytknął i mój błąd. – Cały czas myślisz o tym, że za chwilę coś się stanie, że musisz się mocno trzymać i być uważnym. Do tego stresujesz się, gdy przyśpiesza. On lubi szybkość i nie rozumie, dlaczego chcesz go powstrzymać. Dotychczas pewnie nikt tego nie robił.
      Spojrzeliśmy sobie w oczy i naraz parsknęliśmy śmiechem. To było takie absurdalne. Dotychczas nie miałem z końmi żadnych problemów. Nie rozumiałem, co się stało, ale musiałem to pokonać. Jak widać, człowiek uczy się przez całe życie. I chyba potrzebowałem punktu widzenia Patryka. Sarnad mnie odstraszał, przez co miałem klapki na oczach i nie umiałem spojrzeć na nas z dystansem.
      - Coś proponujesz? – zapytał.
      - Wymyślę jakieś ćwiczenia na jutro – zdecydowałem. Chciałem, żeby już poszedł, bo musiałem to wszystko przemyśleć. Sam. Przy nim obok z pewnością się odpowiednio nie skupię. Zawsze zabierał o wiele więcej mojej uwagi, niż jakakolwiek inna osoba.
      - Wiesz… - zaczął, patrząc na mnie ze skupieniem – jestem tu od dwóch tygodni i mam wrażenie, że coś ci we mnie nie pasuje. Teraz rozmawiamy normalnie, ale zwykle unikasz mnie jak tylko się da. Co robię nie tak?
      Westchnąłem ciężko. Gdy już zaczął ten temat, czułem się w obowiązku wyjaśnić swoje zachowanie. Wiedziałem, że nie jestem w stosunku do niego fair.
      - Nie lubię rywalizacji – przyznałem z niechęcią. – Uciekam od niej jak tylko mogę. To przez to się tak zachowuję.
      - Będziemy jeździć na koniach od tego samego trenera. Nie mamy rywalizować, tylko współpracować – zauważył, uśmiechając się szeroko. – Nie spinaj się tak. Zresztą w wolnych chwilach jest tu nudno. Fajnie byłoby mieć kogoś, z kim można by było pogadać.
      Może rzeczywiście źle do tego wszystkiego podchodzę, pomyślałem.

6 lipca 2016

[1] Gonitwa

      Stadnina w której pracowałem była położona we wsi-miejscowości (różnie mówią) położonej godzinę drogi od Wrocławia. Pracowałem i jeździłem tu konno, odkąd skończyłem dziesięć lat, a gdy osiągnąłem pełnoletniość, już na stałe w niej zamieszkałem. Dzięki temu moi rodzice mogli skupić się na mojej siostrze, Idze. Cóż. Nigdy się nam nie przelewało, więc mieli jedną gębę mniej do wyżywienia. Mimo tego, że mieszkali jedynie jedną wieś dalej, rzadko ich odwiedzałem. Nigdy nie byliśmy zżyci, a mnie się wydawało, że jest łatwiej, gdy powoli odszedłem, zrzucając z ich barków jeden ciężar. Nie zabiegaliśmy o kontakt ze sobą, więc przez te pięć lat, odkąd zacząłem pracować i mieszkać u Tomasza Rodel, to on, jego żona i córka stali się moją rodziną.
      Stadnina koni wyścigowych składała się z trzech dużych budynków, w tym dwóch stajni i jednego domu mieszkalnego, w którym zrobiono także mały hotel. Za nimi ciągnęły się pastwiska, padoki i tor długości jednego kilometra, na którym można było ćwiczyć do zawodów. Otaczał on największą łąkę, gdzie zwykle pasły się klacze.
      Liczba zwierząt często ulegała zmianie. Trener miał dwadzieścia koni swoich w większej stajni, a w drugiej, mniejszej było czternaście boksów. Ludzie mogli tam wynająć miejsce dla swojego konia - na chwilę obecną było ich sześć.
      Do moich zadań należało sprzątanie boksów, karmienie koni i wyprowadzanie ich na pastwiska. Codziennie też jeździłem na tych wierzchowcach, które były zapomniane przez innych. Jednak tydzień temu, na zawodach w Gdańsku, dowiedziałem się, że zamiast tego mam trenować z Sarnadem do Wielkiej Pardubickiej. Trener podobno chciał coś sprawdzić i kazał mi zaprzyjaźnić się z ogierem. Od teraz jedynie ja mam na nim jeździć i trenować. Mieliśmy stanowić zgrany zespół na wyścigu. Niewątpliwie ta część mi się spodobała. Gorzej, że summa summarum robię to po to, żeby móc jak najwięcej z niego wyciągnąć w trakcie jednej z najcięższych gonitw świata.
      Po południu, po obrządkach i obiedzie, przyprowadziłem Sarnada do stajni i przywiązałem go na korytarzu. Dziś miała być nasza pierwsza jazda i szczerze powiedziawszy byłem ciekaw jak się na nim jeździ. Był jedynym koniem Tomasza, którego jeszcze nie dosiadałem. Miało to swoje powody, ale wolałem o nich teraz nie myśleć.
Przesunąłem dłonią po gniadym grzbiecie ogiera i obszedłem go dookoła, uważnie mu się przyglądając. Był pięknym koniem czystej krwi angielskiej. Miał dobrze wyrzeźbione, mocne mięśnie i minimalną ilość tłuszczu. Jego sierść i grzywa - gdy była czysta - miała piękny ciemno brązowy odcień, bez żadnych plam i przebarwień, ale teraz była strasznie polepiona i zsiwiała od piachu.
Uniosłem jego przednią nogę jak najwyżej. Ogier pozwalał mi robić cokolwiek chciałem, jednak ani na moment nie spuszczał mnie z oka. Wyczyściłem kopyto i zająłem się pozostałymi. Pół godziny zajęło mi czyszczenie jego sierści, rozczesywanie grzywy i ogona. Ostatni raz ktoś się nim dokładniej zajął przed wyścigami, w których brał udział, czyli jakiś miesiąc temu. Później czyścili go jedynie starsi uczniowie szkółek, którzy zgłosili się na ochotnika.
      Sarnad zarżał, widząc konie na pastwisku. Zapomniałem wcześniej zamknąć stajnię, jednak nie miałem zamiaru naprawiać tego błędu. Miał się zachowywać w każdych warunkach. Wbiłem mu palec w bok, przez co znów spojrzał na mnie z niemym pytaniem. Pogładziłem więc to samo miejsce i zabrałem się za zamiatanie korytarza pod jego nogami. Posłusznie odsunął się na bok.
      Gdy korytarz był już czysty, chwyciłem czaprak i zacząłem siodłać konia. Gotowego do jazdy ogiera, wyprowadziłem na padok. Wodze trzymałem pewnie, jednak dając mu wybór podążania za mną, albo wybrania własnej drogi. Zrobił to pierwsze, z czego byłem zadowolony.
      - Zobaczymy jak cię wyszkolili – mruknąłem do niego, zatrzymując się na padoku. Koń rozejrzał się, niepewnie spoglądając na flagę, którą niedawno wywiesił trener. Uśmiechnąłem się kącikiem ust. – Nie martw się. Nie zagryzie cię – prychnąłem. Sarnad nie wyglądał na przekonanego moimi słowami.
      Podciągnąłem popręg i dopasowałem sobie strzemiona, a chwilę później siedziałem już na jego grzbiecie. Koń zastrzygł uszami i szarpnął łbem, gdy na próbę skróciłem wodze. Wciąż też czujnie obserwował śmiercionośną flagę. Czułem, że szybko go do niej nie przekonam.
      - Też nie lubię czerwonego – przyznałem i skierowałem go na przeciwległą ścianę.
      Przyjemnie nosił. Jego krok był zdecydowany, a oczy pełne ciekawości. Czułem się pewnie, choć nie dawałem się temu zwieść. Jeszcze na nim nie jeździłem, a jedyny kontakt jaki mieliśmy, to wtedy, gdy go karmiłem, albo wyprowadzałam czy przyprowadzałem z padoku. Wydawało mi się, że kompletnie nie pasowaliśmy do siebie charakterami, więc nigdy nawet nie przyszło mi do głowy, by spędzać z nim czas, jak to robiłem z innymi końmi. Sarnadem często zajmowali się ochotnicy, a tylko trener go dosiadał – nie licząc zawodów, kiedy wynajmowano dżokejów.
      Kręciłem się po padoku, robiąc ósemki i wolty, a ogier nawet się nie zorientował, że byliśmy co rusz coraz bliżej flagi. Po dwudziestu minutach udało mi się przejechać obok niej, podczas gdy on był skupiony na moich poleceniach. Ściągnąłem odrobinę wodze i popędziłem go do kłusa. Już po chwili ustawił mi się prawidłowo i zaczął przeżuwać wędzidło. Puściłem wtedy wodze i spróbowałem pokierować go samym dosiadem. Nie słuchał mnie w takim stopniu, w jakim powinien, ale wciąż mogliśmy nad tym popracować.
      Po jakimś czasie znów skróciłem wodze i zagalopowaliśmy. Popełniłem jednak po drodze jakiś błąd, bo Sarnad naparł na wędzidło i rozpędził się bardziej, niż tego chciałem. Uspokoiłem go na wolcie i odzyskałem utraconą kontrolę.
      - Nie chcesz wyjechać na tor? – usłyszałem głos trenera i dopiero wtedy zauważyłem go przy wejściu na padok. Zwolniłem.
      - Pewnie – zawołałem z szerokim uśmiechem. Ten koń aż rwał się do biegu. Chciałem go sprawdzić i zobaczyć jak wiele ma w sobie mocy.
      - Skróć strzemiona – upomniał mnie mężczyzna i otworzył bramkę.
      Zrobiłem to w trakcie jazdy, prosząc trenera, żeby potrzymał Sarnada. Tak było wygodniej. Po drodze minęliśmy grupkę dzieciaków, czekających na swoją jazdę. Przez chwilę byłem pod ostrzałem ich spojrzeń. W końcu jednak wjechałem na mniejszą i mniej zadbaną wersję prawdziwych torów.
      - Możesz go zmęczyć – powiedział trener. – Będę liczył czas od drugiego okrążenia.
      Kiwnąłem głową, próbując powstrzymać ekscytację, którą Sarnad od razu wyczuł. Oboje chcieliśmy się już rozpędzić.
      Pierwsze okrążenie pokonałem w galopie, mając trudność w utrzymaniu mojego wierzchowca. Widząc przestrzeń przed sobą, był bardzo rozochocony. Cieszyłem się, gdy w końcu zobaczyliśmy prostą, kończącą pierwsze okrążenie, bo w końcu mogłem pozwolić mu rozpędzić się do cwału. Męczące było powstrzymywanie go.
      Był szybki, musiałem to przyznać. Czułem się cudownie, pędząc na nim, a serce podchodziło mi do gardła ze zdenerwowania i szczęścia. Pochylałem się nisko w półsiadzie, co jakiś czas dostając jego grzywą po twarzy. Moje nogi pracowały intensywnie, utrzymując mnie na końskim grzbiecie, a ziemia mknęła pode mną z zawrotną szybkością.
      Może jednak źle go oceniłem?
      Kończąc trzecie okrążenie, dostrzegłem drugą postać, stojącą przy trenerze. Nie rozpoznałem z daleka kim mogłaby być, ale to było bez znaczenia. Niewiele mnie interesowało pozna Sarnadem i moimi mięśniami.
      Niestety nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Nagle na prostej przed nami z trawy wyleciał jakiś większy ptak. Byłem przygotowany na to, że Sarnad zwolni, zmieni tor biegu, zarzuci głową, zmyli krok, albo w ogóle się tym nie przejmie. Nie byłem jednak przygotowany, że w pełnym cwale zaryje kopytami o ziemię w próbie zatrzymania się. Zresztą nawet gdybym był, niewiele mógłbym zrobić… oprócz zastanowienia się, czy w ogóle jest to możliwe.
      Tak więc przeleciałem przez szyję ogiera, lądując niemal pod jego kopytami. Jakimś cudem mnie nie podeptał i siłą rozpędu poleciał dalej, niż ja uderzyłem o grunt, turlając się po nim jak szmaciana lalka. Usłyszałem krzyk gdzieś daleko i rżenie konia, który o dziwo nie rzucił się do ucieczki, tylko stanął niedaleko mnie. Przynajmniej tyle mogłem wywnioskować dzięki uszom.
      Nie chciałem się ruszać. Wolałem trwać w błogiej nieświadomości tego, czy cokolwiek mi się stało. Bolało mnie parę rzeczy, jednak wiedziałem, że nieprzyjemne uczucie się nasili, gdy spróbuję się ruszyć. Nie było mi jednak dane leżeć w nieskończoność, bo ktoś zdyszany do mnie dopadł i z pewnością nie był to trener. Ustawił się tak, by rzucić na mnie cień, więc odważyłem się otworzyć oczy.
      Miałem halucynacje, albo klęczał przy mnie Patryk. Jego czarne, kręcone włosy lśniły od słońca, a błękitne oczy wpatrywały się we mnie z przerażeniem.
      - Boże – sapnął – umiesz się ruszyć?
      - Miło, że ktoś uważa mnie za Boga – zadrwiłem słabo. Odzyskiwałem świadomość tego, co mnie otacza, stwierdzając, że chyba jednak nic mi nie jest oprócz, z pewnością, kilku siniaków, które sobie nabiłem. Już parę razy miałem coś złamane, ale teraz nie czułem tego, co wtedy. Mimo to nie miałem ochoty się ruszać. Ziemia wydawała się być bardzo wygodna, a mina Patryka komiczna, gdy zrozumiał, że żartuję w takiej sytuacji.
      - Umiesz usiąść? – nie dał się zbyć.
      - Chyba tak – mruknąłem, zbierając silną wolę, która chyba najbardziej się potłukła przy tym upadku. Dźwignąłem się na łokciach, a po chwili usiadłem na ziemi. Chłopak uważnie mi się przyglądał. – Spokojnie, żyję. – Ściągnąłem toczek z głowy, oglądając go dookoła, czy jest cały.
      Dopiero teraz trener do nas dotarł, zdyszany. Przez myśl mi przeszło, że Patryk ma niezły sprint.
      - Coś sobie zrobiłeś? – zapytał mężczyzna, podchodząc do mnie już wolniej, gdy zobaczył, że się podniosłem.
      - Na razie myślę, że jedynie się poobijałem – mruknąłem, krzywiąc się nieznacznie. Moja pierwsza jazda na tym koniu i już zleciałem.
      - Patryk, zabierz go do Dagmary. Niech go obejrzy – zdecydował trener, podchodząc do Sarnada i wskakując na niego. Nie mógł stać po cwale. Znów się skrzywiłem. Skoro nie kazał mi na niego wsiadać, to znaczyło nie mniej, nie więcej niż to, że ten upadek wyglądał naprawdę źle.
      - Wstaniesz? – zapytał Patryk i sam podniósł się z klęczek. Jego idealnie białe bryczesy były pobrudzone ziemią. Trochę mnie to pocieszyło. Ja musiałem być nią cały oblepiony. I w sumie wiele się nie myliłem, pomyślałem, spoglądając na swoje spodnie i bluzkę.
      - Już. – Stęknąłem i podniosłem się do pionu. Kochana, twarda ziemia.
      - Nieźle wyrżnąłeś – zaśmiał się chłopak, obserwując jak próbuję się choć trochę otrzepać się z brudów. Gospodyni mnie zabije, jeśli wniosę jej piach do domu. – Kim w ogóle jest Dagmara?
      - Żona Tomasza – wyjaśniłem, a chłopak uniósł brwi. – Żona trenera. Serio nie wiesz jak ma na imię?
      - Dopiero przyjechałem. Raz tylko z nim rozmawiałem. Wiesz, tydzień temu na zawodach, bo późniejszego telefonu nie liczę. – Machnął dłonią. – Prowadź. Ja nie mam pojęcia gdzie iść.
      Wzruszyłem ramionami i od razu skrzywiłem się nieznacznie. Uch. Czułem, że jutro będę miał problem, żeby wstać z łóżka. Ruszyłem powoli w stronę domu trenera.
      - Co on w ogóle zrobił? – zapytał niebieskooki, gdy zeszliśmy z toru.
      - Co? – Zerknąłem na niego, nie do końca rozumiejąc.
      - No Sarnad. Czemu się nagle zatrzymał… No i do cholery jak on to zrobił? Przecież to w ogóle nie jest logiczne…
      - Wystraszył się ptaka – wymamrotałem, a chłopak spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
      - Serio? – I wtedy zaczął się śmiać. Zirytował mnie, a to, że miał tak ładny śmiech, jeszcze pogorszyło sytuację.
      - Co w tym dziwnego? – westchnąłem. Z jednej strony nie miałem o co się wściekać, bo ten upadek nie był moją winą, z drugiej byłem cholernie zły, że musiałem się wywalić akurat przed nim. W końcu był moim konkurentem. Za pół roku mieliśmy razem brać udział w Wielkiej Pardubickiej. Chociaż… co to za różnica? To się po prostu zdarza.
      Na moje szczęście dotarliśmy już do domu i w końcu musiał się przestać śmiać.
      Dagmarę można było jak zwykle znaleźć w kuchni. Tym razem jednak nie miała nic do roboty i jedynie czytała książkę. Gdy mnie zobaczyła, otworzyła szerzej oczy i zerwała się z miejsca.
      - Co się stało?! – krzyknęła.
      Była niską, dość pulchną kobietą z długimi, brązowymi włosami i typowo słowiańską urodą. Zaliczała się do małej grupy osób, które przewyższałem wzrostem. Czasami się zastanawiałem, czy to nie był główny powód, dla którego ją tak bardzo uwielbiałem. Chociaż jej umiejętność gotowania też pewnie miała jakieś znaczenie w tej ocenie.
      - Spadłem z Sarnada – powiedziałem wesołym tonem, próbując ją w ten sposób upewnić, że nic złego się nie stało, podczas gdy ona zmacała moje ramiona i żebra.
      - Ten koń jest niemożliwy – żachnęła się. – Nic cię nie boli?
      - Pewnie będzie go jeszcze boleć przez najbliższy tydzień – wrzucił swoje trzy grosze nasz gość.
      - A ty kim jesteś? – zapytała kobieta, jak gdyby dopiero teraz go zauważając.
      - Patryk. Miło mi – powiedział z szerokim uśmiechem.
      - Ach, no tak! Tomasz mi mówił, że dzisiaj przyjedziesz. Siadajcie, zrobię wam herbatę.
      Hm… Chyba umknął mi fakt, że on ma przyjechać w najbliższym czasie. Wiadome było, że Tomasz dostanie czego chce, bo on tak po prostu ma, to jego cecha wrodzona, ale nie spodziewałem się, że tak szybko sprowadzi Patryka. Ciekawe czy będzie tu na takich samych zasadach, co ja. W sumie fajnie by było mieć kogoś do pomocy. Ogarnąć codziennie około trzydziestu koni nie było łatwo.
      - Nie trzeba… - sapnąłem, gdy dotarła do mnie druga część wypowiedzi. Chciałem już wrócić do konia.
      - Ależ oczywiście, że trzeba!
      Znacie babcie, które wpychają jedzenie na siłę, nawet jeśli wcześniej zjadło się dwa obiady i ciasto? Dagmara jest jedną z takich kobiet, dlatego pięć minut później siedzieliśmy z kubkami w rękach i ciastkami naprzeciwko.
      - Skąd jesteś? – zapytała nowego.
      - Z Gdańska. – Uśmiechnął się. – Będzie mi trudno się przyzwyczaić do braku morza parę kilometrów dalej.
      - Lubisz pływać?
      - Tak. I często też jeździłem konno na plażę. To jest najlepsze połączenie. – Spojrzał na mnie z uśmiechem, ale widocznie nie zobaczył tego, co chciał, bo odwrócił wzrok, zmieszany. Cóż. Nie moja wina, że miałem naprawdę kiepski dzień.
      - Zawsze chciałam pojechać nad morze – wyznała gospodyni. – ale wciąż jest tu tyle roboty, że czas ucieka przez palce.
      Wyłączyłem się z tej uprzejmej konwersacji. Sam siebie próbowałem przekonać, że się nic nie stało, ale po opadnięciu adrenaliny, poczułem się przerzuty, wypluty i zaniepokojony tym, że spadłem już na pierwszej jeździe na tym koniu. W ogóle zrobił na mnie wrażenie nerwowego zwierzęcia, któremu ciężko będę mógł teraz zaufać.
      Po chwili wstałem, decydując, że jak nic nie zrobię, to moje myśli zajdą za daleko. Nie mogłem się dołować. Miałem być pewny siebie.
      - Dziękuję za herbatę – rzuciłem do Dagmary i włożyłem kubek do zmywarki.
      - Gdzie idziesz? – usłyszałem za sobą, gdy wyszedłem z domu. Przewróciłem oczami. Czy on będzie teraz jak rzep? Mam nadzieję, że nie.
      - Do Sarnada – westchnąłem.
      Patryk zrównał się ze mną i spojrzał na moją twarz.
      - Dagmara jest super – wypalił z szerokim uśmiechem. – Przypomina mi moją babcię. Jest taka swojska.
      Przewróciłem oczami, ale nic nie odpowiedziałem. Super, trafiła nam się gaduła. Wszystko fajnie, pięknie, bo w tym miejscu takich brakuje, ale teraz serio nie mam ochoty tego słuchać.
      - Wyglądasz coraz gorzej - stwierdził nagle, uważnie mi się przyglądając.
      - Dzięki – prychnąłem. – Tego właśnie mi trzeba.
      - Nie. Serio. – Chwycił mnie za ramię, a ja jęknąłem cicho z bólu. – No właśnie, o tym mówię.
      - Puść mnie. – Wyrwałem rękę z jego uścisku i zrobiłem krok w tył. Miałem dość. Czułem się jak gówno i z pewnością nie miałem ochoty się tak pokazywać obcej osobie. Chciałem, żeby mnie zostawił.
      - Sorry – mruknął niepewnie. – Bardzo boli?
      - Nie twoja sprawa – warknąłem. – Możesz iść jeszcze do Dagmary, ja za chwilę przyjdę z trenerem – zaproponowałem, tak naprawdę nie wiedząc jak się go pozbyć z pola widzenia w miarę kulturalnie. Nie byłem osobą, która potrafi się zachować towarzysko.
      Na szczęście przystał na to i po chwili byłem sam na wielkim podwórku. Przetarłem dłonią twarz i z cichym westchnieniem ruszyłem w stronę toru, tym razem nie musząc udawać, że nie krzywię się przy każdym kroku.

1 lipca 2016

[Prolog] Gonitwa

Serdecznie zapraszam na pierwszy rozdział Gonitwy. Mam nadzieję, że Wam się spodoba :)
Następne rozdziały będę się pojawiały co środę o godzinie osiemnastej. Niedługo też dodam wersję płatną - całość w formie e-booka (będzie jednak tańszy, niż wcześniej zapowiadałam)

PROLOG


Nigdy nie lubiłem rywalizacji. Dla mnie zawsze najważniejszy był koń. Nie ważne - stary czy młody, zdolny czy fajtłapa, każdemu z nich mogłem poświęcić czas i traktować go na równi. Nie liczyła się wygrana, lecz radość z jazdy. Jednak jeśli chciałem poważnie myśleć o utrzymaniu się ze swojej pasji, musiałem brać udział w zawodach i osiągać w nich dobre rezultaty. W każdym razie nigdy nie rozumiałem myślenia ludzi zajmujących się ujeżdżaniem, skokami czy wyścigami, nawet jeśli sam należałem do tej ostatniej grupy.
Tym razem wylądowaliśmy z trenerem i jego córką, Magdą, na zawodach skokowych, w których ona brała udział. Ileś razy już mówili, która to klasa i jak wysoko moja rówieśniczka zaszła, ale mnie jak zwykle to nie obchodziło. Tak szybko jak te informacje wlatywały mi do uszu, tak szybko też się ich pozbywałem. Dla mnie najważniejsze było, aby Harfa, klacz Magdy, nie została zapomniana w tym wszystkim i żeby nic jej się nie stało podczas ponad półtorametrowych skoków. Z jednej strony wiedziałem, że dla tych koni nikt nie chce źle. Ba. Nawet powinno właścicielom zależeć, żeby się dobrze czuły - w końcu to one odwalają połowę roboty i muszą być w jak najlepszej formie na zawodach. Niestety nie raz widziałem, jak te zwierzęta są spisywane na straty po nieudanych rywalizacjach. Na szczęście mój trener nie był aż tak zaślepiony jak inni. Przywiązywał się do swoich podopiecznych i nieważne, czy byli to ludzie, czy konie.
Dzisiejszy, majowy dzień zapowiadał się wspaniale. Swoją drogą, lubiłem ten miesiąc. Pięć lat temu o tej porze pisałem maturę, a zaraz po niej rozpocząłem życie, o jakim od zawsze marzyłem. Blisko koni i wszystkiego, co z nimi związane. Co prawda już wcześniej się przy nich kręciłem, ale dopiero po skończeniu liceum i osiągnięciu pełnoletniości zdecydowałem, że tak właśnie będzie wyglądać reszta moich dni. W stajni.
- Niedługo się zacznie - obwieścił trener, podchodząc do Harfy, która już gotowa do jazdy, stała w boksie. Uważnie przyjrzałem się starszemu mężczyźnie, który wyglądał, jakby pomylił drogi i zamiast na rodeo, wylądował na prestiżowych zawodach skokowych. Kompletnie tu nie pasował. Nie, żebym ja był ideałem ze swoimi spranymi, czarnymi bryczesami i trochę zbyt małą koszulką moro, ale przynajmniej nie udawałem, że jestem z innej epoki i kontynentu.
- Co jest? Mam coś na twarzy? - zapytał mężczyzna, jednocześnie klepiąc klacz po szyi i pocierając drugą dłonią swój krzywy nos.
- Nie. - Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na Magdę, wracającą z toczkiem, który zapomniała z samochodu.
Nagle poczułem, że coś ląduje na mojej głowie. Spojrzałem z niezrozumieniem na trenera, który zaczął się śmiać z jakiegoś powodu. Dotknąłem kapelusza, burzącego moją fryzurę. Było już za późno na protest i ratowanie moich przydługich, brązowych włosów, więc postanowiłem nic z tym nie robić. Cóż. Teraz do kompletu i fryzurę będę miał niechlujną.
- Z czego się śmiejesz? – burknąłem niezadowolony. Tomasz miał mój pełny szacunek, ale w takich chwilach nie przejmowałem się, że jest ode mnie dwa razy starszy. Czasem zachowywał się dziecinnie.
- Kupię ci jakiś, obiecuję - powiedział rozbawiony, patrząc na mnie brązowymi oczami, otoczonymi zmarszczkami. - Dzięki niemu wydajesz się wyższy.
- Serio? - Uniosłem brwi. - Nigdy nie słyszałem, żeby przeszkadzał ci mój wzrost.
- Z jednej strony nie. - Wskazał na swoją córkę. - Ale przy niej wyglądasz trochę...
- O czym rozmawiacie? - wtrąciła dziewczyna. Blond włosy spięła już w koński ogon i założyła toczek na głowę. Wyglądała pięknie w białych bryczesach i czarnej, kobiecej marynarce.
- O niczym - mruknąłem. Jak niby miałem się przy nich nie nabawić kompleksów? A szczególnie przy dziewczynie wyższej ode mnie o pół głowy.
- Nie wygląda w tym uroczo? - zapytał trener.
Magda spojrzała na mnie oceniająco i niemal krytycznie. W takich chwilach kojarzyła mi się z moją dawną nauczycielką z podstawówki, która stawiała mi banię z matematyki. Nie musiała się więc odzywać, bym znał jej zdanie.
- Nie. Lepiej wyglądał z ułożonymi włosami. Chociaż z tym się postarał - stwierdziła. - Powinniśmy mu kupić jakieś porządne ubrania.
- Halo, ja tu jestem! - spróbowałem zwrócić na siebie uwagę, podczas gdy oni mierzyli się na spojrzenia.
Przerwał im przytłumiony komunikat rozpoczęcia następnych zawodów. W następnej konkurencji miała brać udział Magda.
- Musisz rozprężyć Harfe - przypomniałem dziewczynie, która nadal nie garnęła się do wyruszenia ze stajni. Jakby na potwierdzenie moich słów, klacz zarżała ochoczo.
- Już - mruknęła i podeszła do konia, by podciągnąć popręg. - A. I nie idźcie za mną. Zobaczymy się po zawodach.
Oboje z trenerem kiwnęliśmy głowami i cofnęliśmy się, by mogła wyprowadzić kasztanową klacz. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że przed startem chce zostać sam na sam z koniem.
- Chodź na trybuny - mruknął trener, zabierając kapelusz z mojej głowy i ruszając zatłoczonym przez ludzi i konie korytarz stajni.
***

Zawody trwały już od jakiegoś czasu, nudząc mnie niemiłosiernie. Byłem jedną z tych osób, które nie potrafią wysiedzieć długo w jednym miejscu, ale, o ironio, moją cechą była także cierpliwość, więc wytrzymywałem bez kręcenia się na twardej ławce.
Przez cały ten czas kłóciły się we mnie dwie natury. Jedna, która nie znosiła zawodów i rywalizacji, oraz druga, która uwielbiała obserwowanie koni i ich jeźdźców. To wszystko potęgowało siedzenie w sektorze dla VIP-ów, do którego mieliśmy dostęp dzięki mojemu trenerowi. Było tam o wiele luźniej, nikt nie zasłaniał, no i mieliśmy jeden z lepszych widoków na parkur. Dzięki temu bez problemów mogłem obserwować i oceniać każdego z zawodników. Niestety, mimo tego, że zawody miały (podobno) dość wysoki poziom, do tej pory zawodnicy nie powalali umiejętnościami.
Moją uwagę przykuł dopiero jeździec na gniadym koniu. Od wejścia już wiedziałem, że ta para ma duży potencjał. Wierzchowiec, choć zaciekawiony otoczeniem, słuchał każdego gestu chłopaka, który prowadził go przede wszystkim dosiadem. Zawodnicy wjeżdżali na parkur obok nas, więc mogłem się przyjrzeć jeźdźcowi z bliska. Poczynając od wypastowanych sztybletów i śnieżnobiałych bryczesów, opinających doskonale wyćwiczone nogi, przez czarną, nienagannie założoną marynarkę, po kolczyk w uchu i skupioną twarz. Zatrzymał się przed sędziami, by dopełnić formalności pokłonem.
- Na parkurze jest już Patryk Okiński na Kardamie! – zawyły głośniki.
Już mi przez myśl przebiegało określenie „idealny”, gdy nagle wraz z sygnałem startu chłopak pognał Kardama na pierwszą przeszkodę, z miejsca skracając najazd niemal do połowy. Dalej było jeszcze gorzej. Skakał po skosie, popędzając konia, by przy samej przeszkodzie zwolnić. Gapiłem się na to z otwartymi ustami, nie wierząc w to, co widzę. On chce się zabić?! I konia przy okazji! Wystarczyłby jeden błąd i obaj leżeliby na ziemi, a dookoła walałyby się drągi. Nic takiego się jednak nie stało. Ba. Nawet nie strącił żadnej przeszkody. Przejazd był idealny, a czas oczywiście najlepszy.
- Zwariował! – wymsknęło mi się.
Trener spojrzał na mnie zaskoczony, bo do tej pory w ogóle się nie odzywałem.
- Przecież on zarzynał tego konia! – warknąłem wściekły, nie mogąc się powstrzymać. Jeszcze nigdy nie widziałem tak brawurowej i nieodpowiedzialnej jazdy!
- A ja myślę, że wiedział, ile może wycisnąć z tego konia - powiedział trener po chwili milczenia. Jego mina świadczyła o tym, że intensywnie nad czymś myśli.
- Nie jestem tego taki pewny - fuknąłem słysząc oficjalne wyniki przejazdu. - W każdym razie Magda nie ma szans.
- Dobrze jej to zrobi – zauważył, unosząc brwi.
Cóż. Nie mogłem zaprzeczyć. Obaj wiedzieliśmy, że jego córkę trzeba utemperować.
I niedługo później przekonaliśmy się, że mieliśmy rację. Jadąc już na parkurze, próbowała skrócić jeden z najazdów, naśladując swojego poprzednika, a zdezorientowana Harfa nie wyczuła odległości i strąciła drążki. Później poleciało już lawinowo. Przed kolejnym skokiem musiała uspokoić klacz. Tak więc zawaliła nie tylko z punktami, ale i z czasem. Coś mi się wydaje, że to będą ostatnie zawody w tym sezonie.
Dopiero wtedy dostrzegłem jak duża różnica jest pomiędzy nią, a chłopakiem na gniadoszu. On i koń dokładnie wiedzieli, czego się po sobie spodziewać. Poczułem do niego niechętny podziw, mimo, że nie popierałem bezsensownej brawury. Chłopak wygrałby nawet bez skracania drogi do przeszkód.
- Idziemy do niej? - zapytałem, widząc, że Harfa niepewnie stawia tylną nogę.
- Tak, tak. 
Mimo zapewnienia, szybko straciłem trenera z oczu. Wybył w tylko sobie znanym kierunku, zostawiając mnie zirytowanego. Nawet nie zauważył, że jego koń kuleje! 
Szybko dotarłem do odpowiedniego boksu, po drodze nie zwracając uwagi na nic innego. Niech będzie przeklęta wielkość tego ośrodka. Magda też musiała zauważyć, że coś jest nie tak, bo zamiast rozchodzić konia, już ściągała z niego siodło z zaniepokojeniem. Bez słowa minąłem ją i pochyliłem się przy uderzonej kończynie. Harfa miała przeciętą skórę, ale na szczęście nie krwawiła. Mogłem więc już teraz opieprzyć dziewczynę.
- Czemu skracałaś najazd? - zapytałem, prostując się. Mój głos był tylko z pozoru spokojny. 
- Przepraszam - wymamrotała. - Chciałam zyskać czas…
Wziąłem głęboki oddech, licząc do dziesięciu.
- Ona się tego nie spodziewała. Nie możesz wymagać od konia więcej niż może udźwignąć. W szczególności, kiedy ty sama tego nie umiesz.
- Ale Patryk jechał... 
- Nie obchodzi mnie, co on robił – przerwałem jej gwałtownie. – Nie obchodzi mnie, co ktokolwiek robił na parkurze. Ty masz zawsze jechać tak, jak potrafisz i co ćwiczysz wcześniej. Jeśli przegrywasz, nie jest to wina tego jednego startu, ale całego treningu do zawodów. Rozumiesz? 
- Tak... Chyba tak - powiedziała cicho, widocznie skruszona.
- Idę do trenera po klucze. Musimy jej to opatrzyć – zdecydowałem. – A ty pochodź z nią trochę.
Magda kiwnęła głową, a ja ruszyłem na poszukiwania. Być może niepotrzebnie panikowałem, ale cała ta atmosfera zawodowa działała mi na nerwy. A już kompletnie zepsuł mi humor występ chłopaka na Kardamie.
Trenera nie było łatwo znaleźć w tej zbieraninie ludzi i zwierząt. Obstawiałem, że znajdę go w którejś ze stajni w tym ośrodku. Jeśli nie, to serio nie wiedziałbym, gdzie iść. Czemu on nigdy nie zabiera ze sobą komórki? Zawsze muszę go szukać.
Po jakimś czasie zauważyłem go rozmawiającego z… jeźdźcem Kardama? Po co? Niechętnie podszedłem bliżej, jednak zanim się odezwałem, z automatu najpierw przyjrzałem się uważniej twarzy chłopaka. Miał zadarty nos, dość duże usta i chłopięcą urodę. Czarne, kręcone włosy były przyklapnięte przez toczek, który przed chwilą musiał zdjąć. Zwróciłem też szczególną uwagę na prosty, srebrny kolczyk w uchu, który zauważyłem już na parkurze. Z niechęcią musiałem przyznać, że chłopak jest przystojny. No i wysoki, co dodatkowo dołożyło oliwy do ognia.
- Trenerze – przerwałem im, zwracając na siebie uwagę.
Niebieskie oczy szatyna zlustrowały mnie z góry na dół, a brwi uniosły się wyżej, gdy dotarło do niego w co jestem ubrany. Spojrzałem na niego spode łba.
- Potrzebuję kluczy – wyjaśniłem szybko. Mój wzrok znów od trenera powędrował do chłopaka, który tym razem uśmiechał się drwiąco. Snob.
- Po co? – zdziwił się mężczyzna.
- Harfa się przecięła.
- Już idę. – Odwrócił się do swojego poprzedniego rozmówcy i podał mu jakąś karteczkę. – Tu masz moją wizytówkę. Mam nadzieję, że się zgodzisz.
Chłopak przyjął ją, czytając co jest na niej napisane.
- To jest po drugiej stronie Polski! – zawołał nagle, a jego mina zrzedła. Zmarszczyłem brwi, domyślając się o co chodzi. My mieszkamy po drugiej stronie Polski. Do Gdańska przyjechaliśmy jedynie na te zawody.
- Mówiłeś, że nic cię tu nie trzyma – zdziwił się trener.
- Nie no, mam tu… taką jedną rzecz… – mruknął niezadowolony.
- W każdym razie daj mi znać. To tylko pół roku  – powiedział trener takim głosem, jakby sam nie wierzył w te swoje „tylko”. – Do zobaczenia, Patryk – pożegnał się i położył mi dłoń na głowie. – Chodźmy.
Fuknąłem jak rozjuszona kotka, strzepując jego rękę. Nic jednak nie powiedziałem, bo zdekoncentrował mnie cichy śmiech Patryka. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, lecz zdążyłem zobaczyć jedynie resztki jego rozbawienia. W zamian dostałem zmęczony uśmiech i odwrócenie plecami.
- Po co ma się z tobą skontaktować? – zapytałem trenera, gdy wyszliśmy ze stajni.
- Chcę, by jeździł u mnie w wyścigach – wyjaśnił spokojnie.
Zaskoczyło mnie to. Przecież miał ludzi, których wynajmował na wyścigi, kiedy ja nie mogłem brać w nich udziału. Po co mu jeszcze jeden? I do tego taki!
I nagle dotarło do mnie, że właśnie ludzie z takim charakterem są potrzebni w gonitwach. W końcu dżokej musi wycisnąć z konia wszystko, co tylko się da, nie bacząc na konsekwencje. Nie może się bać, albo mieć takich oporów, jakie ja mam. Przeraziło mnie, że jeden z moich podopiecznych trafi na szatyna w jednej ze swoich gonitw. Ta myśl od razu podniosła mi ciśnienie.
- Hej, Sebastian. – Mężczyzna zatrzymał mnie, łapiąc za rękę i odwracając ku sobie. – Co jest?
Wzruszyłem ramionami, próbując ukryć swoje emocje. Nie miałem prawa mówić mu, co ma robić. Był świetnym trenerem, część jego koni wygrywała najcięższe gonitwy w tym kraju – i nie tylko. Moje zdanie się nie liczyło. Wiedziałem, na co się piszę, gdy przyszedłem do tej stajni… No może nie całkiem, bo miałem wtedy dziesięć lat, ale z wiekiem, gdy przychodziła świadomość, mogłem się z tego wyplątać. Nie zrobiłem tego jednak, bo zwyciężyła we mnie miłość do jego koni. Przyzwyczaiłem się, pokochałem je i chciałem dla nich jak najlepiej. Dalej chcę.
- Znam cię od dziecka – kontynuował mężczyzna. – Wiem, kiedy coś jest nie tak.
- Nieważne – wymamrotałem niewyraźnie. – Po prostu nie odpowiada mi jego styl jazdy.
- Właśnie dlatego go potrzebuję. – Uniósł brwi i przyjrzał mi się uważniej. - Wiesz, że mam dwa konie, które chcę wystawić w Wielkiej Pardubickiej. Patryka obserwowałem już od jakiegoś czasu i myślę, że będzie świetnym jeźdźcem dla Groma.
- Co? – Otworzyłem szerzej oczy. – Grom?! Przecież oni zupełnie do siebie nie pasują!
- Tak jak ty i Sarnad, ale i was chcę wystawić na tą gonitwę.
Wmurowało mnie. Dosłownie. Zapomniałem nawet jak się oddycha. No bo przecież… Ja i Sarnad?! To jedyny koń w stajni, do którego nie zbliżam się częściej, niż to potrzebne, a o jazdach nawet nie wspomnę. Byliśmy swoimi przeciwieństwami, to nie mogło się udać.